![]() |
[NZ] PAMIĘTNY MECZ - zabić Harry'ego!!!
Pamiętny mecz cz.1
Deszcz siekł drobnymi kroplami w namiot Gryfonów. Z trybun dobiegały pełne aplauzu wrzaski uczniów. Harry'emu zdawały się one jakby mniej radosne. Miał wrażenie, że zaraz usłyszy dodający otuchy okrzyk Dumbledore'a. Ale Dumbledore'a tu nie było. Nie żył. Musiał się z tym wreszcie pogodzić. Pokręcił lekko głową, próbując odpędzić od siebie te natręctwa. Wydawało mu się, że coś zakuło go w bliźnie. - Harry? Co ci jest? - usłyszał za sobą delikatny głos i poczuł na ramieniu łagodny dotyk czyjejś ręki. - Ocknij się! Zaraz zaczynamy! Obejrzał się. Ujrzał Ginny. Ta, speszona wyraźnie, natychmiast cofnęła rękę. - Wszystko w porządku? - spytała z troską. - T... tak... - bąknął. - Dzięki. Odwrócił się szybko. Czuł jak ból trawi mu serce. Musi się powstrzymać. Teraz jest mecz, musi pokonać Ślizgonów. I teraz nie chodziło już o to, by dokopać Malfoyowi, ale by ich pokonać. By odnieść satysfakcję. By chociaż raz nie myśleć o grożącym niebezpieczeństwie. Grożącym jemu, jej, jego bliskim. Niech to się wreszcie skończy! Nie wiedział, kto jest nowym szukającym Ślizgonów, ale skoro stawiał czoło większym zagrożeniom, pokona Slytherin już po raz szósty! Za chwilę firany prowadzące do namiotu rozsunęły się i jak burza wpadł Ron. - Co wy jeszcze nie gotowi?! - zawołał. - Zaraz idziemy - odparł Seamus. - Jak na swój pierwszy większy mecz wydawał się kompletnie nieprzejęty. - Co żeś się tak zadyszał? Ron też zaczął dyszeć, łapiąc powietrze, jakby dopiero co wrócił z dźwigania całych trybun. - Żebyście widzieli skład Ślizgonów! Zaczynam wątpić w nasze szanse. - Dotąd jakoś z nimi wygrywaliśmy - zauważył cierpko Harry. - Poradzisz sobie z nowym szukającym? - zapytał z powątpiewaniem Ron. - Kto jest ich nowym szukającym? - spytała ciekawie Demelza Robbins. - Niewiele o nim wiem - odparł Ron. - To ten nowy prefekt. Wiesz, ten taki amant, Stanley Prosky... - CO? - wychrypiał Harry. - Zajął miejsce Malfoya - ciągnął Ron. - Chyba jest dobry. Harry'm wstrząsnęła groza i ciężki szok. Stanley Prosky kilkakrotnie zaczepił go przez ostatnie dni, oferując swoją pomoc w walce z Voldemortem i kilka zaklęć, które jakoby sam stworzył. Przypomniał sobie, że uczeń ten odnosił wiele sukcesów w obronie przed czarną magią. Rekomendował go też Slughorn. Obiecał mu przemyśleć tę ofertę. Jak na Ślizgona całkiem sympatyczny. A teraz mieli walczyć w dwóch przeciwnych drużynach. Widział, w jak podejrzany sposób Prosky odnosił się do dziewczyn i snuł podejrzenia względem niego. Kątem oka dostrzegł, jak Demelza , gdy tylko padło jego nazwisko, dziwnie się uśmiecha. Zaraz wyzbył się tych myśli. Za chwilę z dworu dobiegł ich gwizdek. - Dobra! Idziemy! - nakazał drużynie. Spytał Rona: - A ich kapitan? - Mają nowego, ale nie znam go! - odparł przez ramię przyjaciel. Gdy wybiegli na boisko rozległy się pełne aplauzu krzyki z trybun Gryffindoru i Ravenclawu, a także gwizdy od strony Slytherinu. Jego drużyna już na nich czekała. Wszyscy w charakterystycznych zielonych szatach, przyozdobionych wężami, trzymający miotły obok siebie jak żołnierze halabardy. Na czele stał rosły, jasnowłosy Ślizgon o małych, zimnych oczach i twarzy napełnionej gniewem, którego Harry od razu przestał lubić. Musiał to być kapitan drużyny. - Znam go! - szepnęła do Harry'ego ze zdumieniem Demelza, próbując zagłuszyć harmider. - To jest Jack Jankovski z mojego roku. Okropny gość. Samanta Hayden mówi, że jak ćwiczyli pojedynki, zachowywał się jak na turnieju. Po pojedynku z nim była cała poturbowana od zaklęć. Zresztą nie tylko ona... Harry nie odpowiedział. Przełknął jedynie głośno ślinę. Chociaż głowę miał przepełnioną innymi sprawami, poczuł nagły respekt, zwłaszcza że Jankovski patrzył na niego jak na brud pośrodku czystej posadzki. Po jego obu stronach stała reszta grupy w nowym składzie. Po prawej szczupły Stanley Prosky ze swoją nową lśniącą miotłą, odmianą Błyskawicy, jak ocenił Harry. Na widok Pottera uśmiechnął się tajemniczo. Dalej Larry Burn i Andrew Boyd, dwóch niskich pałąkowatych ścigających o kosych spojrzeniach. Nowe nabytki. Obok nich, ku zgrozie Harry'ego, Crabbe i Goyle, mimo straty Malfoya, zadziwiająco rześcy. Uśmiechali się jak zawsze głupkowato, ale w ich uśmieszkach była również mściwość. Więc jednak przywrócili te małpy do drużyny. Poza tym jeszcze dwóch innych Ślizgonów, rosłych i prężnych, których nie znał. Jeden miał kolczyk węża na lewym uchu. Wytrzymując ich spojrzenia, podeszli bliżej stając naprzeciwko siebie. Deszcz siekł coraz mocniej. Wrzaski z trybun nasiliły się. Pani Hooch, która swoim zwyczajem wychynęła niewiadomo skąd, poczęła wertować orlim wzrokiem składy i z zasady przypominając im reguły gry. - Potter! Jankovski! Uścisnąć ręce! - warknęła na kapitanów. Wytrzymując spojrzenie kapitana Ślizgonów Harry podał mu rękę, czując jak tamten miażdży ją jak zapałkę. Omal nie skrzywił się z bólu. W końcu wyrwał dłoń, rzucając na Ślizgona nienawistne spojrzenie. - Strach cię obleciał, Potter? - zadrwił Jankovski. - Może wystawisz za siebie kogo innego? jeszcze cię jakiś śmierciożerca przydybie.... Harry poczuł, że wszystko się w nim gotuje. Przystąpił krok w stronę Ślizgona, dobrze, wiedząc, że fizycznie nie ma szans. - Chciałbyś! - warknęła nagle Ginny. Wszyscy na nią spojrzeli. - To ty powinieneś się bać! Jankovski spojrzał na nią i wydawało się , że zaraz coś zrobi, ale w końcu tylko drwiąco się uśmiechnął. Harry zauważył jak Ron wpatruje się wściekle we wrogiego kapitana, niebezpiecznie blisko sięgając ręką do różdżki. Przeniósł swe spojrzenie na Stanleya. I wtedy zauważył coś dziwnego. Stanley w dziwny sposób patrzy na Demelzę. Wyraz twarzy miał pogodny i uprzejmym, ale Harry przez moment miał wrażenie, że jest w nim triumf. Gdy spojrzał na Demelzę, zauważył, że na jej radosnej, drobnej twarzy też coś się zmieniło. Zbladła lekko i teraz patrzyła na Prosky'ego jakby z przestrachem... Cz.2 Dziwne spojrzenia Ginny i Demelzy na Ślizgonów wzbudziły podejrzenia Harry'ego względem ich zamiarów. W obronie przyjaciół takich jak Ron i miłości do Ginny gotów był poświęcić wiele. Ostatecznie przysiągł sobie, że i tym razem ich pokona. Deszcz zelżał lekko na minutę przed meczem. Trybuny szalały, gwiżdżąc lub wrzeszcząc, było słychać także głosy nauczycieli. przywołujące uczniów do porządku. Zerknął wyżej. W roli komentatora znów miała wystąpić Luna Lovegood, siedząca sobie na najwyższym podeście, kontrolowana przez stojącą posępnie prostą postać profesor McGonagall. Drużyna Ślizgonów szeptała coś między sobą, najwyraźniej się naradzając. Jankovski powarkiwał na wszystkich po trochu. Gdyby tak dowiedzieć się, o czym mówili! Za chwilę dobiegł go melodyjny głos Luny. - Dziś Gryffindor zagra ze Slytherinem o puchar quidditcha. Ależ są przejęci. Kapitan drużyny Harry Potter jak zwykle władczy, a oto jego najlepszy przyjaciel, rudzielec Ron Weasley... Miejmy nadzieję, że poprawił swą celność przez rok... Z trybun dobiegł ich ryk śmiechu. Harry westchnął, Ron zaczerwienił się. - Co ona sobie... - Przez ostatni sezon dał nam popis komizmu. Oj, tak. A po prawej drużyna Slytherinu. Jakie to rosłe chłopaki... Harry zauważył jak Seamus szepce coś do Rona, spoglądając to na Harry'ego to na szukającego Slytherinu. Niemiłe uczucie mówiło mu, że chyba wątpią w ich siły. -... jak zawsze zwinna Ginny Weasley, a za nią nowy nabytek drużyny Seamus Finnigan. Zobaczymy, jak się spisze... - ciągnęła Luna. Nagle zmieniła temat. - Och! Spójrzcie tylko na śliczny obłoczek. O, tam... Jej głos zaginął za chwilę zagłuszony przez donośny gwizdek pani Hooch. - Do mioteł! - krzyknął Harry. Gryfoni jedno za drugim poderwali się z ziemi. Harry miał złe przeczucia. Radził sobie wcześniej, ale nie wiedział czy w tym roku przeciwstawi się nowemu składowi Ślizgonów, wyglądającemu dosyć groźnie. Zanim do lotu poderwali się Ślizgoni, Jankovski zawołał do nich: - Wiecie co macie robić! - szczególnie niechętnie spojrzał na Crabbe'a i Goyle'a. - Wszystko według planu! Nikt nie może niczego zauważyć. Skinęli głowami. Jankovski chwycił miotłę i poderwał się błyskawicznie, wystrzeliwując w niebo. Reszta wzbiła się za nim. Harry krążył dookoła boiska w poszukiwaniu złotej piłki. Dawno nie grał już w quidditcha, czuł, że wychodzi z wprawy. Koło niego już sunął Prosky. Był doskonałym graczem. Nie dość, że szybszy od Hasrry'ego wcale nie musiał trzymać równowagi. Lecąc spokojnie przyglądał się sytuacji na o podium i grze, najwyraźniej będąc pewnym znicza. Zdecydowanie przewyższał Malfoya. Harry zaczął wątpić w swe siły. - Mecz się zaczął... No proszę. Seamus ma kafla, och doskonale! Podaje do Ginny. O! Ginny już atakuje Burn, ale... ta go wymija. Brawo, Ginny! Kątem oka Harry dostrzegł, że Ron zatrzymał się w powietrzu i z wyrazem nieopisanej błogości na twarzy, jakby wsłuchuje się w głos Luny. Podleciał do niego. - Ron! - krzyknął ostrzegawczo. - Skup się! Ron pokręcił głową, rzucił mu przerażone spojrzenie i odleciał w dół. Harry pomknął na północy kraniec boiska w ślad za Prosky'm; zdało mu się, że zobaczył tam złotawe światełko. Swoją drogą nie po raz pierwszy zauważył tę minę u Rona, gdy ten słuchał lub patrzył na Lunę. Dziwne. Nie czas jednak myśleć o tym. Mijały kolejne minuty. Ślizgoni prowadzili. Niestety Ron nie spisywał się jako pałkarz. - Trzydzieści do dziesięciu dla Ślizgonów! Oj, Ron, coś się nie starasz! Ron znów poczerwieniał jak burak. Była t o prawda. Co chwila kapitulował przed Burnem i Boydem, którzy atakowali go przy wszystkich okazjach. Harry rozejrzał się, gubiąc ślad znicza. O włos rozminął się z ciśniętym w niego przez Crabbe'a tłuczkiem. Prosky gdzieś zniknął. Zauważył jak Jankovski, sunąc jak błyskawica, próbuje zwalić Demelzę z miotły, uderzając potężnie ramieniem. Dziewczyna straciła równowagę i kilka razy zakręciła się w powietrzu, omal nie spadając. Harry poczuł oburzenie tak niehonorową grą. Jankovski, potężny jak dąb skierował się teraz na Rona. Ginny chwyciła kafel, umknęła przed atakiem Boyda i strzeliła gola Gryfonom. Rozległy się głośne oklaski. - Gryfoni doganiają Ślizgonów. Dalej Harry, pokaż im! Trzydzieści do dwudziestu dla Ślizgonów. Ginny podała kafel do Seamusa, ten umknął przed tłuczkiem i rykoszetem rzucił do Demelzy. Była bardzo szybka, więc nie miała problemu z umknięciem wrogim ścigającym. Jankovski, potrącając po drodze Seamusa, uznał, że nadeszła pora na rozpoczęcie planu. - No, to teraz zaczniemy prawdziwą zabawę - szepnął do siebie. Krótkim skinieniem dał znak kolegom. Następnie wyciągnął dyskretnie różdżkę i nie zwalniając tempa pomknął wprost na Gryfonów. - Crucio! - krzyknął, celując z boku w Ginny. Promień zaklęcia trafił Ginny w prawe biodro. Krzyknęła z bólu i zwaliła się z miotły, nie puszczając jej jednak jedną ręką. - GINNY! - krzyknął Ron. Na trybunach zawrzało. Rozległy się wrzaski przestrachu. Wiele osób wstało. Semaus i Ron wystrzelili w dół za Ginny. Gdyby nie Harry, prawdopodobnie nikt nie zorientowałby się, co naprawdę się działo. On jednak z drugiego końca boiska zauważył, jak Jankovski trzyma różdżkę i rzuca zaklęcie na Ginny. Dla wielu było to niewidoczne, ale nie dla niego. Obserwował, jak Ginny spada. Jankovski zaraz się ulotnił. Teraz dostrzegł, jak wykonuje potężny manewr, znów wracając do drużyny. I wtedy Harry wszystko zrozumiał. Jak burza dotarła do niego prawda. Zapomniał o zniczu, Prosky'm, meczu, widowni. Pomknął swą Błyskawicą tak szybko, jak jeszcze nigdy. Musi ich ostrzec. Zauważył, jak różdżki wyciągają też Burn, Boyd, a Prosky sięga za pazuchę. Crabbe i Goyle gotowali już tłuczki. - UCIEKAJCIE! - wrzasnął do nich Harry, podlatując. Patrzyli na niego ze zdumieniem i przerażeniem zarazem. - Harry, co się... - zaczęła Demelza. - Jankovski zaatakował Ginny! - krzyknął Harry. - Widziałem jak ten drań w nią celuje! Użył magii! - Co ty mówisz? - zdumiała się Ginny. - Poczułam ból w barkach. Myślisz, że to... - Tak! Klątwa Cruciatus! Ginny jęknęła z przestrachem. - Ale... ale dlaczego... - Nie wiem! Ale musimy się stąd wydostać jak najszybciej! Ron, UWAŻAJ! Zaklęcie wystrzelone przez kapitana Ślizgonów minęła Rona o włos, uderzając w trybunę, zostawiając w niej wielkie wgłębienie. -ZA MNĄ! - wrzasnął Harry. Wnet wszystko mu się przypomniało. Departament Tajemnic, walka, atak nma zamek. Ginny, Demelza, Ron i Seamus polecieli za nim. miał tylko nadzieję, że Dmelza da radę. Resztę przecież sam uczył. Jankovski szykował się do kolejnego ataku. - Dalej chłopcy! - krzyczał do Ślizgonów. - Zróbmy z nich miazgę. Nikt nie może zostać na miotle. Tłum krzyczał w podnieceniu. Harry nie oczekiwał pomocy. wiedział, że teraz jej nie otrzymają. Dean Thomas, który zagubił się w innej części, miał najmniej szczęścia. Jankovski dopadł go i wrzasnął: - Drętwota! Dean zwalił się ciężki z miotły i runął w dół wiele metrów. - Dean! - Skoro chcą wojny to będą ją mieli! - krzyknął wściekle Ron, dobywając różdżki. To samo zrobiła reszta. Jankovski zaśmiał się. - Ha! Ha! Czarnucha mamy z głowy. Potter jest mój. Wy bierzcie Wieprzleja i resztę! Miotnął czarem w Harry'ego. - Protego! - wrzasnął Harry. Zaklęcie zostało odbite. - Nieźle, Potter - zadrwił Ślizgon. - I powiedz, jak to jest, grać w quidditcha o śmierć lub życie? Uniósł różdżkę po raz kolejny. Zrównali się. Z jednej Harry i przyjaciele, z drugiej Jankovski i jego drużyna. Boyd wymierzył różdżkę w Rona. zakradając się z tyłu - Expelliarmus! - krzyknął Harry, wymierzając w niego. Boyd wrzasnął, spadając z miotły, z trudem unikając upadku. - Oni urządzili sobie jakieś polowanie! - krzyknęła przerażona Demelza, odbijając zaklęcie Jankovskiego. - Pozabijają nas! - Nie pozwolę im na to! - syknął Harry. Lecz teraz także i on poczuł strach... Dalsza część na stronie... |
RE: PAMIĘTNY MECZ - zabić Harry'ego!!!
Już kiedyś to gdzieś czytałam... ale fajne. Ciekawy styl pisania. Akcja niespodziewana. Tak dalej trzymaj.
|
RE: PAMIĘTNY MECZ - zabić Harry'ego!!!
Jakieś to typowe. Skopiowane. Na dowód daję linka do bloga:
http://www.wawrzus191.blog.interia.pl/?id=1122049 Tamten post jest napisany o wiele wcześniej i jest dłuższy co potwierdza, że autor bloga nie skopiował z tej stronki. A, no jeszcze coś... Jeśli TEN KTOŚ jest również autorem bloga to i tak jest to plagiat ponieważ autor napisał, że to 'ściągnął'. Nie wiem co o tym myśleć. Dzięki Renaemma, że napisałaś to, bo to mnie nakłoniło do sprawdzenia FF xD |
RE: PAMIĘTNY MECZ - zabić Harry'ego!!!
E-Vaire, wydaje mi się, że się mylisz. To opowiadanie znacznie wcześniej ukazało się na naszej stronie, jako artykuł - http://www.harry-potter.net.pl/Pamietny-mecz-cz1-i1090.html
|
RE: [NZ] PAMIĘTNY MECZ - zabić Harry'ego!!!
O to właśnie mi chodizło Limonka!Z tond to znam. Nie jestem pewna, ale czy to nie powinno zostać z tad wyżucone? Bo wystarczy jak autorka załączyła to do strony głównej?
|
RE: [NZ] PAMIĘTNY MECZ - zabić Harry'ego!!!
Brak aktualizacji -> kosz.
|
| Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:41. |
Powered by vBulletin® Version 3.7.3
Copyright ©2000 - 2026, Jelsoft Enterprises Ltd.