|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział trzeci. Zakład 3/3
Było już dobrze po 11.00 w nocy gdy Harry, Ron i Hermiona opuszczali gabinet Dumbledore'a.
- I co o tym myślicie? - spytała Hermiona gdy przystanęli pod portretem Ulryka Zabawnego, czarodzieja o gębuli psotnego dziecka, który raz po raz usiłował ich rozbawić tłukąc się butelką ognistej whisky po głowie. Nie doczekał się żadnej reakcji, więc opuścił portret, zapewne po to by zabawiać rezydentów innych obrazów. Tuż za portretem Ulryka korytarz dzielił się na dwie odnogi. Jedna prowadziła do pokoi Hermiony i Rona, druga do gościnnych, zajmowanych przez Harry'ego i resztę aurorów.
- Na razie czuję się tak jakbym oglądał jeden z tych seriali dla młodzieży - odparł Ron ziewając szeroko. -"Szkoła złamanych różdżek", ten hit z Australii, albo "Jezioro czarów", „Pokątna 90210” i „Magiczne lata”. Mój ojciec woli wersje mugolskie. Lubi zwłaszcza "Asy z klasy" i "Buffy postrach wampirów". Mówi, że ten ostatni prezentuje interesujące spojrzenie mugoli na kwestię wampiryzmu. Oglądał to z Rose, jak była mała. Przypuszczam, że to między innymi dlatego znalazła sobie chłopaka mugola. Tata jest zachwycony, zresztą wyobrażasz sobie Harry. Ten chłopak nazywa się John Smith, śmiesznie, nie.
- Jest bardzo miły - przerwała Ronowi Hermiona. - Pytałam co myślicie o tej dziewczynie? Tej Lillian?
- Jest świetna - powiedział Harry bez zastanowienia.
- O tak - przytaknął gorliwie Ron. - Świetna dziewczyna. Tylko boję się że jest tak fajna, że na końcu okaże się śmierciożercą albo gnomem.
- Ja myślę odwrotnie - odezwała się Hermiona. - Jest strasznie zadufana, wredna i przemądrzała, ale może na końcu wykaże się czymś pozytywnym.
- Może uda jej się pozbyć Snape'a? Myślicie, że to za to ten medal?
Hermiona skrzywiła się.
- Wiecie co, ten cały zakład, jest naprawdę okropny, nawet my nie robiliśmy takich rzeczy...
- Hermiono, kochanie spędzasz za dużo czasu z portretem Snape'a. Wiesz myślę, że jesteś po prostu zazdrosna, bo ona była taka śliczniutka. Ale to głupie być zazdrosnym o kogoś kto pewne nie żyje od dobrych trzydziestu paru lat.
- Trzydzieści parę lat - wymruczała Hermiona i zamyśliła się. Stała chwilę ze zmarszczonymi brwiami.
- Co się stało? - spytał Harry czujnie. Dobrze znał tę minę Hermiony.
- Coś mi przyszło do głowy. Ale skoro tak, to dlaczego Dumbledore pokazuje nam to w ten sposób. Może ma powód. Musi mieć powód, bo inaczej...
- O czym ty mówisz? - Ron był zdezorientowany.
- Będę musiała coś sprawdzić. Pora iść spać. Dobranoc Harry.
Hermiona i Ron ruszyli swoim korytarzem. Harry patrzył chwilę za nimi. Szli ciasno objęci. Słyszał śmiech Hermiony i poczuł ukłucie w okolicach mostka. Był tu, wśród ludzi, wśród przyjaciół a mimo to samotność doskwierała mu bardziej niż zwykle. Nie ma się co łudzić. To nie jest powrót do szkoły i do czasów dzieciństwa. Tamte lata minęły bezpowrotnie. Sam nie wiedział na co liczył wracając tu z misją. Hogwart już nie był jego domem.
Zamiast iść do swojego pokoju udał się do salonu dla nauczycieli. Wiedział że w kredensie jest butelka najprzedniejszej ognistej whisky. Mała szklaneczka, tego potrzebował przed snem. Gdy wszedł do salonu okazało się, że ktoś tam już jest. W półmroku, oświetlona jedynie blaskiem ognia z kominka siedziała Luna. Popijała z butelki piwo kremowe i z lekkim uśmiechem wpatrywała się w ogień.
- Eee, cześć - bąknął Harry.
- O cześć Harry. Łyczek przed snem?
- Tak.
- Piwo?
- Whisky.
Podszedł do kredensu i nalał sobie bursztynowego płynu do pękatego kieliszka. Usiadł na przeciwko Luny. Dopiero teraz zobaczył, że połowa jej włosów jest zlepiona jakąś ciemną substancją.
- Co to?
- Och to? Nie zdążyłam się jeszcze umyć. To krew. Obawiam się ze będziemy musieli odesłać Hipokrytów z powrotem do Azerbejdżanu. Hagrid jest zrozpaczony.
- Nic ci nie jest?
- Nie, skąd. Ale biedny Hagrid leży teraz cały w okładach ze smoczej wątroby.
Harry uśmiechnął się lekko. Po chwili milczenia Luna odezwała się.
- Przykro mi z powodu Ginny.
- Tak. Dzięki.
Wąż wślizgnął się do pokoju. Pełzł po zakurzonej podłodze, aż do wysokiego łoża z baldachimem. Wspiął się na nie po zwisającej, postrzępionej, przeżartej przez mole narzucie. Z sykiem podpełzł do kobiety. Jej rozrzucone czarne włosy spoczywały wokół głowy niczym mroczna aureola. Wąż zbliżył się do jej twarzy, wysunął rozwidlony język i musnął nim jej blady policzek.
- Jesteś - powiedziała kobieta i otworzyła swoje jarzące się zielonym światłem oczy. - Polowanie udane?
Wąż syknął.
- Lucjusz jest w pokoju obok. Aktualnie nie zdolny do niczego.
- Tak. Już to zrobiłam. Nareszcie do czegoś się przydał. To już się dzieje. Czuję to. Tym razem się uda.
Wąż zwinął się na jej włosach. Kobieta też się zwinęła. Zupełnie jak on.
Wąż śnił. Blask kominka padał na zniszczony dywanik i na jego stopy. Reszta była w cieniu.
- Tom, błagam cię.
Odwrócił się, jakby dopiero teraz przypomniał sobie o istnieniu kobiety. Popatrzył na jej przestraszoną twarz. Kasztanowe włosy wychylały się spod zwyczajnego, mugolskiego kapelusza. Przez chwilę zastanawiał się czy nie zanurzyć w tych włosach palców. Tak jak kiedyś. Czy wtedy uległaby mu? Czy udałoby mu się to po raz drugi? Kto wie. Chociaż teraz, gdy wiedziała kim jest... Ale z drugiej strony to kobieta, marna, nieskąplikowana istota, którą można sterować jakże przydatnym narzędziem. Miłość. Bardzo użyteczny mechanizm, który w odpowiednich rękach może zrobić ze słabej kobiety marionetkę.
- Gdzie on jest? - spytał prawie uprzejmie.
- Wiesz, że ci nie powiem - jej głos był teraz mocniejszy. - Nie ma znaczenia co zrobisz. Możesz zawładnąć moim umysłem. Możesz mnie torturować. Możesz mnie zabić. Tajemnica została zabezpieczona. Nie dam rady jej uwolnić. Przecież wiesz.
- Wiedziałaś, że będę cię torturował a mimo to zgodziłaś się na takie zaklęcia zabezpieczające. Zgodziłaś się na śmierć - powiedział wolno.
Kiwnęła wolno głową.
Patrzył teraz na nią teraz z odrobiną zainteresowania.
- Tom, jeszcze możesz się wycofać. Ja cię o to proszę - powiedziała gorliwie. Gorąco. Prawie namiętnie. Więc coś się jeszcze w niej tli. Może nawet więcej niż się spodziewał.
- A kim ty jesteś żeby mnie prosić o cokolwiek, kobieto?
Wyszedł z mroku. Wysoki, szczupły, odziany w czerń. Jego twarz wciąż była przystojna i przyjemna, wciąż ludzka, wciąż sympatyczna, jak wtedy, jak tamtego wieczoru, gdy zadał to pytanie. "Czy mogę jakoś pomóc?". Uprzejmie. A potem popatrzył na nią tak jak nigdy wcześniej na nią nie patrzył. Tak właśnie, jak pragnęła, by patrzył na nią mężczyzna.
Ukryła twarz w dłoniach.
- Tom, błagam. Zostaw, to.
- Jesteś bardzo dzielna. Nareszcie zaczynasz budzić moje zainteresowanie. Cóż, niech stracę - machnął lekko wypielęgnowaną dłonią o długich palcach. - Znaj gest Lorda Voldemorta. Przyłącz się do mnie. Niedługo nastąpią poważne zmiany, a ty u mego boku będziesz miała wszystko. Cały świat. W zamian chcę tylko lojalności. I tej drobnej, małej przysługi. Będziemy tacy szczęśliwi. Ja, ty...
Mówił. Prawie czuł jak jego słowa zatruwają jej umysł, do którego dostęp był śmiesznie łatwy. Jej móżdżek rozpływał się teraz jak masło na słońcu. Nie będzie stawiała oporu, a jej ciało może okazać się bardzo użyteczne.
Uśmiechnął się.
Zbliżył się do niej, a jego blade dłonie o długich, szczupłych palcach zacisnęły się na jej ramionach, popełzły w górę po jej szyi. Lodowato zimne i obezwładniające. Poczuł jej tętno. Mała żyłka na jej obnażonej szyi pulsowała pod jego palcem tak szybko, jakby ukryło się tam małe, przerażone zwierzątko. Wystarczyłoby nacisnąć. Odpuścił. Dłonie popełzły wyżej. Dotknął palcem jej ust.
- Nie! - wrzasnęła a potem krzyczała już bez opamiętania.
|