|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział trzeci. Zakład 1/3
Po kolacji aurorzy przeszli do salonu, z którego korzystali nauczyciele a Harry, Ron i Hermiona udali się do jej gabinetu. Snape'a wciąż nie było, co przyjęli z ulgą. Dumbledore ucinał sobie drzemkę, ale obudził się zaraz gdy weszli.
- Widzę, że Severusa jeszcze nie ma, no cóż nie winię go. To nie są na pewno miłe wspomnienia. Zaczniemy bez niego. Zajrzyjcie do myślodsiewni moi drodzy, znajdziecie tam teraz wspomnienia samej Lillian. Dotyczą ostatniego roku jej nauki w Horwarcie. Przyjrzyjcie się im bardzo uważnie i skupcie a zobaczycie, że z czasem zaczniecie też poznawać, odczuwać i rozumieć jej uczucia, myśli i wrażenia.
Trzy roześmiane dziewczyny biegły przez skąpane w deszczu błonia. Na przedzie Lillian a za nią smukła ciemnoskóra dziewczyna, która łapała Lillian za szatę próbując ją prześcignąć.
- To Rozalinda Stone - wyjaśnił im Dumbledore. - A ta drobna z rudymi, kręconymi włosami to Franka Peterson, Niemka, która podobnie jak Lillian zaczęła naukę w Hogwarcie dopiero na szóstym roku. Jej rodzice byli dyplomatami. Przyjechali tu na placówkę. Te dwie to najlepsze przyjaciółki Lillian.
- Warte Lillian! - krzyczała Franka.
Lillian wbiegła pod arkady i odgarnęła z twarzy mokre od deszczu włosy. Po chwili koleżanki dołączyły do niej. Usiadły na kamiennym murku wpatrując się w ulewę.
- Co za pogoda! To chyba definitywny koniec lata! - powiedziała Lillian strząsając różdżką z szaty krople deszczu.
Rozalinda sięgnęła za szatę i wyjęła długą fajkę z morskiej piany, następnie rozejrzała się ostrożnie i włożyła ją do ust.
- Nawet ci nie smakuje - parsknęła śmiechem Lillian. - Palisz to paskudztwo bo Ebenezer Sullivan pali.
- Ach, ja - Franka zachichotała. - Lillian rację ma. Ty po to palisz, żeby on cię do Hogsmeade zaprosić jest. Postawić ognistą whisky, ja?
- Franka, ty naprawdę musisz podszkolić angielski - odparła Rozalinda, zakrztusiła się dymem i mruknęła. - Wyborne.
Franka zrobiła zgnębioną minę.
- Ty masz rację Roz. Ja mam dosyć jak Snape komentuje on mój angielski a ślizgoni się śmieją. Drusilla Harrington ma radość.
- Drusillą się nie przejmuj. Jest głupsza od bulwika pospolitego - powiedziała Lillian.
- I od niego brzydsza - wykrztusiła Rozalinda pomiędzy jednym atakiem kasztu a drugim.
- A co do Snape'a to już ja się postaram żeby go w tym roku wylali - kontynuowała Lillian zawziętym tonem. - Nie zniosę kolejnego roku tortur na lekcjach u tego podłego sadysty. Nie wiem jak Dumbledore może pozwalać, żeby ktoś taki uczył. Po co Snape w ogóle pracuje w szkole skoro tak bardzo nienawidzi uczniów? Ale jego dni są policzone.
- Serio? - Rozalinda zaciekawiła się. - Jak chcesz to zrobić?
- Właśnie Van Tassen, jak chcesz to zrobić? – rozległ się wyniosły głos.
- To Drusilla Harrington – szepnął Dumbledore.
Drusilla Harrington pojawiła się przed nimi znienacka. Była, wbrew temu co powiedziała Rozalinda, bardzo ładna. Szpecił ją jedynie krzywy, pogardliwy uśmieszek błąkający się na wargach i wyraz wiecznego niezadowolenia na twarzy. Miała długie czarne włosy, ciemną karnację, duże oczy i usta. Była bardzo wysoka i dobrze zbudowana.
-Towarzyszy jej jak zwykle Gladys Smith – Dumbledore wskazał myszowatą dziewczyna, stanowiąca doskonałe tło dla atrakcyjnej Drusilli . – A to Karl Drummond i Butch Lepper.
Drummond był to ów przystojny chłopak, którego widzieli we wcześniejszym wspomnieniu, siedzącego obok Drusilli. Lepper natomiast był chłopakiem, którego szata zdawała się pękać rozpychana przez rozrośnięte mięśnie. Po twarzy błąkał mu się głupawy uśmieszek.
- Karl był kapitanem drużyny ślizgonów, grał na pozycji obrońcy, Drusilla to szukająca a Butch był obrońcą – wyjaśnił szybko Dumbledore.
- No Van Tassen jak masz zamiar pozbyć się profesora Snape'a? – dopytywała się Drusilla natarczywie dźgając Lillian końcem różdżki w ramię.
Lillian odtrąciła jej rękę i szybko wstała.
- Profesora Snape'a - przedrzeźniała Drusillę. - Tak go bronisz bo to twój chłopak?
Rozalinda i Franka parsknęły śmiechem. Drusilla obrzuciła je pogardliwym spojrzeniem.
- Zrozumiałaś z tego cokolwiek głupia niemro? A ty Stone bekniesz za tę fajkę.
- Co ty tu jeszcze robisz Harrington - spytała Rozalinda wydmuchując jej dym prosto w twarz. - Powinnaś już lecieć na eliksiry. Lubisz być pierwsza w klasie, żeby sobie usiąść jak najbliżej twojego ukochanego profesora.
- Profesorze, mój eliksir znowu przypomina nakrapianego gluta, pewnie dlatego, że jestem za głupia aby prawidłowo przeczytać instrukcje - zapiszczała Lillian wymachując rękami, po czym dodała już normalnym głosem. - Pożegnaj się z nim czule, bo może dziś zobaczysz go po raz ostatni.
- Jesteś głupia - odparła Drusilla hamując wściekłość i robiąc krok w stronę Lillian. - Nie uda ci się.
- Załóż się - odparła Lillian i też zrobiła krok do przodu. Była niższa od Drusilli o dobre pół głowy.
- Właśnie to uczynię kurduplu.
- Wspaniale.
- Lillian to nie jest dobry pomysł - odezwała się Rozalinda z niepokojem.
- Przeciwnie, jest doskonały – odparła Lillian nie spuszczając wzroku z Drusilli. Drummond i Lepper rechotali uradowani, poszturchując się.
- No to potrzebna będzie umowa wiążąca - westchnęła Rozalinda. Jej rodzice byli wielkimi szychami w Wizengamocie, jak wyjaśnił Dumbledore, więc doskonale znała się na umowach. - Żeby ci śmierdziele nie wygadali co chcesz zrobić.
- Raczej żeby ta holenderska przybłęda oddała swoje ciężko uciułane galeony jak już przegra – powiedziała Harrington i dodała. – A dokładnie sto galeonów.
- Niech będzie – zgodziła się Lillian. – Ale jak wygram to nie odezwiecie się do nas do końca roku. Ty i twoi koleżkowie. Będziecie nam grzecznie schodzić z drogi.
- Tylko tyle? - spytała pogardliwie Harrington.
- Chyba, że sama zechcesz żebym wszedł ci w drogę, lala – oznajmił Drummond głosem, który chyba tylko jemu wydał się uwodzicielski. Drusilla rzuciła mu ciężkie spojrzenie.
- I przestaniecie znęcać się nad pierwszoroczniakami – dorzuciła Rozalinda.
- He, he niech będzie – odparła Drusilla a Butch zrobił bardzo zawiedzioną minę. Uwielbiał się znęcać nad pierwszoroczniakami.
- Dobra, mam właściwą umowę - powiedziała Rozalinda po namyśle. - Podajcie sobie ręce, wiem Lillian to ohydne, przykro mi, ale inaczej nie da się tego zrobić, bo umowa nie będzie wiążąca.
Gdy Lillian i Drusilla podały sobie ręce obie zrobiły takie miny, jakby właśnie dotknęły zdechłego bulwika pospolitego.
- Powtarzajcie za mną – zaczęła Rozalinda celując różdżką w ich dłonie. Z końca różdżki wystrzelił cieniutki świetlisty sznureczek i oplótł ich dłonie dokładnie. - Ja tu zaprzysiężona a także wszyscy tu zebrani zobowiązujemy się dochować sekretu tej umowy, jeśli nie wywiążemy się z umowy nasze twarze pokryją się nigdy nie znikającymi brodawkami i obrzydliwymi liszajami.
Powtórzyły umowę, ale Drusilla nie puściła ręki Lillian.
- Niech ona się zobowiąże, że nie użyje do tego czarów.
- Niby czemu? - spytała Rozalinda.
- Bo mogłaby na przykład uwarzyć eliksir zaciemniający umysł, zmniejszający zdolność trzeźwego osądu, ogłupiający albo nawet miłosny lub coś podobnego.
- Fuj - wykrzyknęła zgorszona Franka. - Ona miałaby podać eliksir miłosny Snape'owi? To pomysł ohydny jest.
- Jesteś naprawdę tępa Harrington – parsknęła śmiechem Lillian. - Za coś takiego to ja wyleciałabym ze szkoły. Więc w porządku. Przysięgam, że nie użyję czarów.
- No tak już lepiej. Szykuj galeony konusie – Harrington puściła gwałtownie dłoń Lillian i ostentacyjnie wytarła ją w szatę.
Czwórka ślizgonów zarechotała i ruszyła w kierunku wejścia do szkoły. Jeszcze z oddali dobiegał ich śmiech i boiskowy zaśpiew Butcha „dawaj galeony, dawaj galeony albo ściągaj swoje wielkie, ponure pantalony”.
Rozalinda skrzywiła się, ale Lillian parsknęła śmiechem.
- No co Roz, ta piosenka jest obiektywnie zabawna, aż ciężko uwierzyć, że powstała w móżdżku wielkości orzeszka.
Rozalinda powiedziała jednak poważnie.
- Lillian nie cierpię tej krowy, ale ona ma rację, szykuj galeony. Jak chcesz pozbyć się Snape'a bez użycia czarów?
- Tak jak powiedziałam, za użycie czarów sama wyleciałabym ze szkoły, ale Harrington podsunęła mi pewien pomysł.
- Ja nie chcę znać ten pomysł chyba, boję się że on ma coś wspólny z pantalony, chociaż nie wiem co to pantalony. Czy to rodzaj bielizny wyjściowej? - skrzywiła się Franka.
Rozalinda i Lillian popatrzyły na siebie i wybuchnęły głośnym śmiechem.
- Może sto lat temu – wykrztusiła Rozalinda.
- Chodźmy, bo naprawdę się spóźnimy – powiedziała Franka, gdy już koleżanki wyjaśniły jej niezrozumiałe słowo.
- I bardzo dobrze. Zamierzam dziś doprowadzić Snape'a do szału – powiedziała Lillian.
- To nie powinno być trudne. Biegnijmy - Rozalinda spojrzała niechętnie na ścianę deszczu. - Cholerny deszcz. Że też nie ma zaklęcia, które go usuwa.
- To też jest mi na rękę - uśmiechnęła się Lillian radośnie.
- Nie lubię jak masz taką minę. Ta mina zwiastuje kłopoty.
- Richtig. Idziemy my? – dziarsko spytała Franka.
- Idźcie. Ja się muszę spóźnić.
- Jak chcesz – Rozalinda wzruszyła ramionami. - Ja nie mam ochoty na szlaban. Ręce wciąż mi śmierdzą ropą po ostatnim. Przez dwie godziny wyciskałam wyjątkowo dorodne czyrakobulwy. Bez rękawic ochronnych.
Pobiegły a Lillian odczekała dziesięć minut, zabrała swoją torbę i też pobiegła przez deszcz. Szkolne korytarze były opustoszałe. Wszyscy uczniowie byli już na lekcjach.
|