|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział dziesiąty. Dwór Malfoya 4/5
Nagle Lillian poczuła, że powóz zwolnił. Dojeżdżali do bramy dworu. Horgony zatrzymały się gwałtownie.
- Za wcześnie – wyszeptała Lillian. - Nie przejechaliśmy przez bramę.
- Przypuszczam, że to kontrola.
Drzwi powozu otwarły się nagle, bez ostrzeżenia. Lillian podniosła się, ale Snape zerwał się ze swojego miejsca i posadził ją z powrotem.
- Siedź tu.
Zszedł po schodkach. Lillian wyjrzała za nim. Wokół było zupełnie ciemno. Gdzieś w lesie odezwało się wołanie jakiegoś nocnego ptaka. Horgony poruszyły się niespokojnie. Jeden z nich obrócił wstrętny łeb w kierunku Snape'a.
- Spokój gadzino, spokój – wysyczał Snape. - Sprawdzam teren. Nie zamierzam uciec.
Stwory uspokoiły się odrobinę, ale wciąż grzebały pazurami w zamarzniętej ziemi. Z ich rozgrzanych boków i rozwartych pysków buchała para.
Snape wpatrywał się w ciemność z wyciągniętą przed siebie różdżką. Lillian postawiła stopę na górnym stopniu.
- Stój, Van Tassen! - warknął Snape.
W ciemności zamajaczył jakiś kształt a za nim następne.
- Kto idzie? - zawołał Snape.
- A kto pyta, człowieku? – spytał chrapliwy głos. Lillian poznała ten głos. Przeszedł ją dreszcz obrzydzania.
Nie namyślając się wyskoczyła z powozu. Wyszła przed Snape'a z wyciągniętą przed siebie różdżką.
- Fenrir Greyback – powiedziała głośno, z pogardą. - Nadworny piesek Lucjusza Malfoya.
- Panna Van Tassen! – w głosie wilkołaka dało się słyszeć zdenerwowanie. - Nie wiedziałem.
- Podejdź tu Greyback, tak żebym mogła widzieć twoją paskudną mordę.
Wilkołak podszedł bliżej, za nim skradało się kilku innych.
- Znasz go, Van Tassen? - spytał Snape.
- O tak, znamy się, co Fenrir? Próbował mnie kiedyś ukąsić.
- Nie tykam własności Lucjusza Malfoya – odparł Greyback i pochylił się w jakiejś pokracznej parodii ukłonu.
- Nie jestem jego własnością – Lillian zacisnęła mocniej dłoń na różdżce.
- Gdybyś nie była jego własnością, pani, już byłabyś jedną z nas – Fenrir ukazał długie, pożółkłe, ostre zęby w krzywym uśmieszku. - Nie powiem, cieszyła by mnie taka ewentualność.
- A wiesz parszywy psie, że naruszyłeś granicę? Kilometr. Na tyle wolno ci się do mnie zbliżać, więc zmiataj, albo zasłużysz na gniew Lucjusza.
Wilkołak niespodziewanie wybuchnął szczekliwym, zwierzęcym śmiechem a jego koledzy zawtórowali mu.
- Dawno cię tu nie było, panno Van Tassen, zasady się zmieniły. Owszem, nie wolno mi skosztować twoich wdzięków – powiedział podchodząc do niej i zbliżając łapę do jej szyi, ale nie dotykając jej, prześlizgnął się za to lubieżnym wzrokiem po jej twarzy, szyi i piersiach. - Ale mam cię mieć na oku, jakby coś głupiego przyszło ci do głowy. Coś mi się wydaje, że już nie jesteś ulubioną zabaweczką Malfoya. Jeszcze trochę a rzuci nam ciebie dla rozrywki laleczko, jak nikomu niepotrzebne ścierwo.
Snape złapał Lillian za płaszcz z tyłu i pchnął w kierunku powozu.
- Wsiadaj, Van Tassen i siedź tam!
- No, no, no Snape – zarechotał Greyback. - Wielki mi nauczyciel ze śmierdzącego Hogwartu, pełnego szlam i lizusów Dumbledore'a. Jesteś jednym z nich, Snape? Już zapomniałeś, komu jesteś winien lojalność.
- Brama, Grayback – warknął Snape. - Otwieraj bramę psie, albo pożałujesz. Lucjusz Malfoy nas oczekuje i jeśli nie chcesz poczuć na sobie po raz kolejny cruciatusa, to ruszaj się prędko.
Wilkołak spojrzał na niego spode łba, po czym skinął na swoich pomocników. Jeden z nich, paskudny i jeszcze mniej przypominający człowieka niż Greyback, pognał w kierunku bramy, podpierając się długimi, sięgającymi za kolana rękami. Otworzył bogato kutą bramę. Snape bez słowa wsiadł do powozu. Horgony ruszyły od razu. Zatrzymały się chwilę później przed głównym wejściem do pałacu.
- Wysiadaj, Van Tassen – rozkazał Snape.
- To ostatni moment – powiedziała cicho. - Jeszcze może mi pan pomóc.
- Nie, nie mogę. Nawet jak bym chciał, a nie chcę. Podopiecznego i opiekuna wiąże kontrakt, którego nikt nie może złamać.
- Można go złamać w wyjątkowych okolicznościach – powiedziała cicho Lillian. - Sprawdziłam to.
- Wiem o jakiś okolicznościach mówisz. W twoim wypadku, nic ci nie pomoże – uśmiechnął się krzywo. - A teraz wysiadaj.
Jednak ona siedziała dalej. Wiedziała, że mają tylko chwilę. Lucjusz już wie, że powóz dotarł do celu. Zaraz tu kogoś wyśle. Wpatrywała się w pogrążoną w półmroku twarz Snape'a. Jej dłoń znowu powędrowała do kieszeni płaszcza, gdzie trzymała różdżkę
- Muszę panu coś powiedzieć.
- Wysiadaj, Van Tassen!
- Ja bardzo pana przepraszam, ale...
- Nie zmuszaj mnie do użycia czarów. Widzę, że chcesz sięgnąć po różdżkę. Lepiej nie rób tego, Van Tassen.
Wstał, złapał ją mocno za ramię, otworzył drzwi po czym wypchnął ją bez ceregieli z powozu. Lillian upadła na śnieg.
- Pożałujesz tego – wycedziła podnosząc się wolno ze śniegu i otrzepując płaszcz. - Malfoy nie będzie zachwycony tym, jak mnie potraktowałeś.
- Widzę, że pomimo tego całego, rzewnego gadania, chętnie używasz Malfoya, kiedy jest ci potrzebny – powiedział Snape z pogardą. - Mieć wpływowego opiekuna nie jest tak źle, nawet jeśli trzeba za to płacić pewną cenę, prawda?
Podeszła do niego i strzeliła go z całej siły w twarz.
- Nie jesteśmy w szkole – powiedziała cedząc słowa podobnie jak on. - Więc nie odejmiesz mi punktów.
Snape uśmiechnął się krzywo, odgarniając włosy z twarzy.
Zaczął padać śnieg. Płatki leciały z nieba spadając na ich włosy, roztapiając się na twarzach. Stali naprzeciwko siebie, ściskając różdżki w dłoniach. Lillian oddychała ciężko, wpatrując się w niego z nienawiścią. Na jego twarzy malowała się bezgraniczna pogarda. Pozbyła się ostatnich złudzeń. Wreszcie się odkrył. Wreszcie wiedziała, co o niej myśli. Uważał ją za dziwkę Malfoya. Nikogo więcej. Schowała różdżkę do kieszeni i odwróciła się w kierunku rozświetlonych okien dworu. Drzwi otwarły się i na ganku, podpartym czterema, wysokimi kolumnami, ukazał się Lucjusz Malfoy. Był ubrany na czarno, a jego jasne włosy połyskiwały w świetle świec, umocowanych w kandelabrach przy drzwiach.
- Proszę, proszę, jest moja ukochana podopieczna – powiedział Malfoy. - I mój drogi przyjaciel. Dlaczego tu stoicie? Czyżby jakieś ważne, nie cierpiące zwłoki szkolne sprawy?
- Dokładnie tak – odparła Lillian i ruszyła ku Lucjuszowi po schodach, nie oglądając się na Snape'a. Obok niej przebiegł Zgredek, by zabrać z powozu kufry. Lillian podeszła do Lucjusza. Słyszała, że Snape idzie za nią.
- Cześć – powiedziała.
- Cześć, kochanie – odparł Lucjusz. Dokładnie tak jak wtedy.
Położyła mu dłonie w czarnych, skórzanych rękawiczkach na ramionach. Chciał ją pocałować w policzek, ale ona pocałowała go w usta. Długo i namiętnie, oplatając go powoli ramionami i przymykając oczy. Zawahał się, ale też ją objął ciasno, odwzajemniając pocałunek i nie przejmując się, że patrzy na to jej nauczyciel. Lillian pomyślała nawet, że pewnie doskonale się bawi.
Od strony drzwi padł na nich cień. Lillian powoli odsunęła się od Lucjusza, niespiesznie zsuwając dłonie z jego ramion.
- Dobry wieczór, Narcyzo.
- Dobry wieczór, Lillian – odparła chłodno Narcyza. - Cieszę się, że cię widzę.
Lillian podeszła do Narcyzy. Narcyza swoimi umalowanymi na szkarłat ustami cmoknęła dwa razy powietrze z prawej i lewej strony twarzy Lillian.
- Severus – powiedziała o wiele cieplej Narcyza, odsuwając Lillian na bok. - Jakże miło cię widzieć. Wejdź proszę, mam nadzieję, że zostaniesz na kolacji.
Gdy wchodzili do środka, Lillian pomyślała, że ciężko byłoby jej wymyślić gorszy zestaw osób siedzących przy jednym stole.
Gdy usiedli do kolacji, od razu okazało się, że miała rację. Narcyza wygłaszała nudne i konwencjonalne uwagi na temat tego, jak bardzo jej mąż jest ceniony w ministerstwie, mówiła także o wzroście kosztów utrzymania hodowli Horgonów, wiecznych kłopotów ze skrzatami i o tym jak niesamowicie mądry jest jej synek Draco. Już potrafi rozkazywać tym przebrzydłym skrzatom. Malfoy opowiadał o jakimś wspólnym koledze ze Slytherinu, który rozkręcił doskonały interes handlując z olbrzymami i co jakiś czas rzucał Lillian znaczący uśmieszek. Snape prawie się nie odzywał.
- Co w szkole, Lillian? - spytała Narcyza, ale jej mina wskazywała, że odpowiedź guzik ją obchodzi.
- Doskonale. Coraz częściej siadam tam, gdzie nie ma krzesła – odparła.
Lucjusz parsknął śmiechem.
- Masz już chłopaka? - spytał.
- Niejednego – odburknęła, rzucając mu mordercze spojrzenie. - Całe pęczki. A jeden większy od drugiego.
- Jak ty się odzywasz Lillian! – skarciła ją Narcyza i zwróciła się do Snape'a. - Wybacz Severusie, ale ta szkoła to kompletne nieporozumienie. Ona jest z roku na rok coraz bardziej pyskata i niewychowana.
- Tak się dzieje ciociu, jak się dorasta – odparła Lillian, uśmiechając się krzywo. - Człowiek staje się pyskaty i nieznośny. Hormony szaleją, ciało się zmienia i tak dalej. Ale dobre lanie zwykle pomaga.
Narcyza uderzyła pięścią w stół, aż podskoczyły sztućce.
- Milcz. Bo pójdziesz spać bez kolacji.
- Ciociu, mamy gościa – powiedziała spokojnie Lillian, z uśmieszkiem przyklejonym do twarzy. - Chyba nie chciałabyś, aby profesor Snape odniósł mylne wrażenie, że jest mi u was źle. Przecież tu jest mój dom. Kochany domeczek, do którego wracam, jak do bezpiecznej przystani.
Lucjusz znowu parsknął śmiechem i napił się wina, nie spuszczając wzroku ze swojej podopiecznej.
- Lucjuszu, każ jej się uspokoić! - pisnęła Narcyza.
Lillian wiedziała, że Narcyza jest o krok od ataku histerii.
- Lillian, denerwujesz ciotkę, zachowuj się grzecznie – powiedział Malfoy tonem, który nikomu nie mógł się wydać surowy. Jego jasne, zimne czy błyszczały. Lillian czuła, że on już nie może się doczekać końca tej kolacji.
- Oczywiście wujku. Przepraszam ciociu. Pana też przepraszam, panie profesorze.
Snape spojrzał na nią poprzez stół. Chwilę mierzyli się wzrokiem. Nauczyciel pierwszy spuścił oczy, i zaczął wpatrywać się w kieliszek wina, który obracał w długich, chudych palcach.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
|