Wyświetl pojedyńczy post
Stary 10-29-2009, 01:47   #22
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział piąty. Postanowienie 5/6

- Szkoła złamanych różdżek - bąknął Ron zażenowany. - Co za idiotyczna historia.
- Tak, to czemu masz takie wypieki na twarzy? - spytała Hermiona patrząc na niego z politowaniem.
- Nie mam żadnych wypieków droga żono. Co za laska! Zaplanowała to? To znaczy z tymi wślizgo-coś tam... Sporo ryzykowała. Mogły jej zeżreć głowę na przykład.
Harry nie miał odwagi spojrzeć na Snape'a. Było mu go prawie żal. Jakże okropnie musiał się czuć oglądając to wszystko. Takie poniżenie. I co będzie dalej? Czy ta dziewczyna dopnie swego. Czy uwiedzie go? Ośmieszy? Ale jeśli tak i jeśli Dumbledore by o tym wiedział, to przecież zwolniłby Snape'a. Harry czuł, że ta historia ma inny finał.
Hermiona siedziała od dłuższego czasu z niezadowoloną miną.
- O co chodzi, moja droga? - spytała McGonagall.
- Pani dyrektor, gdzie są wspomnienia sprzed jakichś pięćdziesięciu czterech lat? A dokładnie z listopada. Albo z lipca. Jako dyrektorka mam prawo przeglądać wszelkie materiały znajdujące się w tym gabinecie.
McGonagall nie odpowiedziała, tylko rzuciła spojrzenie Dumbledore'owi, który oglądał teraz swoje paznokcie z ogromnym zainteresowaniem.
- No proszę - wycedził Snape z dziwnym uśmieszkiem. - Mądrala w pełni zasłużyła na swoje miano.
- Odwal się w końcu od mojej żony! - ryknął nagle Ron, zrywając się ze swojego bujaka i strącając przy okazji wszystkie wyszywane poduszki. - Ty, ty, uwodzicielu uczennic. Niech ja sobie tylko przypomnę, czy Hermiona miała kiedyś u ciebie szlaban!
Hermiona przewróciła oczami.
- Nie miałam, Ron. Tylko ty i Harry dostawaliście ciągle szlabany.
Snape ku zdumieniu Rona, Harry'ego i Hermiony parsknął śmiechem.
- A ty Weasley również zasłużyłeś na swoje miano. Jesteś tak głupi, że doprawdy nie wiem jak udało ci się ukończyć szkołę i dostać pracę w ministerstwie. Chyba tylko przez znajomości i układy.
Ron poczerwieniał na twarzy i wycedził do Snape'a z nienawiścią:
- Jak mogłeś pomyśleć, że taka laska, oszałamiająco piękna, bogata i popularna, może być na serio zainteresowana takim żałosnym człowieczkiem jak ty?
- Weasly zrób nam tę przyjemność i nie odzywaj się, bo mówisz o sprawach o których nie masz bladego pojęcia - odezwał się chłodno Snape. - Granger wlewaj następną porcję wspomnień, bo robi się późno. A Weasley potrzebuje więcej czasu niż przeciętny człowiek, aby zrozumieć na co patrzy.

Snape odstawiał właśnie słój z nową marynatą na półkę, gdy rozległo się pukanie.
- Wejść - rzucił.
Do lochu weszła McGonagall. Wciąż była rozzłoszczona.
- O co chodzi Minerwo? - spytał spokojnie Snape.
- Musimy porozmawiać.
- Słucham cię.
Chodził teraz po lochu i odkładał różne przedmioty na właściwe miejsca.
- Możesz usiąść na moment? - zwykle spokojna pani profesor, była tym razem wytrącona z równowagi.
- Oczywiście - odparł i usiadł w swoim fotelu z nieodgadnioną miną. Złączył koniuszki palców i popatrzył na McGonagall z uprzejmym brakiem zainteresowania.
- Chodzi o Lillian Van Tassen - wyrzuciła z siebie i popatrzyła na Snape'a wzrokiem, w którym czaiło się oskarżenie.
- Zepsuty bachor - odparł obojętnie.
- Nie jest zepsuta i nie jest bachorem. Ta dziewczyna musiała nauczyć się liczyć na siebie i odróżniać przyjaciół od wrogów bardzo wcześnie.
- To naprawdę wspaniale, coś jeszcze?
- Nie jest bachorem, tylko młodą kobietą, która... - McGonagall nie dokończyła, tylko niespodziewanie zmieniła temat. - Dlaczego ona tak wyglądała? Nie pozwolę ci znęcać się nad moimi uczniami...
- O co ci właściwie chodzi Minerwo?
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi.
- W taki sposób nie będziemy rozmawiać.
- Nie zmuszaj mnie...
- Ty mnie nie zmuszaj - warknął Snape, w jego głosie czaiła się groźba. - I tak byłem dość wyrozumiały i siedziałem cicho, ze względu na Dumbledore'a. Ale teraz... W dodatku zaczął się tu kręcić Lucjusz Malfoy.
- Severusie, dobrze wiem, że to ty go wezwałeś. To twój przyjaciel z czasów szkolnych. Dobrze was pamiętam. Malfoy zawsze był twoim mentorem, prawda? Byliście nierozłączni.
- Malfoy to gnida, Minerwo.
- Kiedyś tak nie uważałeś.
- Ta rozmowa nie ma sensu - przerwał jej Snape. - Porozmawiaj z Albusem. Namów go, żeby się pozbył Van Tassen. Taka jest moja rada.
- Jak możesz! - McGonagall rozzłościła się jeszcze bardziej. - Dumbledore dał ci szansę, kiedy nikt nie chciał ci zaufać. Ja ci nadal nie ufam. Ona zasługuje na szansę tak samo jak ty.
- Do diabła z nią - powiedział Snape cicho, ale dobitnie, w tonie jego głosu znowu można było wyczuć groźbę. - Jej już nic nie pomoże, przecież wiesz. A wy dwoje z waszą bezwzględną wiarą w to, że świat jest dobry i ludzie są dobrzy, albo przynajmniej drzemią w nich jakieś okruchy dobra, nie widzicie tego zagrożenia tak dobrze jak ja. A poza tym Minerwo, to nie ma znaczenia, czy ty mi ufasz. Liczy się zdanie Dumbledore'a.
- A więc to jest twoje stanowisko - powiedziała gorzko. - To ciekawe, ale jest zbliżone do stanowiska pewnych ludzi z ministerstwa.
- Moody'ego i Scrimgeour'a?
McGonagall skinęła głową. Snape obojętnie wzruszył ramionami.
- Powtarzam ci. Trzeba ją wyrzucić.
McGonagall patrzyła na niego w napięciu, po czym ciężko westchnęła i cała się jakby w sobie zapadła.
- Nie możemy. Jest za późno.
Snape spojrzał na nią tym razem z większym zainteresowaniem.

Harry znowu nie poszedł prosto do sypialni, tylko postanowił napić się ognistej whisky w salonie. Miał nad czym myśleć. Od nadmiaru pytań i niewiadomych oraz enigmatycznych, skąpych informacji rozbolała go głowa.
Ponadto musiał przyznać sam przed sobą, że miał nadzieję znowu spotkać w salonie Lunę. Ostatniej nocy rozmawiało im się tak dobrze.
Luny jednak nie było. W pogrążonym w półmroku salonie była tylko jedna osoba. Scorpius Malfoy. Scorpius był blady i jasnowłosy jak jego ojciec i dziadek, jednak jego oczy nie miały tak nieprzyjemnego, zimnego wyrazu. Były ciemnoniebieskie i melancholijne.
- Co tu robisz? - spytał Harry, trochę ostrzejszym tonem niż zamierzał. Wiedział, że Scorpius jest inny niż Dracon, a mimo to był do niego uprzedzony, chociaż cały czas próbował z tym walczyć.
- Za pół godziny zaczynam moją zmianę - powiedział Scorpius bezbarwnym, odrobinę zmanierowanym głosem, tak podobnym do głosu Dracona. - Obchód zamku i okolic. Nie mam pojęcia po co to robimy. Ale Dumbledore musi mieć swoje powody.
Teraz, gdy Harry przywykł do półmroku, zobaczył, że chłopak trzyma w ręku pękaty kieliszek bursztynowego płynu.
- Pijesz na służbie? - spytał ostro Harry. Przez głowę przemknęła mu myśl, że może to być powód do zwolnienie młodego Malfoya.
Scorpious szybko odstawił kieliszek i wyprostował się. Przez moment był bardzo podobny do swojego ojca a potem zgarbił się i ciężko usiadł w fotelu.
Harry miał wielką ochotę również nalać sobie jednego, ale tym samym dałby gówniarzowi zły przykład. Wziął więc kremowe piwo i usiadł w drugim fotelu. Czy Luna w ogóle tu przyjdzie? Po co on siedzi z tym ponurym wymoczkiem? Gdyby to od niego zależało młody Malfoy nigdy nie zostałby aurorem.
- Rozmawiałem z ojcem - odezwał się nagle Scorpius. - Mój dziadek znikł.
Harry drgnął.
- Twój dziadek? Lucjusz?
- Tak. Ojciec się martwi. Dziadek opuścił dwór kilka dni temu. Nie wrócił.
Harry skrzywił się. Miał dość słuchania o Lucjuszu Malfoyu, jak na jeden dzień. Nie widział go od wielu lat i nie chciał oglądać.
- Dziadek już znikał wcześniej. Na noc, dwie. Zawsze wracał. A babcia się nie przejmowała. Więc my tym bardziej.
Harry pomyślał o ulicy Rozpustnej i zaczął się zastanawiać, jak Lucjusz, w jego wieku, może mieć jeszcze siłę na takie rzeczy. Może nawet ma stałą kochankę. Harry'emu, po śmierci Ginny, też zdarzyło się lądować w tych przybytkach i w zależności od nastroju wybierać kobiety albo bardzo do niej podobne, albo zupełnie od niej różne. Tym pierwszym wypłakiwał się na ramieniu, z tymi drugimi robił takie rzeczy, że ciężko mu było potem spojrzeć w lustro. Przestał tam chodzić bo czuł, że poza pieniędzmi, traci tam resztki szacunku dla siebie.
- Cóż - odezwał się w końcu Harry obojętnie i tylko dlatego, że wypadało coś powiedzieć. - Na pewno się znajdzie.
Pewnie nie tak łatwo pozbyć się starego Malfoya. To by było zbyt wielkie szczęście.
- Wiem, że go nienawidzisz, szefie. Tata mi opowiadał. Ale to moja rodzina. Nic się na to nie poradzi. Ojciec prosił mnie, żebym ci o tym powiedział.
- Co? Twój ojciec cię prosił?
Harry zawsze myślał, że to, że Scorpious, wywodzący się w końcu z rodziny śmierciożerców i to śmierciożerców czystej krwi, został aurorem, musi być ogromnym ciosem dla Dracona.
- Tak, tak powiedział. Że będziesz wiedział co z tym zrobić.
- Nie mam pojęcia co zrobić. Czy to takie ważne? - Harry spojrzał na młodego Malfoya z powątpiewaniem.
Ale po chwili pomyślał o Dumbledorze. Zmarkotniał. Minęło tyle lat. Dumbledore nie żyje od dawna a on wciąż szuka u niego rady.
Jesteś żałosny, Harry, powiedział sam do siebie w myślach.
- To ja już pójdę - odezwał się Scorpius. - Zaraz zaczynamy obchód.
- Z kim...? - zaczął Harry, ale w tym momencie drzwi otworzyły się i do pokoju weszła Lilly. Miała błyszczące, rude włosy po swojej matce i zielone oczy Harry'ego. Wyglądała ślicznie, chociaż miała na sobie zwykłe dżinsy i szarą bluzę z kapturem. Uśmiechnęła się do Scorpiusa.
- Szukałam cię, stary. Nie pociągaj z kielicha, bo ojciec się wścieknie... ooo, cześć tato.
- Macie obchód razem? - spytał surowo Harry.
- Tak - wymamrotał Scorpious. - Chodźmy Lilly.
- No to na razie tato.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem