- Co działo się w waszym dormitorium? - Snape powtórzył pytanie, tym razem jednak dobitniej. Wciąż nie otrzymał odpowiedzi - Hm... W takim razie będę zmusozny użyć innych środków...
Trzymał w dłoni swoja różdżkę, a druga ręką gładził ją delikatnie jak najdroższy skarb.
- Nic się nie działo.
- Mała kłótnia - rzucił Blaise, wstał i poprawił swoją szatę - Czy możemy już iść?
- Iść? - zapytał Snape, jakby pierwszy raz w życiu słyszał to słowo - Nigdzie nie pójdziecie. Chyba że do domu, kiedy wyrzucą was ze szkoły.
Angelina wstała, pdoeszła do profesora i położyła mu rękę na ramieniu, mówiąc:
- Ależ proszę pana... wyrzuciłby pan ze szkoły nas... swoich ukochanych Ślizgonów?
Z drugiej strony to samo zrobila Christina. Dziewczyny pochyliły się w jego kierunku i uśmiechały przymilnie. Trwało to chwilkę, aż w końcu Blaise kaszlnął. Flint udawał, że nei widzi, co się dzieje.
- Panno, Sharp, dość - stwierdził Snape stanowczo i jednym machnięciem różdżki sprawił, ze Nacia stanęła na baczność. Po chwili potrząsnęła głową i powrócila do normalnego stanu. Spiorunowała Angelinę spojrzeniem.
- Czy moglibyśmy już iść? - zapytał Zabini, stapając z nogi na nogę ze zniecierpliwienia. Reszta Slizgonów potrząsnęła głowami, a okrzyki aprobaty dało się słyszen anwet zza parawanu, za którym pani Pomfrey męczyła swoich pacjentów.
Severus Snape westchnął:
- Idźcie. Naprawdę mam ciekawsze rzeczy do robienia o pierwszej w nocy w sobotki... a właściwie niedzielny wieczór...
Uśmiechnął się ledwo zauważalnie, wykonał zamaszysty ruch swoja czarną szatą i wyszedł. Na sali rozległy się śmiachy. Zaiste, ciekawe, jakie zajecia mógł miec tłustowłosy, aczkolwiek kochany profesorek o tej porze... Ugh... Chyba woleli tego nie wiedzieć.
Angelina rzuciła wszystkim obecnym rozżalone spojrzenie i poszła do Kaylin. NAcia i Zabini chcieli ruszyć za nią, ale jej siostra powstrzymała samym spojrzeniem.
- Nie teraz - szepnęła.
Kiedy wychodzili ze Skrzydła Szpitalnego, slyszeli jeszcze chichoyt Kaylin.
- A wiecie, że Blanca jest z Cedricem? Ha, ha...
Jeżeli zaraz się stąd nie wydostanę, to chyba oszaleję... Tak, oszaleję po prostu...
Draco już powoli zasypiał, co było trudne w obecnych warunkach. Max Chanel, jeden z jego współlokatorów, nucił pod nosem jakąś francuską piosenkę używając do tego swojego delikatnego, rozanielonego głosu. A Tracey Davis, jego najlepszy przyjaciel, chrapał w najlepsze. Do tego wszystkiego dołączylo zmartwienie: dlaczego ona nie odpisuje?
Wiedział, że jego dziewczyna go nie zawiedzie. Mimo, iż byl świnią, zawsze mógł na nią liczyć. Jej ojciec pracowal w Szpitalu Magicznych Chorób we Francji i tylko on mógł pomóc im się stąd wydostać. A przynajmniej wiedział jak.
Wtedy rozległo się stukanie do szyby. Szybko zwlekł się z łóżka, a właściwie zeskoczył, prawie skręcajac sobie kostkę. Podbiegł do szyby i zobaczył małą sówkę, trzymającą w dziobie list. Nie miał przysmaku dla sów, by jej dac i natychgmiast ją odprawić, więc wpuścił ją do środka i z powrotem zamknął okno.
List był zwinięty w rulonik i zawiazany piękną zieloną wstażką. Jak zwykle, kiedy pisała jakaś dziewczyna. I zdecydowanie nie był to Blaise. Otworzył i zaczął czytać. Po chwili zwinął list, schował pod poduszkę i nie zważając na nic rzucil się na łóżko. Nie wiedział, ile tak leżał. Czy to się dzieje naprawdę? Zresztą, jakie to ma znaczenie...
__________________
Life is wasted on the living
|