No to wracamy do tej akcji w ministerstwie. Trzeba to rozkręcić. Opiszę jedynie mój udział. Potem wszystkie się polaczy w jedną sensowną całość. Bo z tego co pamiętam każdy miał dla siebie jakiś mały planik. To do dzieła!!
Dominic stał już w budce telefonicznej. W prawej ręce trzymał kurczliwie różdżkę, a w drugiej miedzy palcami fiolki w różnych kolorach. Poziom adrenaliny rósł z minuty na minutę. Już nie myślał o niczym, słyszał w głowie jedynie echo łomotania własnego serca.
Czarodziejska winda zjechała na dół, otworzył drzwi i z uśmiechem na twarzy pewnym krokiem wyszedł na holl. Nie widział już swoich przyjaciół, pewnie oddalili się od wejść w razie gdyby zostały tymczasowo zamknięte. Część ludzi na jego widok zaczęła uciekać. Nie czekając ani chwili dłużej podbiegł na środek holu i rzucił czerwono- złotą fiolkę na posągi. Ta rozbijając się oblała posąg czarodzieja tłustą mazią. Dominic skierował rózdzką na posąg, wykonał obrót tak zamaszyście ze z różdżki poleciały iskry zapalając pomnik.
To Dumbledora mamy z głowy – pomyślał. Ognie same się rozprzestrzeniły na cały posąg. Zanim to ugaszą, a wcześniej wpadną na pomysł jak to ugasić reszta powinna już wrócić do kwatery.
-Morsmorde!! – wykrzyknął z ręką skierowaną wysoko w górę. Pod sufitem ukazała się czaszka z wężem w szczekach. Na korytarzu słychać było krzyki. Ludzie uciekali od miejsca gdzie stał Dominic. To czas na kolejna sztuczkę. Rzucił pod swoje nogi czarną fiolkę. W chwili rozbicia w koło niego pojawił się czarny dym rozprzestrzeniając się szybko po pomieszczeniu.
Pojawili się trzej aurorzy. Stark nie czekając ani chwili trafił jednego w locie klątwą, nim ten zdążył wylądować był już cały zalany krwią. Śmierciożerca Poruszał się pomiędzy falującym czarnym dymem co utrudniało Aurorom wycelowanie w przeciwnika.
-Avada kedavra!! – Samobójca posłał zielone światło w stronę Kingsleya, ale ten uchylił się w ostatniej chwili.
-Stark! Jesteś głupi przychodząc tutaj samotnie. Samobójco…
-Zamilcz! – syknął blokując atak Konsgleya.
Drugi Auror, wyglądał na zagubionego w czarnym dymie. Wykorzystując jego nieuwagę, Stark zaszedł go od tyłu i wycelował różdżką w plecy.
-Sectumsempra!! – zaklęcie było tak potężne że słychać było dźwięk rozrywającej się skóry.
-Kingsley wołaj resztę zakonu, no nie wierzę ze sam się będziesz ze mną szarpać.
-Nie pochlebiaj sobie. Gdyby nie te twoje sztuczki już dawno siedziałbyś w Azkabanie.
-A co jak nie jestem sam? – Dominic zaśmiał się szyderczo. Aurorowi zbrzydła nieco mina.
Za Starkiem pojawił się członek zakonu.
Nim się zorientował drasnął go promień jakiegoś zaklęcia. Po jego twarzy ciekła krew. Nie oglądając się za siebie rzucił ostatnią fiolkę jaka mu została w kierunku z którego ugodziło go zaklęcie.
Po chwili słychać było krzyk Aurora.
-Co to jest??!! – Przeciwnik upadł na ziemie turlając się na boki, rękami zakrywając twarz.
-Opary kwasu mój przyjacielu. A co piecze? – zaśmiał się głośno jak opętany , uciekając po całej Sali przed zaklęciami.
W momencie gdy Stark znalazł się przy posągach, nie wiadomo skąd pojawił się stary Weasley.
Dominic momentalnie otrząsnął się z transu, w jakim to się znajdował siejąc destrukcje. To przecież ojciec jego przyjaciółki. Ten moment zawahania zaważył nad jego losem. Weasley nie czekając ani chwili dłużej wystrzelił z różdżki batem, który boleśnie zacisnął się na ręce Starka. Śmierciożerca próbował się uwolnić jednak nie dał rady. W akcie desperacji posłał ostatnie zaklęcie w stronę Kingsleya. Zielone światło ugodziło go prosto w twarz, wysoki mężczyzna upadł bezwładnie na posadzkę. Poparzony Auror pozbawił zabójcę różdżki, i również magicznym batem, unieruchomił drugą rękę Dominic’a.
Morderca upadł na kolana oddychając głośno, w jego oczach dalej tliły się iskry nienawiści.
- co ty chciałeś osiągnąć? – zapytał zdziwiony Wesley, zaciskając silniej bat na ręce Starka.
Jego ocalały kompan zrobił to samo.
- Rozejrzyj się. Czujesz strach? Widzisz tu jakiś ludzi? Na taką reputację trzeba trochę popracować. Dziś tylko jeden trup, och jaka szkoda….
-Zamilcz!! – Zza opadającego dymu wyłoniła się postać kobiety.
-Thonks kochanie… - wymamrotał Dominic.
Na te słowa kobieta sparaliżowała schwytanego.
-Na przesłuchanie z nim.
Mężczyźni ciągnęli bezwładne ciało w kierunku windy prowadzącej do podziemi holu.
Ludzie zaczęli wychodzić z ukryć i przyglądali się śmierciożercy. Do trójki aurorów dołączyło już 6 innych.
-Lupin, weź kogoś i posprzątajcie to piekło. I ugaście te ognie, rozprzestrzeniają się jak szalone. – Wszyscy popatrzyli w stronę palących się posągów.
__________________
I'll become what I despise
Living someone else's life...
|