![]() |
Okrutny świat pełen miłości - historia Potterów
BAL ABSOLWENTÓW
15:00 Dormitorium chłopców. Czarnowłosy chłopak w okularach gwałtownie wpadł do pokoju. Widząc, iż wszyscy jego przyjaciele są prawie już gotowi szybko pomknął w stronę łazienki. Po kąpieli, jeszcze z mokrymi włosami, zaczął się powoli ubierać. - Skąd wytrzasnąłeś taki strój? - zawołał zdziwiony Peter, który miał już na sobie błękitną szatę i czerwony krawat. - Lilka mnie na niego namówiła twierdząc, że będę ładnie wyglądał - mruknął James i nie zaszczycając nikogo nawet spojrzeniem, zaczął zapinać guziki swojej śnieżnobiałej koszuli. Po godzinie wszyscy czterej Huncwoci zeszli do Pokoju Wspólnego, aby tam zaczekać na swoje partnerki. Wiedzieli, że mają jeszcze prawie dwie godziny więc Łapa z Rogaczem postanowili zagrać w szachy czarodziejów, Luniaczek jak zwykle coś czytał, a Peter? - Tak, Peter zajadał się słodyczami, które podkradł Jamesowi. 16:00 Dormitorium dziewcząt. Tymczasem dziewczęta ogarnęła panika. Za niecałe dwie godziny musiały być na balu, a były w kompletnym "proszku". Zdesperowana Alisha próbowała spiąć swoje blond pukle w kok, a Mell zmywała makijaż już po raz piąty. Jedynie Lilly zachowała spokój. Założyła już suknię mając cichą nadzieję, że Jamesowi się spodoba. Kończyła podpinać swoje loki do tyłu. Makijażem się nie przejmowała. Wiedziała, że tusz do rzęs, kredka, trochę zielonego cienia i błyszczyk w zupełności wystarczą. O siedemnastej była już gotowa, toteż chciała wyjść. - Lilly, a jakiś dodatek? Bo wiesz, ten dekolt wygląda tak pusto. - Zauważyła znawczyni mody Mellanie McSweet. - Bez obaw, James powiedział, że już o to zadbał. - Szkoda, że Łapcia nie jest taki domyślny - zachichotała Alisha, przyjmując ze stoickim spokojem mordercze spojrzenie przyszłej pani Black. - Dobrze, w takim razie idź do tego swojego Rogasia - warknęła poirytowana Czarna. Lily zeszła po schodach i spojrzała na siedzącego przy stoliku Pottera. - James, jestem już gotowa. Chłopak podniósł wzrok i zaniemówił tak samo, jak pozostała dwójka Huncwotów. Peter nadal zajadał się cukierkami i nic więcej dla niego mogło nie istnieć. James nie mógł w to uwierzyć. Przed nim stała Lilly Evans w całej swej okazałości. Teraz wyglądała jednak jak bogini w długiej do ziemi, prostej sukni w kolorze soczystej zieleni. Włosy spływały jej kaskadami rudych loków na plecy. Delikatnie podkreślone oczy i błyszczyk na malinowych ustach znakomicie dopełniały całości. - Zaraz wracam - wyjąkał okularnik i pognał ile sił w nogach do swojego dormitorium, gdzie na szafce przy łóżku czekał na niego prezent dla Rudej. Zbiegł do Pokoju Wspólnego, gdzie wszyscy czekali na niego w ciszy. Podszedł do miłości swojego życia i wręczył jej nieduże pudełeczko. Otworzyła je drżącymi rękoma. - O jejku... Nic więcej nie zdołała z siebie wydusić. Ostrożnie wyjęła wisiorek i uniosła ręce, aby go założyć. - Daj, pomogę ci - powiedział James ochrypłym głosem. Wziął od dziewczyny naszyjnik i zapiął go na jej delikatnej szyi. Poczuł, że zadrżała, kiedy niechcący musnął jej ciało. Pochylił się nad nią i czule pocałował ją za uchem. - Koniec tych igraszek. Idziemy, bo się spóźnimy - powiedział sucho Peter. I aż zadrżał ze strachu, kiedy padł na niego wzrok Jamesa. Chłopak sprawiał wrażenie, jakby chciał rzucić na niego urok, ale tylko spojrzał na niego ze złością podając rękę Lilly i trzy pary, plus Peter, udało się do Wielkiej Sali. Szli główną trasą, ponieważ długie suknie uniemożliwiały paniom korzystanie z tajnych przejść. Lilly odetchnęła głęboko. -Wchodzimy?- zapytał zniecierpliwiony Peter. Niktnie wiedział, że umówił się na bal z pewną Puchonką. Gdy weszli doWielkiej Sali wszystkie oczy zwróciły się w ich kierunku. Cóż,można się było tego spodziewać. W końcu James i Syriusz mieli swojeFunClub-y we wszystkich czterech domach. Toteż na panny Evans i McSweetpadła kaskada morderczych spojrzeń. Lillianne aż zadrżała, co nie uszło uwadze kroczącego u jej boku Rogacza. - Słońce, co jest?- zapytał nieco zaniepokojony, a jego orzechowe oczy podążyły za jej wzrokiem. W miejscu, na które patrzyła zdenerwowana Zielonooka stała Samantha Josse. Wszyscy w całym Hogwarcie wiedzieli, że z ową Ślizgonką nie powinno się zadzierać. Kiedy tamta się na coś uparła, to nic nie mogło pomóc jej ofierze. No chyba, że wyjątkowo okazała swą litość. - Nie bój się Lilka, jestem tuż obok - powiedział James i na złość Josse pocałował swoją dziewczynę w policzek. Chętnie by zrobił nieco inny ruch, ale obecność tak szeroko zakrojonej publiki nie pozwalała mu na jakikolwiek wybryk. - Cześć, Peter - rozległ się głos ładnej,pulchnej Puchonki, która z nieznanych im bliżej powodów zwróciła sięakurat do Pettigrew. - Witaj, Wiki - odpowiedział rozpromieniony chłopak i spojrzawszy znacząco na Syriusza odszedł ze swoją partnerką. - Łapa, dlaczego on na ciebie tak spojrzał?- Zainteresował się Remus. -Och, Lunio, nieważne. Mała wymiana zdań. Powiedziałem, że żadna z nim nie zechce pójść i się założyliśmy. Wygrał 10 galeonów - wydyszał Black pod naporem spojrzeń swoich przyjaciół. - Aha...- wymruczała Mellanie i zmiażdżyła swojego chłopaka wzrokiem.- A niby w czym on jest gorszy od ciebie?! - wybuchła. Nie potrafiła tego zrozumieć. No dobrze, może Peter nie był jakimś siódmym cudem świata. Szczerze mówiąc był gruby, mały i głupi, ale miał wielkie serce, które potrafiło kochać. Dlaczego on tego nie dostrzega? Przecież nie tylko wygląd i prezencja się liczy. Nigdy nie lubiła Glizdogona,ale może zyskiwał przy bliższym poznaniu. - Eee...- Zaczął jąkający się już na dobre Syriusz. Nic dziwnego, w końcu kiedy Mell piorunowała kogoś wzrokiem bazyliszka ,to nawet Samantha by odpuściła. -Chodźmy znaleźć sobie dobre miejsce przy stolikach - zaproponował Lunatyk przerażony perspektywą tańca. Przez siedem lat udawało mu się ukrywać, iż ma dwie lewe nogi, a teraz ,na sam koniec, miałby się zbłaźnić? O nie, to nie należało w naturze najspokojniejszego z Huncwotów. Toteż cała paczka podeszła do stolików. Zajęli jeden czteroosobowy, więc Lilly usiadła na kolanach Jamesa, a Alisha przytulała się z Remusem. Ku wielkiemu zaskoczeniu Rudej, Lunio niespodziewanie zaczął namiętnie całować blondynkę, niebieskooką piękność. W szoku byli również James i Syriusz. Nie mieściło się to w ich głowach. Zawsze spokojny prefekt nagle się całuje i to na oczach jednej czwartej szkoły, a co więcej: przy nauczycielach! Dopiero po chwili Rogaty zrozumiał o co chodzi. - Lilly chodź, zatańczymy. Łapciu, idziecie z nami? - Tu spojrzał znacząco na jednego z Hogwartckich modeli . Teraz wszyscy pojęli dlaczego Remus zaczął całować Alishe. Pragnął uniknąć tańca! - Desperat - pomyślała Mell i zaczęła tańczyć gorącą sambę. Była wściekła. Gdyby wiedziała, że na balu będą takie klimaty założyłaby krótszą spódniczkę. Jeszcze chwila i się zabije o te piekielne falbany! |
Lilly szalała z Jamesem na parkiecie około dwóch godzin. Była strasznie zmęczona i powoli zaczynało się jej kręcić w głowie. Oczywiście przed nikim się do tego nie przyznała. Chciała, by ta noc była wyjątkowa.
Jednak w pewnym momencie, przy dość skomplikowanym piruecie wymagającym szybkiego obrotu, świat zawirował tak szybko, że dziewczyna straciła równowagę i gdyby nie silne ramiona chłopaka, wylądowałaby pewnie naziemi. Rogacz bawił się świetnie, lecz kiedy jego partnerka zachwiała się i o mały włos nie upadła dostrzegł zmęczenie na jej twarzy i wyjątkową bladość policzków, które jeszcze przed chwilą były różowe od ciepła. - Chodź na zewnątrz. Świeże powietrze dobrze ci zrobi. Jeszcze z godzinka i powinno nastąpić rozdanie świadectw - szepnął z troską do jej ucha. Odpowiedziała mu tylko delikatnym skinieniem głowy. Toteż wziął ją pod ramię i razem wyszli na błonia. Podążali powoli w kierunku jeziora, pod ich ulubione drzewo. Gdy dotarli na miejsce Jim wyczarował kocyk, który rozłożył na ziemi, aby mogli usiąść. Noc była nadzwyczaj ciepła i spokojna. Blade światło księżyca oświetlało zmęczoną twarz Lily, a delikatny wisiorek błyszczał w jego blasku. Chłopak gładził ją z czułością po policzku. - Przynieść ci coś do picia?- zapytał po kilku minutach, kiedy dziewczyna odzyskała normalne kolory. Lily ochoczo przytaknęła. Ślizgonka obserwowała tę dwójkę przez cały wieczór. Jakże się ucieszyła, kiedy spostrzegła ową parę opuszczającą Wielką Salę. Podążyła za nimi. Jej radość wzrosła jeszcze bardziej, gdy zauważyła, iż ta szlama Evans nie najlepiej wygląda. Jednak w miarę czekania jej podniecenie powoli gasło. Już myślała, że całą noc spędzą przytuleni pod tym przeklętym dębem. Właściwie to nie miałaby nic przeciwko, gdyby sama siedziała na miejscu tej wywłoki. Po jakimś czasie chłopak coś powiedział i powoli odszedł w stronę zamku. To było dla Josse sygnałem do natychmiastowego działania. Czuła, że jeśli się nie pospieszy, cały jej plan diabli wezmą. Powoli podeszła do zamyślonej Gryfonki i chrząknęła znacząco. - Czego chcesz?- warknęła wyjątkowo niemiłym tonem Lily. -Nie tak ostro, szlamo. Chyba czas nauczyć cię jak należy zwracać się do lepszych. - Samantha też nie wyglądała na przyjaźnie nastawioną, choć w jej przypadku było to zupełnie zwyczajne. - Kogo masz na myśli mówiąc: lepszych? - prychnęła Ruda, ale jej czujność się wzmocniła. - Chyba nie siebie? Jak na złość zapominała różdżki. Głupia dziewucha - pomyślała sama o sobie. A tyle razy James jej powtarzał, że nie należy poruszać się bez tego, jakże niepozornego "patyczka". Postanowiła więc grać na zwłokę i czekać. Miała nadzieję, że jej chłopak szybko wróci. Josse wyglądała jakby miała ochotę ją zabić. Szczerze mówiąc, gdyby wzrok mógł zabijać, panna Evans już leżałaby martwa. - Uważaj, bo pożałujesz dnia, w którym się urodziłaś.- To powiedziawszy Josse wyciągnęła różdżkę ku Zielonookiej. Ta jednak nie mogła się jej zrewanżować. Na twarzy Ślizgonki zakwitł uśmiech szaleńczej uciechy. -Nie masz różdżki? Oj, głupia dziewczyna - świergotała.- Jeszcze się nie nauczyłaś, że w obecnych czasach bez tego drobnego dodatku, lepiej nie wychodzić z sypialni? Czarny Pan zawsze nam to powtarza. Te słowa spowodowały, iż dziewczyna zaczęła się naprawdę martwić o swoją przyszłość. Skoro ta lafirynda została śmierciożerczynią, to już po niej. W końcu jest "szlamą", a właśnie z takich jak ona Lord Voldemort chce oczyścić świat czarodziei. - Oczywiście szlamom nie wolno mieć różdżek. Czyżbyś sama doszła do takiego wniosku, Evans? - ciągnęła bezlitośnie Josse. - Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że będziesz bardziej harda. Strach cię obleciał, co? Lily czuła,że drży ze złości i ze strachu. Milczała jednak nie chcąc prowokować Josse. Ostatnio dziwne przypadki zdarzały się tym, którzy zadarli ze śmierciożercami. W głowie przemknęły jej straszne obrazy. Samantha wyglądała na naprawdę zdeterminowaną, by zrobić jej krzywdę. Lilly wiedziała, że żywi do niej wyjątkową nienawiść. Dziewczyna zrobiła krok w jej stronę trzymając różdżkę przed sobą. Otworzyła usta, by wypowiedzieć zaklęcie. Lilly zamarła. - Zostaw ją!- Rozległ się spośród drzew krzyk okularnika. - Nie waż się jej tknąć! - Zawtórowali mu Syriusz, Remus, Alisha i Mell. Tak!Tak! Jestem uratowana! - krzyczała cała silna wola dziewczyny, ale tylko ona. Lilly czuła, że to za wiele jak na jej, już i tak skołatane nerwy. Wstała i na miękkich nogach podeszła jak najszybciej mogła do swojej połówki. - Jak się cieszę, że już tu jesteś - wyszeptała i poczuła jak wbrew jej woli, po jej policzkach płyną łzy szczęścia i ulgi - Już się bałam, że nie zdążysz. - Już spokojnie. A właściwie, to dlaczego ona tak cię przeraziła? Wyglądałaś jakbyś zaraz miała umrzeć. -Ona jest już albo zamierza się przyłączyć do NIEGO.- Lily zaczęła bełkotać przez łzy. Niewiele to miało wspólnego z normalną rozmową,ponieważ zdania, które wypowiadała były zupełnie nieskładne, ale miała nadzieję, że James ją zrozumie. Nie myliła się: chłopak od razu zrozumiał o co chodzi. Dał znak Łapie, żeby zatrzymał Josse, a sam popędził ile sił w nogach do zamku. Wiedział, że teraz potrzebny jest Dumbledore. Nieważne czy poradziliby sobie z nią sami, czy też nie, ale dyrektor musiał zadecydować co z nią dalej zrobić. -Panie profesorze, śmierciożerca! - Zdołał wychrypieć zadyszany James. - Tak, na błoniach! Syriusz z Remusem powstrzymują ją przed ucieczką. Nie trzeba było powtarzać dwa razy. Albus, nie zważając na zaciekawione i przerażone spojrzenia uczniów oraz innych nauczycieli, wybiegł z zamku. To, co zobaczył sprawiło, że przystanął na chwilę. Ale tylko na sekundę. Nie od dziś ludzie uważali go za największego maga obecnych czasów. - Panno Josse, proszę natychmiast puścić pannę Evans! - Zagrzmiał mierząc wzrokiem szamocącą się dziewczynę. W tym momencie nie był już tym potulnym staruszkiem, ale przerażającym czarodziejem. Jego oczy, zawsze niebieskie z wesołymi iskierkami, stały się stalowe, zimne, a zarazem zdeterminowane. Moc nie sprowadzała się tylko do różdżki. Potęga Albusa Dumbledore'a była wręcz namacalna. Nikt nie śmiał się sprzeciwić komuś takiemu, jak Dumbledore. Od tej chwili Huncwoci i ich partnerki zrozumieli dlaczego Czarny Pan lęka się ich idola. Kto by się go nie bał? Chyba nie było nikogo potężniejszego od tego człowieka. - James, zabierz stąd Lilly. Wy też możecie już iść. - Zwrócił się do pozostałych, a sam zaczął się zastanawiać, co począć z młodą Ślizgonką. - Dobrze, panie profesorze - odparła cała gromadka i udała się w stronę średniowiecznego zamczyska. Po tych chwilach grozy dziewczęta postanowiły już nie wracać na bankiet. No cóż, w końcu trzeba było pocieszyć wstrząśniętą przyjaciółkę. James też nie zamierzał zostawiać Lilly samej po tym, co przed chwilą przeżyła. Toteż zaprowadził ją do swojego dormitorium i usadził nałóżku, a sam ukląkł przed nią. Była nadal przeraźliwie blada. - Już dobrze. Nic ci nie grozi. Spokojnie, Lileńko - powiedział cicho. Sam nie wiedział dlaczego, ale to zrobił. Podniósł się na kolana tak, że ich twarze były prawie na równi. Pochylił się nad dziewczyną i delikatnie ją pocałował. Czuła się już dobrze. Jego ramiona, pocałunki działały jak balsam na jej skołatane nerwy. Poddała się im całkowicie. W tym momencie wszystko inne przestało się liczyć. Świat składał się z ich dwojga, a może jednego ciała? *** Jest to jeden rozdział z alternatywnego opowiadania o życiu Potterów i Harry'ego. Na resztę zapraszamy na nasz blog: http://james-lilly-i-harry-potterowie.blog.onet.pl Ariana Dumbledore vel Syria Black i Nanevil :) |
Ogółem bardzo pozytywne. Lekko napisane, co niekiedy ujmuje tekstowi dostojności, ale tutaj da się to znieść.
Były błędy, hm nie wiem jak je nazwać, logiczne? Na przykład to, że Mell broniła Petera, nawet go nie znając, a zachowywała się tak, jakby wiedziała, że ma wielkie serce, znając go od lat. Albo Samantha - która NIGDY nie odpuszcza i z nią się nie zadziera - ustąpiłaby pod spojrzeniem Mell? Tylko spojrzeniem? Raczej wątpliwe. Podobała mi się rozmowa, a raczej monolog Samanthy. Miłe :D Nie podawajcie linków do bloga, zapewniam, że o wiele mniej osób będzie czytać Wasze opowiadanie na tej stronie. Wklej po prostu kolejne rozdziałi ; D |
Prosimy o uwagę! Dodałyśmy tu tylko wybrany rozdział. Ale jeśli naprawdę uważacie, że powinnyśmy dodać całość, to prosimy o minimum trzy posty.Z góry dziękujemy Ariana Dumbledore vel Syria Black i Nanevil |
Super Fan Fick prosze dodaj dalsze rozdziały i to szybko bo się nie mogę Doczekać!!!
|
Czytałam te rozdziały na blogu ale chętnie też zobacze je tutaj
|
Naprawde dobry FF... Teraz są już 3 posty możecie dodac następne rodzały :)
|
Dziękuję za wszystkie posty. Dodam całą historię od początku. Ponieważ tak jak mówiłam ten rozdział został wydarty ze środka. Zapraszam do lektury.
ROZDZIAŁ 1 Ten dzień był wyjątkowy. Właśnie dzisiaj mieli otrzymać dyplomy ukończenia najlepszej Szkoły Magii i Czarodziejstwa na świecie. Lilly obudziła się i ze zdziwieniem stwierdziła, że jest sama w dormitorium dziewcząt siódmego roku. Nie było dzisiaj lekcji więc przeczesała włosy palcami i zarzuciwszy na siebie szlafrok udała się do Pokoju Wspólnego Gryfonów. Tam spotkał ją niecodzienny widok. Oczywiście wiedziała, że Alisha chodzi z Remusem, a Mellanie z Syriuszem, ale żeby tak razem siedzieli i rozmawiali? - Gdzie jest James? - zapytała zaskoczona. - Twój książę jeszcze śpi - powiedziała rozbawiona Mell. Rudowłosej nie trzeba było tego dwa razy powtarzać. Szybko skierowała swoje kroki w stronę męskiego dormitorium. Cichutko uchyliła drzwi i wśliznęła się do środka. - James... Rogasiu! - wyszeptała pochylając się nad swoim chłopakiem i całując go delikatnie. Zaskoczony chłopak odwzajemnił pocałunek, ale zaraz potem zerwał się z okrzykiem: "Ratunku!" - Co się stało, słońce? - zapytała rozbawiona Evans. - Nic... nie śmiej się ze mnie! Śniło mi się, że całuje mnie dementor! - zawołał jej chłopak z udawanym oburzeniem. Lilly się zmieszała, wybiegła z jaskini Huncwotów i krzyknęła zbulwersowana: - Potter powiedział, że wyglądam jak dementor! Już ja ci pokażę dementora! Czwórka przyjaciół, która zajęła najlepsze miejsca przy kominku w Pokoju Wspólnym, patrzyła na ta scenę oniemiała. - Evans, to nie tak. Mnie się śnił dementor, to nie ty jesteśdementorem. Na gacie Merlina, nie odwracaj hipogryfa ogonem! -wrzasnąłrozbawiony James wyskakując za dziewczyną i goniąc ją po całym pomieszczeniu w samych bokserkach. Łapa nie wytrzymał i ryknął śmiechem, który do złudzenia przypominał ujadanie psa. - Rogacz i z kim teraz pójdziesz na bal skoro Panna- Niedostępna- Evans się na ciebie obraziła? Pewnie wyślesz sowę Smarkowi , co?- powiedział ciągle się śmiejąc. Teraz już nikt nie zachowywał powagi. Wszyscy jak na komendę wybuchli niekontrolowanym chichotem. - O Boże! - zawołała ponownie Lilly, jednak w jej głosie nie było już udawanego oburzenia, ale czyste przerażenie. - James, pamiętasz? Mieliśmy się wybrać razem na zakupy. Która godzina? - zapytała i nie czekając na odpowiedź chwyciła Rogacza za nadgarstek. - Lillka, nie panikuj, zdążymy. - Uspokajał ją okularnik choć sam w to wątpił, zważywszy na to, że było już południe, a oni nadal paradowali w piżamach. - Dobrze, to ja idę się ubrać i za dziesięć minut spotkamy się w Sali Wejściowej. - W porządku - przytaknął Rogaty. Cóż innego mógł zrobić? Znał swoją dziewczynę na tyle długo, że nie śmiał się jej sprzeciwić, kiedy gdzieś się spieszyła. Toteż szybko wpadł do swojego dormitorium i zaczął szukać poszczególnych części garderoby. Nie było to łatwe, bo zaczęli się już powoli pakować. Panował tu wielki nieporządek, nawet jak na nich. Mimo to, po pięciu minutach był gotowy do wyjścia. Miał na sobie czerwoną koszulkę z lwem i wytarte jeansy. - Lilly już wyszła? - zapytał zbiegając do Pokoju Wspólnego. A gdy ujrzał potakujących przyjaciół, wypadł z wieży jak błyskawica. Miał nadzieję, że zdąży przed Lily, bo nie chciał słyszeć komentarzy typu: "Co tak długo? Znów oglądałeś w lustrze ten swój napuszony łeb?" albo "tylko nie mów, że musiałeś rozdać więcej autografów niż przypuszczałeś". Udało się: gdy wypadł zza gobelinu ona właśnie schodziła marmurowymi schodami. - Zdążyłeś? A już myślałam, że będę musiała czekać wiecznie na wielkiego Jamesa Pottera - mruknęła z przekąsem. - Oj, Lilka, nie przesadzaj - powiedział i pocałował ją w policzek, po czym dodał: - To co, idziemy? - Dobra, ale jak się dostaniemy na Pokątną do Madame Malkine? - Teleportujemy się w Hogsmeade. - Aha - przytaknęła choć bardzo bawiła ją mina chłopaka. Wiedziała, że nie znosi teleportacji, a jednak poświęcał się tylko po to, żeby, jak powiedziała Mell, ona była bezpieczna. Po tej krótkiej wymianie zdań oboje opuścili w pośpiechu zamek. Kiedy wychodzili poza tereny Hogwartu natknęli się na dyrektora, który zatrzymał ich, mówiąc: - Przepraszam, dokąd to się wybieracie, jeśli można spytać? - Na Pokątną. Lilly zapomniała kupić sukienki na bal - odpowiedział mu Potter, a panna Evans się zarumieniła. - Oczywiście. Rozumiem, że macie ze sobą różdżki i że nie wpakujecie się w jakieś tarapaty? - Tu spojrzał znacząco na Jamesa: Nie od dziś było wiadomo, że gdzie Rogatego poślą, tam zaraz jest jakaś afera. - Oczywiście, panie profesorze - odparli jednocześnie. - W takim razie życzę miłego dnia. Na razie. - Dumbledore uśmiechnął się do nich przyjaźnie, po czym oddalił się w stronę zamku. Zapewne zamierzał przygotować jedno ze swoich ulubionych, dziwacznych przemówień, których połowa uczniów nie rozumiała, a pozostali w ogóle nie słuchali, mimo że wszystkie oczy były wpatrzone w dyrektora podczas jego wystąpień. Huncwoci podejrzewali, że Dumbledore doskonale wie kto go słucha, a kto tylko bezmyślnie się gapi. Dlatego też zawsze po uczcie pytali dziewcząt co sądzą o przemówieniu belfra, nie chcąc wyjść na idiotów, którzy nic z niej nie zrozumieli. Ulica Pokątna. Po chwili oboje stanęli przed sklepem z szyldem: "Madame Malkine - Szaty na wszystkie okazje". - Dzień dobry, kochaneczki. - Powitała ich pulchna kobieta, którą znali już od siedmiu lat. - W czym mogę pomóc? - Chcieliśmy kupić stroje galowe. Dla mnie suknia wieczorowa, a dla tego tam! - wskazała na Jamesa, który stał przy wystawie z miotłami. - Garnitur z płaszczem czarodzieja. - Rozumiem, moja droga. Bal Absolwentów, jak mniemam? - Tak, tak - Kiwnęła głową Lily biorąc katalog od sprzedawczyni, by pooglądać kroje. Szaty męskie też przejrzała. Wiedziała, że jej wybranek potrzebuje odpowiedniego stroju, ale teraz gdzieś przepadł. Modliła się tylko, żeby nie wpakował się w jakieś tarapaty: Teraz tyle tej hołoty. Do tego Lord Voldemort zaczął się na dobre panoszyć. Wiedziała, że Dumbledore robi wszystko, żeby go powstrzymać, ale i tak wielu ludzi ginęło. W tym samym czasie młody Potter oddalił się od sklepu z miotłami i udał się do jubilera chcąc kupić dla swojej księżniczki dodatek do sukni. Przechadzał się powoli po sklepie uważnie oglądając damskie ozdoby. Już myślał, że niczego nie znajdzie, gdy kątem oka dostrzegł zielony błysk spośród mnóstwa naszyjników. Podszedł bliżej i krytycznie przyjrzł się delikatnemu, złotemu wisiorkowi. Miał ozdobny, cieniutki łańcuszek, na końcu którego wisiały zielone kryształki. Wyglądały niepozornie, lecz przykuwały uwagę swoim niezwykłym lśnieniem. Zupełnie tak, jak oczy Lily. James uśmiechnął się pod nosem. Lepiej nie mógł trafić. - Poproszę ten naszyjnik. - Nie wiem czy będzie pana na niego stać - powiedział sprzedawca, patrząc wyniośle na młodego okularnika. - Ile? - zapytał chłodno James.- Trochę mi się spieszy. - 100 galeonów.. - Oczywiście, proszę - powiedział chłopak podając mężczyźnie garść srebrnych monet. Wziął zielone pudełko, w które był zapakowany wisiorek i pognał do sklepu Madame Malkine. - Gdzieś ty tyle czasu był? Przymierzaj szybko to, co dla ciebie wybrałam i idziemy dalej, bo muszę sobie kupić jakiś dodatek - zawołała dziewczyna, gdy tylko ujrzała wybranka swego serca w drzwiach. - Spokojnie Liluś... - Nie mów do mnie Liluś! I się pospiesz! - warknęła zniecierpliwiona. Nie protestował, bo wiedział, że jeśli zaraz się z tym nie uporają, to będzie miał poważne kłopoty. Dochodziła już piętnasta. - Lilka, ale ja już ci kupiłem ozdobę - powiedział skromnie. Dziewczynę zaskoczyła jego inteligencja. On pomyślał o ozdobie dla niej! Ciekawe co kupił. - Jaki kolor sukni wybrałaś? Nie wiem czy dobrze wybrałem. - Zieloną. - Uff... Miałem taką nadzieję - powiedział z wyraźną ulgą. Teraz to już naprawdę ją zaskoczył. |
ROZDZIAŁ 2 15:00 Dormitorium chłopców. Czarnowłosy chłopak w okularach gwałtownie wpadł do pokoju. Widząc, iż wszyscy jego przyjaciele są prawie już gotowi szybko pomknął w stronę łazienki. Po kąpieli, jeszcze z mokrymi włosami, zaczął się powoli ubierać. - Skąd wytrzasnąłeś taki strój? - zawołał zdziwiony Peter, który miał już na sobie błękitną szatę i czerwony krawat. - Lilka mnie na niego namówiła twierdząc, że będę ładnie wyglądał - mruknął James i nie zaszczycając nikogo nawet spojrzeniem, zaczął zapinać guziki swojej śnieżnobiałej koszuli. Po godzinie wszyscy czterej Huncwoci zeszli do Pokoju Wspólnego, aby tam zaczekać na swoje partnerki. Wiedzieli, że mają jeszcze prawie dwie godziny więc Łapa z Rogaczem postanowili zagrać w szachy czarodziejów, Luniaczek jak zwykle coś czytał, a Peter? - Tak, Peter zajadał się słodyczami, które podkradł Jamesowi. 16:00 Dormitorium dziewcząt. Tymczasem dziewczęta ogarnęła panika. Za niecałe dwie godziny musiały być na balu, a były w kompletnym "proszku". Zdesperowana Alisha próbowała spiąć swoje blond pukle w kok, a Mell zmywała makijaż już po raz piąty. Jedynie Lilly zachowała spokój. Założyła już suknię mając cichą nadzieję, że Jamesowi się spodoba. Kończyła podpinać swoje loki do tyłu. Makijażem się nie przejmowała. Wiedziała, że tusz do rzęs, kredka, trochę zielonego cienia i błyszczyk w zupełności wystarczą. O siedemnastej była już gotowa, toteż chciała wyjść. - Lilly, a jakiś dodatek? Bo wiesz, ten dekolt wygląda tak pusto. - Zauważyła znawczyni mody Mellanie McSweet. - Bez obaw, James powiedział, że już o to zadbał. - Szkoda, że Łapcia nie jest taki domyślny - zachichotała Alisha, przyjmując ze stoickim spokojem mordercze spojrzenie przyszłej pani Black. - Dobrze, w takim razie idź do tego swojego Rogasia - warknęła poirytowana Czarna. Lily zeszła po schodach i spojrzała na siedzącego przy stoliku Pottera. - James, jestem już gotowa. Chłopak podniósł wzrok i zaniemówił tak samo, jak pozostała dwójka Huncwotów. Peter nadal zajadał się cukierkami i nic więcej dla niego mogło nie istnieć. James nie mógł w to uwierzyć. Przed nim stała Lilly Evans w całej swej okazałości. Teraz wyglądała jednak jak bogini w długiej do ziemi, prostej sukni w kolorze soczystej zieleni. Włosy spływały jej kaskadami rudych loków na plecy. Delikatnie podkreślone oczy i błyszczyk na malinowych ustach znakomicie dopełniały całości. - Zaraz wracam - wyjąkał okularnik i pognał ile sił w nogach do swojego dormitorium, gdzie na szafce przy łóżku czekał na niego prezent dla Rudej. Zbiegł do Pokoju Wspólnego, gdzie wszyscy czekali na niego w ciszy. Podszedł do miłości swojego życia i wręczył jej nieduże pudełeczko. Otworzyła je drżącymi rękoma. - O jejku... Nic więcej nie zdołała z siebie wydusić. Ostrożnie wyjęła wisiorek i uniosła ręce, aby go założyć. - Daj, pomogę ci - powiedział James ochrypłym głosem. Wziął od dziewczyny naszyjnik i zapiął go na jej delikatnej szyi. Poczuł, że zadrżała, kiedy niechcący musnął jej ciało. Pochylił się nad nią i czule pocałował ją za uchem. - Koniec tych igraszek. Idziemy, bo się spóźnimy - powiedział sucho Peter. I aż zadrżał ze strachu, kiedy padł na niego wzrok Jamesa. Chłopak sprawiał wrażenie, jakby chciał rzucić na niego urok, ale tylko spojrzał na niego ze złością podając rękę Lilly i trzy pary, plus Peter, udało się do Wielkiej Sali. Szli główną trasą, ponieważ długie suknie uniemożliwiały paniom korzystanie z tajnych przejść. Lilly odetchnęła głęboko. -Wchodzimy?- zapytał zniecierpliwiony Peter. Niktnie wiedział, że umówił się na bal z pewną Puchonką. Gdy weszli doWielkiej Sali wszystkie oczy zwróciły się w ich kierunku. Cóż,można się było tego spodziewać. W końcu James i Syriusz mieli swojeFunClub-y we wszystkich czterech domach. Toteż na panny Evans i McSweetpadła kaskada morderczych spojrzeń. Lillianne aż zadrżała, co nie uszło uwadze kroczącego u jej boku Rogacza. - Słońce, co jest?- zapytał nieco zaniepokojony, a jego orzechowe oczy podążyły za jej wzrokiem. W miejscu, na które patrzyła zdenerwowana Zielonooka stała Samantha Josse. Wszyscy w całym Hogwarcie wiedzieli, że z ową Ślizgonką nie powinno się zadzierać. Kiedy tamta się na coś uparła, to nic nie mogło pomóc jej ofierze. No chyba, że wyjątkowo okazała swą litość. - Nie bój się Lilka, jestem tuż obok - powiedział James i na złość Josse pocałował swoją dziewczynę w policzek. Chętnie by zrobił nieco inny ruch, ale obecność tak szeroko zakrojonej publiki nie pozwalała mu na jakikolwiek wybryk. - Cześć, Peter - rozległ się głos ładnej,pulchnej Puchonki, która z nieznanych im bliżej powodów zwróciła sięakurat do Pettigrew. - Witaj, Wiki - odpowiedział rozpromieniony chłopak i spojrzawszy znacząco na Syriusza odszedł ze swoją partnerką. - Łapa, dlaczego on na ciebie tak spojrzał?- Zainteresował się Remus. -Och, Lunio, nieważne. Mała wymiana zdań. Powiedziałem, że żadna z nim nie zechce pójść i się założyliśmy. Wygrał 10 galeonów - wydyszał Black pod naporem spojrzeń swoich przyjaciół. - Aha...- wymruczała Mellanie i zmiażdżyła swojego chłopaka wzrokiem.- A niby w czym on jest gorszy od ciebie?! - wybuchła. Nie potrafiła tego zrozumieć. No dobrze, może Peter nie był jakimś siódmym cudem świata. Szczerze mówiąc był gruby, mały i głupi, ale miał wielkie serce, które potrafiło kochać. Dlaczego on tego nie dostrzega? Przecież nie tylko wygląd i prezencja się liczy. Nigdy nie lubiła Glizdogona,ale może zyskiwał przy bliższym poznaniu. - Eee...- Zaczął jąkający się już na dobre Syriusz. Nic dziwnego, w końcu kiedy Mell piorunowała kogoś wzrokiem bazyliszka ,to nawet Samantha by odpuściła. -Chodźmy znaleźć sobie dobre miejsce przy stolikach - zaproponował Lunatyk przerażony perspektywą tańca. Przez siedem lat udawało mu się ukrywać, iż ma dwie lewe nogi, a teraz ,na sam koniec, miałby się zbłaźnić? O nie, to nie należało w naturze najspokojniejszego z Huncwotów. Toteż cała paczka podeszła do stolików. Zajęli jeden czteroosobowy, więc Lilly usiadła na kolanach Jamesa, a Alisha przytulała się z Remusem. Ku wielkiemu zaskoczeniu Rudej, Lunio niespodziewanie zaczął namiętnie całować blondynkę, niebieskooką piękność. W szoku byli również James i Syriusz. Nie mieściło się to w ich głowach. Zawsze spokojny prefekt nagle się całuje i to na oczach jednej czwartej szkoły, a co więcej: przy nauczycielach! Dopiero po chwili Rogaty zrozumiał o co chodzi. - Lilly chodź, zatańczymy. Łapciu, idziecie z nami? - Tu spojrzał znacząco na jednego z Hogwartckich modeli . Teraz wszyscy pojęli dlaczego Remus zaczął całować Alishe. Pragnął uniknąć tańca! |
ROZDZIAŁ 2 cz. 2 - Desperat - pomyślała Mell i zaczęła tańczyć gorącą sambę. Była wściekła. Gdyby wiedziała, że na balu będą takie klimaty założyłaby krótszą spódniczkę. Jeszcze chwila i się zabije o te piekielne falbany! Lilly szalała z Jamesem na parkiecie około dwóch godzin. Była strasznie zmęczona i powoli zaczynało się jej kręcić w głowie. Oczywiście przed nikim się do tego nie przyznała. Chciała, by ta noc była wyjątkowa. Jednak w pewnym momencie, przy dość skomplikowanym piruecie wymagającym szybkiego obrotu, świat zawirował tak szybko, że dziewczyna straciła równowagę i gdyby nie silne ramiona chłopaka, wylądowałaby pewnie naziemi. Rogacz bawił się świetnie, lecz kiedy jego partnerka zachwiała się i o mały włos nie upadła dostrzegł zmęczenie na jej twarzy i wyjątkową bladość policzków, które jeszcze przed chwilą były różowe od ciepła. - Chodź na zewnątrz. Świeże powietrze dobrze ci zrobi. Jeszcze z godzinka i powinno nastąpić rozdanie świadectw - szepnął z troską do jej ucha. Odpowiedziała mu tylko delikatnym skinieniem głowy. Toteż wziął ją pod ramię i razem wyszli na błonia. Podążali powoli w kierunku jeziora, pod ich ulubione drzewo. Gdy dotarli na miejsce Jim wyczarował kocyk, który rozłożył na ziemi, aby mogli usiąść. Noc była nadzwyczaj ciepła i spokojna. Blade światło księżyca oświetlało zmęczoną twarz Lily, a delikatny wisiorek błyszczał w jego blasku. Chłopak gładził ją z czułością po policzku. - Przynieść ci coś do picia?- zapytał po kilku minutach, kiedy dziewczyna odzyskała normalne kolory. Lily ochoczo przytaknęła. Ślizgonka obserwowała tę dwójkę przez cały wieczór. Jakże się ucieszyła, kiedy spostrzegła ową parę opuszczającą Wielką Salę. Podążyła za nimi. Jej radość wzrosła jeszcze bardziej, gdy zauważyła, iż ta szlama Evans nie najlepiej wygląda. Jednak w miarę czekania jej podniecenie powoli gasło. Już myślała, że całą noc spędzą przytuleni pod tym przeklętym dębem. Właściwie to nie miałaby nic przeciwko, gdyby sama siedziała na miejscu tej wywłoki. Po jakimś czasie chłopak coś powiedział i powoli odszedł w stronę zamku. To było dla Josse sygnałem do natychmiastowego działania. Czuła, że jeśli się nie pospieszy, cały jej plan diabli wezmą. Powoli podeszła do zamyślonej Gryfonki i chrząknęła znacząco. - Czego chcesz?- warknęła wyjątkowo niemiłym tonem Lily. -Nie tak ostro, szlamo. Chyba czas nauczyć cię jak należy zwracać się do lepszych. - Samantha też nie wyglądała na przyjaźnie nastawioną, choć w jej przypadku było to zupełnie zwyczajne. - Kogo masz na myśli mówiąc: lepszych? - prychnęła Ruda, ale jej czujność się wzmocniła. - Chyba nie siebie? Jak na złość zapominała różdżki. Głupia dziewucha - pomyślała sama o sobie. A tyle razy James jej powtarzał, że nie należy poruszać się bez tego, jakże niepozornego "patyczka". Postanowiła więc grać na zwłokę i czekać. Miała nadzieję, że jej chłopak szybko wróci. Josse wyglądała jakby miała ochotę ją zabić. Szczerze mówiąc, gdyby wzrok mógł zabijać, panna Evans już leżałaby martwa. - Uważaj, bo pożałujesz dnia, w którym się urodziłaś.- To powiedziawszy Josse wyciągnęła różdżkę ku Zielonookiej. Ta jednak nie mogła się jej zrewanżować. Na twarzy Ślizgonki zakwitł uśmiech szaleńczej uciechy. -Nie masz różdżki? Oj, głupia dziewczyna - świergotała.- Jeszcze się nie nauczyłaś, że w obecnych czasach bez tego drobnego dodatku, lepiej nie wychodzić z sypialni? Czarny Pan zawsze nam to powtarza. Te słowa spowodowały, iż dziewczyna zaczęła się naprawdę martwić o swoją przyszłość. Skoro ta lafirynda została śmierciożerczynią, to już po niej. W końcu jest "szlamą", a właśnie z takich jak ona Lord Voldemort chce oczyścić świat czarodziei. - Oczywiście szlamom nie wolno mieć różdżek. Czyżbyś sama doszła do takiego wniosku, Evans? - ciągnęła bezlitośnie Josse. - Szczerze mówiąc, spodziewałam się, że będziesz bardziej harda. Strach cię obleciał, co? Lily czuła,że drży ze złości i ze strachu. Milczała jednak nie chcąc prowokować Josse. Ostatnio dziwne przypadki zdarzały się tym, którzy zadarli ze śmierciożercami. W głowie przemknęły jej straszne obrazy. Samantha wyglądała na naprawdę zdeterminowaną, by zrobić jej krzywdę. Lilly wiedziała, że żywi do niej wyjątkową nienawiść. Dziewczyna zrobiła krok w jej stronę trzymając różdżkę przed sobą. Otworzyła usta, by wypowiedzieć zaklęcie. Lilly zamarła. - Zostaw ją!- Rozległ się spośród drzew krzyk okularnika. - Nie waż się jej tknąć! - Zawtórowali mu Syriusz, Remus, Alisha i Mell. Tak!Tak! Jestem uratowana! - krzyczała cała silna wola dziewczyny, ale tylko ona. Lilly czuła, że to za wiele jak na jej, już i tak skołatane nerwy. Wstała i na miękkich nogach podeszła jak najszybciej mogła do swojej połówki. - Jak się cieszę, że już tu jesteś - wyszeptała i poczuła jak wbrew jej woli, po jej policzkach płyną łzy szczęścia i ulgi - Już się bałam, że nie zdążysz. - Już spokojnie. A właściwie, to dlaczego ona tak cię przeraziła? Wyglądałaś jakbyś zaraz miała umrzeć. -Ona jest już albo zamierza się przyłączyć do NIEGO.- Lily zaczęła bełkotać przez łzy. Niewiele to miało wspólnego z normalną rozmową,ponieważ zdania, które wypowiadała były zupełnie nieskładne, ale miała nadzieję, że James ją zrozumie. Nie myliła się: chłopak od razu zrozumiał o co chodzi. Dał znak Łapie, żeby zatrzymał Josse, a sam popędził ile sił w nogach do zamku. Wiedział, że teraz potrzebny jest Dumbledore. Nieważne czy poradziliby sobie z nią sami, czy też nie, ale dyrektor musiał zadecydować co z nią dalej zrobić. -Panie profesorze, śmierciożerca! - Zdołał wychrypieć zadyszany James. - Tak, na błoniach! Syriusz z Remusem powstrzymują ją przed ucieczką. Nie trzeba było powtarzać dwa razy. Albus, nie zważając na zaciekawione i przerażone spojrzenia uczniów oraz innych nauczycieli, wybiegł z zamku. To, co zobaczył sprawiło, że przystanął na chwilę. Ale tylko na sekundę. Nie od dziś ludzie uważali go za największego maga obecnych czasów. - Panno Josse, proszę natychmiast puścić pannę Evans! - Zagrzmiał mierząc wzrokiem szamocącą się dziewczynę. W tym momencie nie był już tym potulnym staruszkiem, ale przerażającym czarodziejem. Jego oczy, zawsze niebieskie z wesołymi iskierkami, stały się stalowe, zimne, a zarazem zdeterminowane. Moc nie sprowadzała się tylko do różdżki. Potęga Albusa Dumbledore'a była wręcz namacalna. Nikt nie śmiał się sprzeciwić komuś takiemu, jak Dumbledore. Od tej chwili Huncwoci i ich partnerki zrozumieli dlaczego Czarny Pan lęka się ich idola. Kto by się go nie bał? Chyba nie było nikogo potężniejszego od tego człowieka. - James, zabierz stąd Lilly. Wy też możecie już iść. - Zwrócił się do pozostałych, a sam zaczął się zastanawiać, co począć z młodą Ślizgonką. - Dobrze, panie profesorze - odparła cała gromadka i udała się w stronę średniowiecznego zamczyska. Po tych chwilach grozy dziewczęta postanowiły już nie wracać na bankiet. No cóż, w końcu trzeba było pocieszyć wstrząśniętą przyjaciółkę. James też nie zamierzał zostawiać Lilly samej po tym, co przed chwilą przeżyła. Toteż zaprowadził ją do swojego dormitorium i usadził nałóżku, a sam ukląkł przed nią. Była nadal przeraźliwie blada. - Już dobrze. Nic ci nie grozi. Spokojnie, Lileńko - powiedział cicho. Sam nie wiedział dlaczego, ale to zrobił. Podniósł się na kolana tak, że ich twarze były prawie na równi. Pochylił się nad dziewczyną i delikatnie ją pocałował. Czuła się już dobrze. Jego ramiona, pocałunki działały jak balsam na jej skołatane nerwy. Poddała się im całkowicie. W tym momencie wszystko inne przestało się liczyć. Świat składał się z ich dwojga, a może jednego ciała? |
ROZDZIAŁ 3 Tej nocy Lilly nie spała dobrze. Co chwilę się budziła, a potem długo nie mogła zasnąć. A tak chciała jutro ładnie wyglądać! Leżący u jej boku James też nie zmrużył oka. Za bardzo martwił się o swoją dziewczynę. Nic nie pomagało. Ani zapewnienia, że wszystko jest dobrze, ani przekonywanie, że Ruda jest całym życiem. Nic, zupełnie nic. Dziewczyna całą noc przewracała się z boku na bok. Toteż z wielką ulgą przyjęła wiadomość, że jest już siódma i mogą wstawać na śniadanie. W Wielkiej Sali wcale nie czuła się lepiej. Ostatni dzień szkoły, a zamiast radości i uśmiechu, na jej twarzy malowało się zmęczenie i przygnębienie. Całości dopełniały ciemne sińce pod oczami i niezwykła bladość. - Panno Evans, wszystko w porządku? - Zainteresowała się McGonagall, co było bardzo dziwne ponieważ zwykle nauczycielka dużo mówiła, ale prawie nigdy nie ingerowała w prywatne życie uczniów. Chyba, że uznała to za konieczne. Lilly milczała starając się stłamsić w sobie złe przeczucia. Po śniadaniu wszyscy uczniowie wrócili do swoich dormitoriów, aby dokończyć pakowanie rzeczy do kufrów. Tym razem Ruda spakowała się za pomocą zaklęcia, a nie w zwykły mugolski sposób, jak to miała w zwyczaju. Na peron w Hogsmeade ledwo się dowlokła. Gdyby nie pomoc Huncwotów, pewnie wciąż by tkwiła na zamkowych błoniach. James widząc jak jego dziewczyna cierpi, zwijał się w środku. Nie wiedział, dlaczego Lilly jest taka roztrzęsiona i ciągle powtarza, że coś złego się wydarzyło lub wydarzy. W Expresie do Londynu zajęli jeden przedział. Dorcas siedziała na kolanach Syriusza i cicho o czymś rozmawiali. Remus z Alishą zajęli się grą w szachy, natomiast Peter jak zwykle wyruszył na poszukiwania wózka z przekąskami. - Kochanie, może położysz się na trochę? - zapytał nieśmiało Rogacz. - Ale przytulisz mnie, prawda? Gdy te słowa padły z ust Rudej, a ona sama ułożyła się w ramionach Pottera, wszyscy zwrócili na nią uwagę. - Ej, Evans, co jest? Czyżbym miał być wujkiem? - mruknął prowokacyjnie Łapa, lecz przyglądał się dziewczynie badawczo. -Odczep się od niej. Daj jej odpocząć. - powiedział James i przytulił jeszcze mocniej swoją miłość. Przechylił głowę do tyłu i również zasnął. - Widać upojna była noc, skoro tacy niewyspani - zażartował Syriusz, za co Dorcas obdarzyła go morderczym spojrzeniem. Kiedy James otworzył oczy, dojeżdżali już do Londynu. - Lilka, obudź się. Zaraz będziemy na miejscu. - Hmm... - mruknęła tylko dziewczyna i dalej spała. - Syri? - powiedział James. - Mmm? - Weźmiesz jej i mój kufer. Nie patrz tak na mnie, od czego masz różdżkę? - Dobra, już się nie wymądrzaj - powiedział nieco zirytowany Black, ale zgodził się na prośbę przyjaciela. Zapadła cisza. - Masz zamiar wynieść ją tak rodzicom? - zapytał niepewnie Lupin. - Oczywiście, że nie! Mam nadzieję, że chłodne powietrze na peronie ją ocuci. Nie chcę jej teraz budzić. Całą noc nie spała. Odczekali aż przedziały nieco się opróżnią, a wtedy Rogacz wziął Lilkę na ręce i ostrożnie wyniósł z pociągu. Miał rację, kiedy tylko znaleźli się na świeżym powietrzu, otworzyła oczy i stanęła o własnych siłach. Dziewczyna, już rozbudzona, zaczęła podążać w stronę barierki dzielącej ich peron od peronu mugoli. - James, weź nasze kufry. Chcę cię przedstawić rodzicom. Chłopak poczuł panikę, ale nie śmiał się jej sprzeciwić. Za chwilę będzie musiał zmierzyć się z przyszłymi teściami. Był ciekaw, czy te wszystkie dowcipy jego ojca o teściowych mają coś wspólnego z prawdą. Jednak nie tym się martwił najbardziej. Wiedział, że i jego rodzice będą czekać, aby zobaczyć Lilly. Taka konfrontacja musiała w końcu nastąpić. Lepiej za wcześnie niż za późno wmawiał sobie, ciągnąc wózek z kuframi. Weszli na dworzec King's Cross. James bez problemu wychwycił wzrokiem swoich rodziców. Skinął delikatnie głową, aby podeszli. - Nie ma ich?! Gdzie oni są?! O Boże, tu jest Petunia?! - Usłyszał przed sobą rozdrażniony głos Lilly. Poczuł lekki niepokój, ale tłumaczył sobie, że rodzice Rudej po prostu nie zdążyli. Wystarczyło jednak jedno spojrzenie na Petunię Dursley (od roku żona Vernona), by przekonać się, iż z całą pewnością coś było nie tak. Koścista blondynka o ustach zaciśniętych tak, że aż pobielały, podeszła doRudowłosej i zaczęła swoje głośne, oskarżycielskie przemówienie. - Możesz być z siebie dumna, dziwolągu! - wrzasnęła bez zbędnych wstępóww stronę Lilly. - Przez ciebie tacy, jak TY zaatakowali dzisiaj w nocynaszych rodziców! - Ucichła na chwilę, mierząc siostrę gniewnym spojrzeniem. Wszyscy stanęli jak wryci. Nawet starsi czarodzieje się zatrzymali zaniepokojeni. Twarz Lilly zastygła w niemym przerażeniu. - Z pewnością jesteś dziwadłem! Zawsze się uważałaś za lepszą, bo potrafisz machać TYM! Z każdym słowem Petunii Zielonooka bladła jeszcze bardziej. - Co z nimi? - zapytała w końcu głosem drżącym z przerażenia. - Nie martw się, nie masz już kłopotu - wycedziła blondynka zupełnie nad sobą nie panując. - Oboje NIE ŻYJĄ! Zadowolona?! Tego było stanowczo za wiele dla Lilly. Zaczęło jej ciemnieć przed oczami. - Śmierciożercy zabili moich rodziców! To moja wina! Wszystko moja wina! - zaczęła szeptać w stanie półprzytomnym. Słysząc to, Rogacz pozostawił kufry i podbiegł do niej jak najszybciej. Bał się, że zaraz zemdleje i uderzy o marmurowy chodnik. Dziewczyna opadła na jego ręce ostatniej chwili. Po jej twarzy zaczęły płynąć zły. Łzy rozpaczy, których nawet nie była wstanie ukryć. |
ROZDZIAŁ 3 cz. 2 - Już kochanie wszystko się jakoś ułoży... - zaczął ją uspokajać,równocześnie próbując przekonać do tego samego siebie. Nie dane mu było jednak dokończyć, bo głos ponownie zabrała Petunia. - Jeszcze jedno! Masz się dzisiaj spakować i wyprowadzić!!! Nie życzę sobie ani twoich rzeczy, ani tym bardziej CIEBIE w MOIM domu! Mam nadzieję, że zrozumiałaś! Powiedziawszy to, oddaliła się, po raz ostatni obrzucając grupkę czarodziejów nienawistnym spojrzeniem. Jamesnie potrafił tego zrozumieć, a po minach znajomych widział, że oni również. No, może z wyjątkiem Syriusza. On jako jedyny patrzył na Lilkęze współczuciem i zrozumieniem. Lilly jeszcze przez jakiś czas szlochała w ramiona Rogacza. Ale powoli powomi opanowywała. Przez jej głowę przelatywały strzępy cichych rozmów przyjaciół. Jednak po jakimś czasie do jej umysłu zaczęła docierać straszna prawda: - Zostałam sama, całkiem sama! Gdzie ja się teraz podzieję? Przecież nie zwalę się komuś na głowę. Nie mam pieniędzy... Nie mam nic...-Odetchnęła głęboko, chcąc okiełznać narastającą w niej panikę. - Lilka, lepiej ci już?- zapytał łagodnie James. Nawet nie zauważyła, kiedy obok nich stanęli państwo Potterowie. - Nie, ale poradzę sobie - wymamrotała, pociągając nosem i spróbowała wyswobodzić się z objęć ukochanego. - Gdzie ty się wybierasz? - Zainteresował się Remus. Jako jedyny zauważył, że Ruda bierze swój kufer i najwyraźniej zamierza gdzieś sobie pójść. - Muszę się spakować, a potem... nie wiem. I znów się popłakała. - Lilka, ale ona nie może ci zabronić wrócić - zauważył rezolutnie Syriusz. - To taki sam jej dom, jak i twój. - Nie Syri, dom jest jej. Mnie rodzice mieli kupić mieszkanie w Londynie. - Kurwa... W jednej chwili wszystkie oczy zwróciły się w kierunku Davida Pottera. Może nie miał on mocy rażenia Albusa Dumbledora, ale na pewno wzbudzał spory respekt, a odkąd został Ministrem Magii nikt nie był w stanie mu się sprzeciwić. - Dav, uważaj na słowa! - powiedziała spokojnie aczkolwiek stanowczo Luise Potter. - Lilly? Mogę się tak do ciebie zwracać? - zapytał ojciec Jamesa, a gdy zobaczył, że skinęła głową, powiedział: - Jeśli nie masz nic przeciwko, to teraz Jim pojedzie z tobą, abyś się spakowała i przyjedziecie do nas. Nie, poczekaj - dodał widząc, że chce zaprotestować. - To jedynie tymczasowe wyjście. Jak tylko staniesz na nogi, będziesz mogła się wyprowadzić. Zgoda? Wszystkich to zaskoczyło, ale i ucieszyło. Szczególnie Łapę, który już obmyślał, kogo trzeba będzie zaprosić na ślub. Tylko na jednej twarzy nie było widać cienia radości, lecz wdzięczność. - Dziękuję panu - wydusiła Lilly, ocierając łzy. - W takim razie my z Davidem bierzemy wasze kufry, a James od razu z tobą pojedzie po twoje rzeczy. Tak jak powiedzieli, tak też zrobili. Wszyscy przyglądający się tej scenie zaczęli oferować swoją pomoc, ale dziewczyna pragnęła samotności. Jedyną osobą, której obecność jej odpowiadała był Rogacz - wierny towarzysz w cierpieniu. Na Privet Drive byli 15 minut później. Lilly wyjęła klucze, aby otworzyć sobie drzwi, ale w tym samym momencie z domu wyszedł rosły mężczyzna o wyglądzie prosiaka i oświadczył: - To moje. Masz godzinę na spakowanie swoich rzeczy. Po czym gwałtownie wyrwał jej klucze z rąk i poszedł do ogrodu za domem. - Och, pozwól mi tam pójść i mu dołożyć- wycedził James przez zaciśnięte zęby, łypiąc groźnie na oddalającego się Vernona. Lilly potrząsnęła głową. Po raz pierwszy od wczorajszego wieczoru na jej ustach zakwitł uśmiech, a oczy zapłonęły wesoło. - Jesteś pewna?- mruknął chłopak, kiedy Ruda popchnęła go w stronę wejścia. Lilly pobiegła na górę do swojego pokoju i wyjęła z szafy dwie walizki podróżne. Zaczęła wkładać do nich co popadnie, lecz gdy trafiła na zdjęcie rodziców, usiadła na łóżku i pogrążyła się w rozmyślaniach. James nie chciał przeszkadzać więc wyjął różdżkę i jednym zaklęciem wpakował wszystko do walizek. - Lilly, czy to wszystko? - spytał. Nie odpowiedziała od razu, ale po chwili się uśmiechnęła blado: - Nie, jeszcze na strychu są kartony z księgami i innymi moimi rzeczami. Chodź - powiedziała i poprowadziła go na górę. Rogacz zdębiał na widok tak uporządkowanego strychu. Wszystkie rzeczy były popakowane i poukładane w równe stosiki. - Tam... tylko jak my to wszystko weźmiemy naraz? - Wskazała na sześć wielkich pudeł stojących pod ścianą. - Magia, kochanie, magia - powiedział James i zmniejszył kartony tak, że wyglądały jak pudełka od zapałek. - No tak, zapomniałam - mruknęła Lilly sprawiając wrażenie zupełnie nieobecnej. W domu Potterów wszyscy czekali już z kolacją. Wszyscy, czyli Syriusz, David i Luise. Kiedy tylko para weszła do środka, Lilly poczuła uściski, poklepywania i słowa pocieszenia kierowane do niej. James przytulił ją mocniej do siebie. Myślami wciąż wracała do rodziców, ale już wiedziała, że się myliła; że wcale nie jest sama. - Witaj w moim domu - powiedział dumnie James prowadząc ją na górę, aby mogła się odświeżyć. |
ROZDZIAŁ 4 James był nieswój. Minął już tydzień od pogrzebu rodziców Lilly, ale on nadal nie wiedział czy powinien o to pytać. Nie chciał, żeby pomyślała, że jest samolubny i liczy się dla niego tylko jego własne szczęście. Ale już nie mógł dłużej zwlekać. Termin zwrotu biletów mijał za dwa dni, a on jeszcze nie wiedział co ma z nimi zrobić. Zatrzymać czy oddać. W końcu, po rozmowie z Łapą, który wyśmiał go za tchórzostwo, postanowił się dowiedzieć co jego miłość sądzi o tym wyjeździe. Kiedy wrócił do domu Evans akurat przygotowywała sałatkę do obiadu. - Cześć, kochanie - powiedział i ucałował Lilly w policzek, aby jej nie przeszkadzać. - O, cześć! - odparła, a po chwili milczenia dodała: - James? O co chcesz mnie spytać od kilku dni? Tymi słowami kompletnie zbiła go z tropu. Miał mętlik w głowie. Postanowił skorzystać z rad Remusa. Oczywiście Syriusz wyśmiał pomysł Lunia, ale z doświadczenia Potter wiedział, że jeśli chodzi o kobiety, Lupin się zna lepiej. Nawet jeśli to Łapa jest uważany za największego Casanovę w historii Hogwartu. - Masz jakieś plany na najbliższe dwa tygodnie, licząc od poniedziałku? - zaczął niepewnie, ale gdy zobaczył zaciekawione oczy dziewczyny uznał, że jednak nie przegrał. Uff, co za ulga. A już myślał, że mu się oberwie! Niby jeszcze o nic nie zapytał, ale jak znał swoją miłość, to te oczy nie wróżyły nic strasznego. Mogło być znacznie gorzej. - Nie, nie mam. A co, masz jakiś pomysł? - zapytała wciąż przyglądając mu się podejrzliwie. -No wiesz... Pomyślałem, oczywiście jeśli nie masz nic przeciwko, że może... byśmy pojechali na dwa tygodnie do Hiszpanii? - wyjąkał spoglądając na Lilly. Udało się!!! Wiedział to jeszcze zanim usłyszał: - No cóż... tak, bardzo chętnie! Jeśli tylko znajdziesz tak szybko jakieś wolne miejsca. No to bingo kochanie - przemknęło przez głowę Jamesa. - Eee... Ja już zarezerwowałem wycieczkę wcześniej. Miałem nadzieję, że się zgodzisz. Po twarzy Lilly błąkał się uśmieszek. - Dobrze, zatem wyjeżdżamy w poniedziałek, tak? - zapytała. James przytaknął nieśmiało głową. - Ok. Ina tym się skończyła rozmowa. Wtedy do Rogacza dotarła straszna prawda. Lilly właśnie robi sałatkę, a on nawet nie zaproponował pomocy! Oczywiście uważał, że prościej by było rzucić odpowiednie zaklęcie na noże, ale wolał się nie dzielić z nią swoimi przemyśleniami. - Mell? - zagadnęła niepewnie Lil, widząc, że przyjaciółka jest rozwścieczona. Cóż, nie co dzień spotyka się swojego chłopaka obściskującego inną. Trudno było się jednak dziwić. Nie od dziś było wiadomo, że Syriusz Black to wielki łamacz damskich serc. Sam fakt, iż był z McSweet całe cztery miesiące, był już nie lada wyczynem. - Bo wiesz, ja jadę zJamesem na dwa tygodnie na wakacje, do Hiszpanii, a nie mam stroju, to znaczy chciałam się ciebie spytać czy nie wiesz co jest teraz najbardziej na czasie? - plątał jej się język, a z każdym słowem widziała, że jej przyjaciółka jest jeszcze bardziej wściekła. - Nie wiem, ale na plażę najlepsze są kolorowe i skąpe bikini - powiedziała Mell nadzwyczaj spokojnym głosem. - Dzięki - mruknęła Ruda. - A co z tym Blackiem? - zapytała, aby nie wyjść na samolubę, która tylko pyta o swoje sprawy i zwiewa. - Nic. Znalazł inną. Widzisz, jak go wczoraj z nią spotkałam to tylko na chwilę ją zostawił, żeby mi powiedzieć, że spotkamy się i on mi wszystko wyjaśni. Już ja widzę te jego pokrętne tłumaczenia! - zaczęła się rozkręcać Czarna. - A może on naprawdę ma coś ważnego dopowiedzenia. Może źle zrozumiałaś to, co zobaczyłaś? - spytała niepewnie Evans choć już wiedziała jaka będzie reakcja jej przyjaciółki. - Tak, tak, już widzę jak przeprasza i się kaja. Ale wiesz co, Lil? Mnie to już nie obchodzi! Zerwałam z nim. Na pewno już przeczytał wiadomość, którą mu wysłałam przez sowę. Mam nadzieję, że go uraziłam. W końcu to ja z nim zrywam, a nie on ze mną! - Kpina z jaką to powiedziała sprawiła, że Ruda poczuła ponurą satysfakcję z faktu, iż Mell nie jest już z Blackiem. - Aha... To się cieszę. I na razie - mruknęła Lil. Szczerze mówiąc, zbytnio nie współczuła Mell. Bynajmniej, nie miała z tego powodu wyrzutów sumienia. Zdała sobie sprawę, że ich przyjaźń wygasła wciągu ostatnich kilku miesięcy. Nie mam czasu, trzeba robić zakupy - pomyślała i od razu udała się do pobliskiej galerii. Długo szukała czegoś, w czym wyglądałaby extra. Jednak po trzech godzinach buszowania wśród wieszaków znalazła to, czego chciała. Jej oczy rozjaśniły się, gdy trafiła na jasnozielone bikini ozdobione czarną lamówką. Wiedziała, że James uwielbia ją w tym kolorze. Uważnie przyjrzała się prostemu kostiumowi, wiązanemu na cieniutkich sznureczkach. Zachichotała, wyobrażając sobie minę swojej drugiej połówki, gdy zobaczy ją w tej skąpej mugolskiej kreacji i podeszła do kasy. Jeszcze sporo czasu spędziła w sklepach powiększając swoją letnią garderobę. Już miała wejść do następnego butiku, gdy nagle przypomniała sobie o czymś znacznie ważniejszym od zakupów. Spotkanie Zakonu Feniksa! Dzisiaj mieli dołączyć kolejni członkowie, a ona co? Spóźni się z powodu wizyty w mugolskiej galerii. Szybko wybiegła ze sklepu i znalazłszy ciemny zaułek teleportowała się z cichym trzaskiem przed willą państwa Potterów, gdzie obecnie mieszkała. W domu nie zastała nikogo. Nie była tym zdziwiona: wszyscy poszli na zebranie. Zostawiła zakupy i też pognała w umówione miejsce. Jej oczom ukazał się piękny dom z wielkim ogrodem. Dopiero po chwili dziewczyna zorientowała się, że to przecież dom Syriusza, który odziedziczył po wuju. - Gdzie ty się podziewałaś!? - usłyszała gdy tylko przestąpiła próg salonu, gdzie było wiele czarownic i czarodziejów. Osobą, która wypowiedziała te słowa był nie kto inny, jak James. - Przepraszam, ale coś mi wypadło. - A ja chyba wiem co - zachichotał Black. - Ach te baby - dodał tylko i już nic nie powiedział. - Jakiś ty wszechwiedzący, Black.- Ruda usłyszała drwiący głos Snape'a. - Co on tu robi?!?! Lilly zupełnie nad sobą nie panowała. |
ROZDZIAŁ 4 cz. 2 - Po co nam szpieg tego wariata? - To pytanie skierowała do Dumbledore'a. Niewiele ją obchodziły dobre maniery. Jeśli ten zakichany śmierciojad miał tu być, to ona natychmiast rezygnuje. - Też bym chciała to wiedzieć - powiedziała Alisha, która tez dopiero przyszła.- A, i przepraszam za spóźnienie. - Następna od ważnych spraw - powiedział Łapa, ale widząc nadchodzącego Remusa, który wyglądał jakby się dowiedział, że jego ojcem jest Czarny Pan, nie ośmielił się już wypowiedzieć ani słowa. - Proszę o spokój- powiedział Dumbledore wyczuwając wiszącą w powietrzu burzę.- Severus jest po naszej stronie. I proszę tego nie kwestionować! - dodał widząc minę Jamesa, Syriusza, a także Remusa. - Severus dał mi bardzo przekonujący dowód lojalności. - Ciekawe czym pana napoił, panie profesorze - zaciekawiła się Mell, która dopiero teraz wyszła z pokoju obok. Wyglądała jak obraz nędzy i rozpaczy. Jej włosy zawsze ułożone i kręcące się, były teraz proste i w wielkim nieładzie. Sterczały na wszystkie strony niczym druty. Ubranie też było w opłakanym stanie. Poszarpane, porozdzierane i brakowało w nim kilku istotnych elementów. Jej twarz była czerwona, jakby właśnie przebiegła maraton. W jej oczach można było dostrzec niepokojące błyski. - Ciekawe kto cię tak urządził. Wyglądasz jak ofiara nieudanego gwałtu - powiedział Snape z kpiną i zwrócił się w stronę Blacka z ironicznym uśmiechem. Tego było za wiele, jak na jeden dzień i jedną osobę. Syri już skończył z udawaniem opanowanego i rzucił się na Smarka, zupełnie zapominając o różdżce. Gdyby nie szybka interwencja Dumbledore'a, który był wzorem opanowania, wszystko skończyło by się znacznie gorzej dla obu mężczyzn. Przywódca Zakonu Feniksa musiał także poradzić sobie z ciekawskimi pytaniami kierowanymi do McSweet. Prawie wszyscy pragnęli dowiedzieć się dlaczego panna Melannie wygląda jakby miała bliższe spotkanie z kimś, kto jej źle życzył. Potem zapanował jednak względny spokój pomijając złowrogie spojrzenia, jakimi obdarzali się Black i Snape oraz manifestacyjne milczenie Mell. Nowi zostali wprowadzeni w tryb życia członków Zakonu. Po zebraniu McSweet ostentacyjnie opuściła dom Blacka jako jedna z pierwszych. Na miejscu pozostali tylko Łapa, Lunatyk, Rogacz, Ruda i Blondyna. - Co jej się stało? - zapytał bez zbędnych ceregieli Lupin, gdy tylko się zamknęły drzwi za ostatnim członkiem Zakonu. - Komu? - odpowiedział niewinnie młody Black. - Mellanie McSweet, jeśli taką kojarzysz - odezwała się dotąd milcząca Alisha. Dopiero teraz wszyscy zauważyli, że jest przygnębiona. Ale jednocześnie bardzo szczęśliwa. Dziwne połączenie emocji. - Ach, znacie Mell - jęknął.- Wczoraj zauważyła mnie z inną dziewczyną. I się troszkę zdenerwowała.... - To musiałeś ją z tego powodu pobić ty... ty gnojku?! - wrzasnęła Lilly. Nie wiedziała co się z nią dzieje. Czuła, że zaraz wybuchnie magią. Nie była w stanie tego opanować, dlatego wybiegła z salonu. Rogacz wiedział co jest grane, więc jak najszybciej mógł, pobiegł za nią. Gdy wpadł do ogrodu było już po przedstawieniu. Lilly klęczała na ziemi, cała dygocząc, z jej nosa płynęła krew, której nawet nie próbowała otrzeć, a oczy były pełne łez. -Już spokojnie. Nie denerwuj się tak. Wiesz, że to nigdy nie wróży nic dobrego. A co gorsza, możesz sobie zrobić krzywdę... kochanie? -zapytał zaskoczony, że jeszcze mu nie przerwała. - Masz rację. Przepraszam.- Wyjęła w końcu różdżkę i oczyściła twarz. - Możemy wracać? W jej głosie można było wyczuć ulgę. A spokój malujący się w jej oczach upewnił Jamesa, że spokojnie mogą wrócić do środka. Kiedy weszli zauważyli, że wszyscy na nich czekają w milczeniu. - Co wy tam robiliście? - spytał Łapa mając nadzieję, że to odwróci ich uwagę od jego skromnej osoby. - Nie twoja sprawa, Black - powiedział Rogacz. - Teraz zajmijmy się tym, co się stało Mell... Syriusz wiedział, że nie ma szans. Musi im opowiedzieć co się stało, inaczej nigdy nie dadzą mu spokoju. - Bo ona dzisiaj przysłała mi sowę, że zrywa ze mną. Wiedziałem, że tak będzie po tym, co zobaczyła wczoraj. W sumie to sam miałem zamiar z nią zerwać. Chyba się zakochałem. - Wyznał to tak poważnym tonem, że wszystkim aż szczęka opadła. - Ciekawe w kim tym razem - pomyślała Alisha, ale nie zadała tego pytania na głos. Nie widziała takiej potrzeby. Jak znała Łapę to lada dzień dowiedzą się kto to jest. Jej rozmyślania przerwał Black kontynuując swoją opowieść. - Około trzeciej przyszła do mnie osobiście, aby spakować rzeczy, które u mnie zostawiła. Pozwoliłem jej na to, a ona na mnie naskoczyła z oskarżeniami, że potraktowałem ją jak zabawkę, że czuje się jak śmieć i że nie chce żyć i w ogóle. Wyciągnęła różdżkę. Zrobiłem to samo, myślałem, że chce czymś we mnie rzucić.- Obronił się widząc spojrzenia reszty.- Ale właściwie to dobrze, że wyjąłem... - Nie będziesz mnie tak traktował. Nikt nie będzie! - wrzeszczała czarnowłosa kobieta wyjmując różdźkę z tylnej kieszeni płaszcza. - Avada Keda... - Experliamus! - krzyknął szarooki mężczyzna stojący przed nią. Zaczęła się szarpanina. Dziewczyna nie mogąc użyć różdżki, aby odebrać sobie życie zaczęła próbować mugolskich sposobów. - Przestań! Nie rób tego... Mell! - wołał przerażony mężczyzna. Nie chciał już być jej partnerem, ale też nie chciał, żeby zrobiła sobie coś złego. Nigdy nie chciał niczyjej krzywdy. Nie rozumiał dlaczego kobiety nie są w stanie zrozumieć, że on szuka czegoś więcej niż bliższej znajomości. - Nie warto!!! Słyszysz, Mellanie? Nie warto!!! - wrzasnął już nieźle wystraszony. To jakby otrzeźwiło dziewczynę. Wyglądała jakby ktoś jej wylał na głowę wiadro zimnej wody. - Masz rację, nie warto - powiedziała już spokojniej.- Ale nie chcę więcej mieć z tobą nic wspólnego. - Dobrze, Mell. Idź się jakoś doprowadź do stanu używalności i przyjdź na spotkanie. Za pięć minut w salonie - powiedział beznamiętnie Black i poszedł do pokoju gościnnego. - ...byłem pewny, że to już koniec tego przedstawienia. Resztę już znacie. - Dokończył swoją opowieść Syriusz. - Kompletnie jej odbiło - zawyrokował Peter. Dopiero teraz piątka przyjaciół uświadomiła sobie, że jest jeszcze jedna osoba, która się wszystkiemu przysłuchiwała. -Taa... Masz rację - powiedział Lupin.- A właśnie, Alisha, myślisz, że to dobry moment? - spytał cicho siedzącej wygodnie na kanapie dziewczyny. - Taak... Ale ty to zrób proszę - mruknęła dziewczyna i spojrzała na Lunatyka błagalnym wzrokiem. Remus poczuł na sobie spojrzenia przyjaciół. -W takim razie, proszę, niech wszyscy usiądą - zaczął oficjalnie Lunio.- Chcieliśmy z Alisha zaprosić was na nasz ślub. W tą niedzielę o14:00. Wiemy, że to może się wydawać za szybko, ale proszę o zrozumienie, gdyż... cóż, zmusiły nas do tego pewne okoliczności...-Zakończył kulawo. - Jakie? - zaciekawił się Łapa. Był szczęśliwi, że przyjaciele stanęli po jego stronie, a nie zrugali go za to, że pozwolił odejść pannie McSweet. - Nie przerywaj mi, proszę...- jęknął Remus. Widać było, że zaraz się dowiedzą dlaczego był taki niemrawy na spotkaniu. -Chodzi o to, że za sześć miesięcy będę ojcem... i chcemy, aby nasze dziecko - tu spojrzał na przyszła małżonkę. - miało pełną rodzinę. - Gratulacje...! - Wszyscy zaczęli się przekrzykiwać i ściskać Remusa oraz jego miłość, która promieniała radością. |
ROZDZIAŁ 5 Zatłoczoną ulicą Londynu biegła rudowłosa kobieta. Wzbudzała ogólne zainteresowanie, ponieważ miała na sobie długą, zieloną pelerynę czarodziejską. Jednak nie przejmowała się tym. W jej głowie huczała tylko jedna myśl: "Zdążę! On nie umrze... nie zostawi mnie!" Kiedy w końcu dobiegała do domu, w którym na sto procent był jej ukochany, zobaczyła to, czego się najbardziej obawiała. Nad budynkiem wisiał Mroczny Znak - ślad pozostawiony przez Śmierciożerców. Dla członka Zakonu Feniksa oznaczało to jedno - ŚMIERĆ! Szarpnęła furtkę, wpadła do domu i jak wariatka zaczęła nawoływać swoją miłość. - James! James! Gdzie jesteś?! Wbiegła do salonu na pierwszym piętrze i rozszerzyła oczy z przerażenia. Pośrodku pokoju leżał bezwładnie mężczyzna. Miał kruczoczarne włosy i okrągłe okulary, za którymi ukrywały się oczy. Jednak jego spojrzenie, nie było tym, które kobieta dobrze znała, było puste... martwe... - Nieee! - Krzyczała, ale nic to nie dawało. - Nie umieraj, błagam! Nie... NIE! Nagle poczuła, że ktoś ją przytula. Usłyszała najpiękniejszą melodię dla uszu. Jej... jej James. Ale to niemożliwe? Przecież on nie żyje. - Nie...- jęknęła i zalała się łzami. - Lilka, cii... to tylko zły sen - szeptał uspokajająco James, który jeszcze przed chwilą leżał martwy w jakimś salonie. Pomagało. Chciała, żeby nie przestawał, chciała tak zawsze, chciała, żeby żył, żeby to był tylko koszmar, ale to, co zobaczyła, było takie realne. Jednak po pięciu minutach przestała. On naprawdę żył. Hurra!!! , przemknęło jej przez myśl i znów zapadła w sen. Obudziła się następnego dnia rano. Było już jasno. - Witaj, kochanie - przywitał ją James ziewając. Wyglądało na to, że leżał przy niej całą noc. Nie wiedziała jak to się stało, ale rzuciła się na niego i zaczęła namiętnie całować. Nie mogła złapać oddechu, ale zignorowała to. Miała go przy sobie. Całowała bez umiaru. Długo i zachłannie. Jak nigdy. Przekręciła się na plecy, a James zawisnął nad nią na ugiętych rękach. Błądziła dłońmi po jego włosach i plecach. Tuliła ciało do jego nagiego torsu. Przestała dopiero, gdy usłyszeli dobiegający z dołu głos pani Potter: - Dzieci! Śniadanie na stole. James jej nie poznawał. Była jak oszalała tygrysica, a nie jego słodka, ułożona Lilly. Jednak, o dziwo, wcale mu to nie przeszkadzało. Wiedział, czuł to, że jeszcze chwila, a mieliby już za sobą swój pierwszy raz. Doprowadzili się więc do porządku i razem zeszli na śniadanie. Po posiłku Lilly zapytała: - Jaki dzisiaj dzień? - Niedziela - odpowiedział pan Potter znad gazety. - NIEDZIELA! - wrzasnęli jednocześnie Ruda i Rogacz. - Idziemy na zakupy. I po prezent ślubny - oznajmił James wstając od stołu. - Jaki prezent ślubny? - Zainteresowała się dotąd milcząca Luisa. - A... Bo Remus Lupin się dziś żeni - wyjaśnił Brązowooki. Widząc zdegustowane spojrzenie matki, które mówiło: "W porę się za to zabierasz", dodał: - Dowiedzieliśmy się dopiero wczoraj. Mamy niecałe cztery godziny więc wybaczcie, ale pójdziemy już. - Do widzenia! - zawołała jeszcze Lilly ciągnięta do drzwi przez ukochanego. W sklepie z odzieżą spędzili niewiele czasu, ponieważ nie widzieli sensu strojenia się. Za to w dziecięcym nie mogli się powstrzymać, żeby nie kupić paru rzeczy ponad wyprawkę. Dzień wcześniej dowiedzieli się, że będą rodzicami chrzestnymi, więc zobowiązali się urządzić pokoik małego Lupina w ramach prezentu ślubnego. - Chciałabym mieć dziecko - wypaliła nagle Lilly znad stosu niemowlęcych ubranek. James był tak zaskoczony, że pluszak, którego trzymał w ręku upadł na podłogę. - Ale my jeszcze nawet raz... - Nie, głuptasie...- zachichotała jak wariatka.- Ja bym chciała mieć dziecko, a nie jestem w ciąży. - Ach...- odetchnął z ulgą, ale zaraz dodał: - A czy to takie trudne? Teraz już oboje chichotali narażając się na zniesmaczone spojrzenia innych klientów. - Dobra, dobra: najpierw ślub - powiedziała Lil. Chciała, żeby jej głos brzmiał poważnie, ale jakoś nie bardzo jej to wyszło. Oczy Rogacza zapłonęły dziwnym blaskiem. Ruda przestraszyła się nie na żarty. Znała te błyski. Nigdy nie wróżyły nic spokojnego i zawsze, ale to zawsze, następowały po nich jakieś wyjątkowe psoty. Na ślub zdążyli w ostatniej chwili, ponieważ byli tak zajęci kupowaniem rzeczy do pokoju dziecka, że nawet nie zauważyli kiedy wybiła czternasta. |
ROZDZIAŁ 5 cz. 2 Gdy dotarli do celu, ogród, w którym odbywała się uroczystość był już zapełniony. Należał on do państwa Lupinów, lecz w tym momencie trudno było go rozpoznać. Wszystkie krzewy i drzewa zostały nie tylko starannie przycięte, ale także zaczarowane tak, by otaczał je magiczny srebrny pył, który sprawił, że Lilly poczuła się jakby szybowała w powietrzu. Kwiaty były większe niż te mugolskie, a do tego wypuszczały nowe pączki za każdym razem, kiedy ktoś obok nich przeszedł. Na środku ogrodu rozłożono długą, purpurową makatę prowadzącą do arkady; miejsca, gdzie miały się odbyć zaślubiny. Zielonooka i Rogacz szybko zajęli swoje miejsca. Siedzieli w pierwszym rzędzie tak, jak sobie tego życzyli państwo młodzi. Zaczęła się ceremonia zaślubin. Remus stał zdenerwowany wraz z mistrzem ceremonii. Nad nim delikatnie szeleściły liście róż, którymi był przyozdobiony łuk. Alisha z promiennym uśmiechem na ustach kroczyła w jego kierunku po czerwonym dywanie, prowadzona przez swojego ojca Caspiana. Kiedy zatrzymała się przy arkadzie, mistrz ceremonii rozpoczął przemówienie. - Zebraliśmy się tutaj, aby połączyć węzłem małżeńskim tę oto parę. Jeśli ktoś ma coś przeciwko niech przemówi teraz albo zamilknie na wieki. Zapadła cisza. Po chwili mężczyzna kontynuował, ale Lilka była w świecie marzeń. Wyobrażała sobie, że to ona z Jamesem wkładają sobie na ręce obrączki. - Liluś? - szepnął jej do ucha James.- A może my też dziś weźmiemy ślub? Teraz, zaraz? - No co ty, tak chyba nie można? - mruknęła marszcząc czoło. - A chciałabyś? No wiesz, Lilka... Zostaniesz moją żoną tu i teraz? Ruda zarumieniła się lekko. Marzyła o zostaniu panią Potter, ale tak bez przygotowania? Sama nie wiedziała. Pomyślała: A co mi zależy. W końcu kocham Rogacza, a chyba to jest najważniejsze? - Dobrze... Zostanę twoją żoną tu i teraz. Ceremonia Alishy i Remusa dobiegła końca, ale Lilly i James wstali prosząc o ciszę. - Chcieliśmy poprosić, aby udzielono nam ślubu teraz... Jeśli oczywiście nie macie nic przeciwko? Tu spojrzeli błagalnie na Lupinów. Wszyscy patrzyli na nich zdziwieni. Wiedzieli, że Potter i Evans w końcu wezmą ślub, ale na pewno nikt się nie spodziewał takiej nagłej propozycji. Jako pierwszy ocknął się Remus. - Eee... Oczywiście, że nie mamy. Jeśli tego właśnie chcecie to proszę bardzo. Wskazał na mistrza ceremonii. - Jamesie Davidzie Potterze jesteś pewny, że tego chcesz? - zapytał ojciec chłopaka wstając ze swojego krzesła. - Tak, niczego w życiu nie byłem taki pewny. Syriuszu, zostaniesz moim świadkiem? - zapytał trzeźwo. - A ty Alisha? Moją druhną? - zawtórowała mu przyszła pani Potter. - Taa... jasne...- wymamrotał nadal zaszokowany Łapa. - Oczywiście. - Uśmiechnęła się ciepło Alisha. Podeszli powoli do łuku i goście usłyszeli przemowę po raz drugi. -... A teraz weź pannę młodą za rękę i powtarzaj po mnie. Ja James, biorę sobie ciebie Lilly za żonę... - Ja James, biorę sobie ciebie Lilly za żonę... Oboje powtarzali słowa przysięgi. Wiele osób patrzyło na nich nadal z zaskoczeniem, ale jednocześnie podziwem, a nawet zazdrością. Matka Rogacza cichutko chlipała w ramię swojego męża. Po podwójnej ceremonii rozpoczęło się przyjęcie. Lilly i James nie widzieli świata poza sobą. Spełniło się marzenie obojga. Są razem, na dobre i złe. Nie liczyło się dla nich nic: ani to, że nie dostali prezentu, ani to, że to ślub ich przyjaciół. Świat zatrzymał się w miejscu. Byli przekonani, że już nigdy nie będą bardziej szczęśliwi. Nawet nie wiedzieli jak bardzo się mylą. - Pójdę na chwilkę do łazienki - powiedziała lekko już wstawiona Lilly i oddaliła się od grupki przyjaciół. Do Jamesa natychmiast podszedł Łapa z Lunatykiem. - No, no stary...- zacmokał Łapa. - No co? - zirytował się czarnowłosy. - Nic, tylko tak z zaskoczenia. A może wy to planowaliście? - zapytał nieźle już rozbawiony Remi. - Eee... Nie. Szczerze mówiąc, to myślałem, że się nie zgodzi... - To kiedy ty jej zasugerowałeś ślub? - dopytywał się Syri. - No... ten... Jak składaliście przysięgę małżeńską poprosiłem ją o rękę i zaproponowałem ślub tu i teraz. I zgodziła się!!! - wykrzyknął uradowany James i chwycił Alisha'e, która pojawiła się nie wiadomo kiedy. Zaczął się kręcić z nią na rękach. - Postaw mnie na ziemię, bo Lilka będzie zazdrosna. Hehe! - Zaśmiała się Blondyna. Nie trzeba mu było powtarzać dwa razy. Już po kilku sekundach stała na ziemi. Przyjęcie trwało do samego rana.. Około czwartej Lilly i James wrócili do domu. Starali się być cicho, aby nie obudzić rodziców, którzy wrócili wcześniej. - Lilly...? - zapytał James i zaczął ją całować. - Nie, innym razem. Chcę spać. Przepraszam. - szepnęła i przytuliła się do męża. James pomyślał: "Trudno, mamy przed sobą dwa tygodnie w Hiszpanii". Wziął ją na ręce i poszedł do swojej sypialni. Ruda strasznie lubiła to miejsce. Było to duży pokój z balkonem. W oknach wisiały długie do ziemi, białe firanki, kontrastujące z granatowymi zasłonami. Ściany były pomalowane na taki sam, ciemnoniebieski kolor i poobwieszane zdjęciami Rogacza z Rudą czy Huncwotami. Pośrodku pokoju mieściło się imponujących rozmiarów łóżko przykryte jasną narzutą. Na stojącym naprzeciw biurku panował lekki, typowo chłopięcy bałagan. Były tam stare kałamarze, poplamione pergaminy oraz parę plakatów z mugolskimi dziewczynami, które James dostał od Syriusza. Lilly przestąpiła próg pokoju stąpając po puszystym białym dywanie. Po chwili oboje runęli na łóżko i w tej samej chwili zasnęli. Musieli być wypoczęci, w końcu nazajutrz wyjeżdżali na wakacje więc czekało ich jeszcze pakowanie. |
ROZDZIAŁ 6 James przewrócił się na drugi bok i chciał położyć rękę na poduszce obok, ale jego dłoń trafiła na coś miekkiego i puszystego. Czarnowłosy w pierwszym odruchu pomyślał, że to kot i chcąc go przegonić, pociągnął za aksamitny pukiel. - Auuuć! James! Za co?! - wrzasnęła Lilly zrywając się z łóżka na równe nogi. Po drugiej stronie łoża to samo zrobił Jim. - Co ty tutaj robisz?!- krzyknęła po raz drugi Ruda. - To ty co robisz w moim łóżku?! - odparował. Oboje wyglądali jak siedem nieszczęść. James miał poczochrane włosy jeszcze bardziej niż zwykle, podobnie jak Lil. - Ej, Liluś...- zagadnął nieśmiało chłopak. - My chyba naprawdę się wczoraj pobraliśmy i śpimy jak małżeństwo w jednym łóżku? - Eee....- odparła inteligentnie. - No taak... I jak na komendę oboje wybuchli śmiechem. Gdy młodzi tarzali się ze śmiechu po podłodze, rozległo się ciche pukanie do drzwi. - Wejść! - krzyknął chłopak miedzy kolejnymi salwami śmiechu. Drzwi uchyliły się delikatnie i stanęli w nich David i Luisa z tacami ze śniadaniem. - Mam nadzieję, że w niczym nie przeszkodziliśmy? - zapytała Lis z uśmiechem na twarzy. - Nie, jasne, że nie! - wykrzyknęła uradowana Lil. - My tylko tak jakoś...Eee to Jamesa wina... - Jak zawsze, co złego to Rogaty - wypalił Syriusz wpadając do sypialni. Oczywiście nie zawracał sobie głowy takimi głupotami jak pukanie. - Ten to pełna kulturka, jak zwykle. - mruknął urażony Potter.- A gdybym był, powiedzmy, zajęty z Lilką? - To po pierwsze, nie byłoby tu Lis i Dava, a po drugie, raczej nie zobaczyłbym niczego, czego jeszcze nie widziałem. - odparł Łapa szczerząc zęby. - Aha... Wiesz co, Syri? Zmywaj się, bo my musimy zająć się sobą... Eee… Czy wy też moglibyście wyjść? - Zwrócił się Brązowooki do swoich rodziców. Cała trójka intruzów wymieniła znaczące spojrzenia i pospiesznie opuściła sypialnię. - Kochanie, co masz na myśli, mówiąc: zająć się sobą? - zapytała Ruda trzepocząc rzęsami. - Liluś, wiesz, ja bardzo chętnie, ale jeśli nie zaczniemy się pakować to nie zdążymy na samolot. A chcę żeby było prawie w stu procentach po mugolsku. - Ale super!!! To do roboty kochanie! - pisnęła uradowana Potterówna rzucając się na posłanie. - A ty nie musisz się przygotować? - spytał podejrzliwie Rogacz. - Jestem już spakowana. - Aha - odparł i zabrał się za wkładanie wcześniej przygotowanych rzeczy do walizek. Właśnie zamykał ostatnią torbę i stawiał ją przy dwóch pozostałych, kiedy z łóżka dobiegł go zduszony chichot. Podejrzewając, iż jego żona jest zaabsorbowana ukrywaniem swojego rozbawienia, cichutko podkradł się do Lilly i klękając przy łóżku delikatnie pocałował ją w policzek. - To co, kochanie, gotowa? W takim razie lecimy! - wykrzyknął James i chciał już uciekać, gdy zatrzymała go Lilka. - Daj mi jakąś swoją koszulkę. W bieliźnie po domu hasać nie będę. - Ja tam nie mam nic przeciwko – James uśmiechnął się łobuzersko do swoich myśli. - Na pewno nie masz, ale twoi rodzice albo Łapa? - Niech on nawet się nie waży na ciebie spojrzeć! - oburzył się młody Potter i swoim zwyczajem przeczesał włosy palcami, co miało zastąpić czesanie. Obserwująca go Lilly nie po raz pierwszy zastanowiła się czy włosy Rogatego kiedykolwiek widziały grzebień. - Dobra kochanie, to dawaj tą koszulkę i bierz walizki. U mnie w sypialni znajdziesz dwie. I przynieś moje rzeczy do łazienki. Leżą gotowe na łóżku. Wydając ostatnie instrukcje, naciągnęła na siebie o wiele za duży T-shirt, po czym opuściła pokój. Na lotnisku chłopaka czekało nie małe wyzwanie. - Jak tu znaleźć odpowiednią bramkę czy jak to się nazywa…- mruczał sam do siebie obserwując otoczenie. - Jakiś problem, kochanie? - zapytała Ruda widząc strapienie na twarzy swojego małżonka. - Eee... Nie wiem jak trafić do odpowiedniego samolotu... - Ojj...Daj te bilety. Wzięła od niego dwa kawałki papieru i zerknęła na nie przelotnie. Po jej twarzy błądził uśmiech. Miała ochotę śmiać w głos z głupoty niektórych czarodziei. Jak oni czasami potrafili kluczyć, jeśli chodziło o mugolskie sprawy! - Za mną, kochanie! - zawołała dziewczyna i podążyła do odprawy. Jako jedyni wsiedli do samolotu bez bagażu. Kto by się jednak spodziewał, że mają wielką torbę w kieszeni spodni? James uznał bowiem, iż nie ma potrzeby dodatkowo płacić za bagaż. |
ROZDZIAŁ 6 cz. 2 - Więc to miałeś na myśli, mówiąc: "prawie jak mugole"? - Między innymi. Lilly wolała nie wiedzieć ile jeszcze podobnych wymówek znajdzie jej mąż. Czuła, że jeśli chodzi o niego, to może zapomnieć o wszelkich regułach. Podróż wydawała się dziewczynie trwać całe wieki. Musiała przyznać, że przez te siedem lat uczęszczania do Hogwartu przyzwyczaiła się do czarodziejskich środków transportu. W końcu jednak młodzi państwo Potterowie dotarli do swojego apartamentu. Kiedy rozpakowali swoje rzeczy, zasiedli na balkonie, z którego rozciągał się widok na morze. - Pięknie tutaj - powiedziała Zielonooka i oparła się o balustradę. Słońce padało na jej mlecznobiałą twarz rozświetlając jej rudobrązowe włosy, które teraz wyglądały jak ognista aureola. - Tak, ale żaden widok nie jest piękniejszy od ciebie...- zamruczał James. Podszedł swoją ukochaną od tyłu i złożył na jej ramieniu pocałunek. Obróciła się ku niemu i ich usta się spotkały. Najpierw całowali się powoli, delikatnie, jakby chcieli zapamiętać każdy szczegół swoich twarzy. Lecz z czasem ich pocałunki stawały się bardziej zachłanne. Aż wreszcie nie potrafili powiedzieć gdzie się znajdują. Oboje mieli gwiazdy przed oczami i przyśpieszone płytkie oddechy. James resztkami wolnej woli wziął swoją ukochaną na ręce i zaniósł na wielkie łoże. Wtedy już nie myślał, co robi. Rozbierali się chciwie, a potem było już tylko przyjemniej... Obudzili się rano w świetnych humorach. Słońce za oknem było już wysoko na niebie, a na plaży kłębiły się tłumy turystów. - Witaj, najpiękniejsza - przywitał się czarnowłosy. - Och... witaj - wyszeptała i jeszcze mocniej wtuliła się w ramiona męża. Jak przez mgłę pamiętała, co się działo wczoraj wieczorem, ale jednego była pewna. Była to najpiękniejsza noc w jej życiu. Tyle razy sobie to wyobrażała, ale musiała przyznać, że tego, co przeżyła nie da się opisać w żaden sposób. Przez kolejne dni zwiedzali Madryt, mauretańskie zabytki Andaluzji oraz dzikie krajobrazy Estremadury z drapieżnymi ptakami w tle. Tydzień po przyjeździe postanowili wybrać się na wieczorną imprezę na plaży. Właściwie to James postanowił się wybrać i przekonywał Lilly. -Ale kochanie wyobraź sobie: plaża, flamenco i piękne Hiszpanki... - Nagle urwał. - Co ja opowiadam! I tak żadna cię nie przyćmi! - Przestań czarować! Na żadną plażę nie idę i koniec! Już ja cię znam... - Czyżbyś była zazdrosna? - zapytał i odruchowo przeczesał włosy palcami. Jak zawsze, gdy targały nim jakieś emocje. - Zazdrosna? O kogo? O ciebie? Nie pochlebiaj sobie - powiedziała to niby obojętnie, ale on wiedział, że trafił w czuły punkt. - Kochanie, jeśli ktoś ma być o kogoś zazdrosny to ja o ciebie... To ty będziesz rozchwytywana, a ja będę musiał walczyć o ciebie jak lew. Zaśmiała się, ale jego słowa sprawiły, że na jej policzkach zakwitł rumieniec. Nienawidziła się za to. - No dobra, chodźmy...- odrzekła, ale zaraz pośpiesznie dodała: - Jeśli zauważę, że patrzysz na inną albo, jeśli się ośmielisz zatańczyć z inną, to nie ręczę za siebie. - Aż tak będziesz zła? - spytał zaczepnie, ale wiedział, że z Rudą nie ma żartów. - Jak diablica....- mruknęła i pocałowawszy go w policzek, uciekła do łazienki. James miał świadomość, że będzie musiał bardzo uważać. Za długo walczył o tą kobietę. Nie liczyła się dla niego żadna inna, a bardzo łatwo mógł ją stracić. Na plaży bawili się wyśmienicie. Tańczyli, pili szampana i wymieniali znaczące spojrzenia, charakterystyczne dla zakochanych. Kilku Hiszpanów zaczepiło Lilkę, ale widząc mordercze spojrzenie jej męża zaraz uciekali. Dziewczynę bardzo cieszyło, że Rogaty jest o nią tak zazdrosny, że nadal o nią walczy. W pewnej chwili, gdy wykonywała piruet jej wzrok padł na jakąś zieloną plamę na niebie. Dopiero po kilku sekundach uświadomiła sobie, że to Mroczny Znak. A jej przerażenie stało się tak ogromne, że aż krzyknęła. |
ROZDZIAŁ 6 cz. 3 - Co jest! - zawołał James ze strachem. Długo nie musiał czekać na odpowiedź. Po chwili wokół tańczących aportowały się postacie w czarnych pelerynach i maskach na twarzach. - Uciekaj kochanie! Ja muszę walczyć! - krzyknął niemal natychmiast, kiedy usłyszeli charakterystyczny trzask. Przerażona dziewczyna nie mogła się ruszyć z miejsca. Była rozdarta między tym, co mówił jej zdrowy rozsądek, a tym, czego pragnęło serce. Wiedziała, że nie jest nawet w połowie tak dobra w pojedynkach jak jej ukochany, ale nie chciała też go zostawiać. Nie mogłaby znieść myśli, że coś mu się stało, a jej przy nim nie było. Toteż wyciągnęła różdżkę i pognała w kierunku walczących. Dopiero po chwili zorientowała się, że nie byli jedynymi czarodziejami na plaży. Jednak nie było czasu na rozmyślania. Musiała się skupić. James walczył jak mógł. Czuł jednak , że nie zdoła się obronić, jeśli nie dostaną jakiegoś wsparcia. Wtedy niektóre osoby na plaży również wyciągnęły magiczne patyki i przystąpiły do walki. Miał tylko nadzieję, że Lilly jest już bezpieczna z dala od tego zgiełku. Jednym zaklęciem powalił stojących najbliżej przeciwników, kiedy nagle ujrzał przed sobą potężnego mężczyznę w pelerynie. Wiedział, że byle drętwota nie zwali go z nóg. Uznał zatem, że nikt mu nie będzie robił wyrzutów jeśli użyje czarnej magii. - Rektusorpia! - zawołał, ale dryblas zdążył odskoczyć. Wtedy oczom chłopaka ukazała się twarz Lilly. Nie mógł nic zrobić: zaklęcie pruło w jej kierunku. - Niee! - zaczął krzyczeć i biec do niej.- Niee! Tylko nie Lilly! Ugięły się pod nim kolana, kiedy ujrzał omdlałe ciało swojej żony zalane krwią. |
ROZDZIAŁ 7 James nie wiedział, co ma robić. Wokół niego latały najróżniejsze zaklęcia, a u jego stóp leżała zakrwawiona Lilly. Wtedy uświadomił sobie, że ma przecież w kieszeni dwukierunkowe lusterko, a Łapa swoje na pewno trzyma w kieszeni. -Syriusz! Syriuszu! - Zaczął wołać do ładnego kobiecego lustereczka. Twarz Blacka niemal natychmiast pojawiła się po drugiej stronie. - Co jest? - Zwołaj Zakon i przyjeżdżajcie na Ibizę! Śmierciożercy zaatakowali plażę obok naszego hotelu! Syriuszu, Lilly chyba nie żyje! Szybko! Błagam! Łapie nie trzeba było dwa razy tego powtarzać. A ku jego radości było akurat zebranie i wszyscy słyszeli słowa Pottera. - No to do dzieła, życzę powodzenia - powiedział Dumbledore. Gdy tylko dotarli na miejsce, zaczęła się prawdziwa wojna. Błyski zaklęć oświetlały plażę rozmaitymi kolorami i świszczały nad ich głowami. Podniesione głosy przebijały się przez gęste tumany piasku, co chwilę podnoszonego przez kolejny wybuch. Mugole patrzyli na tę scenę jak zahipnotyzowani. Instynkt mówił im, że należy uciekać, jednak umysł nie akceptował tego, co się dzieje. Syriusz pomyślał, że trzeba będzie zmienić ich pamięć, jednak teraz nie było na to czasu. Ledwo uchylił się od kolejnej klątwy, gdy kątem oka dostrzegł Jamesa, który zupełnie nie zwracał uwagi na zamieszanie, jakie wokół niego wybuchło. Wziął swoją żonę na ręce i teleportował się z nią do najbliższego szpitala dla czarodziei. W Madryckiej Klinice Magicznych Chorób przyjęto ich natychmiastowo. I już po kilku minutach Rudą zajęło się tuzin magomedóków z oddziału Urazów Pozaklęciowych. Jednak nic jej nie pomagało. Żadne zaklęcie nie chciało zasklepić ran. Lilly była coraz słabsza. Siniała z braku krwi. James się bał, bał się strasznie, że go opuści. Nie chciał jej tracić. Nie teraz, kiedy mieli być razem na dobre i złe. Zdesperowani magomedycy wezwali przełożonego, którym był starszy czarodziej o całkiem białych włosach. Miał kwadratowe okulary, za którymi ukryte były szare, inteligentne oczy. Ubrany w zielony fartuch, wyglądał bardzo dostojnie, a jednocześnie wzbudzał wiele szacunku i zaufania. - W czym problem? - zapytał rzeczowo. Gdy pokrótce opisano mu przypadek Lilly, długo się zastanawiał. W końcu, po kilku minutach, które dla Jamesa były wiecznością, powiedział: - Panie Potter, wygląda na to, że pańska żona rzuciła na siebie jakieś zaklęcie ochronne tuż przed utratą przytomności, którego nie możemy przełamać. Jest jednak pewna metoda. Zaklęcie szyjące, które mogłoby jej pomóc. Wie pan jak wyglądają mugolskie szwy? - Tak wiem, ale co to ma do rzeczy? - zapytał chłopak podejrzliwie. - Powiedzmy, że to zaklęcie polega na "zszyciu ran". Będzie miała blizny, ale niech pan się nie martwi, ból poczuje tylko przez chwilę. Zaklęcie zszywa rozcięcia naraz. Czy się pan zgadza? - Tak... Zgadzam się na wszystko tylko jej pomóżcie - powiedział James i dał wolną rękę uzdrowicielom. Po kilku minutach Lilly leżała już owinięta bandażami i przykryta cienką kołdrą. - Teraz pani Potter powinna wypoczywać. Nieprędko się obudzi, gdyż jest bardzo wyczerpana, ale za tydzień powinna być jak nowo narodzona. Czarodziej uśmiechnął się i wyszedł zostawiając Jamesa w izolatce, gdzie spało jego słoneczko. Po kilku godzinach do pomieszczenia wszedł Syriusz. Na twarzy miał kilka głębokich rozcięć i wyglądał na wyczerpanego. - Udało nam się zatrzymać trzech śmierciożerców. Jeden mugol został właśnie przyjęty na oddział. Na szczęście w porę odciągnęliśmy resztę, są zszokowani. Remus pomaga w modyfikowaniu pamięci. - Powiedział jednym tchem, po czym zapytał szeptem: - Co z nią? - Kiepsko. Nie działają na nią zaklęcia leczące. Musieli jej założyć mugolskie szwy. Na szczęście zrobili to naraz zaklęciem, ale jest osłabiona i może długo spać. - Wyrzucił z siebie Potter i wygładził delikatnie niewidoczne nierówności pościeli. - Będzie dobrze, stary. Nie łam się. A teraz idź odpocznij. Ja przy niej zostanę. - A jeśli ona się obudzi? - zapytał James. Chciał przy niej być, gdy to się stanie. Chciał ją za wszystko gorąco przepraszać. Jak tylko umiał najlepiej. Miał nadzieję, że zrozumie, że nie chciał tego, że to był przypadek. W głębi duszy dobrze wiedział, że Ruda mu wybaczy, nie wiedział tylko czy sam sobie daruje taki błąd. Przecież ja ją o mało nie zabiłem! I kto tu jest potworem, Luniak?, zapytał sam siebie. Od tej pory będzie robił wszystko, aby Lilce nie spadł włos z głowy. - Nie martw się, stary. Zawołam cię w takim wypadku - powiedział Syriusz i usiadł na krześle przy łóżku. Dwa dni później, James wreszcie wyglądał na wypoczętego, bo Remusowi udało się go przekonać, że nic tu po nim, kiedy Lilka śpi i powinien wyglądać dobrze, gdy już się obudzi, bo jak go zobaczy w takim stanie to istnieje duże prawdopodobieństwo, że zemdleje z przerażenia. Gdy wszedł do sali, przy łóżku siedzieli wszyscy ich najbliżsi: Lunatyk, Łapa i Blondyna. A na niego patrzyły wielkie zielone oczy. - Obudziłaś się! - zawołał radośnie. - Czemu nikt mnie nie zawołał? - zapytał zaraz potem niby spokojnie, ale jego oczy ciskały błyskawice w kierunku trójki. - Nie złość się na nich, kochanie. Ja ich o to poprosiłam. Kiedy się dowiedziałam ile spałam, domyśliłam się, że ty tyle samo czasu nie spałeś – wyjaśniła. - Skoro tak... Ale my sobie jeszcze pogadamy, a teraz pozwólcie mi porozmawiać z Lilką sama na sam. |
ROZDZIAŁ 7 cz. 2 Przyjaciele mruknęła ‘jasne’ i szybko opuścili pokój. Wiedzieli, że James jest na nich wściekły, ale przy Rudej udaje opanowanego, żeby i ona była spokojna. Tymczasem w sali panowała niezręczna cisza. W końcu James podszedł do żony i usiadł na brzegu jej posłania. - Jak się czujesz? – zapytał z troską. - Świetnie. Czy możesz iść zapytać, kiedy mnie wypuszczą? - Dobrze, ale najpierw chcę cię bardzo gorąco przeprosić. - Ale, za co? - spytała. Wyglądała naprawdę dobrze. Tylko sińce pod oczami zdradzały, iż niecałe trzy dni temu była o krok od śmierci. - Bo widzisz, to ja rzuciłem w ciebie to zaklęcie. Niechcący, ale rzuciłem. I na dodatek użyłem czarnej magii. Wstyd mi za siebie. Miał nadzieję, że uwierzy mu jak bardzo tego żałuje. Nie wiedział, że Lilly to wie lepiej niż ktokolwiek inny. - Naprawdę się nie gniewam. A teraz czy mógłbyś pójść do magomedyka? To miejsce mnie przytłacza. James wyszedł, a po kilku minutach zjawił się z powrotem z uzdrowicielem. - Hmm...- mruknął czarodziej, obejrzawszy pacjentkę - Myślę, że może pani już dziś wyjść do domu. Tylko proszę jej nie forsować. - Tu spojrzał groźnie na Jamesa, jakby myślał, że ten będzie kazał żonie nosić worki z smoczym łajnem. - Oczywiście...- burknął James, po czym pośpiesznie dodał: - Słyszałaś kochanie? Masz na siebie uważać. Godzinę później opuszczali Magiczną Klinikę w wyśmienitych humorach, a Łapie jak zawsze zebrało się na żarty. - I co ty na to Rogaty... Nie będzie jeszcze potomstwa... Chyba nie chcesz zamęczyć naszego Rudzika? - Zamknij się - mruknął James zirytowanym tonem. Musiał przyznać, iż Lilly wygląda zupełnie normalnie, jeśli nie liczyć bandaży, które mieli zdjąć za dwa dni. Tydzień później siedzieli już na kolejnym zebraniu. Oczywiście James, który nie dał się przekonać, że z jego żoną już wszystko w stu procentach w porządku, usługiwał jej jak królowej. Lilly martwiło jego zachowanie. Wiedziała, że ma wielkie poczucie winy i nie potrafiła tego zrozumieć, ale jej wybranek nigdy nie był zbyt przewidywalny. Tak, zawsze go miała za pozytywnie zakręconego. Jaki inny chłopak uganiałby się za jedną dziewczyną przez siedem lat Hogwartu? Odpowiedź brzmiała- żaden! Wystarczyło spojrzeć na Syriusza. Ten, co chwila miał inną dziewczynę, co rusz to ładniejszą. Nawet Remus niby taki święty, a miał co najmniej cztery. James był wyjątkowy. Upatrzył ją sobie w Expresie do Hogwartu już, kiedy podróżowała nim po raz pierwszy i nie był skory do zmiany decyzji nawet, gdy zaczęła chodzić z innymi chłopcami. Walczył o nią jak lew. Do pokoju wszedł Dumbledore, aby rozpocząć zebranie, a zaraz za nim podążał Snape, który miał minę jakby ktoś mu zabił matkę. James podejrzewał, co może trapić Smarka. I wcale nie krył swojego tryumfalnego uśmiechu. Nikomu tego nie mówił, ale obaj wiedzieli, że są dla siebie śmiertelnymi rywalami, jeśli chodzi o start do serca Lilly. Teraz Severus nie mógł już nic zrobić. Widział, że Potter wygrał. Mógł podejrzewać, że tak to się skończy. Sam zaprzepaścił swoją szansę, nazywając Lilkę głupią, wredną szlamą. - Witajcie, moi drodzy. Dzisiaj omówimy sprawę wtajemniczania do Zakonu obcokrajowców. Dzięki Lilly i Jamesowi wiemy, że to samo czyni Voldemort. Na dźwięk tego nazwiska nielicznymi wstrząsnął dreszcz przerażenia, jednak Dumbledore nie przestawał mówić. - Przecież my nie będziemy mogli się tego podjąć. Co z zadaniami dla młodych członków Zakonu, którzy muszą pozostać Londynie, aby się uczyć? - Przerwał mu w pewnym momencie Syriusz. - Black czy ja dobrze słyszę? Ty masz zamiar się uczyć? Ale jak? Przecież do nauki potrzebny jest mózg... Słyszysz? Mózg, którego ty nie posiadasz - zadrwił Snape. Black już otwierał usta, aby odegrać się na Smarku, jednak ubiegł go Dumbledore. - Spokój! - zawołał. - Proszę, abyście się nawzajem nie obrażali. Na razie współpraca międzynarodowa jest naszym głównym priorytetem, panie Black. Nie oznacza to rezygnacji z dotychczasowych obowiązków, które wykonujecie, a to dzięki wam tylko w tym tygodniu udało się złapać trzech Śmierciożerców. - Tu spojrzał w stronę Potterów, a James odwrócił głowę, by uśmiechnąć się do Lilly. Wtedy zauważył, że zaczęła się zachowywać dziwnie. Była jednocześnie podenerwowana i spokojna. Na jej twarzy zakwitł niezdrowy rumieniec. James przeczuwając, co się dzieje, postanowił zabrać ją do domu. Nie chciał, aby powtórzyła się sytuacja z piątku przed ich ślubem, a przeczucie mu mówiło, że tak to się może skończyć. W domu było cicho i spokojnie. Usiadł na kanapie w salonie. Dziewczyna wyglądała już normalnie. - Kochanie? Powiesz mi, dlaczego to się dzieje? - spytał przymilnie. - Co się dzieje? - odparła pytaniem na pytanie. Dobrze wiedziała, o co mu chodzi, ale podobnie jak Remus, wolała zachować to dla siebie. Oczywiście wiedziała, że jej mąż jest tolerancyjny, ale bała się, że i jego tolerancja ma swoje granice. - To, że jeśli jesteś w miejscu gdzie jest dużo ludzi i tymi ludźmi targają jakieś silne emocje, to zachowujesz się jakbyś odczuwała je wszystkie naraz? Musiała przyznać mu rację. Jej mąż był z pewnością spostrzegawczym mężczyzną. - Masz rację. Ja jestem współczulna... To znaczy, że wyczuwam emocje innych osób, którzy są w pobliżu mnie. Nauczyłam się to ignorować, ale kiedy ludzi jest dużo, a uczucia silne... po prostu nie mogę sobie z tym poradzić. I wtedy tworzę coś w rodzaju tarczy, która j chroni mnie przed emocjami, ale fizycznie mnie osłabia, a nawet może zabić. Nabrała powietrza i czekała na reakcję Jamesa. Bała się. Pamiętała reakcję Mell, która wyraźnie zaczęła jej unikać. - To, co powiedziałaś jest straszne. Kochanie, jeśli tylko w jakiś sposób mogę ci pomóc to powiedz. Nie martw się! - Zawołał widząc ten sam wyraz twarzy, co cztery lata temu u Luniaka.- Kocham cię i żadna współczulność, czy jak się to tam nazywa tego nie zmieni! Przytulił ją mocno i zaprowadził do sypialni. Gdy już leżeli w łóżku Lilly się odezwała dziwnym głosem: - James, śpisz? - mówiła to spokojnie, ale w jej głosie można było wyczuć zmieszanie. - Nie, nie śpię. Coś się stało? - Nie, nic tylko ja chciałam wrócić do tematu... eee dziecka. Rogacz podniósł się i oparł na łokciu. Przyglądał się swojej żonie z zainteresowaniem. Był ciekaw czy można tak za pierwszym razem zajść w ciążę. Toteż jego zdziwienie było wielkie, kiedy usłyszał: - Czy myślisz, że możemy już mieć dziecko? - Eee...- wyjąkał inteligentnie. - Nie wiem, o co ci chodzi?- dodał. - No myślisz, że nie jesteśmy na to za młodzi? Nie chodzi mi o to czy jesteśmy odpowiednio dojrzali fizycznie - powiedziała szybko widząc zagubienie w jego pięknych czekoladowych oczach. - Nie wiem - odparł szczerze. Na jego twarzy widać było wielkie skupienie, jakby się głęboko nad czymś zastanawiał. Leżeli tak kilka minut. Lilly wyczuła u Rogasia wielkie podekscytowanie, po czym usłyszała jego uwodzicielski szept: - Po co się nad tym głowić, kochanie? Weźmy się do pracy, a los niech zdecyduje za nas. Po tych słowach pocałował ją tak namiętnie, że prawie zemdlała z wrażenia, ale ostatkiem sił odsunęła go od siebie. Było to o tyle gorsze, iż wyczuwała, jaki mu sprawiła wielki zawód. - Kochanie nie dziś... Nie mogę, kobiece sprawy... - zaśmiała się histerycznie. - Aha - westchnął, po czym przytulił ją do siebie i zasnęli. |
ROZDZIAŁ 8 Lilly obudziła się w wyjątkowo dobrym nastroju. Przeciągnęła się i otworzyła szeroko oczy. Słońce było już wysoko na niebie; musiało być późno. - Ciekawe, która godzina - mruknęła do siebie wstając z łóżka i zakładając największą koszulkę Jamesa. Do kuchni weszła jeszcze zaspana, ale widok jaki zastała, od razu ją obudził. - Co wy tu robicie tak wcześnie?! - Też się cieszę, że cię widzę - odparował Łapa, za co dostał ścierką od Rogatego. - Przyszli życzyć mi powodzenia na pierwszym treningu w reprezentacji - powiedział przymilnie kruczowłosy. - A poza tym jest już jedenasta, skarbie. - Co?! Ale ja o dwunastej ma zapisy do szkoły dla magomedyków! - Spokojnie, Ruda - zaczął, jak zawsze opanowany do granic możliwości, Remus.- Zabieramy się tam z tobą, więc jeśli się pośpieszysz, to zdążymy. - Zabieramy? - powtórzyła nie do końca rozumiejąc Lupina. - No ty, ja i Syriusz. - Syriusz? - Kolejne inteligentne pytanie. - Tak, ja - wypalił obrażonym tonem Black. - Nie gniewaj się! - zawołała Lilly. - Ja po prostu myślałam, że ty chcesz być aurorem. - Aurorem będę ja - powiedziała Alisha pojawiając się w kuchni. - Ale ty nie powinnaś... w twoim stanie...- zaczął niepewnie James. Właśnie stawiał przed wszystkimi tosty i dżem. Nie rozumiał tego całego zamieszania wokół szkół. On tam jeszcze zdąży i jutro się zapisać. - Rogaty, nie denerwuj jej - mruknął Luniek. - Wystarczy, że ja dziś dostałem wykład na temat ignorancji w sprawach kobiet i tego, że ciąża to nie choroba. - Bo nie choroba! - zawołały jednocześnie Lilly i Alisha. - Macie racje. Latajcie za śmierciożercami z brzuchem przed sobą. Na pewno będzie skuteczne - zadrwił Łapa, na co Blondyna wybuchła płaczem. - Myślicie, że kobiety są tylko do rodzenia dzieci, prania, sprzątania i gotowania - warknęła Ruda i przytuliła przyjaciółkę. - Cii... to tylko głupi faceci nie warto się nimi przejmować - dodała, po czym jeszcze raz uściskała Alishę i pobiegła do łazienki się ubrać. Nie chciała się spóźnić. Po godzinie, gdy Lupin odstawił swoją żonę pod same drzwi szkoły dla przyszłych aurorów, a Łapa wysłał kwiaty swojej nowej dziewczynie Gabrieli, udali się do budynku, gdzie miały się odbywać lekcje teoretyczne. Był to zadbany biały budynek. Z zewnątrz wyglądał jak jakaś mugolska uczelnia. Nad wejściem widniała tabliczka z napisem: „Wyższa Szkoła Magomedycyny i Uzdrowicielstwa”, a pod nią kolejna, z numerem i ulicą. Wielkość budowli budziła respekt, podobnie jak jej bardzo czyste i równie białe wnętrze przywodzące na myśl szpital św. Munga. Jedyne, co go różniło to fakt, że były tam klasy zamiast sal dla pacjentów. Weszli do głównej sali, gdy prawie wszystkie miejsca były już zajęte. Toteż szybko usiedli na końcu auli tak, aby nie rzucać się w oczy. Nie minęło pięć minut, a na katedrze pojawił się wysoki mężczyzna o srogim spojrzeniu. Dyrektor rozpoczął monotonną przemowę powitalną. Po godzinie słuchania o tym, jak ważną rolę będą pełnić po ukończeniu tej szkoły, wszyscy mieli już dosyć. Większość zaczęła przysypiać albo rozmawiać z sąsiadami. Remus odsypiał ostatnią pełnię, a Lilly przysłuchiwała się konwersacji Łapy z jakąś dziewczyną. - Ale przecież Sam-Wiesz-Kto zabija swoich przeciwników. - Usłyszała szept dziewczyny. - No właśnie, ta gadzina morduje, a mało kto ma odwagę się jej sprzeciwić. Dlatego Dumbledore stworzył stowarzyszenie przeciw temu potworowi. - Aha i co, szuka chętnych? Wiesz, ja bym bardzo chętnie wam pomogła. - Dobra, to się da załatwić. - Naprawdę? Wreszcie będę mogła pomścić śmierć moich bliskich. Byli mugolami...- mówiła dalej. Widać było, że Black uważnie słucha co ta dziewczyna ma do powiedzenia, ale Lilly zaczęła patrzeć na Syriusza z podziwem i już nie przysłuchiwała się ich rozmowie. Łapie naprawdę zależy na zabiciu tego gada, myślała. Przecież inaczej flirtowałby z tą dziewczyną, a nie namawiał do przyłączenia się do Zakonu Feniksa. Musiała też przyznać, że dziewczyna mogła się mu podobać. Miała zielone włosy upięte do tyłu i granatowe oczy, które świetnie współgrały z jej skromną różową sukienką. Ale na Syrim nie robiła najmniejszego wrażenia, co było raczej dziwne. I wtedy do Rudej dotarło, że może Black się naprawdę zakochał. Ta informacja tak ją zaszokowała, że aż szturchnęła Lupina, żeby podzielić się z nim spostrzeżeniami. - Co? - mruknął niezadowolony, że ktoś mu przerwał drzemkę. - Pali się...- wypaliła, ale widząc minę Lunatyka, dodała szybko: -Żartowałam... Chodzi o Łapę, nie uwierzysz, on się naprawdę zakochał w tej całej Gabi! - Żartujesz sobie ze mnie? On i miłość? Nie uwierzę, póki nie zobaczę. - No to posłuchaj...- Opowiedziała mu o tym co przed chwilą się wydarzyło. Remus przyjrzał się najpierw dziewczynie, a potem swojemu przyjacielowi i musiał przyznać Lilly rację. On naprawdę nie był zainteresowany tą pięknością o zielonych włosach i uroczym uśmiechu. - Spokój, Luniek - zganił się w myślach. - Masz żonę, żadna inna kobieta nie jest ładna. Gdy dyrektor dokończył wreszcie swoje nudne i długie przemówienie rozległa się burza oklasków. Można by pomyśleć, że były to oklaski uznania dla tak ciekawego monologu, ale tak naprawdę były to oznaki radości, że wreszcie dobiegł on końca. Po chwili wszyscy czworo (oczywiście przyszła członkini zakonu się do nich przyłączyła) udali się do sali, w której zbierali się pierwszoroczni, aby zapisać się na odpowiednie kursy w zależności od specjalizacji. Tu nastąpił rozłam. Syriusz, podobnie jak Lilly, wybrał Pediatrię Pozamagiczną, Remus Choroby Magiczne, a owa dziewczyna Wiedzę Ogólną. Gdy już zostali przyjęci i otrzymali harmonogram wykładów, opuścili ową placówkę z westchnieniem ulgi. - Tak narzekałem, że McGonagall gada i gada, a ten facet to ją bije na głowę - Zaczął jak zwykle zrzędzić Łapa. - Taa - przytaknął Remus nie patrząc na niego. Wyglądał jakby był czymś zaabsorbowany. Po chwili było już wiadomo czym. Okazało się, że za nimi idzie Snape, najwyraźniej musiał również być przyszłym magomedykiem. - Dobra, ja lecę po Alishę, nie chcę żeby się sama szwendała po Londynie. Jest taki upał - powiedział Remus i już go nie było. Po jakiś pięciu minutach odezwał się Syriusz: - No dobra, Rudzik, ja też będę leciał. Jestem umówiony z Gabi. Poradzisz sobie? O, widzę Rogacza. Idzie do nas, to ja znikam - mruknął, po czym również się ulotnił. W tym momencie Severus gwałtownie przyspieszył i już chciał podejść do Lil, gdy ujrzał na horyzoncie czarny, roztrzepany łeb. Nie miał wątpliwości, że to Głupotter, toteż szybko się wycofał. James szedł jak najszybciej mógł. Miał nadzieję, że się nie spóźnił. To nie jego wina, że musiał zamienić kilka słów z drużyną. Nagle zobaczył samotną Lilkę, a za nią Smarka. Był wściekły na przyjaciół, że zostawili jego piękność na pastwę losu, ale jeszcze bardziej drażniła go obecność Snape'a. Wiedział, że już wygrał batalię o względy Panny-Niedostępnej-Evans, a obecnie jego żony, ale znał też tę tłustowłosą mendę, dlatego uznał, iż ostrożności nigdy za wiele. Kiedy podszedł do Lilly, wyglądała jakby miała zamiar się deportować. - Co, uciekasz przede mną, kochanie? - zażartował i ucałował ją w policzek. - Nie, tylko Severus szedł za mną, a ja nie mam ochoty z nim gadać. - Ach...- Postanowił tego nie komentować, ale przy najbliższej okazji, obiecał sobie porozmawiać z tym wrednym patafianem. - Ale już nie idzie. Może dzisiaj pójdziemy na obiad do jakiejś restauracji? Jestem piekielnie głodny... Nie mijało się to z prawdą, bo od śniadania nic nie jadł, a godzinny trening bardziej go umęczył niż gdyby wybudował dom. - Kochanie, ty chcesz być aurorem, tak? - zapytała Ruda, gdy już siedzieli przy stoliku w małej kawiarence mieszczącej się niedaleko szpitala św. Munga. - Hmm - mruknął James. Nic więcej nie udało mu się wypowiedzieć, bo miał usta pełne ziemniaków. |
ROZDZIAŁ 8 cz. 2 - Bo widzisz... ja... nie chcę żebyś nim był - wyszeptała najciszej jak tylko potrafiła. Jednak Brązowooki usłyszał te słowa. Bardzo chciał być tak, jak ojciec aurorem, ale nie wiedział czy chce bardziej tego, czy szczęścia Lilly. Wiedział też, że jego żona nie będzie chciała, żeby dla niej poświęcał swoje marzenia. Między innymi za to ją pokochał. Myślał, że decyzja będzie trudna, ale w tej chwili podjął ją tak szybko, że aż sam się zdziwił. - W takim razie nim nie zostanę - powiedział od tak, co zaskoczyło zielonooką prawie tak bardzo, jak samego Jamesa. - Jednak nie wiem co wybrać? Magomedyk odpada... czuję, że to nie dla mnie. Co powiesz na to, żebym zaczął studiować prawo czarodziei? Lilly była naprawdę zdumiona. Wiedziała, że jej ukochany tak łatwo nie rezygnuje z marzeń. Toteż jego odpowiedź zrobiła na niej ogromne wrażenie. Wstydziła się tego, co powiedziała. Ale nie mogła tego wytrzymać.. nie chciała, żeby jej mąż miał jeden z najbardziej niebezpiecznych zawodów. Nie mogłaby znieść świadomości jak bardzo on się naraża. Była gotowa zrobić wszystko, żeby go odciągnąć od tego pomysłu. Nawet nie przepuszczała, że przyjdzie jej to tak łatwo. Syriusz aportował się na obrzeżach Brighton, gdzie miał się spotkać ze swoją dziewczyną. Bał się tego spotkania. Po pierwsze, dlatego, że Gabriela był mugolką, a on musiał jej powiedzieć, że jest czarodziejem, a po drugie i najważniejsze, obawiał się, że go znienawidzi i nie będzie chciała więcej widzieć. Chyba by tego nie zniósł. Nie chciał jej nigdy stracić. Powoli zaczynał rozumieć co czuje James czy Remus. Kiedyś myślał, że miłość to pułapka. Nie chciał się zakochać, bo bał się, że straci wolną wolę. Teraz, gdy go to dopadło, nie wyobrażał sobie niczego piękniejszego. Chciał kochać i być kochanym. Szedł właśnie ulicą, kiedy zobaczył na wystawie sklepu ślicznego misia. Nie wiedzieć czemu pluszak, skojarzył mu się z jego dziewczyną. Postanowił go dla niej kupić i podarować razem z czekoladkami. Do kawiarni wszedł pięć minut przed umówioną godziną. Miał nadzieję, że jej jeszcze nie ma. Udało się: nigdzie jej nie zauważył. Zajął stolik w najbardziej odległym zakątku sali. Wiedział, że potrzebuje intymności, aby zadać dziewczynie te kilka pytań. Jak ją znał, na pewno wolałaby odpowiadać na nie, nie będąc pod ostrzałem spojrzeń innych kobiet. Powoli jego też zaczynało irytować, że ciągle się za nim oglądają. Było już dziesięć minut po umówionym czasie. Martwił się, czy coś się nie stało. Wtedy przypomniał sobie, że ma w kieszeni komórkę: kolejny, niezwykle przydatny mugolski gadżet. Szybko wyjął aparat i już chciał zadzwonić, gdy zobaczył, że ma wiadomość. Otworzył i uśmiechnął się do telefonu, na którego ekranie był tekst: Przepraszam kochanie, ale się trochę spóźnię. Będę na pewno! Odetchnął z ulgą. Już myślał, że nie uda jej się wyrwać. Niby to dziwne, że osiemnastolatce trudno się wyrwać na randkę, ale jak się ma takiego ojca, to nie ma co się dziwić. Dobrze, że w ogóle może sama wychodzić z domu, zważywszy na jego interesy. Tak, ojciec jego wybranki to niezłe ziółko. Przemyt narkotykowy. Często się zastanawiał po co się takim czymś zajmować, skoro jest wiele innych ciekawych zajęć. Jego wątpliwości rozwiązała Gabi: - Dlatego, że to jest bardzo drogie. Można na tym dużo zarobić i się prawie wcale nie napracować. Z zamyślenia wyrwał go cudowny głos. Głos który od pewnego czasu nawiedzał go nie tylko w snach, ale i na jawie. - Cześć Syri, a co ty taki zamyślony? - zapytała stojąca przed nim Gabi. Dziewczyna miała długie, kruczoczarne włosy kontrastujące z jej porcelanową cerą i takie same, wyraziste oczy. Była bardzo szczupła i niewielkiego wzrostu, przez co sprawiała wrażenie raczej niepozornej, lecz czarne ubrania w połączeniu z jej urodą w pewien sposób zmuszały do traktowania jej na poważnie. Jednak tym, co najbardziej przykuło uwagę młodego chłopaka w jej wyglądzie, była jej delikatna twarz i bystre pogodne spojrzenie. - Witaj... proszę - powiedział odsuwając jej krzesło naprzeciwko swojego. - Miło tu - rzekła dziewczyna, a siadając niechcący odsłoniła większy kawałek dekoltu, co niezmiernie przypadło Łapie do gustu. Jednak szybko się opanował. Dzisiaj musisz jej powiedzieć coś ważnego, a nie tylko ci figle w głowie, amancie za dychę, zganił się w myślach, po czym dodał już na głos: - To dla ciebie. - Podał jej misia i czekoladki. - Oczywiście ten misio nie jest tak ładny jak ty, ale wątpię czy w ogóle ktoś wyprodukował coś tak pięknego. Dziewczyna się uśmiechnęła, a jej speszenie było widoczne tylko w jej lśniących oczach. Twarz pozostała bez zmian. Kolejna rzecz, która ją wyróżnia, pomyślał Łapa. Bardzo mu się podobało, że jest jednocześnie skromna, ale i odważna. Rzadka kombinacja, ale jednak on miał to szczęście natknąć się na taką dziewczynę. - Co państwu podać? - zapytała kelnerka, wyrastając jak spod ziemi. - Poproszę pizzę z pieczarkami i sok pomarańczowy, a co dla ciebie, kochanie? - spytał Łapa, idealnie ignorując to, że kobieta wpatruje się w niego jak w siódmy cud świata. Po minie Gabi było widać jak bardzo schlebia jej jego zachowanie. Kelnerka była dość ładna. - Też pizzę, tylko salami z szynką i do tego wodę. - Coś jeszcze? - Usłyszeli niezadowolony głos kobiety. Wyglądała na nieprzyzwyczajoną do tego, że się ją ignoruje. - Nie, na razie dziękujemy - odparła dziewczyna z triumfalnym uśmiechem na twarzy. Kiedy zostali sami, Black postanowił zacząć wcielać swój plan w życie. Zadał zatem niby zwykłe pytanie, a jednak bardzo sugestywne dla niego. - Co myślisz o istnieniu magii? Wierzysz, że coś takiego istnieje? W oczach panny Sergiej pojawił się niebezpieczny błysk. - No wiesz... Ja myślę, że magią istnieje tylko nie dla każdego jest dostępna. Te słowa jednocześnie go ucieszyły i zaskoczyły. W trakcie ich rozmowy postawiono przed nimi zamówione wcześniej posiłki. Zaczęli jeść, a ośmielony Łapa wypalił z grubej rury: - Wiesz Gabi, ja jestem czarodziejem. Takiej reakcji to on nie przewidział. Gabriela zrobiła się najpierw potwornie blada, jakby miała zaraz zemdleć. Skłoniło to Blacka do stanięcia obok niej i delikatnego przytrzymania za ramiona gdyby miała spaść. Jednak to nie nastąpiło: zamiast tego dziewczyna chwyciła za szklankę z wodą i wypiła ją jednym tchem, po czym trzykrotnie odetchnęła głęboko i zapytała nieco zachrypniętym głosem: - Ty... ty chyba żartujesz? - Nie, mówię całkowicie poważnie - odparł Łapa. Biedny chłopak, nie wiedział co ma o tym myśleć. Nie można było stwierdzić czy dziewczyna mu wierzy, czy jednak ma go za wariata, ale czuł, że zaraz się dowie i się nie pomylił. |
ROZDZIAŁ 9 - Ty... ty chyba żartujesz? - Nie, mówię całkowicie poważnie - odparł Łapa. Biedny chłopak, nie wiedział, co ma o tym myśleć. Nie można było stwierdzić czy dziewczyna mu wierzy, czy jednak ma go za wariata, ale czuł, że zaraz się dowie i się nie pomylił. - Udowodnij! - zawołała i wybiegła z kawiarenki z szybkością błyskawicy. - Kobiety… - jęknął Black i rzuciwszy na blat banknot dwudziestofuntowy, pobiegł za dziewczyną. Znalazł ją przed barem. Stała przebierając nogami. - Co tak długo? Głos miała lekko zachrypnięty, jakby miała się zaraz rozpłakać. - Wierzysz mi czy masz mnie za czubka? - zapytał nie mogąc się już doczekać odpowiedzi. - Powiedzmy, że ci wierzę. Ale... No tak zawsze musi być jakieś „ale”, przemknęło przez głowę Łapy. - Pokaż co potrafisz...- Lekko wojowniczy ton jej głosu kompletnie zbił go z pantałyku. Co mógł jednak zrobić? Chciał być z nią, a wiedział, że na sto procent mu nie uwierzy, dopóki nie zobaczy jak macha magicznym patykiem. Pozostawało tylko pytanie, co stanie się potem? Ucieknie z krzykiem czy zostanie z nim? To najbardziej w niej lubił. Nigdy nie mógł przewidzieć jej reakcji. - Chodźmy do parku. Tu nie bardzo mogę czarować - powiedział, przy okazji rozglądając się wokół, aby upewnić się, że nikt nie przysłuchuje się ich rozmowie. Na szczęście byli sami. - Dlaczego? - I znów pytania - jęknął w myślach Black. - Muszę być cierpliwy. Dla niej wszystko.- Po czym powiedział już na głos: - Ponieważ jest tu za dużo mugoli i mogę trafić do więzienia. - Do miejsca gdzie każdy po jakimś czasie wariuje - dodał w myślach. - Mugoli? Kto to? - Widać było, że bardzo się tym interesuje. - Ludzie, którzy nie są obdarzeni magicznymi mocami: tacy, jak ty. Powiedział jej całą prawdę. Miał tylko nadzieję, że nie poczuje się obrażona albo gorsza. To by było głupie. Wcale nie była gorsza. W pewnym sensie była o niebo lepsza niż większość czarownic, które spotkał. - Dlaczego więc zgodziłeś się pokazać mi jak czarujesz? - Ponieważ bardzo mi na tobie zależy i nie chcę mieć przed tobą tajemnic. Ale obiecaj, że nikomu nie powiesz - poprosił i pocałował ją w policzek. - Dobra, nie przymilaj się, jeszcze nie widziałam tych całych czarów. A poza tym, komu mam powiedzieć? Nikt mi nie uwierzy! Ja nie chcę trafić do wariatkowa - zaśmiała się nerwowo - A teraz, mój kochany, do dzieła! Nawet nie zauważył, kiedy znaleźli się w parku niedaleko kawiarenki. Gabriele chyba zrozumiała powagę sytuacji, bo wybrała naprawdę ustronne i romantyczne miejsce. Wokół nich rosły jabłonie, a pod nimi krzewy z malinami. Drzewa i krzewy zasłaniały ich tak, że nikt nie mógłby ich zobaczyć nawet z odległości kilku metrów. Było tam zadziwiająco cicho, biorąc pod uwagę bliskość ulicy, zatłoczonej niemal o każdej porze dnia. Dziewczyna usiadła na drewnianej ławeczce wpatrując się w Blacka z wyczekiwaniem. Syriusz nie widząc innego wyjścia, wyjął różdżkę. Gabi natychmiast wybuchnęła niepohamowanym śmiechem. - Będziesz czarował tym patykiem?- zapytała między kolejnymi prychnięciami. Ale spróbowała się opanować. - Ta... Florem*- mruknął, a w jego ręku pojawił się bukiet fioletowych tulipanów. Podał je dziewczynie. Wzięła je jednak do rąk bardzo niepewnie. Jakby się bała, że się oparzy. Potem ostrożnie je powąchała. - Piękne! - wykrzyknęła w końcu i rzuciła się Syriuszowi na szyję. Zanim chłopak zdążył uczynić jakikolwiek ruch, poczuł jej pocałunek na swoich wargach. Był naprawdę zaskoczony. Nie po raz pierwszy tego dnia, ale chyba najbardziej miło. Stali tak wtuleni w siebie ładnych parę minut. Jednak Black musiał przerwać tę przyjemną ciszę. Za godzinę miało się odbyć kolejne zebranie Zakonu Feniksa. - Ja muszę lecieć - szepnął delikatnie odsuwając ją od siebie. Popatrzył na nią i sparaliżował go strach. Po policzkach dziewczyny płynęły łzy. Jednak nie to było najgorsze. Najbardziej przerażający był smutek, który czaił się w jej pięknych oczach. - Co się stało? – zapytał przeczuwając, jaka padnie odpowiedź. - Bo teraz mnie pewnie zostawisz. Pokazałeś mi, że jesteś lepszy ode mnie! - wymamrotała. Głos miała słaby. Widać było, że ledwo wypowiada kolejne słowa. Spodziewał się tego, ale i tak zabolało Wszystko by wytrzymał: wyzwiska, ucieczkę, strach, ale nie to. To nie była jego zawsze pogodna Gabi. Ten smutek w jej oczach palił, a słowa wbijały się w serce jak rozgrzane sztylety. - Nie zostawię cię! – zawołał. - Nie jesteś w niczym ode mnie gorsza! – Tym razem to on obdarzył ją gorącym pocałunkiem.- Kocham cię tak, że mocniej się chyba nie da! - Udało się!- pomyślał z satysfakcją. Dotąd smutne oczy zabłysły radością i Gabi uśmiechnęła się blado przez łzy. - Gdzie musisz iść? - spytała. - Do pracy - powiedział słodkim głosem. Miał nadzieję, że nie będzie pytała o szczegóły. Nie był pewny czy członkowie Zakonu byliby zachwyceni, gdyby je znała. I wtedy stało się coś niespodziewanego. Wokół nich pojawiły się osoby w czarnych pelerynach i maskach. - Zabieram cię do siebie! - mruknął Black. Nie czekając na odpowiedź, okręcił się z dziewczyną w miejscu i już po chwili stali na przystrzyżonym trawniku w jego ogródku. Pamiętał, że i jego pierwsza teleportacja nie należało do przyjemnych, ale miał nadzieję, że Gabriele zniesie to lepiej. Pomylił się. Dziewczyna była zielona na twarzy, a po chwili zaczęła wymiotować. Po kilku minutach, gdy wyglądała już prawie normalnie, weszli do domu. Syriusz zaparzył mocną herbatę i usiedli przed kominkiem w salonie. - Co to było? - Aż podskoczył. Odezwała się po raz pierwszy odkąd znaleźli się w jego domu. - Bo widzisz, ci ludzie w czarnych pelerynach, by nas pozabijali jak byśmy tam zostali – powiedział nie siląc się na delikatność. - Dlaczego? Jak to zrobiłeś? Dopiero teraz uświadomił sobie, że ona przecież nie wie NIC o magii. - Teleportowaliśmy się. To znaczy przemieściliśmy w magiczny sposób w inne miejsce. - Wyjaśnił jak najlepiej potrafił. - Dlaczego ty nie wymiotowałeś? Czy to dla tego, że jestem niemagiczna? - Nie! Skąd ty bierzesz takie pomysły? - zaśmiał się nerwowo.- Większość ludzi tak reaguje. Po prostu do tego trzeba się przyzwyczaić. Było mu trudno, ponieważ dla niego był to zwykły środek transportu. - Aha. A kiedy dokładnie wychodzisz do pracy? Rozbawiła go tym pytaniem. Ale po chwili zdał sobie sprawę, że dziewczyna nie ma pojęcia o istnieniu Zakonu Feniksa, a za raz zjawią się tu tłumy czarownic i czarodziei. - Co robić?! - pytał sam siebie w panice. - Eee... Zaraz. Gabi, nie obrazisz się jak się z tobą teleportuje do twojego domu? - Wyganiasz mnie? Tam nie możesz iść! - Stanowczość w jej głosie naprawdę go przeraziła. - Mogę tu zostać? – poprosiła obdarzając go błagalnym spojrzeniem. No i bach. Tym oczom nigdy nie odmówi. - Dobrze – powiedział w końcu, po czym poszedł otworzyć drzwi, do których dobijał się ktoś diabelnie niecierpliwy. |
ROZDZIAŁ 9 cz. 2 Byli to Potterowie i Lupinowie w komplecie. Black dziękował niebiosom, że to oni. Po krótce wyjaśnił im, co się stało i gdy znaleźli się w salonie, nikt nie był zaskoczony obecnością pięknej kobiety rozłożonej na kanapie. - Odważna - szepnął James na ucho Lilce. - Ta... Kawał diablicy, idealna dla Łapy - zaśmiał się Luniek, który usłyszał słowa Rogatego. Dziewczyna wstała, gdy tylko weszli i szybko stanęła u boku Syriusza. Alisha miała nieodparte wrażenie jakby się ich przestraszyła. Ciekawa była, co ta laska wie o magicznym świecie. Postanowiła przesłuchać w tej sprawie Blacka. - To są moi przyjaciele: James, Lilly, Remus i Alisha, a to moja dziewczyna Gabriele.- Przedstawił wszystkich Łapa. - Cześć - przywitała się nieśmiało czarnowłosa. - Miło cię poznać - zawołał Rogacz i uściskał nową dziewczynę hogwarckiego cassanowy, za co został spiorunowany nienawistnym spojrzeniem Blacka i pełnym zazdrości przez panią Potter. - Eee... Mi ciebie również, James. - Tak, mój MĄŻ jest zawsze miły i uprzejmy - powiedziała trochę za głośno Ruda. - Ach...- wymamrotała Gabi odskakując szybko od Pottera i stając jeszcze bliżej Łapy niż na początku.. Może nie była dorosła, ale wiedziała, że zazdrosne kobiety potrafią być nieobliczalne. A ona nie chciała się narazić dziewczynie, która z pewnością posiadała patyczek do czarów. Po chwili zjawili się pozostali działacze oraz Dumbledore z nowymi członkami. Peter przyszedł spóźniony, ale tylko wyszczerzył zęby w przepraszającym uśmiechu i najwyraźniej bardzo z siebie zadowolony, zajął swoje miejsce. Zebranie trwało około dwóch godzin. Omówiono wszystkie obecne posunięcia Śmierciożerców i wprowadzono kolejnych członków. Wszyscy wspólnie dzielili się spostrzeżeniami oraz starali się opracować plan rekrutowania i szkolenia przyszłych działaczy z całego świata. Po jakimś czasie doszli do wydarzeń sprzed kilku godzin. Łapa z Potterami głośno zastanawiali się, czy śmierciożercy śledzą potencjalnych działaczy Zakonu, a Remus objaśniał nowym sposoby szybkiego reagowania w takich sytuacjach. Wtedy padł wredny komentarz Snape’ a: - Wygląda na to, dyrektorze, że mamy w swoich szeregach szpiega. Jako jeden z nielicznych wiedział o współczulności Lilki, dlatego stawiał sprawy jasno, nie chcąc jej niczego nie utrudniać. - Z pewnością, mówisz przecież o sobie Sma... Snape - zadrwiła Lilly, która rzadko zabierała głos. - Nie kochanie - mruknął czarnooki - mam na myśli waszego wielkiego przyjaciela – dodał wykrzywiając wargi w mściwym uśmiechu. - A dokładniej? – warknęła lekko już podenerwowana. - Wygląda na to, że Pettigrew woli służyć Voldemortowi. - Roześmiał się najbardziej szyderczo, jak tylko był w stanie. Peter aż podskoczył, co nie wydało się nikomu dziwne: nie on jeden bał się nazwiska Riddle'a. - Nie wymawiaj imienia Czarnego Pana! – wrzasnął do Snape'a. Co było nie lada wyczynem, zważywszy na jego usposobienie. Dumbledore spojrzał na Petera i użył legimencji. - Przykro mi to mówić, ale Severus nie kłamie - powiedział powoli starzec do wszystkich zebranych. Takiego rozczarowania nie było jeszcze nigdy w spojrzeniu Dumbledora. - To…niemożliwe. Nie! – krzyknął Remus w kompletnym szoku. Reszta milczała jak zaklęta, jakby zdziwienie odebrało im mowę. Nowo zrekrutowani przenosili wzrok pełen przerażenia to na Albusa, to na Petera aż w końcu jeden z nich wysyczał: - Podły oszust. Nie trzeba było tego powtarzać dwa razy. Syriusz i James jakby się ocknęli i od razu zaczęli wypytywać Glizdogona o szczegóły. Na początku milczał i przez chwilę mogli myśleć, że temu zaprzeczy, że jakoś to wyjaśni, lecz nic takiego nie padło z ust Petera. - Tak! - zawołał w końcu, dumnie wypinając pierś.- Służę lepszemu od was. - Po czym spojrzał na wszystkich z pogardą. Tego było ze wiele. Został w trybie natychmiastowym usunięty ze stowarzyszenia. James i Remus tak się wściekli, że wyrzucili go przez okno na ulicę. Dumbledore nie zareagował, lecz w jego oczach czaił się głęboki smutek. Miał on dotknąć także byłych przyjaciół Pettigrew, lecz teraz czuli oni tylko niepohamowaną złość. Szczególnie tego dnia nerwowy był Lunio. Jak się później okazało na ten dzień przypadała pełnia. Kiedy wszyscy zbierali się do wyjścia, a Albus właśnie miał się zdeportować, Snape po raz drugi przemówił swoim najbardziej aroganckim i kpiącym tonem: - No, Black: szlamy, wilkołaki i zdrajcy krwi, hmm…jakoś można przeżyć, ale mugole? Myślałem, że już niżej się nie można stoczyć, a jednak. - Odpie** się! I żebym cię więcej nie widział w moim domu! – wrzasnął wściekły Black. - Nie obchodzi mnie, że jesteś członkiem Zakonu, wypier*** i to już! - Po czym wyciągnął różdżkę i celując nią w Smarka, otworzył przed nim szeroko drzwi. Severus nie miał innego wyjścia, szybko opuścił dom Syriusza. Wiedział, że wściekły Black to groźny Black, a szczególnie, gdy jest z nim Potter i Lupin, którzy pójdą za nim w ogień. James patrzył z przerażeniem na to, co się działo na zebraniu. Najpierw okazało się, że osoba, którą przez siedem lat miał za najlepszego przyjaciela, zdradziła Zakon dla Czarnego Pana, a potem, gdy już myślał, że będzie spokój, Snape wyskoczył z takim tekstem, że sam by go z największą przyjemnością zabił. W Syriuszu, aż się zagotowało. Palnął i tak słabą jak na swoje możliwości gadkę i wywalił Snape'a ze swojego domu. Potter jeszcze chwilkę się przyglądał, jak próbuje uspokoić Gabriele, która wpadła w histerię, ale znudzony po pół minucie postanowił dogonić glizde i z nim pogadać. Wyszedł z domu tylko mruknąwszy Lilce na ucho: - Zaraz wracam. Dogonił go przy bramce. - Sev, czekaj! Zaskoczony Snape stanął jak wryty. Potter mówi do niego po imieniu? Coś tu nie gra. Wsadził tylko rękę do kieszeni gdzie miał różdżkę i czekał, aż ten podejdzie bliżej. - Przegrałeś dzisiaj i doskonale o tym wiesz? Prawda? - Spytał James z pozoru spokojnym głosem. - Wiem i co z tego? - wypalił. - To, że przegrałeś kolejną bitwę o względy Lil. Jakbyś nie pamiętał to JEJ rodzice byli mugolami, a ona jest MUGOLACZKĄ! Zapamiętaj to lepiej na przyszłość. Chyba, że się już poddałeś? - zadrwił złośliwe. Tak, to był prawdziwy James Potter. Waleczny, ale i bezwzględny w dążeniu do zamierzonego celu. - Chyba śnisz, James - mruknął Snape i chciał już odejść, gdy tamten złapał go za rękaw. - Czekaj - syknął zupełnie jak Ślizgon.- Nikomu, ani słóweczka o naszej rozmowie. Jasne? - zapytał tak uprzejmym tonem, jakby przed chwilą nie było tej ostrej wymiany zdań. - Taa... jasne. - A i jeszcze jedno - powiedział James odchodząc.- Cieszę się, choć to żadna przyjemność wygrać walkowerem z takim zerem, jak ty. Snape chciał jeszcze coś dodać, ale Potter już trzasnął bramką i ruszył z powrotem do domu. Rozeszli się w takowym pokoju. - Ciekawe na jak długo? - bąknął do siebie Sev. Wiedział, że opanowanie Pottera kiedyś się skończy. Miał tylko nadzieję, że Lilka przy tym będzie, bo wtedy punkt dla niego, jeszcze bardziej się ucieszy. _________________________________________ *Florem - moje własne zaklęcie. (florem łac. kwiaty) **Niecenzuralne słowo ***Niecenzuralne słowo |
Jak na razie to wszystko co udało nam się napisać. Zapraszam na naszego bloga.
Pozdrawiam Ariana Dumbledore vel Syria Black |
ROZDZIAŁ 10 cz. 1 Dni, a potem tygodnie mijały w zastraszającym tempie, czemu nikt sięnie dziwił. Każdy z paczki przyjaciół miał w tym czasie mnóstwo roboty. Alisha była rozdarta między szkołą, a wiecznym zmęczeniem. Nie wiedziała, dlaczego czuje, że mogłaby ciągle spać. Dopiero pod koniec października wyszło na jaw, że to przez ciąże. Wściekła się nie na żarty, gdy magomedyk kazał jej przerwać szkołę, jeśli chce urodzić dzieci. Tak, Lupinowie mieli mieć bliźnięta. Remus był bardzo szczęśliwy, kiedy sięo tym dowiedział. Był też jeszcze bardziej zapracowany. Ten to dopiero nie miał na nic czasu! Dzielił go między szkołę, Alishę, pracę i pełnię, która teraz przeszkadzała mu jak nigdy wcześniej. Nie chciał zostawiać kobiety samej, ale musiał. I ta praca - ciężka mugolska harówka. O magicznej na razie nie mógł nawet marzyć, gdyż: po pierwsze, nie miał żadnego wykształcenia, a po drugie nikt nie chciał go przyjąć. U Blacka sytuacja wyglądała podobnie. Cały jego czas zajmowała nauka i Gabriele, która zdawała się nie być nigdy dostatecznie zadowolona. Zawsze chciała mieć Blacka na dłużej, mimo że on sam ledwie wyrabiał się z czasem, który ograniczył zresztą na własne życzenie. Oprócz magomedycyny, wybrał się bowiem - ku zdziwieniu wszystkich swoich przyjaciół - na mugolską uczelnię i tam również zajął się medycyną. Jedynie u Potterów było nieco lepiej. Ci mieli na głowie tylko szkołę i siebie,wobec czego zajęli się organizacją tegorocznego Halloween, które postanowili urządzić po mugolsku. Wiedzieli, że to na pewno zainteresuje wszystkich bardziej niż zwykłe czarodziejskie przyjęcie. By poczynić odpowiednie przygotowania, zaczęli notorycznie oglądać mugolskie filmy, gdzie królowały wampiry. Oczywiście zupełnie nie przypominały one tych ze świata czarodziejów, ale Lilly uważała, że mają w sobie coś intrygującego. W końcu, w przededniu zabawy, wybrali najciekawsze motywy mugolskie i zabrali się za dekorowanie domu. W międzyczasie Lilly postanowiła napisać zaproszenia do przyjaciół i teraz krytycznie przypatrywała się karteczkom: HALLOWEEN U POTTERÓW! Jutro o dwudziestej czekamy na was u nas w domu. Organizujemy przyjęcie z okazji Dnia Duchów. Impreza będzie nawiązywać do mugolskich horrorów owampirach, toteż obowiązuje strój kojarzący się z owym dniem. Mamy nadzieję, że się pojawicie. Lilly i James. - Jesteś pewien, że powinnam wspominać im o naszym mugolskim pomyśle? - zapytała z powątpiewaniem Jamesa, który zaglądał jej przez ramię. - Jestem o tym absolutnie przekonany - powiedział szczerząc zęby, lecz widząc zirytowaną minę ukochanej, dodał: - Lil, przecież to ich na pewno zainteresuje. Ba, będą umierać zciekowości, zobaczysz. Halloween po mugolsku to przecież dla nich zupełna abstrakcja! - Obyś miał rację, James - mruknęła wciąż nieprzekonana i sięgnęła po różdżkę. - Bierzmy się, zatem do pracy. - O tak, do roboty! - zawtórował jej ochoczo mąż. Salonw willi Potterów trzydziestego pierwszego października wyglądał jak z najlepszego horroru. Panował w nim gęsty mrok, sprawiający, że zawsze przytulne pomieszczenie w domku Potterów wyglądało teraz jak ponury pokój gościnny z nawiedzonego domu. Ściany zostały magicznie przemalowane na czarno, a na suficie (również czarnym) zawisły żyrandole ze świecami. Były ogromne, na każdym znajdowało się około dziesięciu świec. Jednak ich mdłe światło nie rozświetlało pomieszczenia. Wręcz przeciwnie - tańczące ogniki dodawały temu miejscu grozy, podobnie jak czerwona podłoga i czerwono srebrne kanapy.Wyczarowano również podest do tańczenia, a w tle słychać było mrożące krew w żyłach utwory. Wyprostowała swoje rude włosy i nałożyła na twarz wyjątkowy makijaż. Nigdy takiego nie nosiła, ale uznała, że mocno podkreślone oczy i czerwone usta będą adekwatne do jejstroju. Na koniec włożyła na siebie ciemnozielony gorset ze srebrnymid odatkami oraz czarną, długą i falbaniastą spódnicę w rysowane zielone kwiaty.Lilly postanowiła tego dnia wyglądać zupełnie inaczej niż zwykle. Toteż wypr - Wyglądasz przecudnie! - stwierdził James wchodząc dopokoju. - Właśnie otrzymałem ostatnią sowę z potwierdzeniem przybycia.Wygląda na to, że nikt nie chce przeoczyć zabawy u nas. - Uśmiechnął się i przystanął mierząc Lilly wzrokiem pełnym podziwu. Sam też wyglądał fantastycznie. Właśnie takiego wizerunku oczekiwała Ruda. Miał na sobie czarne, dopasowane spodnie i czerwoną koszulę rozpiętą podszyją. Na wierzch narzucił elegancką czarną pelerynę, która łopotała za nim jak skrzydła. Zrobił też coś z włosami, co bardzo ucieszyło Lil. Otóż ostatnio jej ukochany nosił włosy gładko ułożone, bo nie chciał być uważany za fleję. Jednak dzisiaj odstąpił od tej reguły i na jego głowie panował kompletny chaos. Każdy włos sterczał w inną stronę.Tylko on wiedział jak tego dokonać. Wystarczyło zaklęcie huraganu i efekt był idealny. - Dziękuję. Ty też - odparła po dłuższej chwili, ignorując drugą część jego wypowiedzi. Patrzyli tak na siebie jeszcze parę sekund. W końcu Lil podeszła do niego i zarzuciwszy mu ręce na szyję, wpiła się mocno w jego usta.Instynktownie odwzajemnij gorący pocałunek i objął ją w pasie. W tym momencie rozległ się dzwonek przy drzwiach wejściowych. Czarnowłosy jęknął cicho. Chcąc nie chcąc, musiał otworzyć. - Już idę! - zawołał i jeszcze raz ucałowawszy żonę zbiegł na dół. Do sypialni młodych weszła Luisa. - Lilly, ja i David wychodzimy...- Oznajmiła.- Będziemy rano. - Och, w po...- zaczęła dziewczyna, lecz zamilkła, bo Luisy już nie było. No tak, starsi się ulatniają, pomyślała Ruda. Kto wytrzyma stado młodych ludzi, którzy pierwszy raz organizują imprezę poza Hogwartem. Pewnie mają tylko nadzieję, że ich dom jutro rano będzie w tym samym miejscu i w jednym kawałku. |
ROZDZIAŁ 10 cz. 2 James uchylił drzwi i gdy zobaczył parę stojącą na progu szybko otworzył. Do salonu weszli Lupinowie. Remus wyglądał bardzo podobnie do Jamesa, tylko jego koszula była niebieska.Alisha również prezentowała się wyjątkowo ładnie. Miała na sobie długą niebieską suknię, która podkreślała jej wydatny brzuch. Wyglądałaby zupełnie zwyczajnie gdyby nie bogata srebrna biżuteria i mocny makijaż.Jej blond włosy, upięte do tyłu i idealne proste, świetnie kontrastowały z czarnym płaszczem. Ledwo zdążyli usiąść, gdy dzwonek rozbrzmiał ponownie. Sytuacja się powtórzyła, lecz tym razem w progu stali Black i panna Sergiej. Syriusz wyglądał idealnie. James pomyślał, że takiego wyglądu pozazdrościłby mu sam Drakula. Gabriele także prezentowała się całkiem ciekawie. Otóż jej czarne oczy okalały malowane sińce, a usta pomalowane w kolorze fioletu sprawiały wrażenie jakby już była trupem. Miała na sobie długą czerwoną suknię z wielkim dekoltem i rozcięciem sięgającym prawie połowy uda. Włosy pozostawione w nieładzie i wielkie srebrne kolczyki dodały pazura tej małej niepozornej istotce. - No tak, hmm James...- Zaczął dziwnie Łapa.- Czy ja też powinienem się pomalować? Gabi, pożyczysz pomadki? I wtedy James zorientował się, że przecież całował Lil. - Właźcie - mruknął urażony. -Oho, widzę, że nastrój masz równie ponury, co wygląd - rzekł Syriusz ze śmiechem. A może po prostu nie chcesz przyznać, że dałeś buziaka naszej rudej wampirzycy? - dodał dostrzegłszy Lilly siedzącą w salonie. -Naszej? Lepiej zajmij się sobą, Black. - odpowiedział mu zirytowanyJames i popchnął przyjaciela dalej, sam czekając na pozostałych gości przy drzwiach. - Naszej? - powtórzyła także Gabi z udawaną złością i podążyła za Łapą, by nie dać mu okazji do wzbudzenia jej zazdrości. Po godzinie byli już wszyscy. Rozpoczęła się impreza. Tańczono, rozmawiano i flirtowano. W pewnej chwili Rogacz stwierdził brak Blacka i Sergiej. - Lilly, czy ty myślisz, że oni...? - zapytał już lekko wstawiony i spojrzał na Rudą z pożądaniem. - Uspokój się - odepchnęła go od siebie.- Mamy gości! - Którzy chyba jednak zajęli się sobą - bełkotał, przypominając sobie, co mówił wcześniej. Ruda nawet nie próbowała się domyślić, co jej mąż chciał przez to powiedzieć. Wolała także, nie zastanawiać się co robią i gdzie są Black ze swoja dziewczyną. Westchnęła tylko i podążyła w stronę przyjaciółek. Impreza trwała do późnych godzin nocnych. Około północy, obok Lilly pojawił się Remus. - Mała...- zagadnął. - Hmm? - Inteligentne pytanie. - My z Alishą się już zmywamy. Sama rozum.... Nie dokończył, bo wtem rozległ się krzyk kobiety. - Alisha! - zawołał Lupin i pognał w tamtym kierunku. Jego miłość siedziała na kanapie i miała łzy w oczach. - Co jest, kochanie?! - pytał zdenerwowany Lunatyk. Wokół nich zrobiło się strasznie tłoczno. Każdy chciał pomóc kobiecie w potrzebie. - Remus, pomóż - wyszeptała, a po jej policzkach popłynęły kolejne łzy. - Jak mam ci pomóc? Co zrobić? - W jego głosie było słychać panikę i bezradność. - Może trzeba ją zabrać do Munga - zaproponowała przytomnie Amelia, znajoma Potterów, która uczyła się w Rawenclawie. - Tak - mruknął Remus.- Idziemy, kochanie. Jednak widząc, że kobieta nie może się podnieść, bez namysłu wziął ją na ręce.Innym mogło się wydawać, że kobiety i to w szóstym miesiącu ciąży i to za dużo dla kogoś takiego, jak Remus, lecz on dzięki pełniom był wyjątkowo silny. Gdy wyszli przed dom za ich przykładem podążyło kilka osób, w tym Potterowie. - Daj znać jak tylko będziesz coś wiedział - poprosiła Lilka. - Dobra. To ja lecę. I deportował się z cichym POP. Goście wracali do zabawy. Po pół godzinie wydawali się nie pamiętać, że niedawno była tu kobieta w ciąży. Około drugiej w nocy wszyscy zaczęli powoli wychodzić tak, że o czwartej nad ranem w salonie Potterów zostali już tylko Rogacz, Łapa,Ruda i Gabi w zniecierpliwieniu oczekując na jakieś wieści o Blondynie. - Myślicie, że coś jest nie tak? - zapytała przerażona Gabriele. - Na pewno wszystko jest w porządku - odparł jak zwykle pogodny Syriusz i przytulił mocniej do siebie ukochaną. - Wyglądała jakby bardzo ją bolało - zauważyła pani Potter. Bardzo się martwiła o swoją najlepszą przyjaciółkę. - Oj, nie denerwuj się - pocieszył ją James.- A może my też się postaramy o potomstwo? - Zaproponował nie zwracając uwagi na towarzystwo i delikatnie przejechał ręką po jej plecach. - Chcesz, żebym cierpiała? A zresztą...szkoła! Zapomniałeś!? - wydarła się niespodziewanie Ruda. Gdy była zdenerwowana, nie kontrolowała swoich emocji. W tym samym momencie do salonu wszedł zmęczony, ale uśmiechnięty Remus. - Hej wszystkim! - zawołał. - I co z nią? - Co jest? Kobiety od razu się na niego rzuciły. Biedny Lunatyk usiadł na pierwszym lepszym fotelu i powiedział pogodnie: - To ze zmęcznia. Wszystko już jest dobrze. Jutro będzie mogła wrócić do domu. Uśmiechnął się serdecznie. Przyjaciele odetchnęli z ulgą, a Rogacz zanotował sobie w pamięci na przyszłość: "Nie można pozwalać Lilly, aby się przemęczała". Dziewczyna nie miała pojęcia, co chodzi po głowie jej mężowi, ale może w to i lepiej. Dla niego, oczywiście. Wyczuła za to, że James jest nieźle podekscytowany. Ale podobało jej się to.Oznaczało to, że jeszcze mu się nie znudziła, a to było dla niej spełnieniem marzeń. Rozmawiali jeszcze przez chwilkę, ale szybko się rozeszli zważywszy na późną porę. Gdy tylko dom opustoszał, James nie czekając na przyzwolenie, wziął żonę naręce i skierował się w stronę sypialni. Od niechcenia zamknął zaklęciem drzwi. W środku czekało już na nich wielkie łóżko i palący się w kominku ogień. Rogacz położył swoją piękność na łóżku, a sam pochylił się nad nią. Zaczął ją zachłannie całować, rękoma błądził po jej ciele. Zachowywał się tak, jakby chciał zapamiętać każdy jej szczegół już na zawsze. Lilly była w siódmym niebie. James zawsze potrafił ją zadowolić. Po jakimś czasie oboje zasnęli wtuleni w siebie. Nie zdawali sobie sprawy, że niedaleko niech właśnie rozegra się koszmar. Kilka ulic dalej szło małżeństwo. Oboje mieli około czterdziestki i o coś się zawzięcie sprzeczali. - Dav, ale ja już nie mam dwudziestu lat! - zawołała ze śmiechem Luisa. - Luis, dla mnie zawsze będziesz młoda i piękna - zamruczał jej do ucha mąż. Kobieta ponownie wybuchła śmiechem, a w jej oczach zapłonęły iskierki. David Potter uwielbiał w niej tę ciągłą radość z życia. - Tak cię kocham - szepnął. Chwycił kobietę za rękę i już chciał się deportować, gdy usłyszał dźwięk towarzyszący aportacji, a potem świst zaklęcia. Odwrócił się i zdążył tylko krzyknąć: - Luise, nie! Odepchnął żonę, ale sam nie zdążył. Zaklęcie uderzyło go prosto w klatkę piersiową. Pani Potter mogła uciec, ale nie chciała. Nie wyobrażała sobie życia bez jej Davida. Decyzję podjęła w ułamku sekundy. Nawet nie próbowała stawiać oporu, a gdy zaklęcie uśmiercające mknęło w jej stronę, szepnęła: - Powodzenia James, synku....- I upadła martwa na trawę obok męża. Moi kochani czytelnicy! Mam do was wielką prośbę. Jeśli czytacie moje opowiadanie napiszcie co o tym sądzicie. Naprawde wasza opinia jest dla mnie okropnie ważna. Ariana Dumbledore vel Syria Black |
Bardzo fajne opowiadanie. Byłam też na blogu. Fajna oprawa graficzna. Szkoda tylko, że gdziesz zapodziałaś linki do innych historii trochę bez nich smutno. Jednak twoja historia jest fenomenatna. Gratuluję! A i z niecierpliwością czekam na kolejny rozdział.
|
| Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:59. |
Powered by vBulletin® Version 3.7.3
Copyright ©2000 - 2026, Jelsoft Enterprises Ltd.