![]() |
ROZDZIAŁ 7 cz. 2 Przyjaciele mruknęła ‘jasne’ i szybko opuścili pokój. Wiedzieli, że James jest na nich wściekły, ale przy Rudej udaje opanowanego, żeby i ona była spokojna. Tymczasem w sali panowała niezręczna cisza. W końcu James podszedł do żony i usiadł na brzegu jej posłania. - Jak się czujesz? – zapytał z troską. - Świetnie. Czy możesz iść zapytać, kiedy mnie wypuszczą? - Dobrze, ale najpierw chcę cię bardzo gorąco przeprosić. - Ale, za co? - spytała. Wyglądała naprawdę dobrze. Tylko sińce pod oczami zdradzały, iż niecałe trzy dni temu była o krok od śmierci. - Bo widzisz, to ja rzuciłem w ciebie to zaklęcie. Niechcący, ale rzuciłem. I na dodatek użyłem czarnej magii. Wstyd mi za siebie. Miał nadzieję, że uwierzy mu jak bardzo tego żałuje. Nie wiedział, że Lilly to wie lepiej niż ktokolwiek inny. - Naprawdę się nie gniewam. A teraz czy mógłbyś pójść do magomedyka? To miejsce mnie przytłacza. James wyszedł, a po kilku minutach zjawił się z powrotem z uzdrowicielem. - Hmm...- mruknął czarodziej, obejrzawszy pacjentkę - Myślę, że może pani już dziś wyjść do domu. Tylko proszę jej nie forsować. - Tu spojrzał groźnie na Jamesa, jakby myślał, że ten będzie kazał żonie nosić worki z smoczym łajnem. - Oczywiście...- burknął James, po czym pośpiesznie dodał: - Słyszałaś kochanie? Masz na siebie uważać. Godzinę później opuszczali Magiczną Klinikę w wyśmienitych humorach, a Łapie jak zawsze zebrało się na żarty. - I co ty na to Rogaty... Nie będzie jeszcze potomstwa... Chyba nie chcesz zamęczyć naszego Rudzika? - Zamknij się - mruknął James zirytowanym tonem. Musiał przyznać, iż Lilly wygląda zupełnie normalnie, jeśli nie liczyć bandaży, które mieli zdjąć za dwa dni. Tydzień później siedzieli już na kolejnym zebraniu. Oczywiście James, który nie dał się przekonać, że z jego żoną już wszystko w stu procentach w porządku, usługiwał jej jak królowej. Lilly martwiło jego zachowanie. Wiedziała, że ma wielkie poczucie winy i nie potrafiła tego zrozumieć, ale jej wybranek nigdy nie był zbyt przewidywalny. Tak, zawsze go miała za pozytywnie zakręconego. Jaki inny chłopak uganiałby się za jedną dziewczyną przez siedem lat Hogwartu? Odpowiedź brzmiała- żaden! Wystarczyło spojrzeć na Syriusza. Ten, co chwila miał inną dziewczynę, co rusz to ładniejszą. Nawet Remus niby taki święty, a miał co najmniej cztery. James był wyjątkowy. Upatrzył ją sobie w Expresie do Hogwartu już, kiedy podróżowała nim po raz pierwszy i nie był skory do zmiany decyzji nawet, gdy zaczęła chodzić z innymi chłopcami. Walczył o nią jak lew. Do pokoju wszedł Dumbledore, aby rozpocząć zebranie, a zaraz za nim podążał Snape, który miał minę jakby ktoś mu zabił matkę. James podejrzewał, co może trapić Smarka. I wcale nie krył swojego tryumfalnego uśmiechu. Nikomu tego nie mówił, ale obaj wiedzieli, że są dla siebie śmiertelnymi rywalami, jeśli chodzi o start do serca Lilly. Teraz Severus nie mógł już nic zrobić. Widział, że Potter wygrał. Mógł podejrzewać, że tak to się skończy. Sam zaprzepaścił swoją szansę, nazywając Lilkę głupią, wredną szlamą. - Witajcie, moi drodzy. Dzisiaj omówimy sprawę wtajemniczania do Zakonu obcokrajowców. Dzięki Lilly i Jamesowi wiemy, że to samo czyni Voldemort. Na dźwięk tego nazwiska nielicznymi wstrząsnął dreszcz przerażenia, jednak Dumbledore nie przestawał mówić. - Przecież my nie będziemy mogli się tego podjąć. Co z zadaniami dla młodych członków Zakonu, którzy muszą pozostać Londynie, aby się uczyć? - Przerwał mu w pewnym momencie Syriusz. - Black czy ja dobrze słyszę? Ty masz zamiar się uczyć? Ale jak? Przecież do nauki potrzebny jest mózg... Słyszysz? Mózg, którego ty nie posiadasz - zadrwił Snape. Black już otwierał usta, aby odegrać się na Smarku, jednak ubiegł go Dumbledore. - Spokój! - zawołał. - Proszę, abyście się nawzajem nie obrażali. Na razie współpraca międzynarodowa jest naszym głównym priorytetem, panie Black. Nie oznacza to rezygnacji z dotychczasowych obowiązków, które wykonujecie, a to dzięki wam tylko w tym tygodniu udało się złapać trzech Śmierciożerców. - Tu spojrzał w stronę Potterów, a James odwrócił głowę, by uśmiechnąć się do Lilly. Wtedy zauważył, że zaczęła się zachowywać dziwnie. Była jednocześnie podenerwowana i spokojna. Na jej twarzy zakwitł niezdrowy rumieniec. James przeczuwając, co się dzieje, postanowił zabrać ją do domu. Nie chciał, aby powtórzyła się sytuacja z piątku przed ich ślubem, a przeczucie mu mówiło, że tak to się może skończyć. W domu było cicho i spokojnie. Usiadł na kanapie w salonie. Dziewczyna wyglądała już normalnie. - Kochanie? Powiesz mi, dlaczego to się dzieje? - spytał przymilnie. - Co się dzieje? - odparła pytaniem na pytanie. Dobrze wiedziała, o co mu chodzi, ale podobnie jak Remus, wolała zachować to dla siebie. Oczywiście wiedziała, że jej mąż jest tolerancyjny, ale bała się, że i jego tolerancja ma swoje granice. - To, że jeśli jesteś w miejscu gdzie jest dużo ludzi i tymi ludźmi targają jakieś silne emocje, to zachowujesz się jakbyś odczuwała je wszystkie naraz? Musiała przyznać mu rację. Jej mąż był z pewnością spostrzegawczym mężczyzną. - Masz rację. Ja jestem współczulna... To znaczy, że wyczuwam emocje innych osób, którzy są w pobliżu mnie. Nauczyłam się to ignorować, ale kiedy ludzi jest dużo, a uczucia silne... po prostu nie mogę sobie z tym poradzić. I wtedy tworzę coś w rodzaju tarczy, która j chroni mnie przed emocjami, ale fizycznie mnie osłabia, a nawet może zabić. Nabrała powietrza i czekała na reakcję Jamesa. Bała się. Pamiętała reakcję Mell, która wyraźnie zaczęła jej unikać. - To, co powiedziałaś jest straszne. Kochanie, jeśli tylko w jakiś sposób mogę ci pomóc to powiedz. Nie martw się! - Zawołał widząc ten sam wyraz twarzy, co cztery lata temu u Luniaka.- Kocham cię i żadna współczulność, czy jak się to tam nazywa tego nie zmieni! Przytulił ją mocno i zaprowadził do sypialni. Gdy już leżeli w łóżku Lilly się odezwała dziwnym głosem: - James, śpisz? - mówiła to spokojnie, ale w jej głosie można było wyczuć zmieszanie. - Nie, nie śpię. Coś się stało? - Nie, nic tylko ja chciałam wrócić do tematu... eee dziecka. Rogacz podniósł się i oparł na łokciu. Przyglądał się swojej żonie z zainteresowaniem. Był ciekaw czy można tak za pierwszym razem zajść w ciążę. Toteż jego zdziwienie było wielkie, kiedy usłyszał: - Czy myślisz, że możemy już mieć dziecko? - Eee...- wyjąkał inteligentnie. - Nie wiem, o co ci chodzi?- dodał. - No myślisz, że nie jesteśmy na to za młodzi? Nie chodzi mi o to czy jesteśmy odpowiednio dojrzali fizycznie - powiedziała szybko widząc zagubienie w jego pięknych czekoladowych oczach. - Nie wiem - odparł szczerze. Na jego twarzy widać było wielkie skupienie, jakby się głęboko nad czymś zastanawiał. Leżeli tak kilka minut. Lilly wyczuła u Rogasia wielkie podekscytowanie, po czym usłyszała jego uwodzicielski szept: - Po co się nad tym głowić, kochanie? Weźmy się do pracy, a los niech zdecyduje za nas. Po tych słowach pocałował ją tak namiętnie, że prawie zemdlała z wrażenia, ale ostatkiem sił odsunęła go od siebie. Było to o tyle gorsze, iż wyczuwała, jaki mu sprawiła wielki zawód. - Kochanie nie dziś... Nie mogę, kobiece sprawy... - zaśmiała się histerycznie. - Aha - westchnął, po czym przytulił ją do siebie i zasnęli. |
ROZDZIAŁ 8 Lilly obudziła się w wyjątkowo dobrym nastroju. Przeciągnęła się i otworzyła szeroko oczy. Słońce było już wysoko na niebie; musiało być późno. - Ciekawe, która godzina - mruknęła do siebie wstając z łóżka i zakładając największą koszulkę Jamesa. Do kuchni weszła jeszcze zaspana, ale widok jaki zastała, od razu ją obudził. - Co wy tu robicie tak wcześnie?! - Też się cieszę, że cię widzę - odparował Łapa, za co dostał ścierką od Rogatego. - Przyszli życzyć mi powodzenia na pierwszym treningu w reprezentacji - powiedział przymilnie kruczowłosy. - A poza tym jest już jedenasta, skarbie. - Co?! Ale ja o dwunastej ma zapisy do szkoły dla magomedyków! - Spokojnie, Ruda - zaczął, jak zawsze opanowany do granic możliwości, Remus.- Zabieramy się tam z tobą, więc jeśli się pośpieszysz, to zdążymy. - Zabieramy? - powtórzyła nie do końca rozumiejąc Lupina. - No ty, ja i Syriusz. - Syriusz? - Kolejne inteligentne pytanie. - Tak, ja - wypalił obrażonym tonem Black. - Nie gniewaj się! - zawołała Lilly. - Ja po prostu myślałam, że ty chcesz być aurorem. - Aurorem będę ja - powiedziała Alisha pojawiając się w kuchni. - Ale ty nie powinnaś... w twoim stanie...- zaczął niepewnie James. Właśnie stawiał przed wszystkimi tosty i dżem. Nie rozumiał tego całego zamieszania wokół szkół. On tam jeszcze zdąży i jutro się zapisać. - Rogaty, nie denerwuj jej - mruknął Luniek. - Wystarczy, że ja dziś dostałem wykład na temat ignorancji w sprawach kobiet i tego, że ciąża to nie choroba. - Bo nie choroba! - zawołały jednocześnie Lilly i Alisha. - Macie racje. Latajcie za śmierciożercami z brzuchem przed sobą. Na pewno będzie skuteczne - zadrwił Łapa, na co Blondyna wybuchła płaczem. - Myślicie, że kobiety są tylko do rodzenia dzieci, prania, sprzątania i gotowania - warknęła Ruda i przytuliła przyjaciółkę. - Cii... to tylko głupi faceci nie warto się nimi przejmować - dodała, po czym jeszcze raz uściskała Alishę i pobiegła do łazienki się ubrać. Nie chciała się spóźnić. Po godzinie, gdy Lupin odstawił swoją żonę pod same drzwi szkoły dla przyszłych aurorów, a Łapa wysłał kwiaty swojej nowej dziewczynie Gabrieli, udali się do budynku, gdzie miały się odbywać lekcje teoretyczne. Był to zadbany biały budynek. Z zewnątrz wyglądał jak jakaś mugolska uczelnia. Nad wejściem widniała tabliczka z napisem: „Wyższa Szkoła Magomedycyny i Uzdrowicielstwa”, a pod nią kolejna, z numerem i ulicą. Wielkość budowli budziła respekt, podobnie jak jej bardzo czyste i równie białe wnętrze przywodzące na myśl szpital św. Munga. Jedyne, co go różniło to fakt, że były tam klasy zamiast sal dla pacjentów. Weszli do głównej sali, gdy prawie wszystkie miejsca były już zajęte. Toteż szybko usiedli na końcu auli tak, aby nie rzucać się w oczy. Nie minęło pięć minut, a na katedrze pojawił się wysoki mężczyzna o srogim spojrzeniu. Dyrektor rozpoczął monotonną przemowę powitalną. Po godzinie słuchania o tym, jak ważną rolę będą pełnić po ukończeniu tej szkoły, wszyscy mieli już dosyć. Większość zaczęła przysypiać albo rozmawiać z sąsiadami. Remus odsypiał ostatnią pełnię, a Lilly przysłuchiwała się konwersacji Łapy z jakąś dziewczyną. - Ale przecież Sam-Wiesz-Kto zabija swoich przeciwników. - Usłyszała szept dziewczyny. - No właśnie, ta gadzina morduje, a mało kto ma odwagę się jej sprzeciwić. Dlatego Dumbledore stworzył stowarzyszenie przeciw temu potworowi. - Aha i co, szuka chętnych? Wiesz, ja bym bardzo chętnie wam pomogła. - Dobra, to się da załatwić. - Naprawdę? Wreszcie będę mogła pomścić śmierć moich bliskich. Byli mugolami...- mówiła dalej. Widać było, że Black uważnie słucha co ta dziewczyna ma do powiedzenia, ale Lilly zaczęła patrzeć na Syriusza z podziwem i już nie przysłuchiwała się ich rozmowie. Łapie naprawdę zależy na zabiciu tego gada, myślała. Przecież inaczej flirtowałby z tą dziewczyną, a nie namawiał do przyłączenia się do Zakonu Feniksa. Musiała też przyznać, że dziewczyna mogła się mu podobać. Miała zielone włosy upięte do tyłu i granatowe oczy, które świetnie współgrały z jej skromną różową sukienką. Ale na Syrim nie robiła najmniejszego wrażenia, co było raczej dziwne. I wtedy do Rudej dotarło, że może Black się naprawdę zakochał. Ta informacja tak ją zaszokowała, że aż szturchnęła Lupina, żeby podzielić się z nim spostrzeżeniami. - Co? - mruknął niezadowolony, że ktoś mu przerwał drzemkę. - Pali się...- wypaliła, ale widząc minę Lunatyka, dodała szybko: -Żartowałam... Chodzi o Łapę, nie uwierzysz, on się naprawdę zakochał w tej całej Gabi! - Żartujesz sobie ze mnie? On i miłość? Nie uwierzę, póki nie zobaczę. - No to posłuchaj...- Opowiedziała mu o tym co przed chwilą się wydarzyło. Remus przyjrzał się najpierw dziewczynie, a potem swojemu przyjacielowi i musiał przyznać Lilly rację. On naprawdę nie był zainteresowany tą pięknością o zielonych włosach i uroczym uśmiechu. - Spokój, Luniek - zganił się w myślach. - Masz żonę, żadna inna kobieta nie jest ładna. Gdy dyrektor dokończył wreszcie swoje nudne i długie przemówienie rozległa się burza oklasków. Można by pomyśleć, że były to oklaski uznania dla tak ciekawego monologu, ale tak naprawdę były to oznaki radości, że wreszcie dobiegł on końca. Po chwili wszyscy czworo (oczywiście przyszła członkini zakonu się do nich przyłączyła) udali się do sali, w której zbierali się pierwszoroczni, aby zapisać się na odpowiednie kursy w zależności od specjalizacji. Tu nastąpił rozłam. Syriusz, podobnie jak Lilly, wybrał Pediatrię Pozamagiczną, Remus Choroby Magiczne, a owa dziewczyna Wiedzę Ogólną. Gdy już zostali przyjęci i otrzymali harmonogram wykładów, opuścili ową placówkę z westchnieniem ulgi. - Tak narzekałem, że McGonagall gada i gada, a ten facet to ją bije na głowę - Zaczął jak zwykle zrzędzić Łapa. - Taa - przytaknął Remus nie patrząc na niego. Wyglądał jakby był czymś zaabsorbowany. Po chwili było już wiadomo czym. Okazało się, że za nimi idzie Snape, najwyraźniej musiał również być przyszłym magomedykiem. - Dobra, ja lecę po Alishę, nie chcę żeby się sama szwendała po Londynie. Jest taki upał - powiedział Remus i już go nie było. Po jakiś pięciu minutach odezwał się Syriusz: - No dobra, Rudzik, ja też będę leciał. Jestem umówiony z Gabi. Poradzisz sobie? O, widzę Rogacza. Idzie do nas, to ja znikam - mruknął, po czym również się ulotnił. W tym momencie Severus gwałtownie przyspieszył i już chciał podejść do Lil, gdy ujrzał na horyzoncie czarny, roztrzepany łeb. Nie miał wątpliwości, że to Głupotter, toteż szybko się wycofał. James szedł jak najszybciej mógł. Miał nadzieję, że się nie spóźnił. To nie jego wina, że musiał zamienić kilka słów z drużyną. Nagle zobaczył samotną Lilkę, a za nią Smarka. Był wściekły na przyjaciół, że zostawili jego piękność na pastwę losu, ale jeszcze bardziej drażniła go obecność Snape'a. Wiedział, że już wygrał batalię o względy Panny-Niedostępnej-Evans, a obecnie jego żony, ale znał też tę tłustowłosą mendę, dlatego uznał, iż ostrożności nigdy za wiele. Kiedy podszedł do Lilly, wyglądała jakby miała zamiar się deportować. - Co, uciekasz przede mną, kochanie? - zażartował i ucałował ją w policzek. - Nie, tylko Severus szedł za mną, a ja nie mam ochoty z nim gadać. - Ach...- Postanowił tego nie komentować, ale przy najbliższej okazji, obiecał sobie porozmawiać z tym wrednym patafianem. - Ale już nie idzie. Może dzisiaj pójdziemy na obiad do jakiejś restauracji? Jestem piekielnie głodny... Nie mijało się to z prawdą, bo od śniadania nic nie jadł, a godzinny trening bardziej go umęczył niż gdyby wybudował dom. - Kochanie, ty chcesz być aurorem, tak? - zapytała Ruda, gdy już siedzieli przy stoliku w małej kawiarence mieszczącej się niedaleko szpitala św. Munga. - Hmm - mruknął James. Nic więcej nie udało mu się wypowiedzieć, bo miał usta pełne ziemniaków. |
ROZDZIAŁ 8 cz. 2 - Bo widzisz... ja... nie chcę żebyś nim był - wyszeptała najciszej jak tylko potrafiła. Jednak Brązowooki usłyszał te słowa. Bardzo chciał być tak, jak ojciec aurorem, ale nie wiedział czy chce bardziej tego, czy szczęścia Lilly. Wiedział też, że jego żona nie będzie chciała, żeby dla niej poświęcał swoje marzenia. Między innymi za to ją pokochał. Myślał, że decyzja będzie trudna, ale w tej chwili podjął ją tak szybko, że aż sam się zdziwił. - W takim razie nim nie zostanę - powiedział od tak, co zaskoczyło zielonooką prawie tak bardzo, jak samego Jamesa. - Jednak nie wiem co wybrać? Magomedyk odpada... czuję, że to nie dla mnie. Co powiesz na to, żebym zaczął studiować prawo czarodziei? Lilly była naprawdę zdumiona. Wiedziała, że jej ukochany tak łatwo nie rezygnuje z marzeń. Toteż jego odpowiedź zrobiła na niej ogromne wrażenie. Wstydziła się tego, co powiedziała. Ale nie mogła tego wytrzymać.. nie chciała, żeby jej mąż miał jeden z najbardziej niebezpiecznych zawodów. Nie mogłaby znieść świadomości jak bardzo on się naraża. Była gotowa zrobić wszystko, żeby go odciągnąć od tego pomysłu. Nawet nie przepuszczała, że przyjdzie jej to tak łatwo. Syriusz aportował się na obrzeżach Brighton, gdzie miał się spotkać ze swoją dziewczyną. Bał się tego spotkania. Po pierwsze, dlatego, że Gabriela był mugolką, a on musiał jej powiedzieć, że jest czarodziejem, a po drugie i najważniejsze, obawiał się, że go znienawidzi i nie będzie chciała więcej widzieć. Chyba by tego nie zniósł. Nie chciał jej nigdy stracić. Powoli zaczynał rozumieć co czuje James czy Remus. Kiedyś myślał, że miłość to pułapka. Nie chciał się zakochać, bo bał się, że straci wolną wolę. Teraz, gdy go to dopadło, nie wyobrażał sobie niczego piękniejszego. Chciał kochać i być kochanym. Szedł właśnie ulicą, kiedy zobaczył na wystawie sklepu ślicznego misia. Nie wiedzieć czemu pluszak, skojarzył mu się z jego dziewczyną. Postanowił go dla niej kupić i podarować razem z czekoladkami. Do kawiarni wszedł pięć minut przed umówioną godziną. Miał nadzieję, że jej jeszcze nie ma. Udało się: nigdzie jej nie zauważył. Zajął stolik w najbardziej odległym zakątku sali. Wiedział, że potrzebuje intymności, aby zadać dziewczynie te kilka pytań. Jak ją znał, na pewno wolałaby odpowiadać na nie, nie będąc pod ostrzałem spojrzeń innych kobiet. Powoli jego też zaczynało irytować, że ciągle się za nim oglądają. Było już dziesięć minut po umówionym czasie. Martwił się, czy coś się nie stało. Wtedy przypomniał sobie, że ma w kieszeni komórkę: kolejny, niezwykle przydatny mugolski gadżet. Szybko wyjął aparat i już chciał zadzwonić, gdy zobaczył, że ma wiadomość. Otworzył i uśmiechnął się do telefonu, na którego ekranie był tekst: Przepraszam kochanie, ale się trochę spóźnię. Będę na pewno! Odetchnął z ulgą. Już myślał, że nie uda jej się wyrwać. Niby to dziwne, że osiemnastolatce trudno się wyrwać na randkę, ale jak się ma takiego ojca, to nie ma co się dziwić. Dobrze, że w ogóle może sama wychodzić z domu, zważywszy na jego interesy. Tak, ojciec jego wybranki to niezłe ziółko. Przemyt narkotykowy. Często się zastanawiał po co się takim czymś zajmować, skoro jest wiele innych ciekawych zajęć. Jego wątpliwości rozwiązała Gabi: - Dlatego, że to jest bardzo drogie. Można na tym dużo zarobić i się prawie wcale nie napracować. Z zamyślenia wyrwał go cudowny głos. Głos który od pewnego czasu nawiedzał go nie tylko w snach, ale i na jawie. - Cześć Syri, a co ty taki zamyślony? - zapytała stojąca przed nim Gabi. Dziewczyna miała długie, kruczoczarne włosy kontrastujące z jej porcelanową cerą i takie same, wyraziste oczy. Była bardzo szczupła i niewielkiego wzrostu, przez co sprawiała wrażenie raczej niepozornej, lecz czarne ubrania w połączeniu z jej urodą w pewien sposób zmuszały do traktowania jej na poważnie. Jednak tym, co najbardziej przykuło uwagę młodego chłopaka w jej wyglądzie, była jej delikatna twarz i bystre pogodne spojrzenie. - Witaj... proszę - powiedział odsuwając jej krzesło naprzeciwko swojego. - Miło tu - rzekła dziewczyna, a siadając niechcący odsłoniła większy kawałek dekoltu, co niezmiernie przypadło Łapie do gustu. Jednak szybko się opanował. Dzisiaj musisz jej powiedzieć coś ważnego, a nie tylko ci figle w głowie, amancie za dychę, zganił się w myślach, po czym dodał już na głos: - To dla ciebie. - Podał jej misia i czekoladki. - Oczywiście ten misio nie jest tak ładny jak ty, ale wątpię czy w ogóle ktoś wyprodukował coś tak pięknego. Dziewczyna się uśmiechnęła, a jej speszenie było widoczne tylko w jej lśniących oczach. Twarz pozostała bez zmian. Kolejna rzecz, która ją wyróżnia, pomyślał Łapa. Bardzo mu się podobało, że jest jednocześnie skromna, ale i odważna. Rzadka kombinacja, ale jednak on miał to szczęście natknąć się na taką dziewczynę. - Co państwu podać? - zapytała kelnerka, wyrastając jak spod ziemi. - Poproszę pizzę z pieczarkami i sok pomarańczowy, a co dla ciebie, kochanie? - spytał Łapa, idealnie ignorując to, że kobieta wpatruje się w niego jak w siódmy cud świata. Po minie Gabi było widać jak bardzo schlebia jej jego zachowanie. Kelnerka była dość ładna. - Też pizzę, tylko salami z szynką i do tego wodę. - Coś jeszcze? - Usłyszeli niezadowolony głos kobiety. Wyglądała na nieprzyzwyczajoną do tego, że się ją ignoruje. - Nie, na razie dziękujemy - odparła dziewczyna z triumfalnym uśmiechem na twarzy. Kiedy zostali sami, Black postanowił zacząć wcielać swój plan w życie. Zadał zatem niby zwykłe pytanie, a jednak bardzo sugestywne dla niego. - Co myślisz o istnieniu magii? Wierzysz, że coś takiego istnieje? W oczach panny Sergiej pojawił się niebezpieczny błysk. - No wiesz... Ja myślę, że magią istnieje tylko nie dla każdego jest dostępna. Te słowa jednocześnie go ucieszyły i zaskoczyły. W trakcie ich rozmowy postawiono przed nimi zamówione wcześniej posiłki. Zaczęli jeść, a ośmielony Łapa wypalił z grubej rury: - Wiesz Gabi, ja jestem czarodziejem. Takiej reakcji to on nie przewidział. Gabriela zrobiła się najpierw potwornie blada, jakby miała zaraz zemdleć. Skłoniło to Blacka do stanięcia obok niej i delikatnego przytrzymania za ramiona gdyby miała spaść. Jednak to nie nastąpiło: zamiast tego dziewczyna chwyciła za szklankę z wodą i wypiła ją jednym tchem, po czym trzykrotnie odetchnęła głęboko i zapytała nieco zachrypniętym głosem: - Ty... ty chyba żartujesz? - Nie, mówię całkowicie poważnie - odparł Łapa. Biedny chłopak, nie wiedział co ma o tym myśleć. Nie można było stwierdzić czy dziewczyna mu wierzy, czy jednak ma go za wariata, ale czuł, że zaraz się dowie i się nie pomylił. |
ROZDZIAŁ 9 - Ty... ty chyba żartujesz? - Nie, mówię całkowicie poważnie - odparł Łapa. Biedny chłopak, nie wiedział, co ma o tym myśleć. Nie można było stwierdzić czy dziewczyna mu wierzy, czy jednak ma go za wariata, ale czuł, że zaraz się dowie i się nie pomylił. - Udowodnij! - zawołała i wybiegła z kawiarenki z szybkością błyskawicy. - Kobiety… - jęknął Black i rzuciwszy na blat banknot dwudziestofuntowy, pobiegł za dziewczyną. Znalazł ją przed barem. Stała przebierając nogami. - Co tak długo? Głos miała lekko zachrypnięty, jakby miała się zaraz rozpłakać. - Wierzysz mi czy masz mnie za czubka? - zapytał nie mogąc się już doczekać odpowiedzi. - Powiedzmy, że ci wierzę. Ale... No tak zawsze musi być jakieś „ale”, przemknęło przez głowę Łapy. - Pokaż co potrafisz...- Lekko wojowniczy ton jej głosu kompletnie zbił go z pantałyku. Co mógł jednak zrobić? Chciał być z nią, a wiedział, że na sto procent mu nie uwierzy, dopóki nie zobaczy jak macha magicznym patykiem. Pozostawało tylko pytanie, co stanie się potem? Ucieknie z krzykiem czy zostanie z nim? To najbardziej w niej lubił. Nigdy nie mógł przewidzieć jej reakcji. - Chodźmy do parku. Tu nie bardzo mogę czarować - powiedział, przy okazji rozglądając się wokół, aby upewnić się, że nikt nie przysłuchuje się ich rozmowie. Na szczęście byli sami. - Dlaczego? - I znów pytania - jęknął w myślach Black. - Muszę być cierpliwy. Dla niej wszystko.- Po czym powiedział już na głos: - Ponieważ jest tu za dużo mugoli i mogę trafić do więzienia. - Do miejsca gdzie każdy po jakimś czasie wariuje - dodał w myślach. - Mugoli? Kto to? - Widać było, że bardzo się tym interesuje. - Ludzie, którzy nie są obdarzeni magicznymi mocami: tacy, jak ty. Powiedział jej całą prawdę. Miał tylko nadzieję, że nie poczuje się obrażona albo gorsza. To by było głupie. Wcale nie była gorsza. W pewnym sensie była o niebo lepsza niż większość czarownic, które spotkał. - Dlaczego więc zgodziłeś się pokazać mi jak czarujesz? - Ponieważ bardzo mi na tobie zależy i nie chcę mieć przed tobą tajemnic. Ale obiecaj, że nikomu nie powiesz - poprosił i pocałował ją w policzek. - Dobra, nie przymilaj się, jeszcze nie widziałam tych całych czarów. A poza tym, komu mam powiedzieć? Nikt mi nie uwierzy! Ja nie chcę trafić do wariatkowa - zaśmiała się nerwowo - A teraz, mój kochany, do dzieła! Nawet nie zauważył, kiedy znaleźli się w parku niedaleko kawiarenki. Gabriele chyba zrozumiała powagę sytuacji, bo wybrała naprawdę ustronne i romantyczne miejsce. Wokół nich rosły jabłonie, a pod nimi krzewy z malinami. Drzewa i krzewy zasłaniały ich tak, że nikt nie mógłby ich zobaczyć nawet z odległości kilku metrów. Było tam zadziwiająco cicho, biorąc pod uwagę bliskość ulicy, zatłoczonej niemal o każdej porze dnia. Dziewczyna usiadła na drewnianej ławeczce wpatrując się w Blacka z wyczekiwaniem. Syriusz nie widząc innego wyjścia, wyjął różdżkę. Gabi natychmiast wybuchnęła niepohamowanym śmiechem. - Będziesz czarował tym patykiem?- zapytała między kolejnymi prychnięciami. Ale spróbowała się opanować. - Ta... Florem*- mruknął, a w jego ręku pojawił się bukiet fioletowych tulipanów. Podał je dziewczynie. Wzięła je jednak do rąk bardzo niepewnie. Jakby się bała, że się oparzy. Potem ostrożnie je powąchała. - Piękne! - wykrzyknęła w końcu i rzuciła się Syriuszowi na szyję. Zanim chłopak zdążył uczynić jakikolwiek ruch, poczuł jej pocałunek na swoich wargach. Był naprawdę zaskoczony. Nie po raz pierwszy tego dnia, ale chyba najbardziej miło. Stali tak wtuleni w siebie ładnych parę minut. Jednak Black musiał przerwać tę przyjemną ciszę. Za godzinę miało się odbyć kolejne zebranie Zakonu Feniksa. - Ja muszę lecieć - szepnął delikatnie odsuwając ją od siebie. Popatrzył na nią i sparaliżował go strach. Po policzkach dziewczyny płynęły łzy. Jednak nie to było najgorsze. Najbardziej przerażający był smutek, który czaił się w jej pięknych oczach. - Co się stało? – zapytał przeczuwając, jaka padnie odpowiedź. - Bo teraz mnie pewnie zostawisz. Pokazałeś mi, że jesteś lepszy ode mnie! - wymamrotała. Głos miała słaby. Widać było, że ledwo wypowiada kolejne słowa. Spodziewał się tego, ale i tak zabolało Wszystko by wytrzymał: wyzwiska, ucieczkę, strach, ale nie to. To nie była jego zawsze pogodna Gabi. Ten smutek w jej oczach palił, a słowa wbijały się w serce jak rozgrzane sztylety. - Nie zostawię cię! – zawołał. - Nie jesteś w niczym ode mnie gorsza! – Tym razem to on obdarzył ją gorącym pocałunkiem.- Kocham cię tak, że mocniej się chyba nie da! - Udało się!- pomyślał z satysfakcją. Dotąd smutne oczy zabłysły radością i Gabi uśmiechnęła się blado przez łzy. - Gdzie musisz iść? - spytała. - Do pracy - powiedział słodkim głosem. Miał nadzieję, że nie będzie pytała o szczegóły. Nie był pewny czy członkowie Zakonu byliby zachwyceni, gdyby je znała. I wtedy stało się coś niespodziewanego. Wokół nich pojawiły się osoby w czarnych pelerynach i maskach. - Zabieram cię do siebie! - mruknął Black. Nie czekając na odpowiedź, okręcił się z dziewczyną w miejscu i już po chwili stali na przystrzyżonym trawniku w jego ogródku. Pamiętał, że i jego pierwsza teleportacja nie należało do przyjemnych, ale miał nadzieję, że Gabriele zniesie to lepiej. Pomylił się. Dziewczyna była zielona na twarzy, a po chwili zaczęła wymiotować. Po kilku minutach, gdy wyglądała już prawie normalnie, weszli do domu. Syriusz zaparzył mocną herbatę i usiedli przed kominkiem w salonie. - Co to było? - Aż podskoczył. Odezwała się po raz pierwszy odkąd znaleźli się w jego domu. - Bo widzisz, ci ludzie w czarnych pelerynach, by nas pozabijali jak byśmy tam zostali – powiedział nie siląc się na delikatność. - Dlaczego? Jak to zrobiłeś? Dopiero teraz uświadomił sobie, że ona przecież nie wie NIC o magii. - Teleportowaliśmy się. To znaczy przemieściliśmy w magiczny sposób w inne miejsce. - Wyjaśnił jak najlepiej potrafił. - Dlaczego ty nie wymiotowałeś? Czy to dla tego, że jestem niemagiczna? - Nie! Skąd ty bierzesz takie pomysły? - zaśmiał się nerwowo.- Większość ludzi tak reaguje. Po prostu do tego trzeba się przyzwyczaić. Było mu trudno, ponieważ dla niego był to zwykły środek transportu. - Aha. A kiedy dokładnie wychodzisz do pracy? Rozbawiła go tym pytaniem. Ale po chwili zdał sobie sprawę, że dziewczyna nie ma pojęcia o istnieniu Zakonu Feniksa, a za raz zjawią się tu tłumy czarownic i czarodziei. - Co robić?! - pytał sam siebie w panice. - Eee... Zaraz. Gabi, nie obrazisz się jak się z tobą teleportuje do twojego domu? - Wyganiasz mnie? Tam nie możesz iść! - Stanowczość w jej głosie naprawdę go przeraziła. - Mogę tu zostać? – poprosiła obdarzając go błagalnym spojrzeniem. No i bach. Tym oczom nigdy nie odmówi. - Dobrze – powiedział w końcu, po czym poszedł otworzyć drzwi, do których dobijał się ktoś diabelnie niecierpliwy. |
ROZDZIAŁ 9 cz. 2 Byli to Potterowie i Lupinowie w komplecie. Black dziękował niebiosom, że to oni. Po krótce wyjaśnił im, co się stało i gdy znaleźli się w salonie, nikt nie był zaskoczony obecnością pięknej kobiety rozłożonej na kanapie. - Odważna - szepnął James na ucho Lilce. - Ta... Kawał diablicy, idealna dla Łapy - zaśmiał się Luniek, który usłyszał słowa Rogatego. Dziewczyna wstała, gdy tylko weszli i szybko stanęła u boku Syriusza. Alisha miała nieodparte wrażenie jakby się ich przestraszyła. Ciekawa była, co ta laska wie o magicznym świecie. Postanowiła przesłuchać w tej sprawie Blacka. - To są moi przyjaciele: James, Lilly, Remus i Alisha, a to moja dziewczyna Gabriele.- Przedstawił wszystkich Łapa. - Cześć - przywitała się nieśmiało czarnowłosa. - Miło cię poznać - zawołał Rogacz i uściskał nową dziewczynę hogwarckiego cassanowy, za co został spiorunowany nienawistnym spojrzeniem Blacka i pełnym zazdrości przez panią Potter. - Eee... Mi ciebie również, James. - Tak, mój MĄŻ jest zawsze miły i uprzejmy - powiedziała trochę za głośno Ruda. - Ach...- wymamrotała Gabi odskakując szybko od Pottera i stając jeszcze bliżej Łapy niż na początku.. Może nie była dorosła, ale wiedziała, że zazdrosne kobiety potrafią być nieobliczalne. A ona nie chciała się narazić dziewczynie, która z pewnością posiadała patyczek do czarów. Po chwili zjawili się pozostali działacze oraz Dumbledore z nowymi członkami. Peter przyszedł spóźniony, ale tylko wyszczerzył zęby w przepraszającym uśmiechu i najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony, zajął swoje miejsce. Zebranie trwało około dwóch godzin. Omówiono wszystkie obecne posunięcia Śmierciożerców i wprowadzono kolejnych członków. Wszyscy wspólnie dzielili się spostrzeżeniami oraz starali się opracować plan rekrutowania i szkolenia przyszłych działaczy z całego świata. Po jakimś czasie doszli do wydarzeń sprzed kilku godzin. Łapa z Potterami głośno zastanawiali się, czy śmierciożercy śledzą potencjalnych działaczy Zakonu, a Remus objaśniał nowym sposoby szybkiego reagowania w takich sytuacjach. Wtedy padł wredny komentarz Snape’ a: - Wygląda na to, dyrektorze, że mamy w swoich szeregach szpiega. Jako jeden z nielicznych wiedział o współczulności Lilki, dlatego stawiał sprawy jasno, nie chcąc jej niczego nie utrudniać. - Z pewnością, mówisz przecież o sobie Sma... Snape - zadrwiła Lilly, która rzadko zabierała głos. - Nie kochanie - mruknął czarnooki - mam na myśli waszego wielkiego przyjaciela – dodał wykrzywiając wargi w mściwym uśmiechu. - A dokładniej? – warknęła lekko już podenerwowana. - Wygląda na to, że Pettigrew woli służyć Voldemortowi. - Roześmiał się najbardziej szyderczo, jak tylko był w stanie. Peter aż podskoczył, co nie wydało się nikomu dziwne: nie on jeden bał się nazwiska Riddle'a. - Nie wymawiaj imienia Czarnego Pana! – wrzasnął do Snape'a. Co było nie lada wyczynem, zważywszy na jego usposobienie. Dumbledore spojrzał na Petera i użył legimencji. - Przykro mi to mówić, ale Severus nie kłamie - powiedział powoli starzec do wszystkich zebranych. Takiego rozczarowania nie było jeszcze nigdy w spojrzeniu Dumbledora. - To…niemożliwe. Nie! – krzyknął Remus w kompletnym szoku. Reszta milczała jak zaklęta, jakby zdziwienie odebrało im mowę. Nowo zrekrutowani przenosili wzrok pełen przerażenia to na Albusa, to na Petera aż w końcu jeden z nich wysyczał: - Podły oszust. Nie trzeba było tego powtarzać dwa razy. Syriusz i James jakby się ocknęli i od razu zaczęli wypytywać Glizdogona o szczegóły. Na początku milczał i przez chwilę mogli myśleć, że temu zaprzeczy, że jakoś to wyjaśni, lecz nic takiego nie padło z ust Petera. - Tak! - zawołał w końcu, dumnie wypinając pierś.- Służę lepszemu od was. - Po czym spojrzał na wszystkich z pogardą. Tego było ze wiele. Został w trybie natychmiastowym usunięty ze stowarzyszenia. James i Remus tak się wściekli, że wyrzucili go przez okno na ulicę. Dumbledore nie zareagował, lecz w jego oczach czaił się głęboki smutek. Miał on dotknąć także byłych przyjaciół Pettigrew, lecz teraz czuli oni tylko niepohamowaną złość. Szczególnie tego dnia nerwowy był Lunio. Jak się później okazało na ten dzień przypadała pełnia. Kiedy wszyscy zbierali się do wyjścia, a Albus właśnie miał się zdeportować, Snape po raz drugi przemówił swoim najbardziej aroganckim i kpiącym tonem: - No, Black: szlamy, wilkołaki i zdrajcy krwi, hmm…jakoś można przeżyć, ale mugole? Myślałem, że już niżej się nie można stoczyć, a jednak. - Odpie** się! I żebym cię więcej nie widział w moim domu! – wrzasnął wściekły Black. - Nie obchodzi mnie, że jesteś członkiem Zakonu, wypier*** i to już! - Po czym wyciągnął różdżkę i celując nią w Smarka, otworzył przed nim szeroko drzwi. Severus nie miał innego wyjścia, szybko opuścił dom Syriusza. Wiedział, że wściekły Black to groźny Black, a szczególnie, gdy jest z nim Potter i Lupin, którzy pójdą za nim w ogień. James patrzył z przerażeniem na to, co się działo na zebraniu. Najpierw okazało się, że osoba, którą przez siedem lat miał za najlepszego przyjaciela, zdradziła Zakon dla Czarnego Pana, a potem, gdy już myślał, że będzie spokój, Snape wyskoczył z takim tekstem, że sam by go z największą przyjemnością zabił. W Syriuszu, aż się zagotowało. Palnął i tak słabą jak na swoje możliwości gadkę i wywalił Snape'a ze swojego domu. Potter jeszcze chwilkę się przyglądał, jak próbuje uspokoić Gabriele, która wpadła w histerię, ale znudzony po pół minucie postanowił dogonić glizde i z nim pogadać. Wyszedł z domu tylko mruknąwszy Lilce na ucho: - Zaraz wracam. Dogonił go przy bramce. - Sev, czekaj! Zaskoczony Snape stanął jak wryty. Potter mówi do niego po imieniu? Coś tu nie gra. Wsadził tylko rękę do kieszeni gdzie miał różdżkę i czekał, aż ten podejdzie bliżej. - Przegrałeś dzisiaj i doskonale o tym wiesz? Prawda? - Spytał James z pozoru spokojnym głosem. - Wiem i co z tego? - wypalił. - To, że przegrałeś kolejną bitwę o względy Lil. Jakbyś nie pamiętał to JEJ rodzice byli mugolami, a ona jest MUGOLACZKĄ! Zapamiętaj to lepiej na przyszłość. Chyba, że się już poddałeś? - zadrwił złośliwe. Tak, to był prawdziwy James Potter. Waleczny, ale i bezwzględny w dążeniu do zamierzonego celu. - Chyba śnisz, James - mruknął Snape i chciał już odejść, gdy tamten złapał go za rękaw. - Czekaj - syknął zupełnie jak Ślizgon.- Nikomu, ani słóweczka o naszej rozmowie. Jasne? - zapytał tak uprzejmym tonem, jakby przed chwilą nie było tej ostrej wymiany zdań. - Taa... jasne. - A i jeszcze jedno - powiedział James odchodząc.- Cieszę się, choć to żadna przyjemność wygrać walkowerem z takim zerem, jak ty. Snape chciał jeszcze coś dodać, ale Potter już trzasnął bramką i ruszył z powrotem do domu. Rozeszli się w takowym pokoju. - Ciekawe na jak długo? - bąknął do siebie Sev. Wiedział, że opanowanie Pottera kiedyś się skończy. Miał tylko nadzieję, że Lilka przy tym będzie, bo wtedy punkt dla niego, jeszcze bardziej się ucieszy. _________________________________________ *Florem - moje własne zaklęcie. (florem łac. kwiaty) **Niecenzuralne słowo ***Niecenzuralne słowo |
Jak na razie to wszystko co udało nam się napisać. Zapraszam na naszego bloga.
Pozdrawiam Ariana Dumbledore vel Syria Black |
ROZDZIAŁ 10 cz. 1 Dni, a potem tygodnie mijały w zastraszającym tempie, czemu nikt sięnie dziwił. Każdy z paczki przyjaciół miał w tym czasie mnóstwo roboty. Alisha była rozdarta między szkołą, a wiecznym zmęczeniem. Nie wiedziała, dlaczego czuje, że mogłaby ciągle spać. Dopiero pod koniec października wyszło na jaw, że to przez ciąże. Wściekła się nie na żarty, gdy magomedyk kazał jej przerwać szkołę, jeśli chce urodzić dzieci. Tak, Lupinowie mieli mieć bliźnięta. Remus był bardzo szczęśliwy, kiedy sięo tym dowiedział. Był też jeszcze bardziej zapracowany. Ten to dopiero nie miał na nic czasu! Dzielił go między szkołę, Alishę, pracę i pełnię, która teraz przeszkadzała mu jak nigdy wcześniej. Nie chciał zostawiać kobiety samej, ale musiał. I ta praca - ciężka mugolska harówka. O magicznej na razie nie mógł nawet marzyć, gdyż: po pierwsze, nie miał żadnego wykształcenia, a po drugie nikt nie chciał go przyjąć. U Blacka sytuacja wyglądała podobnie. Cały jego czas zajmowała nauka i Gabriele, która zdawała się nie być nigdy dostatecznie zadowolona. Zawsze chciała mieć Blacka na dłużej, mimo że on sam ledwie wyrabiał się z czasem, który ograniczył zresztą na własne życzenie. Oprócz magomedycyny, wybrał się bowiem - ku zdziwieniu wszystkich swoich przyjaciół - na mugolską uczelnię i tam również zajął się medycyną. Jedynie u Potterów było nieco lepiej. Ci mieli na głowie tylko szkołę i siebie,wobec czego zajęli się organizacją tegorocznego Halloween, które postanowili urządzić po mugolsku. Wiedzieli, że to na pewno zainteresuje wszystkich bardziej niż zwykłe czarodziejskie przyjęcie. By poczynić odpowiednie przygotowania, zaczęli notorycznie oglądać mugolskie filmy, gdzie królowały wampiry. Oczywiście zupełnie nie przypominały one tych ze świata czarodziejów, ale Lilly uważała, że mają w sobie coś intrygującego. W końcu, w przededniu zabawy, wybrali najciekawsze motywy mugolskie i zabrali się za dekorowanie domu. W międzyczasie Lilly postanowiła napisać zaproszenia do przyjaciół i teraz krytycznie przypatrywała się karteczkom: HALLOWEEN U POTTERÓW! Jutro o dwudziestej czekamy na was u nas w domu. Organizujemy przyjęcie z okazji Dnia Duchów. Impreza będzie nawiązywać do mugolskich horrorów owampirach, toteż obowiązuje strój kojarzący się z owym dniem. Mamy nadzieję, że się pojawicie. Lilly i James. - Jesteś pewien, że powinnam wspominać im o naszym mugolskim pomyśle? - zapytała z powątpiewaniem Jamesa, który zaglądał jej przez ramię. - Jestem o tym absolutnie przekonany - powiedział szczerząc zęby, lecz widząc zirytowaną minę ukochanej, dodał: - Lil, przecież to ich na pewno zainteresuje. Ba, będą umierać zciekowości, zobaczysz. Halloween po mugolsku to przecież dla nich zupełna abstrakcja! - Obyś miał rację, James - mruknęła wciąż nieprzekonana i sięgnęła po różdżkę. - Bierzmy się, zatem do pracy. - O tak, do roboty! - zawtórował jej ochoczo mąż. Salonw willi Potterów trzydziestego pierwszego października wyglądał jak z najlepszego horroru. Panował w nim gęsty mrok, sprawiający, że zawsze przytulne pomieszczenie w domku Potterów wyglądało teraz jak ponury pokój gościnny z nawiedzonego domu. Ściany zostały magicznie przemalowane na czarno, a na suficie (również czarnym) zawisły żyrandole ze świecami. Były ogromne, na każdym znajdowało się około dziesięciu świec. Jednak ich mdłe światło nie rozświetlało pomieszczenia. Wręcz przeciwnie - tańczące ogniki dodawały temu miejscu grozy, podobnie jak czerwona podłoga i czerwono srebrne kanapy.Wyczarowano również podest do tańczenia, a w tle słychać było mrożące krew w żyłach utwory. Wyprostowała swoje rude włosy i nałożyła na twarz wyjątkowy makijaż. Nigdy takiego nie nosiła, ale uznała, że mocno podkreślone oczy i czerwone usta będą adekwatne do jejstroju. Na koniec włożyła na siebie ciemnozielony gorset ze srebrnymid odatkami oraz czarną, długą i falbaniastą spódnicę w rysowane zielone kwiaty.Lilly postanowiła tego dnia wyglądać zupełnie inaczej niż zwykle. Toteż wypr - Wyglądasz przecudnie! - stwierdził James wchodząc dopokoju. - Właśnie otrzymałem ostatnią sowę z potwierdzeniem przybycia.Wygląda na to, że nikt nie chce przeoczyć zabawy u nas. - Uśmiechnął się i przystanął mierząc Lilly wzrokiem pełnym podziwu. Sam też wyglądał fantastycznie. Właśnie takiego wizerunku oczekiwała Ruda. Miał na sobie czarne, dopasowane spodnie i czerwoną koszulę rozpiętą podszyją. Na wierzch narzucił elegancką czarną pelerynę, która łopotała za nim jak skrzydła. Zrobił też coś z włosami, co bardzo ucieszyło Lil. Otóż ostatnio jej ukochany nosił włosy gładko ułożone, bo nie chciał być uważany za fleję. Jednak dzisiaj odstąpił od tej reguły i na jego głowie panował kompletny chaos. Każdy włos sterczał w inną stronę.Tylko on wiedział jak tego dokonać. Wystarczyło zaklęcie huraganu i efekt był idealny. - Dziękuję. Ty też - odparła po dłuższej chwili, ignorując drugą część jego wypowiedzi. Patrzyli tak na siebie jeszcze parę sekund. W końcu Lil podeszła do niego i zarzuciwszy mu ręce na szyję, wpiła się mocno w jego usta.Instynktownie odwzajemnij gorący pocałunek i objął ją w pasie. W tym momencie rozległ się dzwonek przy drzwiach wejściowych. Czarnowłosy jęknął cicho. Chcąc nie chcąc, musiał otworzyć. - Już idę! - zawołał i jeszcze raz ucałowawszy żonę zbiegł na dół. Do sypialni młodych weszła Luisa. - Lilly, ja i David wychodzimy...- Oznajmiła.- Będziemy rano. - Och, w po...- zaczęła dziewczyna, lecz zamilkła, bo Luisy już nie było. No tak, starsi się ulatniają, pomyślała Ruda. Kto wytrzyma stado młodych ludzi, którzy pierwszy raz organizują imprezę poza Hogwartem. Pewnie mają tylko nadzieję, że ich dom jutro rano będzie w tym samym miejscu i w jednym kawałku. |
ROZDZIAŁ 10 cz. 2 James uchylił drzwi i gdy zobaczył parę stojącą na progu szybko otworzył. Do salonu weszli Lupinowie. Remus wyglądał bardzo podobnie do Jamesa, tylko jego koszula była niebieska.Alisha również prezentowała się wyjątkowo ładnie. Miała na sobie długą niebieską suknię, która podkreślała jej wydatny brzuch. Wyglądałaby zupełnie zwyczajnie gdyby nie bogata srebrna biżuteria i mocny makijaż.Jej blond włosy, upięte do tyłu i idealne proste, świetnie kontrastowały z czarnym płaszczem. Ledwo zdążyli usiąść, gdy dzwonek rozbrzmiał ponownie. Sytuacja się powtórzyła, lecz tym razem w progu stali Black i panna Sergiej. Syriusz wyglądał idealnie. James pomyślał, że takiego wyglądu pozazdrościłby mu sam Drakula. Gabriele także prezentowała się całkiem ciekawie. Otóż jej czarne oczy okalały malowane sińce, a usta pomalowane w kolorze fioletu sprawiały wrażenie jakby już była trupem. Miała na sobie długą czerwoną suknię z wielkim dekoltem i rozcięciem sięgającym prawie połowy uda. Włosy pozostawione w nieładzie i wielkie srebrne kolczyki dodały pazura tej małej niepozornej istotce. - No tak, hmm James...- Zaczął dziwnie Łapa.- Czy ja też powinienem się pomalować? Gabi, pożyczysz pomadki? I wtedy James zorientował się, że przecież całował Lil. - Właźcie - mruknął urażony. -Oho, widzę, że nastrój masz równie ponury, co wygląd - rzekł Syriusz ze śmiechem. A może po prostu nie chcesz przyznać, że dałeś buziaka naszej rudej wampirzycy? - dodał dostrzegłszy Lilly siedzącą w salonie. -Naszej? Lepiej zajmij się sobą, Black. - odpowiedział mu zirytowanyJames i popchnął przyjaciela dalej, sam czekając na pozostałych gości przy drzwiach. - Naszej? - powtórzyła także Gabi z udawaną złością i podążyła za Łapą, by nie dać mu okazji do wzbudzenia jej zazdrości. Po godzinie byli już wszyscy. Rozpoczęła się impreza. Tańczono, rozmawiano i flirtowano. W pewnej chwili Rogacz stwierdził brak Blacka i Sergiej. - Lilly, czy ty myślisz, że oni...? - zapytał już lekko wstawiony i spojrzał na Rudą z pożądaniem. - Uspokój się - odepchnęła go od siebie.- Mamy gości! - Którzy chyba jednak zajęli się sobą - bełkotał, przypominając sobie, co mówił wcześniej. Ruda nawet nie próbowała się domyślić, co jej mąż chciał przez to powiedzieć. Wolała także, nie zastanawiać się co robią i gdzie są Black ze swoja dziewczyną. Westchnęła tylko i podążyła w stronę przyjaciółek. Impreza trwała do późnych godzin nocnych. Około północy, obok Lilly pojawił się Remus. - Mała...- zagadnął. - Hmm? - Inteligentne pytanie. - My z Alishą się już zmywamy. Sama rozum.... Nie dokończył, bo wtem rozległ się krzyk kobiety. - Alisha! - zawołał Lupin i pognał w tamtym kierunku. Jego miłość siedziała na kanapie i miała łzy w oczach. - Co jest, kochanie?! - pytał zdenerwowany Lunatyk. Wokół nich zrobiło się strasznie tłoczno. Każdy chciał pomóc kobiecie w potrzebie. - Remus, pomóż - wyszeptała, a po jej policzkach popłynęły kolejne łzy. - Jak mam ci pomóc? Co zrobić? - W jego głosie było słychać panikę i bezradność. - Może trzeba ją zabrać do Munga - zaproponowała przytomnie Amelia, znajoma Potterów, która uczyła się w Rawenclawie. - Tak - mruknął Remus.- Idziemy, kochanie. Jednak widząc, że kobieta nie może się podnieść, bez namysłu wziął ją na ręce.Innym mogło się wydawać, że kobiety i to w szóstym miesiącu ciąży i to za dużo dla kogoś takiego, jak Remus, lecz on dzięki pełniom był wyjątkowo silny. Gdy wyszli przed dom za ich przykładem podążyło kilka osób, w tym Potterowie. - Daj znać jak tylko będziesz coś wiedział - poprosiła Lilka. - Dobra. To ja lecę. I deportował się z cichym POP. Goście wracali do zabawy. Po pół godzinie wydawali się nie pamiętać, że niedawno była tu kobieta w ciąży. Około drugiej w nocy wszyscy zaczęli powoli wychodzić tak, że o czwartej nad ranem w salonie Potterów zostali już tylko Rogacz, Łapa,Ruda i Gabi w zniecierpliwieniu oczekując na jakieś wieści o Blondynie. - Myślicie, że coś jest nie tak? - zapytała przerażona Gabriele. - Na pewno wszystko jest w porządku - odparł jak zwykle pogodny Syriusz i przytulił mocniej do siebie ukochaną. - Wyglądała jakby bardzo ją bolało - zauważyła pani Potter. Bardzo się martwiła o swoją najlepszą przyjaciółkę. - Oj, nie denerwuj się - pocieszył ją James.- A może my też się postaramy o potomstwo? - Zaproponował nie zwracając uwagi na towarzystwo i delikatnie przejechał ręką po jej plecach. - Chcesz, żebym cierpiała? A zresztą...szkoła! Zapomniałeś!? - wydarła się niespodziewanie Ruda. Gdy była zdenerwowana, nie kontrolowała swoich emocji. W tym samym momencie do salonu wszedł zmęczony, ale uśmiechnięty Remus. - Hej wszystkim! - zawołał. - I co z nią? - Co jest? Kobiety od razu się na niego rzuciły. Biedny Lunatyk usiadł na pierwszym lepszym fotelu i powiedział pogodnie: - To ze zmęcznia. Wszystko już jest dobrze. Jutro będzie mogła wrócić do domu. Uśmiechnął się serdecznie. Przyjaciele odetchnęli z ulgą, a Rogacz zanotował sobie w pamięci na przyszłość: "Nie można pozwalać Lilly, aby się przemęczała". Dziewczyna nie miała pojęcia, co chodzi po głowie jej mężowi, ale może w to i lepiej. Dla niego, oczywiście. Wyczuła za to, że James jest nieźle podekscytowany. Ale podobało jej się to.Oznaczało to, że jeszcze mu się nie znudziła, a to było dla niej spełnieniem marzeń. Rozmawiali jeszcze przez chwilkę, ale szybko się rozeszli zważywszy na późną porę. Gdy tylko dom opustoszał, James nie czekając na przyzwolenie, wziął żonę naręce i skierował się w stronę sypialni. Od niechcenia zamknął zaklęciem drzwi. W środku czekało już na nich wielkie łóżko i palący się w kominku ogień. Rogacz położył swoją piękność na łóżku, a sam pochylił się nad nią. Zaczął ją zachłannie całować, rękoma błądził po jej ciele. Zachowywał się tak, jakby chciał zapamiętać każdy jej szczegół już na zawsze. Lilly była w siódmym niebie. James zawsze potrafił ją zadowolić. Po jakimś czasie oboje zasnęli wtuleni w siebie. Nie zdawali sobie sprawy, że niedaleko niech właśnie rozegra się koszmar. Kilka ulic dalej szło małżeństwo. Oboje mieli około czterdziestki i o coś się zawzięcie sprzeczali. - Dav, ale ja już nie mam dwudziestu lat! - zawołała ze śmiechem Luisa. - Luis, dla mnie zawsze będziesz młoda i piękna - zamruczał jej do ucha mąż. Kobieta ponownie wybuchła śmiechem, a w jej oczach zapłonęły iskierki. David Potter uwielbiał w niej tę ciągłą radość z życia. - Tak cię kocham - szepnął. Chwycił kobietę za rękę i już chciał się deportować, gdy usłyszał dźwięk towarzyszący aportacji, a potem świst zaklęcia. Odwrócił się i zdążył tylko krzyknąć: - Luise, nie! Odepchnął żonę, ale sam nie zdążył. Zaklęcie uderzyło go prosto w klatkę piersiową. Pani Potter mogła uciec, ale nie chciała. Nie wyobrażała sobie życia bez jej Davida. Decyzję podjęła w ułamku sekundy. Nawet nie próbowała stawiać oporu, a gdy zaklęcie uśmiercające mknęło w jej stronę, szepnęła: - Powodzenia James, synku....- I upadła martwa na trawę obok męża. Moi kochani czytelnicy! Mam do was wielką prośbę. Jeśli czytacie moje opowiadanie napiszcie co o tym sądzicie. Naprawde wasza opinia jest dla mnie okropnie ważna. Ariana Dumbledore vel Syria Black |
Bardzo fajne opowiadanie. Byłam też na blogu. Fajna oprawa graficzna. Szkoda tylko, że gdziesz zapodziałaś linki do innych historii trochę bez nich smutno. Jednak twoja historia jest fenomenatna. Gratuluję! A i z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.
|
| Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:01. |
Powered by vBulletin® Version 3.7.3
Copyright ©2000 - 2026, Jelsoft Enterprises Ltd.