Wyświetl pojedyńczy post
Stary 11-26-2009, 01:33   #30
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział szósty. Im dalej w las, tym ciemniej 6/6

Panna Pomfrey pochyliła się nad Lillian i ostrożnie zdjęła jej wysoki but i czarną pończochę. Snape odwrócił wzrok. Wyglądał, jakby go to co się wyprawia w gabinecie dyrektora osobiście obrażało, jakby miał ochotę wyjść, trzaskając drzwiami, albo jeszcze lepiej wszystkich pozabijać.
- Kość jest tylko pęknięta - oznajmiła panna Pomfrey. - Szybko się z tym uporam.
Wyjęła różdżkę i dotknęła nią kostki Lillian.
- Ossumreparo!
Lillian poczuła łaskotanie, potem mrowienie a następnie miała wrażenie, jakby jakiś ruchliwy gryzoń przemieszczał się w środku jej nogi. Nagle przeszyło ją ostre ukłucie, ale po chwili wszystko się uspokoiło. Kostka pulsowała jeszcze lekkim, jednostajnym bólem.
- Wypij to - powiedziała panna Pomfrey wyjmując z kieszeni szlafroka niewielką butelkę Szkiele-Wzro.
Lillian pamiętała, jak Snape sporządzał Szkiele-Wzro. I jak wykreślał z instrukcji sok porzeczkowy. Niepewnie wzięła butelkę i szybko wypiła duży łyk. Smakowało gorzej niż mogła przypuszczać.
- Jeszcze jeden - pouczyła surowo panna Pomfrey. - To konieczne.
Lillian wypiła jeszcze jeden łyk. Oj, to nie było tak, jak z porto Lucjusza. Drugi łyk porto smakował trochę lepiej. Drugi łyk Szkiele-Wzro był jeszcze ohydniejszy niż pierwszy. Skrzywiła się i wzdrygnęła. Pomyślała, że jeśli ta szalona pielęgniara każe jej wypić jeszcze jeden łyk tego świństwa, to zwróci go, wraz z dwoma poprzednimi oraz kolacją, na piękny, stary dywan dyrektora. Kątem oka widziała, że Snape uśmiecha się złośliwie. Jego życie rzeczywiście musi być puste i jałowe, skoro cieszą go takie rzeczy. Pewnie jego świat składa się właśnie z takich, drobnych przyjemności, jak postawienie komuś "o", lub jeszcze lepiej "trolla", poniżenie pryszczatego ucznia, albo sporządzenie niesmacznego lekarstwa.
Lillian oddała pani Pomfrey butelkę i pielęgniarka opuściła gabinet.
Następnie dziewczyna wysłuchała nawet niezbyt przekłamanej wersji wydarzeń, którą zaprezentował Snape. Milczała, aż doszedł do momentu, w którym zaatakowali ich centaurzy.
- ...zachowała się głupio, bezmyślnie i nieodpowiedzialnie - wyliczał Snape z wyraźną satysfakcją. - zaatakowała ich...
- Chcieli nas stratować!
- Milcz, Van Tassen, kiedy ja mówię i nie pogarszaj swojej sytuacji!
- Ale tak właśnie było - upierała się, wbijając palce w oparcia fotela. - Tylko jeden stanął po naszej stronie, miał na imię Firenzo, czy jakoś tak. A ten ich przywódca, ten cały Rollando, dostał szału i reszta poszła za jego przykładem...
- Można było załatwić to inaczej a nie popisywać się zaklęciami...
- Nie popisywałam się! A pana ugodowe metody, panie profesorze, podszyte źle maskowaną pogardą, tylko ich jeszcze bardziej wkurzyły.
- Van Tassen, zamilcz. Masz poważne kłopoty.
- Severusie - odezwała się McGonagall surowym tonem. - Ona ma prawo się bronić, jeśli nie zgadza się z twoją wersją. Porozmawiam jutro z Firenzo i dowiem się wszystkiego.
- Rozmawiaj, proszę bardzo - odparł drwiąco Snape, ale spuścił trochę z tonu.
Lillian po raz kolejny poczuła wdzięczność dla McGonagall i zrobiło jej się trochę wstyd, że nauczycielka znowu musi stawać w jej obronie.
- Dyrektorze - odezwał się Snape cichym głosem. - Proszę ją wyrzucić. Może jej pan przecież dać list polecający do Durmstrangu...
- Nie zgadzam się! - rozzłościła się McGonagall.
- Minerwo - odrzekł wyniośle Snape. - Myślę, że na tym etapie zdarzeń, decyzja już nie należy do ciebie.
- Ani do ciebie!
- Przestańcie - odezwał się spokojnie Dumbledore i przeniósł wzrok na Lillian, która w napięciu przesuwała wzrok od jednego nauczyciela do drugiego. - Co masz nam do powiedzenia, moja droga?
Błękitne, pozornie łagodne i dobrotliwe oczy Dumbledore'a, wpatrywały się w nią intensywnie.
- Zrobiłam to, co uważałam za słuszne - powiedziała odrobinę zbyt arogancko, więc po sekundzie złagodziła i ściszyła głos. - Groziło nam niebezpieczeństwo.
- A jak wytłumaczysz swoją nocną eskapadę?
Z tym będzie trudniej.
- Wyszłam wysłać list... - na moment zawahała się, teraz pozostawały jej dwa wyjścia: wymyślić jakieś zgrabne kłamstewko, albo lawirować pomiędzy półprawdami. Wybrała to drugie, jako bezpieczniejsze. Lucjusz zawsze powtarzał, żeby jeśli tylko się da, nie kłamała, bo mnożąc i piętrząc kłamstwa łatwo się pogubić. I wtedy można pogrążyć się na dobre. Rady Lucjusza były na wagę złota. Chwilę zastanawiała się nad sformułowaniem odpowiedzi, a potem odezwała się pewnym głosem. - Gdy wracałam z sowiej wieży, zobaczyłam jak profesor Snape skrada się, to znaczy idzie, w kierunku lasu. Przyznaję, jestem wścibska i ciekawska, dlatego za nim poszłam. Zastanawiałam się, co ma do roboty w lesie o takiej porze. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Postąpiłam źle, dziecinnie i nieodpowiedzialnie.
- I wyrażasz skruchę i chęć poprawy - uprzejmie zasugerował Dumbledore.
- Tak, właśnie tak - powiedziała gorliwie.
- Zostaniesz w szkole - powiedział Dumbledore, po chwili zastanowienia. - Ale masz się od tej pory dobrze sprawować. Nie bić innych uczniów, nie włóczyć się po lesie, nie pyskować do nauczycieli i przyłożyć się do nauki. Bo na razie poza obroną przed czarną magią, eliksirami i zaklęciami nie robisz wielkich postępów.
- Przyłóż się do transmutacji - wtrąciła swoje McGonagall gderliwie, ale z widoczną ulgą. - Zgniłe jedzenie, z którego miałaś zrobić kolację dla czterech osób, nie nadawało się nawet do tego, żeby nakarmić nim Włosienice.
- I musisz jeszcze przeprosić profesora Snape'a - nakazał Dumbledore.
- Oczywiście - Lillian wstała, zauważając z ulgą, że noga prawie już nie boli. Podeszła do Snape'a, który stał w kącie, w cieniu, jak jakiś potępieniec, włosy zasłaniały mu pół twarzy. Trudno więc było dostrzec, jaki ta twarz ma wyraz. Mogła jednak założyć się o swój cały depozyt w banku Gringotta, że nie był to wyraz pełen sympatii. - Bardzo przepraszam, że pana śledziłam. I dziękuję, że mi pan pomógł. Bardzo miło się pan zachował.
Snape nie odezwał się, ale odniosła wrażenie, że jego ukryta w cieniu twarz, pociemniała jeszcze bardziej z gniewu. W przeprosinach i tonie, którym je wypowiadała, nie było ani cienia pokory, czy odrobiny poczucia winy. Ani krztyny dobrej woli. To jeszcze jakoś by zniósł. Nic jednak nie mogło dotknąć go bardziej niż to, że ośmieliła się nazwać jego zachowanie miłym.
- Jestem pewien, że profesor Snape docenia twój gest - odezwał się Dumbledore pospiesznie. - A teraz najwyższa pora się rozejść, jest już bardzo późno. Co prawda jutro jest niedziela, ale myślę, że wszyscy powinniśmy udać się na spoczynek. Przynajmniej ja.
Dumbledore ziewnął znacząco i przymknął oczy. Lillian była trochę zaskoczona, że tak gładko poszło i po raz drugi udało jej się uniknąć najsurowszej kary. I nawet nie musiała proponować sakiewki galeonów. Było to co najmniej zastanawiające. Nie było jednak sensu pytać w tym momencie o cokolwiek, wiedziała, że dziś już niczego się już nie dowie.
Wyszła z gabinetu z profesor McGonagall i Snape'em. Za drzwiami Snape od razu skierował się ku schodom prowadzącym do lochu, nie obdarzywszy McGonagall i Lillian ani jednym spojrzeniem, czy chociażby niegrzecznie rzuconym "dobranoc".
Lillian oczekiwała kolejnej reprymendy, ale McGonagall nakazała jej jedynie iść prosto do łóżka. Odprowadziła ją aż pod obraz Grubej Damy i czekała aż Lillian wejdzie do środka, aby mieć pewność, że ta nie pójdzie gdzie indziej.
Gdy Lillian weszła do dormitorium, Rozalinda odezwała się zaspanym głosem.
- Gdzieś ty była?
- Na spacerze - odparła Lillian wymijająco. Padła na łóżko w ubraniu. Dopiero teraz poczuła, jaka jest zmęczona.
Zamknęła oczy i w jej głowie pojawił się obraz polany pokrytej śniegiem.
Tom Riddle całował swoją dziewczynę. Przez to wszystko co wydarzyło się, po tym, jak spadła z drzewa, zupełnie zapomniała o tym śnie. Ale czy to był sen? To była ta sama polana, na której deportował się Snape. Więc może było to odbicie dawnych wydarzeń. Nawet połowa tajemnic, jakie krył Zakazany Las, nie została nigdy zbadana. Opowieści o dawnych czasach, legendy i mity, krążyły po nim, wiecznie modyfikowane przez zmieniające się postaci, które opowiadały. Były jak wieść gminna, ciągle zmienna, pełna urojeń, żywa. Jak mugolski głuchy telefon. Myśli Lillian stawały się coraz bardziej chaotyczne. W próby dotarcia do prawdy wkradł się totalny brak logiki. Zaśnieżona polana z wirującymi płatkami śniegu zmieniła się w zakurzoną drogę pośród wrzosowisk. Była wczesna jesień. Dwoje wędrowców szło ubitym traktem. Poruszali się w lekkim oddaleniu od siebie. Jak ludzie, którzy się nie znają, a którzy przypadkiem znaleźli się na tej samej drodze i szli w tym samym kierunku. Ostre popołudniowe słońce schowało się za czarnymi chmurami, które napłynęły nagle, znikąd. Wokół pociemniało. Cień przesuwał się dalej i dalej, pochłaniając szarą drogę, pożółkłą trawę, kamienne murki przecinające wrzosowiska, drzewa i majaczący w oddali las. Aż wszystko skryło się w półmroku. Z północy dmuchnął w twarze wędrowców lodowaty, mroźny wiatr.
- Abigail - powiedział wąż, płynąc przez szumiące, poruszane wiatrem wrzosowisko, jak przez niespokojne morze.
Kobieta odwróciła się. Czarne, lśniące sploty poruszały się wokół jej głowy, jakby tętniło w nich osobne, intensywne życie. Lucjusz przystanął. Oparł się na swojej czarnej lasce uwieńczonej ozdobną gałką ze srebrnym wężem. Znieruchomiał. Abigail. Wpatrywał się w kościstą, trupią i pustą twarz swojej towarzyszki. Błysnęło. Po chwili gdzieś w oddali rozległ się grzmot.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem