|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział piąty. Postanowienie 6/6
Wyszli i Harry'ego dobiegł zza drzwi śmiech jego córki. Zmarszczył brwi z
niezadowoleniem. Już miał za nimi pójść i kazać Lilly iść spać, a nie łazić po zamku, nie wiadomo po co, zwłaszcza, że nawet nie była jeszcze aurorem, gdy do salonu weszła Luna. Ubrana była w seledynowy szlafrok, w wielkie róże, a włosy miała splecione w dwa długie warkocze, przez co wyglądała jak dziewczynka a nie jak czterdziestoletnia kobieta. Usiadła w fotelu i uśmiechnęła się do Harry'ego.
- Widziałam Lilly z Malfoyem juniorem. Fajna z nich para. Wiesz, naprawdę podziwiam cię za to, że nie jesteś małostkowy.
- Co?
- No przecież nie lubiłeś Dracona, prawda? Nie pamiętam o co wam poszło, pewnie o jakieś szkolne głupoty, ale się nie lubiliście w szkole.
Harry wytrzeszczył na nią oczy.
- No ale teraz to nie ma znaczenia - Luna wzruszyła ramionami. - Jesteśmy za starzy na takie rzeczy.
- Ale oni przecież, oni tylko razem pracują - wyjąkał Harry.
- Aha, skoro tak mówisz - Luna ponownie wzruszyła ramionami a Harry uspokoił się. - Tylko nie wiem czemu się całowali w takim razie.
Harry odstawił głośno butelkę na stolik. Jego córka, jego kochana, mała dziewczynka całowała się z tym, tym, małym, przebiegłym gnojkiem ze Slytherinu?
- Luna, o czym ty mówisz?
- No wszędzie chodzą za ręce. Całują się i obejmują.
- Co?
Luna zmarszczyła brwi i zaczęła się bawić jednym z warkoczy.
- Wiesz, teraz jak o tym myślę, to oni się zawsze całują, jak myślą, że nikt nie patrzy i trzymają za ręce, jak im się wydaje, że nikt nie widzi. Widziałam jak się całowali w...
- PRZESTAŃ POWTARZAĆ TO SŁOWO!!! Nie chcę słyszeć o żadnym cało... nie chcę..., o żadnym...
- Całowaniu - dokończyła Luna patrząc na Harry'ego z politowaniem. - W porządku. Ale to fajny chłopak. Jest w niej zakochany. A ona w nim.
- Przestań! Przestań!!! O tym też nie chcę słyszeć. Muszę to przerwać. Natychmiast.
Zerwał się z fotela i ruszył do drzwi.
- Harry, oszalałeś??? - Luna pobiegła za nim.
Harry z kompletną pustką w głowie, bez ładu, sensu i logiki biegał po zamku. A Luna za nim w swoim kwiecistym szlafroku i nie wiedzieć czemu, z butelką piwa kremowego w ręce. Piwo chlapało na wszystkie strony.
- Gdzie oni mogą być? - zawołał histerycznie Harry i przystanął, rzucając oczami na wszystkie strony, jak człowiek, który postradał zmysły. - Gdzie ten gnojek? Nogi mu z dupy...
Luna klasnęła w dłonie i zawołała radośnie:
- Uczniowie, którzy chcą pobyć sami, chodzą zawsze do różanego ogrodu. Tam są fontanny i ławeczki i różne romantyczne zakamarki, gdzie można się zaszyć.
- Zakamarki? Romantyczne? Zaszyć? Zabiję gnoja!
Pobiegł w kierunku ogrodu różanego a Luna znowu za nim.
W ogrodzie panował półmrok. Słychać było szelest ciepłego wiatru w liściach krzewów i śpiew jakiegoś nocnego ptaka. W oddali szumiała fontanna. Zapach był upojny, przesycony aromatem płatków różanych. Harry zaczął się skradać. Minęli fontannę, jaśniejącą migotliwymi światełkami setek błyszczących, wielokolorowych świetlików.
Nagle usłyszeli głosy. Harry zatrzymał się tak gwałtownie, że Luna wpadła na niego i oblała go piwem kremowym. Chwyciła go za ramię, przywierając do niego mocno. Harry poczuł, że serce bije mu szybciej i przez głowę przebiegła mu myśl, że chętnie znalazł by się tu z Luną sam na sam w zupełnie innych okolicznościach.
- Twój ojciec mnie nienawidzi - usłyszeli głos Scorpiousa.
- Nie. On po prostu nie lubi twojego ojca. Chciałabym mu w końcu powiedzieć o nas. Okropnie się czuję, że już tyle czasu to przed nim ukrywam.
- Skarbie, on tego nigdy nie zaakceptuje. On patrzy na mnie jak na zgniłego gumochłona. Gorzej. Patrzy na mnie, jakbym miał wypalony na przedramieniu mroczny znak. Jak na wilka w owczej skórze.
- Ale twój ojciec jakoś się z tym pogodził. Był dla mnie bardzo miły.
Harry drgnął. Lilly odwiedziła dom Malfoyów?
- Musi uważać. Był śmierciożercą. Do końca życia będzie naprawiał swój błąd. Podobnie mój dziadek.
- Nie lubię Lucjusza - powiedziała Lilly gwałtownie.
- Szczerze mówiąc, ja też za nim nie przepadam - odparł Scorpious i oboje parsknęli śmiechem.
Jego mała córeczka poznała Lucjusza Malfoya? Harry'emu zrobiło się niedobrze. Przypomniała mu się Lillian i to, jak Lucjusz przypierał ją do ściany i jak jego obmierzły wzrok ślizgał się po jej ciele. Na samą myśl, że Lilly była w pobliżu tego człowieka ogarnęła go ślepa furia.
Ruszył do przodu.
Siedzieli na kamiennej ławce. Scorpious obejmował LilLy. Jej dłoń spoczywała na jego udzie. Całowali się, jakby się do siebie przykleili zaklęciem trwałego przylepca.
- Puść ją natychmiast!!! - wrzasnął Harry.
Lilly i Scorpius aż podskoczyli.
- Tata? Co ty tu robisz, tato?
- Ja się pytam co ty wyprawiasz z tym..., z Malfoyem?
- No cóż, tato, przykro mi, że się dowiadujesz w taki sposób, ale my chodzimy ze sobą.
- Ile to trwa? - wycedził Harry. Luna złapała go za ramię, jakby się bała, że się rzuci na tych dwoje.
- No, z rok - powiedziała Lilly, po chwili zastanowienia.
- Co???
- Zaczęliśmy się spotykać na kursie dla aurorów...
- Dobra, to wszystko nieważne - powiedział Harry i wycelował palec w Scorpiusa. - Bo się z nim więcej nie spotkasz.
- Wybacz tato - powiedziała chłodno Lilly. - Ale chyba nic nie możesz zrobić. Mam osiemnaście lat.
- Owszem, mogę. Wyślę tego podstępnego gnojka na placówkę do Rumunii.
- Proszę bardzo - odparł spokojnie Scorpius. - Ale to niczego nie zmieni. Kocham Lilly, a ona mnie i szef nic na to nie poradzi.
- Harry, oni mają rację - powiedziała Luna. - Nic nie możesz zrobić, więc przestań robić z siebie pajaca.
Lilly parsknęła śmiechem, ale spoważniała widząc minę Harry'ego. Harry milczał. Czuł się bardzo nieszczęśliwy. Oszukany i samotny. Już przedtem było mu źle, a teraz jeszcze ma oddać córkę Malfoyowi?
- Dlaczego akurat on, Lilly? - wyjąkał załamany.
- No, nie wiem, jakoś tak... - Lilly wzruszyła ramionami, a potem obrzuciła swojego chłopaka czułym spojrzeniem. Po chwili ponownie zerknęła na Harry'ego. - A dlaczego mama?
- Nie wiem - naprawdę nie wiedział.
- Chodźmy Harry - odezwała się Luna ciągnąc go za rękaw. - Przyda ci się kieliszek czegoś na uspokojenie.
Harry wracał do salonu jak lunatyk. Było tyle rzeczy, o które chciał zapytać Lilly. To wszystko musiało poczekać. Jedyną pociechą było towarzystwo Luny. W salonie nalała whisky dla niego i dla siebie i usiadła w fotelu na przeciwko. Milczeli, ale nie przeszkadzało mu to.
Kobieta przeszła po pokrytej kurzem podłodze. Jej nagie stopy i szata utkana z mgły nie zostawiały właściwie żadnych śladów. Tuż za nią niczym cień pełzł wąż. Podeszła do zniszczonej kozetki, z której wyłaziły sprężyny i słoma. Na kozetce spoczywał jakiś skulony kształt.
- Wstawaj - powiedziała zimnym, wysokim głosem.
Kształt drgnął.
Przerażony Lucjusz odrzucił płaszcz, którym był przykryty.
- Stałeś się nerwowy, stary przyjacielu - kobieta uśmiechnęła się, jej oczy płonęły równomiernym, zielonym blaskiem. - Czyżbyś się mnie bał? Masz powód by się mnie bać?
- Nie, skąd. Pani.
Kobieta pogładziła go po policzku dłonią, o palcach cienkich, jak palce kościotrupa. Lucjusz wzdrygnął się.
- Nie podoba ci się moja pieszczota? - spytała z uśmiechem, w którym nie było nic ludzkiego. - Czy ja budzę twoją odrazę Lucjuszu?
- Nie. Skąd pani. Jesteś piękna. Najpiękniejsza.
- Tanie komplementy, prawda kochany - zwróciła się do węża. Wąż syknął. - Lucjusz chyba mnie bierze za jedną ze swoich głupich dziewek.
- Pani. Ja nigdy. Ja..., zrobię dla ciebie wszystko. Wszystko!
Kobieta zamyśliła się.
- Zobaczymy Lucjuszu, zobaczymy. A teraz wyruszamy w drogę. Doprowadź się do porządku. W końcu wybieramy się w odwiedziny. Myślę nawet, że może już nas oczekują.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
|