|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział Pierwszy. Przybywają aurorzy 2/2
Po chwili drzwi otwarły się i do gabinetu weszli aurorzy. Na przedzie kroczył ich dowódca Harry Potter, odgarniając niesforne, lekko przyprószone siwizną włosy z czoła i uśmiechając się radośnie do Hermiony. A za nim młody Teddy Lupin, jego piękna żona Victoire, a także Dean Thomas, Parvati Patil oraz blady i anemiczny Scorpius Malfoy, który niedawno zdał egzaminy na aurora i Lilly, córka Harry'ego, która miała jeszcze egzaminy przed sobą, ale już pracowała w ministerstwie magii na ćwierć etatu.
Hermiona poderwała się z fotela, podbiegła do Harry'ego i rzuciła się mu na szyję. Pocałowała go w oba policzki i odchyliła nieco głowę, by się mu lepiej przyjrzeć.
- Harry! Jak się trzymasz! Och Harry, tak dawno cię nie widziałam! Jak sobie radzisz?
Snape parsknął pogardliwie.
- Harry Potter! - wycedził z takim obrzydzeniem, jakby przed chwilą wypił butelkę mikstury wymiotnej.
Hermiona nie zwracała uwagi na Snape'a tylko dalej obejmowała Harry'ego.
- Musi być ci ciężko. Dlaczego nie przyjechałeś do nas z Lily na wakacje?
Harry nie miał siły odpowiadać Hermionie, że po śmierci Ginny nie ma siły patrzeć na szczęście innych ludzi. Hermiona widocznie zorientowała się, że Harry nie ma ochoty poruszać tego tematu i zamilkła. Uściskała go za to jeszcze mocniej.
- Czy swojego mężulka przywitasz równie wylewnie - odezwał się Ron, który właśnie wszedł do gabinetu.
Hermiona zmarszczyła brwi.
- Ron, nie wygłupiaj się. Widzieliśmy się rano - puściła Harry'ego i usiadła z powrotem za biurkiem. Aurorzy oraz Ron wyczarowali sobie krzesła i również usiedli (Ron wyczarował wyjątkowo głośno skrzypiący fotel bujany, a po namyśle dołożył też kilka wyszywanych poduszek, co sprawiło, że Hermiona skrzywiła się z irytacją).
- Możemy wreszcie zaczynać? - warknął Snape. - Czy mamy czekać aż gościom zostanie podany podwieczorek?
- Chwilę Severusie - powiedział Dumbledore. - Czekamy jeszcze na profesor Lovegood i profesora Longbottoma.
- To trochę poczekamy, bo Longbottom zapewne znowu pomyli drogę. Przecież bywa w tym gabinecie zaledwie kilka razy na tydzień.
Harry rzucił Snape'owi niechętne spojrzenie i pomyślał że to, że Snape uratował mu życie niczego właściwie nie zmieniło i jakoś nie sprawiło, że polubił go bardziej. Snape też na niego spojrzał i wykrzywił się paskudnie.
W tym momencie do sali wpadł zdyszany Neville Longbottom. Zadyszka była zapewne spowodowana lekką nadwagą, której Neville dorobił się na ciepłej posadce profesora zielarstwa. Tuż za Nevillem weszła Luna. Potoczyła po zebranych rozmarzonym wzrokiem i usiadła na wyczarowanym przez siebie fotelu w kwiatki. Luna ubrana była w kompletnie niestosowną do jej wieku różową suknię ozdobioną z tyłu wielką, czarną kokardą. Długie, jasne włosy miała potargane, upstrzone zeschłymi liśćmi i jakąś bliżej nieokreśloną mazią a rozerwany na ramieniu rękaw ukazywał krwawiącą szramę.
- Luno! Co się stało? - wykrzyknęła Hermiona.
- Och to? Nic takiego – Luna machnęła różdżką zasklepiając rozcięcie na ramieniu i zszywając byle jak materiał sukienki. - To tylko jeden z Hipokrytów. Nie możemy ich opanować z Hagridem. Udają przymilne, zawsze się nabieramy, zwłaszcza Hagrid, potem nas dziobią a potem udają, że to nie one, albo że nam współczują. Strasznie pociesznie wtedy wyglądają, jak tak kręcą łbami ze współczuciem. Potem znowu się przymilają i znowu dziobią.
- Chyba nie zamierzacie prezentować ich uczniom? - wyraziła niepokój Hermiona.
- Och nie, skąd. Przynajmniej nie do przyszłego tygodnia.
Harry zobaczył, że Snape przewrócił oczami.
- Myślę, że możemy zaczynać - oznajmił Dumbledore zacierając dłonie. - Wiecie, że lubię od razu przejść do meritum sprawy, bez zbędnej gadki szmatki. Słuchajcie. Odwiedzałem ostatnio moje portrety w różnych zakątkach świata i doszły mnie niepokojące słuchy. Coś zaczyna się dziać. Ktoś zaczyna mącić w różnych strategicznych miejscach na ziemi. Słychać o dziwnych incydentach. Tu i ówdzie zaczynają znikać ludzie. Ruch antymugolski, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii również zatrważająco szybko rośnie w siłę. Ron, możesz?
- Oczywiście dyrektorze – Ron wychylił się do przodu w swoim bujaku, który jęknął żałośnie. - Wydział bezpieczeństwa jest od pewnego czasu w gotowości. Otrzymujemy bardzo niepokojące sygnały naruszania ustaw O Nielegalnym i Niebezpiecznym Użyciu Czarów i O Niedokuczaniu Mugolom Nawet w Żartach. Niektóre naruszenia są z pozoru niewinne, takie głupie żarty, jak to, że mugolom znikają ubrania na ulicach i w miejscach pracy. Po prostu dowcipasy w złym guście. Jednak inne wykroczenia są naprawdę poważne. Mugolskie konta są czyszczone, jedzenie i picie zatruwane. Na razie nikt jeszcze nie odwalił przysłowiowej kity, ale te "żarty" robią dużo zamieszania a trucizny powodują zmiany chorobowe i skórne, które można uleczyć jedynie czarami. Widziałem te zmiany, coś wstrętnego, nie chcielibyście czegoś takiego oglądać na własnych ciałach, wierzcie mi. Czasami budzę się w nocy zlany..., znaczy się potem zlany..., ale mniejsza z tym. Premier rozmawiał już z ministrem magii i wyraził obawę, że to nasze Ministerstwo jest odpowiedzialne za te incydenty.
- I co na to Percy, to znaczy pan minister? - spytała Luna.
- Na razie próbuje chronić Ministerstwo, ale jak długo mu się to uda, nie wiem - odparł Ron poprawiając sobie błękitną poduchę za plecami. - Premier oczekuje od niego radykalnych i szybkich rozwiązań.
- Wie pan profesorze kto za tym stoi? - Harry zwrócił się prosto do Dumbledora.
- Domyślam się.
- Ale chyba nie Sami-Wiecie-Kto? - wyjąkał Neville.
- Neville - odparł niecierpliwie Harry. - Voldemort nie żyje. NIE ŻYJE. Byłeś przy tym. Prawie wszyscy tu zebrani byli przy tym.
- Więc kto? - wysapał Neville.
- Do tego zmierzam. Mogę się tylko domyślać, jestem jednak prawie pewien, że mam rację, chodź wolałabym się mylić. Żeby to zrozumieć musicie wysłuchać pewnej historii...
- Chwileczkę - odezwał się nagle Snape. - Tylko Potter. Taka była umowa dyrektorze.
Wśród zebranych przeszedł szmer niezadowolenia.
- Tak, to prawda - przypomniał sobie Dumbledore. - Cóż moi mili, poczekajcie w wielkiej sali. Pospacerujcie. Zjedzcie podwieczorek. Mają być kremówki z niespodzianką. Nie mam pojęcia co to za niespodzianka więc doradzałbym ostrożność. Zapoznanie się ze wszystkimi ważnymi szczegółami zajmie Harry'emu trochę czasu. Może nawet kilka dni. Potem Harry wyjaśni wam tyle ile będzie mógł.
- Zaraz - Hermiona zmarszczyła groźnie brwi. - A ja i Ron? Jestem dyrektorką szkoły a Ron kierownikiem Wydziału Bezpieczeństwa Zewnętrznego... Nigdzie się stąd nie ruszę.
- Granger, zaczynasz mi poważnie działać na nerwy – warknął Snape.
- Severusie obawiam się, że Harry i tak wszystko powtórzy swoim przyjaciołom – wtrąciła McGonagall.
- Oczywiście. Trójkącik nie do rozdzielenia. Mądrala, przygłup i bufon - mruknął Snape. - Dobrze niech zostaną, ale reszta ma wyjść.
|