Wyświetl pojedyńczy post
Stary 11-26-2009, 01:30   #29
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział szósty. Im dalej w las, tym ciemniej 5/6

- Jeśli Dumbledore cię po tym nie wyrzuci ze szkoły, Van Tassen - wycedził Snape, łapiąc oddech. - To chyba ja się zwolnię.
To byłoby za dużo szczęścia, pomyślała Lillian. A poza tym, w takim wypadku zakład przestałby się liczyć.
- Zaogniłaś konflikt z centaurami!
- No cóż, lepiej było dać się zabić. Dobro szkoły ponad wszystko.
O nie, takiego altruizmu i poświęcenia w domu jej nie uczono. Lucjusz zawsze rozsądnie powtarzał, że lepiej zabijać niż tracić życie. A najlepiej zapłacić. I po sprawie. Zwykle działało. Tylko trzeba nosić ze sobą pieniądze, albo chociaż cholerną książeczkę czekową. Tak, o tym Lucjusz też wspominał. Teraz żałowała, że nie słuchała go dość uważnie.
- Van Tassen, opanuj się i uważaj na to co i do kogo mówisz - powiedział cicho Snape, tym swoim głosem, w którym czaiła się bliżej nieokreślona groźba.
- Przepraszam, panie profesorze - burknęła Lillian dla świętego spokoju.
- Idziemy do Dumbledore'a.
- O, koniecznie - skwitowała bez entuzjazmu.
Snape ruszył przodem. Lillian powłócząc nogą, usiłowała podążać za nim. Po chwili dzieliło ich już jakieś piętnaście metrów. Snape odwrócił się. Lillian nie zamierzała więcej prosić go o pomoc. Z zacięta, hardą miną kulała dalej, jakby od tego marszu zależało jej życie. Zreflektował się sam. Zawrócił i ponownie objął ją w pasie.
- Za takie rzeczy powinien być dodatek do pensji.
Tobie żaden dodatek nie pomoże, żałosny sukinsynu, pomyślała.
- O co im chodziło? - spytała Lillian, opierając się na nim. - Skąd mnie znali?
- Nie wiem, Van Tassen. Nie ogarniam twoich wszystkich fanklubów.
Lillian nie odezwała się więcej. Rozmowa ewidentnie się nie kleiła. Wkrótce weszli w bramę Hogwartu. Przeszli przez cichy, pokryty śniegiem, pogrążony w półmroku dziedziniec i weszli do zamku. Musiało być już bardzo późno, bo ani w holu, ani na korytarzach nie było nikogo. Nawet duchów, ani Irytka. Usłyszeli za to zbliżającego się Filcha.
- Ki djobeł? - pokrzykiwał rozwścieczony Filch. - Bachory zatracone! O żeby je tak za odnóża powywieszać, albo obić porządnie nahajką, to by im się odechciało szwendania po nocy.
Po chwili wylazł zza zakrętu w wysłużonym szlafroku i szlafmycy na potarganych włosach, szurając przydeptanymi kapciami na chudych, bladych stopach. No, jak on tak przyodziany biega na schadzki z panną Pince, to długo ten romans nie potrwa, pomyślała Lillian przyglądając się woźnemu krytycznie.
- Co ty tu robisz w nocy, dziewucho? O, pan profesor, tego..., dobry wieczór panu - głos Filcha ociekał teraz lizusostwem. - Żem się zdenerwował. Nabłocone znowu. Naświnione. Naniesione śniegu. Cały trud na marne! Czy to ta dziewucha tak nabłociła? - spytał z nadzieją w głosie.
- Tak, ona. Wracaj do siebie Filch, prowadzę ją do Dumbledore'a.
- Może Dumbledore pozwoli ją wybatożyć porządnie? - Filch aż się zatrząsł z radosnego podniecenia na myśl o podobnej uciesze.
- Może pozwoli - odparł Snape powoli i rzucił Lillian nieprzyjemne spojrzenie. Chciałbyś, pomyślała Lillian, pewnie lubisz takie rzeczy.
Na pewno chętnie by jej przeciągnął nahajką po nagich plecach. Przygryzła wargi, żeby nie parsknąć śmiechem.
Filch tymczasem roztaczał przed Snape'm malowniczą wizję.
- Można by ją za nogi wywiesić na dziedzińcu, na śniegu i mrozie, żeby powisiała z dobę przynajmniej, dla przykładu, albo w dyby zakuć i wtedy obić, albo lepiej...
- Wystarczy Filch - przerwał cichym, ale zdecydowanym głosem Snape a Lillian pomyślała, że tak perwersyjna wizja pewnie jest nie do wytrzymania dla jego wyobraźni. Z coraz większym trudem powstrzymywała śmiech, coraz intensywniej wpatrując się w kamienną podłogę.
- Wracaj do siebie - powtórzył Snape a Filch rad nierad poczłapał z powrotem, oglądając się co rusz za siebie, jakby wciąż żywił nadzieję, że Snape go jeszcze zawoła i pozwoli przykładnie dziewuchę ukarać.
- A tobie co tak wesoło, Van Tassen? - warknął Snape, dostrzegając uśmieszek na jej twarzy. - Ruszaj się, co tak stoisz?
Snape zaczął wchodzić po schodach a Lillian próbowała wskakiwać na jednej nodze, trzymając się poręczy i wlokąc za sobą unieruchomioną stopę. Snape znowu zawrócił, wściekły do granic możliwości.
- Nie, to jest jakiś koszmar - powiedział do siebie przez zaciśnięte zęby i znowu wziął ją na ręce.
- Myśli pan, że dla mnie to jakaś przyjemność? - spytała Lillian płaczliwym głosem, a w duchu aż się dusiła z uciechy. Niech sobie teraz narzeka ile wlezie. Ale gdy wieczorem położy się do łóżka, przepraszam, do trumny, nie będzie mógł skupić myśli na niczym innym, poza zapachem jej perfum, dotykiem skóry, muśnięciem włosów i niepokojącą bliskością jej ciała. A jeśli trafnie zgadła, to i pręgierz, lub dyby powinny się w tych marzeniach pojawić.
- Jakby mnie zobaczyli teraz moi przyjaciele - mruknęła Lillian, przyjmując ponury i cierpiętniczy wyraz twarzy. - To chyba bym musiała zmienić szkołę.
- Zamknij się, Van Tassen, bo cię odstawię i będziesz sobie kuśtykać, skakać, albo się czołgać. Nie interesuje mnie to.
Pomimo gróźb, postawił ją dopiero przed drzwiami prowadzącymi do gabinetu Dumbledore'a.
- Dziękuję. Przepraszam - powiedziała patrząc mu w oczy. - W gruncie rzeczy nie musiał pan...
- Owszem. Szkoda tylko, że cię nie zostawiłem z tymi pomylonymi chabetami. Ogarki Koszmarki - powiedział gburowatym tonem w kierunku gargulca pilnującego drzwi.
Drzwi otwarły się. Lillian odruchowo złapała Snape'a za ramię. Snape odrzucił jej rękę, jakby strącał z siebie oślizgłego zaskrońca. Weszli. W gabinecie panował półmrok i gwar jak w tawernie. Gdy tylko się pojawili głosy umilkły, a rozgadane przed chwilą portrety pogrążyły się w niezbyt dobrze udawanej drzemce. Dumbledore siedział za swoim biurkiem nad parującą filiżanką herbaty i spodeczkiem sucharów wybornych z piekarni Ottona Polkowskiego.
- A, już jesteś, Severusie, czy udało ci się... - Dumbledore umilkł, zauważywszy Lillian.
- Nie jestem sam - wycedził Snape przez zęby. Wyglądał, jak człowiek udręczony do granic możliwości.
- Panna Van Tassen? - zdziwił się Dumbledore. - Co pani tu robi?
Snape obrzucił dziewczynę spojrzeniem, które mogło zmrozić krew w żyłach najdzielniejszego człowieka i przemówił:
- Tak się złożyło, że panna Van Tassen uznała, iż doskonałą wieczorną rozrywką będzie śledzenie mnie.
Lillian nie mogła temu zaprzeczyć. Może nie doskonałą, to gruba przesada, ale jednak rozrywką. Milczała więc, czekając na rozwój wypadków.
- Dlaczego śledziłaś profesora Snape'a? - spytał Dumbledore z łagodnym zainteresowaniem.
Na to pytanie z kolei nie potrafiła odpowiedzieć. Snape odpowiedział za nią.
- Lubi wtykać nos w nie swoje sprawy. Taka już jest.
Dumbledore zwrócił się do portretu groźnie wyglądającej czarownicy o grubych rysach, ogromnym nosie, pokaźnym wąsie i na domiar tego oszpeconej sporą brodawką tuż pod lewym okiem.
- Mildred, sprowadź proszę profesor McGonagall i panią Pomfrey.
Czarownica kiwnęła głową, obrzuciła Snape'a i Lillian zjadliwym spojrzeniem i znikła za ramami portretu.
- Severusie - powiedział Dumbledore z lekkim wyrzutem. - Powinieneś najpierw zaprowadzić pannę Van Tassen do skrzydła szpitalnego. Z tego co widzę, to chyba złamała nogę. Usiądź dziecko - zwrócił się do Lillian. - Ty też Severusie. Poczekamy na Minerwę. Powinna przy tym być.
Lillian usiadła w fotelu z prawdziwą ulgą. Natomiast Snape, nadal wściekły, zaczął krążyć po pokoju. Lillian śledziła go niepewnym wzrokiem. No przecież jej nie wyleją. Nie mogą. Ona, Lillian Van Tassen, po prostu się na to nie zgadza. Zaczęła się zastanawiać, czy Dumbledore przyjąłby łapówkę w zamian za przymknięcie oka na jej wybryki? Co by powiedział na przykład, gdyby zaproponowała, że ufunduje nowe trybuny na stadionie do Quiditcha. Albo odnowi wieżę astronomiczną. Albo pięknie wyremontuje i wyposaży pracownię eliksirów. Wyobraziła sobie minę Snape'a, gdyby Dumbledore mu oświadczył, że ma w planach mały remoncik jego ukochanej samotni. Zaczęła snuć wielce przyjemną dla siebie wizję, przedstawiającą jej architektów i wykonawców, którzy przychodzą pobrać pomiary lochu i dokonać wstępnych oględzin. Wyobraziła sobie, jak Bubba Rapaport, w swoim krzykliwie pomarańczowym berecie, przechadza się po pracowni, podpierając bok swoją molibdenową dłonią i wymachując drugą w ogromnie afektowany sposób. Trajkocze jak najęty, wymądrza się, popiskuje i złości, tupiąc nóżką obutą w fioletowy trzewik. I raz po raz łapie Snape'a za ramię wołając: "Kochanie, jak skończymy, nie poznasz tej zatęchłej nory". Potem Bubba całuje rączki Lillian i pyta "Jakieś ograniczenia skarbeńku złocisty?". "Ależ skąd, Bubba, - odpowiedziałaby Lillian, gdyż uwielbia Bubbę i jego niepowtarzalny styl i to jak doprowadza wszystkich wokół do szału. - Masz wolną rękę i nieograniczony budżet". "Cudeńko - wykrzykuje Bubba swoim pretensjonalnym głosikiem. - Na ściany rzuci się rozświetlające pastele, widzę tu rzymski poranek albo niebiańską magnolię. U góry zamontujemy ruchome gzymsy ze sztukaterii z motywami roślinnymi i zwierzęcymi. A tu wybijemy imitację trzech okien i myślę, że rzucimy za nie jakiś słodziuni widoczek, kózki i baranki na łączce, albo rozkoszną polanę skąpaną w kwieciu, lub zaszalejemy w naprawdę wielkim stylu, a co tam, i jakiś morski pejzażyk się przysposobi. Coś z palmą i z syreną koniecznie. Mogłaby wskakiwać i wyskakiwać z morskiej piany i mrugać zalotnie. Świetne mamy teraz modele w najnowszym katalogu! Powiem ci kochanie, że wyposażone są te wodne figlarki naprawdę nieskąpo! - potem Bubba obraca się na pięcie i patrzy na słoiki stojące na półkach, marszczy swój nowy nosek i mówi. - A te wszystkie paskudztwa w słoikach to się powyrzuca".
Lillian nie zdążyła wyobrazić sobie reakcji i odpowiedzi Snape'a, gdyż do gabinetu weszła profesor McGonagall z panią Pomfrey. McGonagall była tym razem w fioletowym szlafroku, natomiast pani Pomfrey w żółtym i w chustce na głowie, pod którą odkształcały się dziwacznie liczne wałki.
- Poppy, naprawisz nogę pannie Van Tassen? - spytał Dumbledore.
- Oczywiście panie dyrektorze.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem