Wyświetl pojedyńczy post
Stary 10-26-2009, 23:45   #21
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział piąty. Postanowienie 4/6

Profesor postawił na swoim biurku szklany słój sporych rozmiarów i kadź,
z której wydobywał się ohydny zapach.
- Przegniłe wślizgozgniłki. Zawsze są zepsute i spleśniałe, ale te tu leżały naprawdę za długo - uśmiechnął się ze złośliwą satysfakcją. - Pokrój je na równe cząstki i zamarynuj. Są doskonałe do...
- ...leczenia drgawek spowodowanym złym urokiem albo trucizną. Wiem.
- No to do roboty.
Lillian pomyślała, że jak będzie śmierdzieć wślizgozgniłkami, to na pewno nic nie wyjdzie z jej wspaniałego planu.
- Mittengloves odorostop - mruknęła machając różdżką.
- Coś ty zrobiła? - warknął Snape.
- Nic takiego, to tylko...
- To ma być kara. Zabraniam ci używać niewidzialnych rękawiczek.
- A to dlaczego? - rozzłościła się Lillian. - Nigdzie nie jest powiedziane, że...
- Dlatego - wycedził Snape, patrząc jej z nienawiścią w oczy - że tak ci każę, Van Tassen. Masz szlaban u mnie i moim życzeniem jest, aby był on dla ciebie jak najbardziej nieprzyjemny i bolesny i abyś go zapamiętała na bardzo długo.
Machnął różdżką w kierunku jej rąk a Lillian poczuła jak niewidzialne rękawiczki ześlizgują jej się z dłoni.
Na pewno nigdy nie miał kobiety, pomyślała. I nie będzie miał. Jak mu dopisze szczęście, to może dostanie robotę w czarodziejskim sanepidzie. Będzie obchodził wszystkie speluny na Pokątnej i sprawdzał, czy nie rozcieńczają tam piwa kremowego, czy ognista whisky ma odpowiedni poziom ognistości, czy w kajmakowej tarcie nie ma kociej sierści i czy szmata barmana jest czysta.
Tymczasem Snape kontynuował jedwabistym głosem, jakby rozsmakowywał się w każdym wypowiadanym słowie.
- Skoro jesteś taka doświadczona, Van Tassen, to pewnie wiesz, że niezamarynowane wślizgozgniłki wydzielają żrącą substancję. Więc uważaj, skoro nie masz rękawiczek.
Uśmiechnął się krzywo i rozsiadł z jakąś książką w wysłużonym, czarnym, skórzanym fotelu. Obserwował ją przez chwilę, a na jego szczupłej, bladej twarzy wciąż błąkał się pełen złośliwej satysfakcji uśmieszek.
Lillian też mu się przyglądała. Przypomniało jej się, że we dworze Malfoyów też są takie fotele, tyle, że nie zniszczone. Zabytkowe, ze skóry horgonów, czarne i lśniące. Lucjusz siadał zawsze w tym samym, z „Prorokiem codziennym” i kieliszkiem porto w dłoni.
Lillian patrzyła teraz przez Snape'a, jakby był jedynie widmem. Jej wzrok stał się zamglony, nieobecny i szklisty.
- Podejdź - powiedział tamtego letniego dnia Lucjusz, odstawiając kieliszek. - Śliczna dziewczyna z ciebie wyrosła.
- Co tak stoisz? - cichy głos Snape'a oderwał ją od wspomnień.
Otrząsnęła się. Pochyliła się nad kadzią i wyjęła pierwszego wślizgozgniłka. Przypominał zdechłą gąsienicę kilkakrotnie powiększoną. Cały był bladoróżowy, a jego cieniutki chitynowy pancerzyk pokrywały cienkie, cieliste wypustki. Lillian położyła go na desce do krojenia i ujęła w dłoń ostry nóż.
- Podejdź do mnie Lillian - mówił Malfoy. - Naprawdę ślicznie wyglądasz, kochanie. Usiądź.
Wstrętny. Wstrętny!
Wkroiła się gwałtownie w środek wślizgozgniłka, aż napęczniały odwłok pękł jak dojrzały owoc i ze środka wytrysnęła kleista zgniłozielona substancja. Lillian nie zdążyła się odsunąć. Zielona maź dosięgła jej swetra i spódnicy. Sycząc rozpełzła się momentalnie po materiale, niczym żywy stwór, zżerając go łapczywie. Dziewczyna poczuła, że skóra zaczyna ją parzyć.
- Nie, nie nie! - wrzasnęła i zaczęła w panice zdzierać z siebie ubranie.
Snape zerwał się z fotela zaalarmowany jej krzykiem. Lillian pozbyła się już swetra i walczyła ze spódnicą, której było coraz mniej.
- Moja skóra! Parzy! Niech mi pan pomoże!
Zaplątała się w ubranie i odruchowo chwyciła skraj szaty Snape'a. Odskoczył od niej gwałtownie, jakby była była chora na smoczą ospę. Machnął różdżką z której chlusnęło jak z wiadra. Po sekundzie Lillian stała po środku lochu ociekając wodą w strzępach spódnicy i na wpół-zjedzonym, białym podkoszulku na ramiączkach, mokrym i oblepiającym ją nieprzyzwoicie.
- Dziękuję - wydyszała. - Świetnie pan to zrobił, panie profesorze.
- Nie wpadłaś na to żeby użyć czarów Van Tassen? - odrzekł Snape spoglądając na nią wyniośle. - Kończysz w tym roku szkołę, powinnaś być przygotowana na większe zagrożenia niż kwas wślizgozgniłków. Uważałaś jednak za stosowne marnować energię na idiotyczne wrzaski i miotanie się jakbyś była chora na pląsawicę. Twoja reakcja była głupia i nieprawidłowa. Gryfindor traci dziesięć punktów.
- Przepraszam - mruknęła Lillian i zaczęła się uważnie oglądać. - Zeżarło mi skórę, panie profesorze. Bardzo boli. O tu - wskazała miejsce na dekolcie, z którego jeszcze się dymiło. Snape popatrzył i od razu odwrócił wzrok. Podszedł do szafki z preparatami dla pani Pomfrey, wyjął jakąś butelkę i rzucił do Lillian trochę za mocno.
- Posmaruj się, głupia dziewczyno – warknął, jakby go czymś dotkliwie obraziła.
Lillian nalała na dłoń odrobinę niebieskawej substancji i posmarowała oparzenie. Lek złagodził ból a po chwili po oparzeniu nie było śladu. Snape obrzucił ją nienawistnym spojrzeniem i wycedził zimno:
- Napraw sobie ubranie, Van Tassen. Podobno przerabiacie to właśnie na transmutacji.
Lillian nie bardzo uważała na lekcji, więc naprawione przez nią ubranie wyglądało jak jakaś obłąkana fantazja na temat stroju kloszarda, ale mimo to, gdy pochyliła się nad rozciętym wślizgozgniłkiem na jej twarz wypłynął uśmiech pełen dzikiej, nieokiełznanej uciechy. Jej twarz już nie była taka piękna. Rysy wykrzywiły się i nabrały ostrości.
Już po tobie sadystyczny bucu, pomyślała.
Po chwili pochłonęła ją precyzyjna praca a jej twarz wróciła do normy.
Gdy wrzuciła do słoja ostatni kawałek wślizgozgniłka, zalała marynatę roztworem konserwującym i zakręciła słoik, spojrzała na Snape'a, który nadal czytał (odniosła jednak wrażenie, że coś za rzadko przewraca strony) i spytała.
- Co mam z tym zrobić, panie profesorze? Mam to gdzieś odstawić?
- Ani się waż. Siejesz spustoszenie, Van Tassen. Na dziś koniec. Wyjdź.
- W takim razie dobranoc panu - powiedział uprzejmie a pomyślała "słodkich snów, mogę się założyć, że będą interesujące".
Wyszła z lochu i pierwszy raz od dawna wracała do dormitorium w doskonałym nastroju. Pogwizdywała sobie beztrosko, przerzuciwszy nonszalancko przez ramię resztki swetra. Na schodach natknęła się na McGonagall. Gwizd zamarł jej na ustach. Nie wiedziała czemu, ale osoba profesor McGonagall krępowała ją. Pomyślała, że bardzo nie chciałaby, aby ta poznała jej niecny plan. McGonagall podeszła do niej. Miała na sobie gruby, elegancki, bordowy szlafrok. Zmierzyła Lillian surowym wzrokiem.
- O tej porze, poza dormitorium?
- Miałam szlaban. U Snape'a.
- U profesora Snape'a. Dlaczego wygląda pani tak..., co pani ma na sobie w ogóle, panno Van Tassen?
- Niech pani zapyta profesora Snape'a. To on mi kazał kroić wślizgozniłki bez ochraniaczy.
- Proszę wracać prosto to dormitorium - powiedziała McGonagall, bardzo rozzłoszczona.
Lillian poszła więc prosto do wieży Gryffindoru. Wykąpała się i weszła do sypialni dziewcząt. Rozalinda i Franka jeszcze nie spały. Rozmawiały szeptem. Lillian rzuciła się na łóżko.
- I co? - spytała po chwili Rozalinda. Po tonie głosu Lillian poznała, że koleżanka wciąż jest w złym nastroju.
- Marynowałam wślizgozgniłki - odparła Lillian rozmarzonym tonem, po czym parsknęła śmiechem.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem