|
Senior Member
Zarejestrowany: Apr 2007
Posty: 104
|
RE: Śmiertelny Rytuał
Ron był oszołomiony widokiem profesora, szczególnie, że ten miał na sobie śmierciożerczy uniform. Czarna szata z kapturem zupełnie nie pasowała do tego starego maga z długą brodą i z okularami połówkami. Na szczęście nie miał maski, bo to by wyglądało jeszcze bardziej dziwacznie. Rękawy miał podwinięte tak, jak ktoś, kto szykuje się do roboty. Na jego przedramieniu był Mroczny Znak.
Profesor wyciągnął i skierował różdżkę na Rona, po czym zaczął krążyć jak sęp w oczekiwaniu na dobry kawałek mięsa.
"Coś mi tu nie pasuje! Psia jego mać!" pomyślał Ron. "Czemu on ożył? Czyżby Voldemort miał w swoich szeregach Nekromantów?" Po sekundzie zdał sobie jednak sprawę, że chodzi na pewno o coś innego. Nekromanci, Złodzieje Snów i cała reszta magów tego pokroju była mitem i to jeszcze bardziej pospolitym niż Ponuraki.
- Avaden Kavadar!
Sobowtór Dumbledore'a zaatakował. W stronę Rona poleciała Avada, ale nie taka jak każde. Ta była bardziej zielona i była szybsza. I Ron chyba się przesłyszał, bo Dumbledore wypowiedział złą inkantację.
Uskoczył niemal błyskawicznie, podróż z Harrym wyrobiła mu refleks do perfekcji. Jednak zaklęcie było o wiele za szybkie i uderzyło Rona z całą mocą.
Rona ogarnął paraliż i nieziemski ból. Czuł, jakby wrzucono go w ogień, który nie umie go spalić, ale zadaje mu tylko nieziemskie katusze. Upadł na ziemię na wpół przytomny.r1;A więc tak się czuje osoba, która oberwała Avadą...r1; przeszła przez głowę Rona przerażająca myśl.
Ron usłyszał, że ktoś, zapewne ten sobowtór Dumbledore'a, zbliża się do niego. Poczuł, że odgarnia mu włosy z twarzy, po czym bada spojówki, a następnie puls.
- Wiesz czym dostałeś? - spytał w pełni świadomy tego, że Ron nie może odpowiedzieć. - To moje nowe zaklęcie. Działa tak samo jak zwykła avada, tylko, że śmierć trwa parę godzin, a nie kilka nanosekund. Będziesz tu leżał do jutra i zwijał się w śmiertelnych katuszach. Mój brat byłby ze mnie dumny, że wymyśliłem takie wspaniałe zaklęcie. - słowa rdumnyr1;i spaniałe rwspaniałer1; podkreśli ironicznie.
Ból nie ustawał, ale Ron stwierdził, że umie już się trochę poruszać. Na początek odtworzył oczy. Zobaczył całkowitą czerń. Po chwili pojawiły się kolory i obraz zaczął się dostrajać. Po minucie widział już prawie normalnie, nie licząc tego, że musiał co chwilę zaciskać powieki, by powstrzymać ból.
Dumbledore był jakieś dziesięć metrów od niego i szedł w kierunku pola walki. Ron z całej sił starał się podnieść. Udało mu się to z trudem. Nienawiść do brata dyrektora potęgowała się z każdą sekundą cierpienia. rSkoro ja mam umrzeć w męczarniach to ty też!r1; Zrobił kilka chwiejnych kroków w kierunku odwróconego starca.
-CRUCIO!!! - wydarł się na całe gardło. W tych dwóch sylabach i sześciu literach zawarta była całą jego nienawiść i ból kłębiący się w całym jego ciele.
Zaklęcie uderzyło Dumbledore'a z taką mocą, że go dosłowne powaliło na ziemię, łamiąc przy tym parę kości. Ból łamanych kości (nawet miażdżonych za pomocą młota) był jednak niczym przy tym, czego doświadczał starzec. Brat dyrektora zaczął wrzeszczeć z całą mocą i wić się po trawie. Skóra mu pękała i po chwili był cały we własnej krwi.
Ron zwolnił zaklęcie po paru chwilach, bo rozpoznał, że to jest stan agonii, a on nie chciał go zabijać... w taki sposób. Chciał, żeby starzeć wiedział, że każda sekunda przybliża go do nieuchronnej śmierci - tak, jak on wiedział.
Postanowił rozbroić przeciwnika, ale nienawiść była tak silna, że różdżka Dumbledore'a rozsypała się w drzazgi, zamiast odlecieć na parę metrów od właściciela. Następnym krokiem Rona było podniesienie wroga za pomocą zaklęcia lewitującego i wyrzucenie go wysoko w powietrze. Miał pełną świadomość, że taki lot to pięć minut świadomości, że zaraz nastąpi śmierć spowodowana naturalnym przyciąganiem ziemskim.
Poczuł satysfakcję, że się pozbył swojego mordercy. Ból jednak nie ustąpił, tak samo jak myśl, że to ostatnie godziny jego życia. Ledwo trzymał się na nogach i cały się trząsł z powodu bólu. Postanowił dokończyć powierzaną mu misję i ruszył na chwiejnych nogach w kierunku lasu.
Wszystko go tak bolało i piekło, a droga byłą taka koszmarnie długa, że zdawało mu się, że minęło parę godzin, zanim doszedł do skraju lasu. Oparł się o drzewo i zrobił sobie chwilę przerwy. Po minucie, która wydawała się ułamkiem sekundy, ruszył dalej starając się ignorować nieziemski ból, który nie miał zamiaru go opuścić.
Na wilgotnej i nieubitej ścieżce zauważył ślady niewielkich stóp, które mogły należeć do profesora. Szedł bardzo powoli, co jakiś czas mocno zaciskając powieki i pięści z powodu niewyobrażalnego bólu. Był jednak dzielny i nie pozwolił sobie na chociaż jeden jęk - był przecież Gryfonem!
Śmierć przybliżała się nieuchronnie, a na jego ciele pojawiły się kolejne obawy. Ręce zaczęły mu się lekko trząść i to w sposób całkowicie niekontrolowany. A na dodatek pękła mu jedna żyłą pod skórą, powodując czerwoną plamę na ręce i brak czucia w trzech palcach lewej ręki. Szedł jednak dalej, dzielnie znosząc ból r11; był przecież Gryfonem, chyba.
- Nie dam rady... Już i tak jestem martwy... Nie dam rady... Ja umrę, niech ktoś inny walczy o ten świat!!! - powiedział (a może pomyślał?) Ron. Teraz najchętniej by się poddał i czekał na śmierć.
-ZABIJĘ CIĘ, ZDRAJCO!!! - ktoś krzyczał w oddali. Ron natychmiast rozpoznał ten głos - McGonagall. Ten krzyk był pełny bezsilnej furii i nienawiści.
Ron podniósł się szybko z ziemi, ignorując fakt, że wszystko zaczęło go jeszcze bardzie boleć. Nie miał zamiaru pozwolić, by ten podły zdrajca, przez którego teraz umiera w tym przeklętym lesie, zabił szefową Zakonu Feniksa. Ron dokładnie pamiętał przysięgę, którą składał przed nią: "... Będę bronił wszystkich zakonników, póki będę miał jeszcze siłę podnieść się z ziemi i walczyć dalej, mimo bólu i strachu. ..." Wtedy jeszcze sobie nie zdawał sprawy z tego, jak bardzo ta przysięga go dotyczy.
"Nie zawaham się walczyć na śmierć i życie w słusznej sprawie, nawet jeśli braknie już nadziei." Ruszył w kierunku dźwięku z tylko jedną chęcią, chęcią mordu. "Doprowadzę w ręce dementorów, bądź zabiję każdego sługę Voldemorta, który poniesie swą różdżkę przeciwko dobru! Nigdy się nie zawaham!"
Ron wkroczył na polanę, na której walczyli profesorowie, akurat w chwili, gdy Flitwick stał nad McGonagall i celował różdżką w jej serce. Zareagował błyskawicznie mimo bólu. Jednym zaklęciem cisnął profesora na drzewo, łamiąc mu przy tym kości. Podszedł do niego.
- Avada Kedavra!
"Nie mieć nigdy litości dla zdrajców! I nigdy nie zdradzić tajemnic swoich sprzymierzeńców! Nigdy!"
Ron spojrzał na martwe ciało profesora, po czym wycelował różdżkę w niebo. "Zachować honor do końca." Wystrzelił w niebo Mroczny Znak. Ten znak nie był jednak taki normalny, bo po chwili pojawił się lew, który rozbił czaszkę i rozszarpał węża, a następnie ryknął triumfalnie na całą paszczę. Pod znakiem zaczęły pojawiać się kolejno napisy: "Dacie radę chłopaki!";, "Zabić Voldemorta", "Misja wykonanar", "Hermiona kocham cię", "Żegnaj i wybacz".
Parę chwil po wykonaniu tego zaklęcia przez las przeszła fala ogromnej energii. Ta fala powaliła Rona na ziemie łamiąc przy tym kręgosłup i doprowadzając go do ostatniego stadium życia: agonii. On jednak już nie czuł bólu. Stał nad swoim ciałem, a po jego prawej stronie stał promienisty mężczyzna trzymając mu rękę na ramieniu. Biła od niego taka miłość i szczęście, że Ron zapomniał co to smutek.
- Dobrze się spisałeś, mój bracie. - powiedział spokojnie jak do starego przyjaciela, na którego wizytę oczekiwał niecierpliwie. - Choć przyjacielu, nic tu po nas.
Po tych słowach ruszyli w stronę światła. Ron nie miał świadomości, że jego ciało walczyło o życie jeszcze przez parę minut, ale w końcu się poddało, mimo usilnych prób McGonagall.
Profesor transmutacji zaczęła płakać. Dobrze pamiętała słowa Rona na koniec przysięgi Zakonu, która była, jej zdaniem, nieco fanatyczna. Te słowa rozśmieszyły nowych adeptów i wywołały krzywy uśmiech na ustach starych zakonników.
"Nigdy nie dać się zabić! I doczekać stada wnuków..."
***
((Zbetowane przez: Koneser))
Wiem, że beznadziejnie, ale... sami wiecie jak jest x| kolejne części postaram się pisać regularnie. komentować!
ps: wysłałem obiecane pw chyba do wszystkich... prócz adminów bo nie wiem czy taka reklama jest dozwolona xP
|