|
10-07-2009, 23:06
|
#1
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Harry Potter i Uczeń Durmstrangu
Prolog
Na szczycie wzgórza, tuż nad urwiskiem rosło samotne, powykrzywiane, skarłowaciałe drzewo, dzień i noc smagane wiatrem. W dole urwiska spiętrzone morskie fale z hukiem rozbijały się o ciemnoszarą, oślizgłą skalną ścianę a pieniste grzywy unosiły się z czarnej kipieli i rozbryzgiwały o zmąconą taflę wody z nienawistną gwałtownością. Na tle szaro-granatowego, sztormowego nieba krążyły mewy. Ogłuszający szum wiatru i rozszalałego morza prawie zupełnie zagłuszył odgłos trzasku. Przypominało to nieco wyładowanie elektryczne.
Drzewo nie było już jednak samotne. Obok stał człowiek podobnie jak ono smagany przez wichurę. Jego długie, jasne, prawie białe włosy, miotane wiatrem zasłaniały całkowicie twarz. Otulił się szczelniej czarną peleryną i spojrzał w około uważnie, podpierając na eleganckiej, czarnej, błyszczącej lasce. Drugą dłoń włożył za pelerynę. Rozglądał się coraz intensywniej, jak człowiek ścigany, który boi się, że gdy się odwróci zobaczy coś, czego wolałby nie oglądać. Nagle zamarł wpatrzony w głąb lądu. Wiatr na chwilę odsłonił jego szczupłą, pobladłą twarz i wyraz przerażenia, który na niej zamarł.
Ścieżką pięła się w górę jakaś postać spowita w ciemny całun, który wyglądał jak utkany z gęstego, czarnego dymu. Postać zdawała się sunąć kilkanaście centymetrów nad ziemią, nie muskając nawet koniuszkami palców pożółkłej, jesiennej trawy, kładącej się na ziemi pod podmuchem wiatru. Z każdym metrem dokładniej było widać białą, kobiecą twarz. Jej długie, czarne włosy tańczyły wokół głowy jak żywe węże. Mężczyzna na szczycie wzniesienia mimowolnie zrobił krok w tył. Kobieta przyspieszyła. Sunęła teraz w jego kierunku z uśmiechem na twarzy. Zatrzymała się tak blisko, że gdyby odrobinę wyciągnął rękę mógłby jej dotknąć. Nie zrobił tego jednak. W ogóle nic nie zrobił.
- Witaj Lucjuszu – powiedziała zimnym głosem. Jej wielkie oczy zajaśniały zielonym światłem.
- Pani – mężczyzna pochylił głowę a jego głos zadrżał.
- Jestem rozczarowana, lub raczej powinnam rzec - jesteśmy rozczarowani.
- Pani, pozwól mi naprawić mój błąd.
Kobieta wyglądała, jakby się nad czymś zastanawiała. Przekrzywiła głowę na bok, potem odchyliła ją do tyłu a następnie okręciła nią w taki sposób, że Lucjuszowi skrzywił się z odrazą.
- Nie - powiedziała cicho, ale on usłyszał to bardzo wyraźnie pomimo huku fal. Jakby to „nie” dźgnęło go w sam środek czaszki.
Włosy kobiety, poruszane wiatrem zbliżały się do Lucjusza i wyglądały teraz już zupełnie jak czarne, oślizgłe, błyszczące węże. Nagle wzdrygnął się. Spomiędzy czarnych splotów wysunął się ku niemu paskudny gadzi pysk. Wąż zasyczał a oczy kobiety rozbłysły jeszcze bardziej. Jarzyły się zimnym, zielonym blaskiem. Teraz z bliska Lucjusz dobrze widział jej pionowe źrenice. Wąż zbliżył się do jego twarzy, po czym odwrócił się od niego z sykiem i okręcił wokół szyi kobiety. Zmrużyła oczy, jakby dotyk węża był przyjemną pieszczotą. Wąż wysunął rozwidlony język i przejechał nim po szyi kobiety.
- Pani, błagam – powiedział niewyraźnie Lucjusz.
- Po raz kolejny okazałeś się bezużyteczny. Nasza cierpliwość się wyczerpała.
- Pani, gdyby nie ja, gdybym nie powiedział, gdyby..., pani nie byłoby cię tu...
W dłoni kobiety pojawiła się długa, żółtawa różdżka, która wyglądała jakby była zrobiona z ludzkiej kości.
- Crucio! - krzyknęła mocnym, wysokim głosem celując w Lucjusza, który upadł na ziemię i zaczął się po niej wić krzycząc bez opamiętania. Kobieta roześmiała się, wciąż w niego celując a on czołgał się wśród trawy wyjąc bezsilnie. Nagle kobieta uniosła różdżkę w górę. Lucjusz przestał wrzeszczeć, kulił się teraz jedynie na ziemi pojękując cicho. Kobieta podeszła do niego. Z pomiędzy oplatającego ją całunu wysunęła odkrytą, białą stopę o długich, nienaturalnie kościstych palcach i dotknęła nią boku leżącego przed nią mężczyzny.
- Ścierwo – rzuciła patrząc na niego ze wstrętem.
Wąż otarł się pyskiem o jej twarz.
- Tak, mamy sprawy do załatwienia – wyszeptała, zbliżając bezkrwiste usta do pokrytej łuską głowy węża. - Bardzo stare sprawy, którymi nareszcie trzeba się zająć.
Zmieniłam nazwę tematu. Bo to nie jest już sam prolog, nieprawdaż? Sari.
Ostatnio edytowane przez Sarahis : 03-14-2010 o 16:57.
|
|
|
10-08-2009, 01:30
|
#2
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział Pierwszy. Przybywają aurorzy 1/2
Rozdział Pierwszy. Przybywają aurorzy 1/2
Hermiona Granger Weasley, najmłodsza dyrektorka w historii Hogwartu, siedziała za masywnym, starym biurkiem w swoim gabinecie i różdżką mierzwiła swoje gęste, kasztanowe włosy. Z lekką niecierpliwością wpatrywała się w portret Albusa Dumbledore'a. Zmarły przed laty, najsłynniejszy dyrektor szkoły drzemał błogo w ramach portretu. Okulary połówki zjechały mu na sam czubek haczykowatego nosa. Dzwoneczki, którymi spiął swoją długą brodę podzwaniały cicho, gdy miarowo oddychał przez sen.
Hermiona zastanawiała się czy powinna obudzić dyrektora. Wiedziała, że nie lubił gdy mu przerywano sen. Śnił zwykle o swoich ulubionych przysmakach i twierdził, że wszyscy go budzą, gdy już, już ma spróbować całkiem nowego, niesamowitego smaku fasolki Bertiego Boot'a.
Jednak dyrektor sam prosił, aby obudziła go, gdy tylko upora się z innymi obowiązkami i przyjdzie do gabinetu. Hermiona chrząknęła donośnie i znacząco. Dumbledore poruszył się nieznacznie, mlasnął przez sen (może nareszcie udało mu się zjeść fasolkę) ale się nie obudził. Hermiona wzniosła oczy ku niebu w bezsilnej irytacji.
- Może pani czymś w niego rzuci, pani dyrektor - odezwał się zimny, ironiczny głos z portretu obok.
Hermiona drgnęła i spojrzała na portret wiszący obok obrazu Dumbledora.
- Nie wiedziałam, że już pan jest profesorze – mruknęła bez entuzjazmu.
- Obserwuję twoje żałosne poczynania Granger. Zachowujesz się jakby to on wciąż był tu dyrektorem.
Hermiona spojrzała z niechęcią na portret Severusa Snape'a, następcy Dumbledora. Snape z portretu prezentował się równie niesympatycznie jak za życia. Minę miał wyniosłą a spojrzenie zimne i ironiczne. Był jednak znacznie bardziej schludny. Autor portretu odmłodził go nieco i nadał jego skórze zdrowszy koloryt. Czarne włosy opadały mu na twarz, ale przynajmniej były umyte. Snape nie wydawał się tym całym malarskim efekciarstwem zachwycony.
Szkoda, że malarz odział go w głęboką czerń, pomyślała Hermiona, bo gdyby na przykład wystroił go w wielokolorowy szlafrok i fioletową szlafmycę, tak jak to zrobił z Dumbledorem mogłoby się zrobić interesująco. Hermiona próbowała kilkakrotnie dorysować coś Snape'owi, a to wąsy i brodę a to przeciwsłoneczne okulary a to wampirze kły, ale okazało się, że artysta malarz zastosował czar niezmienności, którego nawet ona nie umiała przełamać.
- No dalej Granger, obudź go - ponaglał Snape. - Nie zamierzam sterczeć tu cały dzień.
Hermiona zgrzytnęła zębami. Snape denerwował ją bardziej niż wtedy, gdy był jej nauczycielem eliksirów. Odkąd objęła stanowisko dyrektorki, trzy lata temu wciąż ją pouczał, albo się z niej naśmiewał. Krytykował jej metody zarządzania szkołą i z maniakalną dokładnością oraz wyraźną przyjemnością wytykał każdy błąd.
- Zdążyłam? - lekko zdyszany głos dobiegł od strony portretu wiszącego po drugiej stronie portretu Snape'a.
- Dyrektor McGonagall - ucieszyła się Hermiona. - Dyrektor Dumbledore jeszcze śpi.
- Granger boi się go obudzić - mruknął Snape. - Dalej Granger, nie jesteś już uczennicą. Nie wiem Minerwo jak mogłaś wyznaczyć na swoją następczynię taką...
- Severusie! - McGonagall przerwała mu gwałtownie, bojąc się najwidoczniej jak mógłby skończyć to zdanie. Hermiona zauważyła, że byłej dyrektorce ubyło zmarszczek. Widocznie spędziła popołudnie na liftingu portretów.
- Znowu się nie udało! - westchnął nagle Dumbledore. - Prawie go miałem ale rozmawiacie tak głośno...
Dumbledore ziewnął przeciągle i spojrzał na Hermionę zmarszczywszy brwi.
- A niech to, moja droga, miałaś mnie obudzić jak tylko przyjdziesz.
- Właśnie miałam to zrobić.
- A czy zrobiłaś to o co cię prosiłem? - spytał Dumbledore.
- Tak. Aurorzy będą tu lada moment. Filch ma ich wprowadzić jak tylko się pojawią.
Ledwo to powiedziała, gdy przez ścianę przeniknął Filch a tuż za nim duch jego wyliniałej kotki. Były woźny Hogwartu nie potrafił po śmierci opuścić swojego miejsca pracy, odstraszał wszystkich potencjalnych kandydatów, brudził gdy tylko posprzątali, chował środki czystości albo wylewał zawartość „Magicznego Usuwacza Wszelkich Plam” i wlewał „Substancję Brudu Nie Do Usunięcia”. Robił wszystko by uczynić życie przyjętych na próbę woźnych koszmarnie nieznośnym. W końcu profesor McGonagall, ówczesna dyrektorka poddała się i zgodziła by duch Filcha pełnił nadal swoją starą funkcję.
- Przybyli aurorzy pani dyrektor a także szanowny małżonek pani dyrektor – oznajmił Filch lizusowskim tonem i szybko dodał rozzłoszczony. - A co nabłocili temi buciorami to nawet „Czyścik do Wszystkiego Pani Spinner” nie da temu rady...
- Dziękuję Filch - przerwała mu Hermiona. - Nie mam na to teraz czasu.
Filch prychnął niezadowolony i znikł, pociągając za sobą kotkę.
|
|
|
10-08-2009, 01:31
|
#3
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział Pierwszy. Przybywają aurorzy 2/2
Po chwili drzwi otwarły się i do gabinetu weszli aurorzy. Na przedzie kroczył ich dowódca Harry Potter, odgarniając niesforne, lekko przyprószone siwizną włosy z czoła i uśmiechając się radośnie do Hermiony. A za nim młody Teddy Lupin, jego piękna żona Victoire, a także Dean Thomas, Parvati Patil oraz blady i anemiczny Scorpius Malfoy, który niedawno zdał egzaminy na aurora i Lilly, córka Harry'ego, która miała jeszcze egzaminy przed sobą, ale już pracowała w ministerstwie magii na ćwierć etatu.
Hermiona poderwała się z fotela, podbiegła do Harry'ego i rzuciła się mu na szyję. Pocałowała go w oba policzki i odchyliła nieco głowę, by się mu lepiej przyjrzeć.
- Harry! Jak się trzymasz! Och Harry, tak dawno cię nie widziałam! Jak sobie radzisz?
Snape parsknął pogardliwie.
- Harry Potter! - wycedził z takim obrzydzeniem, jakby przed chwilą wypił butelkę mikstury wymiotnej.
Hermiona nie zwracała uwagi na Snape'a tylko dalej obejmowała Harry'ego.
- Musi być ci ciężko. Dlaczego nie przyjechałeś do nas z Lily na wakacje?
Harry nie miał siły odpowiadać Hermionie, że po śmierci Ginny nie ma siły patrzeć na szczęście innych ludzi. Hermiona widocznie zorientowała się, że Harry nie ma ochoty poruszać tego tematu i zamilkła. Uściskała go za to jeszcze mocniej.
- Czy swojego mężulka przywitasz równie wylewnie - odezwał się Ron, który właśnie wszedł do gabinetu.
Hermiona zmarszczyła brwi.
- Ron, nie wygłupiaj się. Widzieliśmy się rano - puściła Harry'ego i usiadła z powrotem za biurkiem. Aurorzy oraz Ron wyczarowali sobie krzesła i również usiedli (Ron wyczarował wyjątkowo głośno skrzypiący fotel bujany, a po namyśle dołożył też kilka wyszywanych poduszek, co sprawiło, że Hermiona skrzywiła się z irytacją).
- Możemy wreszcie zaczynać? - warknął Snape. - Czy mamy czekać aż gościom zostanie podany podwieczorek?
- Chwilę Severusie - powiedział Dumbledore. - Czekamy jeszcze na profesor Lovegood i profesora Longbottoma.
- To trochę poczekamy, bo Longbottom zapewne znowu pomyli drogę. Przecież bywa w tym gabinecie zaledwie kilka razy na tydzień.
Harry rzucił Snape'owi niechętne spojrzenie i pomyślał że to, że Snape uratował mu życie niczego właściwie nie zmieniło i jakoś nie sprawiło, że polubił go bardziej. Snape też na niego spojrzał i wykrzywił się paskudnie.
W tym momencie do sali wpadł zdyszany Neville Longbottom. Zadyszka była zapewne spowodowana lekką nadwagą, której Neville dorobił się na ciepłej posadce profesora zielarstwa. Tuż za Nevillem weszła Luna. Potoczyła po zebranych rozmarzonym wzrokiem i usiadła na wyczarowanym przez siebie fotelu w kwiatki. Luna ubrana była w kompletnie niestosowną do jej wieku różową suknię ozdobioną z tyłu wielką, czarną kokardą. Długie, jasne włosy miała potargane, upstrzone zeschłymi liśćmi i jakąś bliżej nieokreśloną mazią a rozerwany na ramieniu rękaw ukazywał krwawiącą szramę.
- Luno! Co się stało? - wykrzyknęła Hermiona.
- Och to? Nic takiego – Luna machnęła różdżką zasklepiając rozcięcie na ramieniu i zszywając byle jak materiał sukienki. - To tylko jeden z Hipokrytów. Nie możemy ich opanować z Hagridem. Udają przymilne, zawsze się nabieramy, zwłaszcza Hagrid, potem nas dziobią a potem udają, że to nie one, albo że nam współczują. Strasznie pociesznie wtedy wyglądają, jak tak kręcą łbami ze współczuciem. Potem znowu się przymilają i znowu dziobią.
- Chyba nie zamierzacie prezentować ich uczniom? - wyraziła niepokój Hermiona.
- Och nie, skąd. Przynajmniej nie do przyszłego tygodnia.
Harry zobaczył, że Snape przewrócił oczami.
- Myślę, że możemy zaczynać - oznajmił Dumbledore zacierając dłonie. - Wiecie, że lubię od razu przejść do meritum sprawy, bez zbędnej gadki szmatki. Słuchajcie. Odwiedzałem ostatnio moje portrety w różnych zakątkach świata i doszły mnie niepokojące słuchy. Coś zaczyna się dziać. Ktoś zaczyna mącić w różnych strategicznych miejscach na ziemi. Słychać o dziwnych incydentach. Tu i ówdzie zaczynają znikać ludzie. Ruch antymugolski, zwłaszcza w Wielkiej Brytanii również zatrważająco szybko rośnie w siłę. Ron, możesz?
- Oczywiście dyrektorze – Ron wychylił się do przodu w swoim bujaku, który jęknął żałośnie. - Wydział bezpieczeństwa jest od pewnego czasu w gotowości. Otrzymujemy bardzo niepokojące sygnały naruszania ustaw O Nielegalnym i Niebezpiecznym Użyciu Czarów i O Niedokuczaniu Mugolom Nawet w Żartach. Niektóre naruszenia są z pozoru niewinne, takie głupie żarty, jak to, że mugolom znikają ubrania na ulicach i w miejscach pracy. Po prostu dowcipasy w złym guście. Jednak inne wykroczenia są naprawdę poważne. Mugolskie konta są czyszczone, jedzenie i picie zatruwane. Na razie nikt jeszcze nie odwalił przysłowiowej kity, ale te "żarty" robią dużo zamieszania a trucizny powodują zmiany chorobowe i skórne, które można uleczyć jedynie czarami. Widziałem te zmiany, coś wstrętnego, nie chcielibyście czegoś takiego oglądać na własnych ciałach, wierzcie mi. Czasami budzę się w nocy zlany..., znaczy się potem zlany..., ale mniejsza z tym. Premier rozmawiał już z ministrem magii i wyraził obawę, że to nasze Ministerstwo jest odpowiedzialne za te incydenty.
- I co na to Percy, to znaczy pan minister? - spytała Luna.
- Na razie próbuje chronić Ministerstwo, ale jak długo mu się to uda, nie wiem - odparł Ron poprawiając sobie błękitną poduchę za plecami. - Premier oczekuje od niego radykalnych i szybkich rozwiązań.
- Wie pan profesorze kto za tym stoi? - Harry zwrócił się prosto do Dumbledora.
- Domyślam się.
- Ale chyba nie Sami-Wiecie-Kto? - wyjąkał Neville.
- Neville - odparł niecierpliwie Harry. - Voldemort nie żyje. NIE ŻYJE. Byłeś przy tym. Prawie wszyscy tu zebrani byli przy tym.
- Więc kto? - wysapał Neville.
- Do tego zmierzam. Mogę się tylko domyślać, jestem jednak prawie pewien, że mam rację, chodź wolałabym się mylić. Żeby to zrozumieć musicie wysłuchać pewnej historii...
- Chwileczkę - odezwał się nagle Snape. - Tylko Potter. Taka była umowa dyrektorze.
Wśród zebranych przeszedł szmer niezadowolenia.
- Tak, to prawda - przypomniał sobie Dumbledore. - Cóż moi mili, poczekajcie w wielkiej sali. Pospacerujcie. Zjedzcie podwieczorek. Mają być kremówki z niespodzianką. Nie mam pojęcia co to za niespodzianka więc doradzałbym ostrożność. Zapoznanie się ze wszystkimi ważnymi szczegółami zajmie Harry'emu trochę czasu. Może nawet kilka dni. Potem Harry wyjaśni wam tyle ile będzie mógł.
- Zaraz - Hermiona zmarszczyła groźnie brwi. - A ja i Ron? Jestem dyrektorką szkoły a Ron kierownikiem Wydziału Bezpieczeństwa Zewnętrznego... Nigdzie się stąd nie ruszę.
- Granger, zaczynasz mi poważnie działać na nerwy – warknął Snape.
- Severusie obawiam się, że Harry i tak wszystko powtórzy swoim przyjaciołom – wtrąciła McGonagall.
- Oczywiście. Trójkącik nie do rozdzielenia. Mądrala, przygłup i bufon - mruknął Snape. - Dobrze niech zostaną, ale reszta ma wyjść.
|
|
|
10-08-2009, 22:20
|
#4
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział drugi. Cudowne dziecko 1/2
Gdy niezadowoleni aurorzy i profesorowie z ociąganiem i wśród głośnych protestów opuścili gabinet, Dumbledore odezwał się do pozostałych.
- Czy mówi wam coś nazwisko Van Tassen?
- Tak – powiedzieli Ron i Hermiona.
- Nie - odezwał się Harry.
Hermiona spojrzała na Rona z zainteresowaniem ale i z niedowierzaniem, jak na niezbyt bystre dziecko po którym nikt nie spodziewa się cudów, i które nagle wykazało się jakimiś umiejętnościami.
- Wiesz kto to Lillian Van Tassen? – spytała z powątpiewaniem.
- Pewnie – Ron wzruszył ramionami. – Gdy na drugim roku Filch kazał mi czyścić te wszystkie puchary, widziałem jej Medal za Zasługi Specjalne. Było też zdjęcie. Wow! Niezła sztuka! Mówię wam.
- Ron! - rozzłościła się Hermiona.
- Nadęta, zarozumiała, bezczelna, węsząca, wścibska kreatura, wiecznie otoczona wianuszkiem zapatrzonych w nią debili. Oto kim była Van Tassen – wycedził Snape akcentując każdy przymiotnik z osobna.
- To nieprawda!- zawołała McGonagall. – Jak możesz tak mówić? Doprawdy Severusie dałbyś już spokój.
Harry poczuł nagły przypływ sympatii dla nieznanej mu uczennicy.
- Cóż, ja uważam, że była urocza – uśmiechnął się Dumbledore. – I śliczna. Ale to nieważne. Ważne jest to, że była nieprzeciętnie inteligentna.
Snape prychnął a Hermiona wtrąciła się:
- Wynalazła odmładzający syrop z wyciągu z gumochłona.
- I miała wtedy zaledwie 15 lat! – dodał Dumbledore z zachwytem.
- Może przejdziemy do sedna – przerwał Snape. - Peany na cześć zupełnie zwyczajnej uczennicy, którą wyróżniały jedynie pieniądze jej rodziców są chyba zbędne.
- Severusie jesteś niesprawiedliwy – westchnęła McGonagall - Ale jak tam sobie chcesz.
- Zaczynamy? – spytał Snape.
Dumbledore skinął głową i poprawił się w ramach portretu.
- Lillian Van Tassen, pochodziła ze starej, arystokratycznej, czarodziejskiej rodziny holenderskich emigrantów. Straciła rodziców gdy miała rok. Nastąpił wybuch w ich fabryce Magicznych Kosmetyków. Od tego czasu zajmował się nią zarząd Van Tassen inc. Zarząd wyznaczał opiekunów i przygotowywał ją do przejęcia firmy. W wieku dziesięciu lat Lillian musiała już podejmować decyzje dotyczące koncernu godne dorosłego człowieka. Interesy korporacji na kontynencie wymagały by w wieku jedenastu lat zaczęła naukę w Beauxbatons. Jednak w szóstej klasie wróciła do Anglii by kontynuować swoją edukację w Hogwarcie. Dostała się do Gryffindoru.
- Kiedy to się działo? - spytał Harry
Ron zaczął liczyć mamrocząc pod nosem.
- To musiało być jakieś czterdzieści lat temu.
- Właśnie tak - przytaknął Dumbledore. - Tuż po upadku Voldemorta. Wy moi drodzy mieliście wtedy jakieś dwa lata. Profesor Snape dopiero co zaczął uczyć w naszej szkole. Wyłapano większość śmierciożerców. Powoli powracał ład. Ład ten był jednak bardzo kruchy i tak naprawdę ulotny jak mydlana bańka, ale byliśmy tak zaślepieni radością i zajęci przywracaniem utraconej równowagi, że nikt z nas nie podejrzewał, że zło powróci. I to tak szybko.
- Mówi pan o Voldemorcie?
- Mówię o wydarzeniach, które poprzedziły twoje pojawienie się w szkole Harry i powrót Voldemorta. O wydarzeniach, które trzeba było zatuszować a wiedzę o nich głęboko ukryć. Wie o nich tylko garstka osób. W tym ja, profesor McGonagall i profesor Snape. Ważne jest abyście zrozumieli jaką osobą była Lillian Van Tassen. Hermiono, moja droga proszę podejdź do szafki ze wspomnieniami. Otwórz ją. To będzie najniższa półka, tam głęboko z tyłu. Znajdziesz tam drewniane pudełko a w nim ponumerowany zestaw myśli. Weź ten pierwszy, różowy flakonik. Tak, właśnie ten. Jest w nim kilka wspomnień kolegów Lillian. Wlej je do myślodsiewni.
Harry, Ron i Hermiona usiedli wokół misy wypełnionej wirującymi smugami srebrnego światła i spojrzeli w jej głąb.
To był Hogwart, prawie taki sam jak ten który znali. Musiał być początek roku, gdyż drzewa w Zakazanym Lesie dopiero gdzieniegdzie zaczynały się złocić a przez okna wpadały do zamku ostre promienie jesiennego słońca. Korytarz był pełen uczniów zmierzających z jednej lekcji na następną.
- To ta Lillian Van Tassen – usłyszeli podniecony szept jakiegoś pierwszoroczniaka. – Ta milionerka. Uczy się w naszej szkole!
- Po co ona w ogóle się uczy? - zapytał jakiś mądrala. - Prorok Codzienny nazwał ją genialnym dzieckiem swojej epoki.
- Jakim dzieckiem? Fajna laska! – zaśmiał się jakiś straszny chłopak.
Z naprzeciwka szła spora grupa uczniów z Gryffindoru, otaczając idącą po środku dziewczynę. Harry oniemiał i zobaczył, że stojący obok niego Ron też gapił się na dziewczynę z otwartymi niemądrze ustami i szarpie go za rękaw.
- Harry to jest wila! Ona wygląda nawet lepiej niż na tamtym zdjęciu.
Hermiona prychnęła
- Jesteście żałośni. Nie po to Dumbledore nam to pokazuje.
Dziewczyna była piękna. Żaden przymiotnik nie wydawał się dość dobry by ją opisać, wszystkie zdawały się być zbyt banalne, płaskie i przyziemne. Można przecież dodać, że była nieziemsko piękna, ale co to właściwie znaczy? Lub że jej długie, jasne, sięgające pasa włosy falowały jakby tylko dla niej wiał lekki wietrzyk, albo że jej oczy były jasne i błękitne jak południowe morze, i że cerę miała tak delikatną i świetlistą, że zdawało się, że bije od niej blask, jakby była wiecznie skąpana w promieniach porannego słońca. Jej usta rozciągały się w najbardziej czarującym uśmiechu jaki można sobie wyobrazić. A jej sylwetka? Smukła i giętka a równocześnie zaskakująco silna i umięśniona. Koleżanki i koledzy gapili się na nią, jakby sami chcieli uszczknąć co nieco ze sławy i blasku, który ją otaczał.
- Hej Lillian – zawołał rudowłosy chłopak podbiegając do niej i zarzucając jej nonszalancko rękę na ramię. - To prawda farciaro, że zostałaś wybrana kapitanem drużyny?
Ron zaczął szturchać Harry'ego i Hermionę.
- To jest Charlie. Ale jaja. To mój brat Charlie!
- Wiemy Ron, widzimy, bądź cicho - westchnęła Hermiona.
- Niestety – jęknęła dziewczyna jak męczennik a potem uśmiechnęła się. - To znaczy cieszę się bardzo, ale teraz to już naprawdę na nic nie będę miała czasu.
- Nie wiem dlaczego McGonagall nie wybrała mnie? - zastanawiał się Charlie.
- Może dlatego że podczas eliminacji zamiast się godnie zaprezentować byłeś zbyt zajęty rzucaniem oszałamiaczy w Butch'a Lepper'a.
- Tak, pewnie tak – Charlie parsknął śmiechem.
Zobaczyli nadchodzącego z naprzeciwka Snape’a. Snape był młodszy i wyglądał o wiele lepiej i porządniej niż za czasów gdy Harry, Ron i Hermiona uczyli się w szkole. Przypominał tego Snape’a z portretu. Jednak jego wyraz twarzy był im doskonale znany. Skrzywił się na widok Lillian i towarzyszącej jej świty wielbicieli. Harry pomyślał, że dziewczyna reprezentuje wszystko czego nauczyciel eliksirów nienawidzi najbardziej. Młodość, radość, urodę, pewność siebie, w dodatku budziła powszechny podziw i uwielbienie, miała pieniądze i została kapitanem drużyny.
Uczniowie umilkli na moment mijając Snape’a. Potem rozgadali się na nowo.
- A ten jaki ma problem? – parsknęła Lillian. - Cóż to za ponury typ?
- Nie wiesz? – spytał jasnowłosy chłopak, wpatrując się z uwielbieniem w jej profil. -To Snape, uczy eliksirów. Dziś mamy pierwsze eliksiry to się przekonasz.
- Na pewno już cię nienawidzi – zaśmiała się wysoka, atrakcyjna czarnoskóra dziewczyna. - On nienawidzi wszystkich, ale najbardziej tych co się jakoś wyróżniają.
|
|
|
10-08-2009, 22:57
|
#5
|
|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Oct 2009
Posty: 54
|
No tak... ja się większych błędów nie dopatrzyłam, ale też nie rzucił mi się w oczy, bo te 2 rozdziały + prolog mnie wciągnęły  . Poza tym ewidentnie masz talent i powinnas(powinieneś) kontynuować. Czekam na ciąg dalszy, bo wygląda na to, że masz już plan ułożony ;P. Powodzenia!
|
|
|
10-08-2009, 23:07
|
#6
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział drugi. Cudowne dziecko 2/2
Wspomnienie rozmyło się a po chwili znaleźli się w lochu, który tak dobrze znali. W klasie Snape’a. Lillian siedziała w ostatniej ławce, wpatrując się w profesora, który uderzył różdżką w tablicę, na której pojawił się spis ingrediencji potrzebnych do stworzenia mikstury Wszechogarniającego Spokoju.
- To pierwsza lekcja w tym roku – powiedział cicho Snape. - Co nie oznacza, że będziemy zajmować się dziś bzdurami w rodzaju „o czym będziemy się uczyć w tym roku". Jesteście mocno opóźnieni, zwłaszcza niektórzy – popatrzył znacząco na pryszczatą dziewczynę siedzącą w pierwszej ławce. Dziewczyna skuliła się a w jej oczach błysnęły łzy.
- To okropne, co za gnój! – szepnęła Lillian do siedzącej najbliżej koleżanki, czarnoskórej dziewczyny, którą widzieli w poprzednim wspomnieniu. – On zawsze tak? To jest, to jest po prostu wstrętne.
- Widzę, że niektórzy uważają, że nie muszą słuchać, bo już wszystko potrafią, gdyż rodzice pozostawili im przepis na miksturę na porost włosów. Van Tassen!
- Słucham – odparła spokojnie Lillian.
- Wstań gdy do ciebie mówię. Czy uważasz, że umiesz już wszystko? Lekcje nie są ci potrzebne? Może szkoła nie jest ci potrzebna? Można temu łatwo zaradzić. A może uważasz, że możesz przystąpić w trybie natychmiastowym do owutemów?
Siedząca w pierwszej ławce, po stronie zajmowanej przez ślizgonów, wyniosła brunetka odwróciła się i spojrzała ze złośliwym zainteresowaniem na Lillian. Zajmujący miejsce obok niej szeroki w barach osiłek z wypielęgnowaną blond fryzurą i szerokim uśmiechem szkolnego gwiazdora zmierzył dokładnie Lillian bezczelnym wzrokiem od stóp do głów, po czym nachylił się do siedzącego za nim jeszcze potężniejszego typa, który wyglądał jakby ledwo mieścił się w swojej szacie. Obaj zaśmiali się bezgłośnie.
- Słucham Van Tassen – powtórzył Snape.
- Nie, nie uważam, że umiem wszystko, bo to po prostu niemożliwe – powiedziała nadal spokojnie Lillian. - Ale tak, uważam, że mogłabym przystąpić do owutemów z eliksirów. A także z obrony przed czarną magią. Nie mówię tego żeby się pochwalić tylko dlatego, że to prawda. I panie profesorze, chciałam dodać, że to nie moi rodzice, ale ja wynalazłam miksturę „Gęste Włosy w Pięć Minut” a także „Likwidatora Wszelkich Problemów Skórnych”…
- To może powinnaś podzielić się tymi wynalazkami z koleżanką – Snape powtórnie spojrzał na pryszczatą dziewczynę w pierwszej ławce.
Lillian zacisnęła pięści, a oczy pociemniały jej z gniewu.
- Tak nie można! – powiedziała gwałtownie.
- Coś ty powiedziała? - warknął Snape.
- Nie rozumiem dlaczego wszyscy się na to godzą i nikt nic nie powie. Uważam, że jest pan złym nauczycielem - stwierdziła Lillian.
Przez moment Harry myślał, że Snape eksploduje, ale po chwili uśmiechnął się jadowicie.
- Nikt cię tu nie trzyma. A na razie masz szlaban. Będziesz wieczorem ucierać na proszek zgniłe gumochłony. Siadaj.
- Ucierać zgniłe gumochłony – mruknęła pod nosem Lillian. – Jakby to było coś nowego. Robiłam to już w wieku pięciu lat. Dla rozywki.
Siedzące obok koleżanki zachichotały, ale zaraz przerwały, bo Snape rzucił im jedno ze swoich najpaskudniejszych spojrzeń.
Wspomnienie rozmyło się a Harry, Ron i Hermiona ponownie znaleźli się w gabinecie Dumbledore’a. Popatrzyli na portret Snape’a z niechęcią.
- Mówiłem, że to była bezczelna dziewucha – odezwał się Snape.
- Czyje to było wspomnienie? - spytała Hermiona.
- Tej dziewczynki siedzącej z przodu – odparł Dumbledore. - To Miranda Kelly. Po lekcji Lillian do niej podeszła i rzeczywiście dała jej tę swoją miksturę. Po tygodniu pryszcze znikły, Miranda stała się pewniejsza siebie, zaczęła się lepiej uczyć, znalazła przyjaciół a potem męża. Teraz prowadzi sklep wysyłkowy ze sprzętem gospodarstwa magicznego domu, jest szczęśliwą matką i żoną.
- Wzruszające – mruknął Snape.
- Myślę, że trzeba zrobić przerwę na kolację – oznajmił Dumbledore. – Ależ wam zazdroszczę. Jest piątek więc na pewno podadzą kotlety fasolowe, indycze udka i grubo krojone frytki z mnóstwem majonezu. Lillian lubiła frytki z majonezem, no ale jej rodzina pochodziła z Holandii, oni tam to wyjątkowo lubią takie frytki.
- Ohyda – stwierdził Snape.
Harry spojrzał na wirujące po powierzchni myślodsiewni następne wspomnienie. Trzy roześmiane dziewczyny biegły przez skąpane w deszczu błonia. Jasne włosy Lillian tańczyły wokół jej głowy. Harry oderwał wzrok od dziewczyn i zobaczył, że Snape również patrzy na tę scenę. Na chwilę ich spojrzenia spotkały się. Trudno było cokolwiek odczytać z pozbawionej wyrazu twarzy Snape’a. Nagle odwrócił się, odszedł w głąb portretu i po chwili znikł w jego czeluściach.
- Spokojnie, wróci - mruknął Dumbledore.
- A czy ktoś chce żeby wrócił? - mruknął Ron.
- Dlaczego on tak bardzo nienawidzi tej dziewczyny? - spytał Harry.
- Och, no wiecie zrobiła coś czego on nie może jej wybaczyć – powiedział pogodnie Dumbledore.
- Co takiego?
- Umarła.
- Uwielbiam, gdy Dumbledore gada w ten sposób. "Umarła". Aha, no tak, wszystko jasne - burknął Ron gdy szli w kierunku wielkiej sali.
- Och Ron jaki ty jesteś głupi – Hermiona przewróciła oczami. - Jak ja mogłam wyjść za takiego tępaka! Czy to nie jest oczywiste?
- Co jest oczywiste?
Ale w tym momencie weszli do wielkiej sali gdzie zostali otoczeni przez swoich kolegów. Wszyscy chcieli wiedzieć o czym była mowa podczas ich nieobecności.
- Na razie nie dowiedzieliśmy się niczego konkretnego - mruknął Ron. - Poza tym, że Snape jest palantem, no ale to wszyscy wiemy. Znęcał się nad jakąś uczennicą jakieś sto lat temu.
- To rzeczywiście nic nowego - odezwał się Neville, jedna z ulubionych ofiar Snape'a.
- Nie wiem jak ta historyjka ma nam pomóc w przeciwdziałaniu nadchodzącym wydarzeniom – stwierdził Ron z powątpiewaniem.
- Ron to, że czegoś nie rozumiesz, nie znaczy, że jest to pozbawione sensu. W każdym razie po kolacji mamy tam iść znowu - powiedziała Hermiona. - Dumbledore prosi was abyście przenocowali w zamku, jeśli możecie.
Do sali zaczęli napływać uczniowie. Patrzyli z zainteresowaniem na aurorów, którzy usiedli przy powiększonym przez Hermionę stole nauczycielskim.
Harry dziwnie się czuł siedząc przy stole na który jako uczeń spoglądał od strony zajmowanej przez gryfonów. Z tamtej, starej kadry nauczycielskiej ostał się jedynie Hagrid, który teraz machał do niego wesoło swoją wielką jak bochen chleba, obandażowaną łapą.
|
|
|
10-09-2009, 20:55
|
#7
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział trzeci. Zakład 1/3
Po kolacji aurorzy przeszli do salonu, z którego korzystali nauczyciele a Harry, Ron i Hermiona udali się do jej gabinetu. Snape'a wciąż nie było, co przyjęli z ulgą. Dumbledore ucinał sobie drzemkę, ale obudził się zaraz gdy weszli.
- Widzę, że Severusa jeszcze nie ma, no cóż nie winię go. To nie są na pewno miłe wspomnienia. Zaczniemy bez niego. Zajrzyjcie do myślodsiewni moi drodzy, znajdziecie tam teraz wspomnienia samej Lillian. Dotyczą ostatniego roku jej nauki w Horwarcie. Przyjrzyjcie się im bardzo uważnie i skupcie a zobaczycie, że z czasem zaczniecie też poznawać, odczuwać i rozumieć jej uczucia, myśli i wrażenia.
Trzy roześmiane dziewczyny biegły przez skąpane w deszczu błonia. Na przedzie Lillian a za nią smukła ciemnoskóra dziewczyna, która łapała Lillian za szatę próbując ją prześcignąć.
- To Rozalinda Stone - wyjaśnił im Dumbledore. - A ta drobna z rudymi, kręconymi włosami to Franka Peterson, Niemka, która podobnie jak Lillian zaczęła naukę w Hogwarcie dopiero na szóstym roku. Jej rodzice byli dyplomatami. Przyjechali tu na placówkę. Te dwie to najlepsze przyjaciółki Lillian.
- Warte Lillian! - krzyczała Franka.
Lillian wbiegła pod arkady i odgarnęła z twarzy mokre od deszczu włosy. Po chwili koleżanki dołączyły do niej. Usiadły na kamiennym murku wpatrując się w ulewę.
- Co za pogoda! To chyba definitywny koniec lata! - powiedziała Lillian strząsając różdżką z szaty krople deszczu.
Rozalinda sięgnęła za szatę i wyjęła długą fajkę z morskiej piany, następnie rozejrzała się ostrożnie i włożyła ją do ust.
- Nawet ci nie smakuje - parsknęła śmiechem Lillian. - Palisz to paskudztwo bo Ebenezer Sullivan pali.
- Ach, ja - Franka zachichotała. - Lillian rację ma. Ty po to palisz, żeby on cię do Hogsmeade zaprosić jest. Postawić ognistą whisky, ja?
- Franka, ty naprawdę musisz podszkolić angielski - odparła Rozalinda, zakrztusiła się dymem i mruknęła. - Wyborne.
Franka zrobiła zgnębioną minę.
- Ty masz rację Roz. Ja mam dosyć jak Snape komentuje on mój angielski a ślizgoni się śmieją. Drusilla Harrington ma radość.
- Drusillą się nie przejmuj. Jest głupsza od bulwika pospolitego - powiedziała Lillian.
- I od niego brzydsza - wykrztusiła Rozalinda pomiędzy jednym atakiem kasztu a drugim.
- A co do Snape'a to już ja się postaram żeby go w tym roku wylali - kontynuowała Lillian zawziętym tonem. - Nie zniosę kolejnego roku tortur na lekcjach u tego podłego sadysty. Nie wiem jak Dumbledore może pozwalać, żeby ktoś taki uczył. Po co Snape w ogóle pracuje w szkole skoro tak bardzo nienawidzi uczniów? Ale jego dni są policzone.
- Serio? - Rozalinda zaciekawiła się. - Jak chcesz to zrobić?
- Właśnie Van Tassen, jak chcesz to zrobić? – rozległ się wyniosły głos.
- To Drusilla Harrington – szepnął Dumbledore.
Drusilla Harrington pojawiła się przed nimi znienacka. Była, wbrew temu co powiedziała Rozalinda, bardzo ładna. Szpecił ją jedynie krzywy, pogardliwy uśmieszek błąkający się na wargach i wyraz wiecznego niezadowolenia na twarzy. Miała długie czarne włosy, ciemną karnację, duże oczy i usta. Była bardzo wysoka i dobrze zbudowana.
-Towarzyszy jej jak zwykle Gladys Smith – Dumbledore wskazał myszowatą dziewczyna, stanowiąca doskonałe tło dla atrakcyjnej Drusilli . – A to Karl Drummond i Butch Lepper.
Drummond był to ów przystojny chłopak, którego widzieli we wcześniejszym wspomnieniu, siedzącego obok Drusilli. Lepper natomiast był chłopakiem, którego szata zdawała się pękać rozpychana przez rozrośnięte mięśnie. Po twarzy błąkał mu się głupawy uśmieszek.
- Karl był kapitanem drużyny ślizgonów, grał na pozycji obrońcy, Drusilla to szukająca a Butch był obrońcą – wyjaśnił szybko Dumbledore.
- No Van Tassen jak masz zamiar pozbyć się profesora Snape'a? – dopytywała się Drusilla natarczywie dźgając Lillian końcem różdżki w ramię.
Lillian odtrąciła jej rękę i szybko wstała.
- Profesora Snape'a - przedrzeźniała Drusillę. - Tak go bronisz bo to twój chłopak?
Rozalinda i Franka parsknęły śmiechem. Drusilla obrzuciła je pogardliwym spojrzeniem.
- Zrozumiałaś z tego cokolwiek głupia niemro? A ty Stone bekniesz za tę fajkę.
- Co ty tu jeszcze robisz Harrington - spytała Rozalinda wydmuchując jej dym prosto w twarz. - Powinnaś już lecieć na eliksiry. Lubisz być pierwsza w klasie, żeby sobie usiąść jak najbliżej twojego ukochanego profesora.
- Profesorze, mój eliksir znowu przypomina nakrapianego gluta, pewnie dlatego, że jestem za głupia aby prawidłowo przeczytać instrukcje - zapiszczała Lillian wymachując rękami, po czym dodała już normalnym głosem. - Pożegnaj się z nim czule, bo może dziś zobaczysz go po raz ostatni.
- Jesteś głupia - odparła Drusilla hamując wściekłość i robiąc krok w stronę Lillian. - Nie uda ci się.
- Załóż się - odparła Lillian i też zrobiła krok do przodu. Była niższa od Drusilli o dobre pół głowy.
- Właśnie to uczynię kurduplu.
- Wspaniale.
- Lillian to nie jest dobry pomysł - odezwała się Rozalinda z niepokojem.
- Przeciwnie, jest doskonały – odparła Lillian nie spuszczając wzroku z Drusilli. Drummond i Lepper rechotali uradowani, poszturchując się.
- No to potrzebna będzie umowa wiążąca - westchnęła Rozalinda. Jej rodzice byli wielkimi szychami w Wizengamocie, jak wyjaśnił Dumbledore, więc doskonale znała się na umowach. - Żeby ci śmierdziele nie wygadali co chcesz zrobić.
- Raczej żeby ta holenderska przybłęda oddała swoje ciężko uciułane galeony jak już przegra – powiedziała Harrington i dodała. – A dokładnie sto galeonów.
- Niech będzie – zgodziła się Lillian. – Ale jak wygram to nie odezwiecie się do nas do końca roku. Ty i twoi koleżkowie. Będziecie nam grzecznie schodzić z drogi.
- Tylko tyle? - spytała pogardliwie Harrington.
- Chyba, że sama zechcesz żebym wszedł ci w drogę, lala – oznajmił Drummond głosem, który chyba tylko jemu wydał się uwodzicielski. Drusilla rzuciła mu ciężkie spojrzenie.
- I przestaniecie znęcać się nad pierwszoroczniakami – dorzuciła Rozalinda.
- He, he niech będzie – odparła Drusilla a Butch zrobił bardzo zawiedzioną minę. Uwielbiał się znęcać nad pierwszoroczniakami.
- Dobra, mam właściwą umowę - powiedziała Rozalinda po namyśle. - Podajcie sobie ręce, wiem Lillian to ohydne, przykro mi, ale inaczej nie da się tego zrobić, bo umowa nie będzie wiążąca.
Gdy Lillian i Drusilla podały sobie ręce obie zrobiły takie miny, jakby właśnie dotknęły zdechłego bulwika pospolitego.
- Powtarzajcie za mną – zaczęła Rozalinda celując różdżką w ich dłonie. Z końca różdżki wystrzelił cieniutki świetlisty sznureczek i oplótł ich dłonie dokładnie. - Ja tu zaprzysiężona a także wszyscy tu zebrani zobowiązujemy się dochować sekretu tej umowy, jeśli nie wywiążemy się z umowy nasze twarze pokryją się nigdy nie znikającymi brodawkami i obrzydliwymi liszajami.
Powtórzyły umowę, ale Drusilla nie puściła ręki Lillian.
- Niech ona się zobowiąże, że nie użyje do tego czarów.
- Niby czemu? - spytała Rozalinda.
- Bo mogłaby na przykład uwarzyć eliksir zaciemniający umysł, zmniejszający zdolność trzeźwego osądu, ogłupiający albo nawet miłosny lub coś podobnego.
- Fuj - wykrzyknęła zgorszona Franka. - Ona miałaby podać eliksir miłosny Snape'owi? To pomysł ohydny jest.
- Jesteś naprawdę tępa Harrington – parsknęła śmiechem Lillian. - Za coś takiego to ja wyleciałabym ze szkoły. Więc w porządku. Przysięgam, że nie użyję czarów.
- No tak już lepiej. Szykuj galeony konusie – Harrington puściła gwałtownie dłoń Lillian i ostentacyjnie wytarła ją w szatę.
Czwórka ślizgonów zarechotała i ruszyła w kierunku wejścia do szkoły. Jeszcze z oddali dobiegał ich śmiech i boiskowy zaśpiew Butcha „dawaj galeony, dawaj galeony albo ściągaj swoje wielkie, ponure pantalony”.
Rozalinda skrzywiła się, ale Lillian parsknęła śmiechem.
- No co Roz, ta piosenka jest obiektywnie zabawna, aż ciężko uwierzyć, że powstała w móżdżku wielkości orzeszka.
Rozalinda powiedziała jednak poważnie.
- Lillian nie cierpię tej krowy, ale ona ma rację, szykuj galeony. Jak chcesz pozbyć się Snape'a bez użycia czarów?
- Tak jak powiedziałam, za użycie czarów sama wyleciałabym ze szkoły, ale Harrington podsunęła mi pewien pomysł.
- Ja nie chcę znać ten pomysł chyba, boję się że on ma coś wspólny z pantalony, chociaż nie wiem co to pantalony. Czy to rodzaj bielizny wyjściowej? - skrzywiła się Franka.
Rozalinda i Lillian popatrzyły na siebie i wybuchnęły głośnym śmiechem.
- Może sto lat temu – wykrztusiła Rozalinda.
- Chodźmy, bo naprawdę się spóźnimy – powiedziała Franka, gdy już koleżanki wyjaśniły jej niezrozumiałe słowo.
- I bardzo dobrze. Zamierzam dziś doprowadzić Snape'a do szału – powiedziała Lillian.
- To nie powinno być trudne. Biegnijmy - Rozalinda spojrzała niechętnie na ścianę deszczu. - Cholerny deszcz. Że też nie ma zaklęcia, które go usuwa.
- To też jest mi na rękę - uśmiechnęła się Lillian radośnie.
- Nie lubię jak masz taką minę. Ta mina zwiastuje kłopoty.
- Richtig. Idziemy my? – dziarsko spytała Franka.
- Idźcie. Ja się muszę spóźnić.
- Jak chcesz – Rozalinda wzruszyła ramionami. - Ja nie mam ochoty na szlaban. Ręce wciąż mi śmierdzą ropą po ostatnim. Przez dwie godziny wyciskałam wyjątkowo dorodne czyrakobulwy. Bez rękawic ochronnych.
Pobiegły a Lillian odczekała dziesięć minut, zabrała swoją torbę i też pobiegła przez deszcz. Szkolne korytarze były opustoszałe. Wszyscy uczniowie byli już na lekcjach.
|
|
|
10-09-2009, 20:58
|
#8
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział trzeci. Zakład 2/3
Otworzyła drzwi lochu gwałtownie, tak że z hukiem uderzyły o ścianę. Wszyscy podnieśli głowy znad kociołków i spojrzeli na nią. Snape wolno odwrócił się od tablicy i wlepił w nią oczy.
- Ups - powiedziała wesoło. - Przepraszam, panie profesorze.
Strząsając z siebie krople deszczu i chlapiąc dookoła wodą ruszyła niezbyt pospiesznym, nonszalanckim krokiem na koniec klasy, gdzie zwykle siedziała obok Rozalindy i Franki.
- Stój Van Tassen! - syknął Snape.
Lillian odwróciła się wolno.
- Taak - spytała przeciągle, udając zaskoczoną. - Coś nie tak panie profesorze?
Z tyłu dobiegł ją zduszony chichot Rozalindy.
- Van Tassen, upadłaś na głowę? – spytał Snape.
Drusilla siedząca w pierwszej ławce zarechotała cicho, ale zaraz umilkła bo w jej kociołku coś podejrzanie zabulgotało i po klasie rozszedł się odrażający odór zgniłych jaj.
- Nie przypominam sobie.
- Twoja bezczelność przekracza wszelkie granice. Uważasz, że jesteś taką szychą, że godzina o której zaczyna się lekcja ciebie nie dotyczy.
- Musiałam zrobić coś naprawdę ważnego. Gdyby nie było to takie ważne to bym się przecież nie spóźniła - odparła lekko Lillian.
- Milcz.
- Widzę, że robimy miksturę wyostrzającą zmysły – powiedziała Lillian nie zrażona, wychylając się do przodu by zerknąć na tablicę ponad ramieniem Snape,a. - Robiłam ją jako dziecko. Dla zabawy.
- Van Tassen podejdź tu - wycedził Snape przez zaciśnięte zęby.
Lillian podeszła i stanęła przed profesorem z beztroską miną, która wyrażała chęć i gotowość do nauki.
- Accio kociołek - powiedział Snape nie spuszczając wzroku z Lillian. - Przygotuj więc tę miksturę tu i teraz. Masz piętnaście minut. Powiedzmy, że teraz ty jesteś profesorem. Pokaż całej klasie jak się to robi.
- Czy mam się zachowywać jak pan? – upewniła się Lillian. - To znaczy z tym ciągłym krytykowaniem, wyśmiewaniem, poniżaniem uczniów i tak dalej?
I tak już blada twarz Snape’a zrobiła się teraz biała jak kreda.
- Siadaj Van Tassen! – wycedził.
- To znaczy mam nie robić tej mikstury? Bo ja już teraz nie wiem - spytała Lillian, patrząc na Snape'a z politowaniem, jakby uważała go za rozkapryszoną, niezdecydowaną panienkę.
- Rób. Na. Swoim. Miejscu. I. Masz. Zostać. Po. Lekcji. Masz. Szlaban - na chwilę zamilkł po czym dodał jeszcze bardziej jadowitym głosem. - Przez miesiąc. Gryffindor traci trzydzieści punktów.
Lillian usiadła w swojej ławce wśród pomruków niezadowolenia gryfonów. Rozalinda wytrzeszczyła na nią oczy i zakręciła palcem tuż przy swojej skroni. Lillian uśmiechnęła się do niej szeroko i mrugnęła.
- Panie profesorze - rozległ się słodki głosik Drusilli Harrington. - Van Tassen tak mnie zdenerwowała swoim bezczelnym zachowaniem, że przez pomyłkę dolałam do mojej mikstury jadu grzechotnika.
- Zacznij więc od nowa. Van Tassen przygotuje ci składniki. Zobaczymy czy skoro jest taka dobra zrobi do końca lekcji dwa eliksiry – powiedział i spojrzał na Lillian ze złośliwą satysfakcją. - Zaczniesz od tego dla Harrington.
- Oczywiście panie profesorze - uśmiechnęła się Lillian.
Do końca lekcji Lillian udało się uwarzyć dwa bardzo dobre eliksiry co sprawiło, że Snape wyglądał jakby wypił butelkę Szkiele-Wzro. Widać było, że bardzo ma ochotę się do czegoś przyczepić ale nie ma do czego. Próbował niby niechcący zrzucić jej flakonik z próbką, ale Lillian rzuciła szybkie zaklęcie i flakonik zatrzymał się tuż nad podłogą.
- To ja może lepiej zastosuję zaklęcie nietłukące – powiedziała niewinnym tonem ponownie celując we flakonik. - Tak na wszelki wypadek.
Wcisnęła mu swoją próbkę w rękę. W oczach Snape'a zagościła nienawiść.
Lillian musiała zostać w klasie po lekcji, by dowiedzieć się jak będzie wyglądał jej szlaban. Snape ignorował ją przez jakiś czas. Lillian zmarszczyła brwi i pomyślała, że jeśli on szybko nie powie jej tego co ma do powiedzenia to spóźni się na transmutację u McGonagall. Bała się jej znacznie bardziej niż Snape’a, którego uważała za zakompleksionego sadystę, który znęca się nad słabszymi, aby podnieść własną samoocenę.
- Panie profesorze – odezwała się w końcu. – Spóźnię się na transmutację.
Snape podniósł powoli wzrok znad zwoju pergaminu, który czytał przy swoim biurku.
- Nie obchodzi mnie to Van Tassen – powiedział cichym, przepełnionym jadem głosem.
- Może mi pan powiedzieć na czym będzie polegał mój szlaban? Mam wyczyścić wszystkie nocniki bez użycia czarów, czy może pomóc Filchowi zeskrobywać zdechłe krety z wycieraczek a może pójść z Hagridem do lasu pojmać jakieś wyjątkowo niebezpieczne magiczne stworzenie?
- Dobrze się dziś bawiłaś Van Tassen? – spytał cicho Snape nie podnosząc na nią wzroku i nie czekając na odpowiedź odezwał się równie cicho jak przedtem. – Mogę ci bardzo utrudnić życie, niezależnie od tego na co chcesz je zmarnować. I żadne pieniądze ani układy ci nie pomogą. Zrozumiałaś?
Wolno podniósł na nią wzrok. Lillian kiwnęła głową. Coś w jego spojrzeniu bardzo jej się nie spodobało. Jakby przewiercał jej mózg na wylot i penetrował myśli. Przez moment poczuła się niepewnie. Skupiła się by opanować ogarniające ją uczucie paniki, która pojawiła się nagle i zupełnie niespodziewanie.
- O dwudziestej, w tym lochu – warknął Snape, napisał coś szybko na skrawku pergaminu i wyciągnął w kierunku Lillian. Podeszła ostrożnie i wzięła pergamin. – Daj to profesor McGonagall, powiadamiam ją o twoim zachowaniu. Możesz odejść.
- No to do zobaczenia po kolacji panie profesorze – powiedziała wesoło Lillian, powracając do swojego beztroskiego tonu. Wyszła dziarsko z klasy czując na sobie ciężki wzrok Snape’a.
Biegła korytarzami najszybciej jak potrafiła, ale i tak wpadła spóźniona a do tego zdyszana do klasy transmutacji. Profesor McGonagall była młodsza niż zapamiętali ją Harry, Ron i Hermiona, i w gruncie rzeczy całkiem atrakcyjna i szykowna. Zmarszczyła groźnie brwi na widok Lillian.
- Co to ma znaczyć panno Van Tassen?
- Snape, to znaczy profesor Snape, kazał to pani przekazać.
Wręczyła nauczycielce skrawek pergaminu i obserwowała ją, gdy ta czytała notatkę. Gdy skończyła spojrzała surowo na Lillian.
- Proszę podejść do mojego biurka panno Van Tassen.
Lillian podeszła.
- Dostałaś kolejny szlaban. Do tego miesięczny. Niech mi pani powie panno Van Tassen, czy od początku tego roku szkolnego udało się pani przeżyć tydzień bez szlabanu? Czy to może jakieś nowe hobby?
- To naprawdę…
- Nie przerywaj mi – McGonagall ściszyła głos. – Uważaj Van Tassen, ja ci to mówię, stąpasz po cienkim lodzie. I nie mam tu na myśli tylko tego, że Snape nie dopuści cię do owutemów, co pewnie zrobi pomimo twoich oczywistych kwalifikacji, albo że zostaniesz wykluczona z rozgrywek Quiditcha, tak jak w zeszłym roku i znowu przegramy ze Slytherinem. Zastanów się poważnie nad własnym postępowaniem. Powinnaś docenić to, że profesor Snape przysłał mi tę notatkę. To duży przejaw rozsądku z jego strony, zaczynam rozumieć Dumbledore’a, dlaczego w ogóle zatrudnił tego człowieka.
Lillian gapiła się na nauczycielkę rozumiejąc coraz mniej. Miała wrażenie, że cała klasa przestała transmutować zepsute jedzenie w wystawną ucztę i przysłuchuje się ich rozmowie. McGonagall mówiła jednak bardzo cicho. Lillian wychyliła się do przodu usiłując przeczytać notatkę przysłaną przez Snape’a, ale McGonagall uderzyła w nią różdżką i notatka spłonęła w ciągu dwóch sekund.
- Czy wiesz kim była twoja babka? – spytała z nienacka McGonagall.
- Uczyła w Beauxbatons zaklęć – odparła zaskoczona Lillian.
McGonagall wyglądała, jakby coś ją wytrąciło z równowagi.
- Zamiast zajmować się głupotami zastanów się lepiej nad sobą. Doprawdy myślałam, że jesteś rozsądniejszą dziewczyną. Siadaj.
Podczas kolacji Lillian opowiedziała szeptem koleżankom o szlabanie i o tym co powiedziała jej McGonagall.
- Dlaczego ona tak zdenerwować się? – spytała Franka podnieconym szeptem.
- Nie mieć pojęcia – Lillian wzruszyła ramionami, nałożyła sobie zapiekanki szpinakowej i zerknęła na stół nauczycielski.
McGonagall rozmawiała z Hagridem, chichocząc co chwilę jak dzierlatka. Dumbledore co rusz wtrącał się do ich rozmowy i widocznie też błyskał dowcipem, bo po każdej jego wypowiedzi nauczycielka zasłaniała sobie usta serwetką by stłumić śmiech. Lillian przesunęła spojrzenie dalej. Flitwick jadł w skupieniu bardzo nad czymś zamyślony, co jakiś czas jednak parskając śmiechem, widocznie i do niego docierały żarciki Dumbledore’a i Hagrida. Obok Flitwicka siedział Snape i zupełnie nie wyglądał na rozbawionego, rozmawiał cicho z siedzącym po swojej drugiej stronie Theodorusem Crispinem, nauczycielem obrony przed czarną magią, ulubionego przedmiotu Lillian. Pocieszny, grubawy, hedonistycznie nastawiony do życia i zawsze uprzejmy Crispin z entuzjazmem odpowiadał na jakieś pytanie Snape’a, nie zwracając uwagi na żądzę mordu malującą się na twarzy nauczyciela eliksirów. Lillian wiedziała, że Crispin był którymś z rzędu profesorem, który sprzątnął Snape’owi sprzed nosa posadę nauczyciela obrony przed czarną magią.
Lillian chwilę jedynie siedziała w pokoju wspólnym gryfonów. Zbliżała się ósma, zmieniła więc szkolną szatę na dżinsy i podkoszulek. Początkowo wybrała biały, ale przypomniała sobie, że być może czeka ją jakieś obrzydliwe zadanie, zmieniła go więc na czarny. Pożegnała się z Rozalindą i Franką, które odrabiały lekcje przy kominku i wyszła przez dziurę w portrecie grubej damy na korytarz. Zbiegała po schodach coraz niżej, mijając po drodze czające się w zakamarkach pary, bardzo sobą zajęte.
|
|
|
10-09-2009, 21:05
|
#9
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział trzeci. Zakład 2.5/3
Dotarła do lochu Snape’a tuż przed dwudziestą. Zapukała a kiedy nikt jej nie odpowiedział weszła. W środku nie było nikogo. Klasa bez uczniów wyglądała jeszcze bardziej odstręczająco. Przy ścianach stały półki sięgające sufitu, całe zapełnione buteleczkami, fiolkami i słoikami wypełnionymi świństwem różnego rodzaju. Podeszła bliżej by przyjrzeć się dokładnie marynowanemu jeżowi o dwóch głowach. Skrzywiła się. Przez moment rozważała myśl, czy by nie uszczknąć sobie co nieco z zapasów Snape’a. Mogłyby z Roz i Franką uwarzyć eliksir wieloskokowy i wybornie się zabawić kosztem Drusilli. Wiedziała jednak, że gdyby to zrobiła i Snape by to odkrył mogłaby wylecieć ze szkoły.
Podeszła do skomplikowanej aparatury stojącej za biurkiem Snape’a. Cała składała się z rurek, dziwnych przewodów i pokręteł, wyglądała jednak na starą, zepsutą i niezdatną do użytku. Lillian dotknęła jednej z rurek, która odpadła i roztłukła się na ziemi na drobne kawałki. Za nią posypały się następne.
- Widzę, że odnalazłaś już swoje zajęcie na dzisiejszy wieczór.
Lillian podskoczyła na dźwięk głosu Snape’a. Odwróciła się gwałtownie. Snape stał w drzwiach z drwiącym uśmieszkiem na twarzy. Wszedł do klasy a drzwi zamknęły się za nim z hukiem. Lillian znowu drgnęła.
- Do roboty Van Tassen. To preparator składników, ale zapewne to wiesz. Napraw go tak abyśmy mogli korzystać z niego na lekcjach. A może nie wiesz co to jest preparator?
- To maszyna potrafiąca stworzyć składnik, którego nam brakuje do danego eliksiru, jeśli posiada się choćby mikroskopijny ślad danego składnika.
- Nie musisz się popisywać. Nie ma tu twoich popleczników a na mnie takie regułki, przeczytane w książce nie robią żadnego wrażenia. Do roboty. Masz dwie godziny. Ach, no tak, i cały miesiąc.
- Ale – wydukała Lillian. – Panie profesorze…
- Tak?
- To chyba jest całkowicie popsute to znaczy, zepsuty preparator jest do niczego, każdy głu.., to znaczy każdy to wie. Robią je szwajcarzy na zamówienie i nikt poza nimi nie potrafi ich naprawiać.
- Czyżbym usłyszał Van Tassen, że czegoś nie potrafisz? To bardzo niedobrze jak na kogoś kto przymierza się do owutemów w trybie przyspieszonym.
- Wcale się nie przymierzam.
Zamilkła, Snape też milczał. Odwrócił się od niej i podszedł do jednej z półek i zaczął wyciągać z niej składniki i kłaść na swoim biurku. Najwyraźniej zamierzał uwarzyć jakiś eliksir.
- Panie profesorze – zaczęła Lillian najgrzeczniej jak mogła.
- Jeszcze nie zaczęłaś? Co tak stoisz?
- Przecież pan wie, że mi się nie uda. Jaki więc ma to sens? Przyznałam, że nie potrafię tego zrobić, nie wystarczy to panu?
- Zmarnowałaś już piętnaście minut.
Snape więcej się nie odezwał a Lilian podeszła do skomplikowanej maszynerii zrezygnowana. Czuła, że jeśli nie uda jej się naprawić tego urządzenia, to czeka ją coś okropnego. Zaczęła żałować tego wszystkiego i poważnie rozważać podarowanie Drusilli stu galeonów i odstąpienie od tej całej głupoty. Zaraz jednak przypomniała jej się szyderczo wyszczerzona twarz znienawidzonej koleżanki i lubieżne spojrzenia Drummonda i Leppera. I Snape'a który znęcał się nad biedną Mirandą i innymi uczniami. Wzięła się w garść i wycelowała w leżące na ziemi potłuczone rurki.
- Mogę używać czarów? – spytała.
- Rób co chcesz – powiedział Snape drwiąco i dodał z naciskiem. – Nie wiem zresztą jak miałabyś tego dokonać bez czarów.
Lillian drgnęła. Pomyślała, że w lochu jest strasznie zimno i pożałowała, że nie wzięła swetra.
- Reparo – burknęła do rurek celując w nie różdżką. Rurki poskładały się z powrotem w całość, więc skierowała różdżkę w stronę maszyny, wiedziała, że to zaklęcie jej nie poskłada, ale postanowiła ją chociaż wyczyścić. – Chłoszczyść. – zawołała.
Maszyna zalśniła czystością.
- Świetnie – mruknął Snape. - Mam teraz w klasie zupełnie bezużyteczny za to czysty przedmiot. Doprawdy Van Tassen, to że nie doprowadziłaś jeszcze tej swojej korporacji do bankructwa zakrawa na prawdziwy cud.
- Dopiero zaczynam. Naprawię to – powiedziała zdecydowanym głosem. Pomyślała, że teraz już nie ma wyboru, musi naprawić tę kupę złomu. Przydałaby się jednak wizyta w bibliotece. Szczerze powątpiewała czy Snape ją puści. Postanowiła zaryzykować. I tak nie miała nic do stracenia a bez instrukcji zabieranie się za cokolwiek nie miało sensu. - Yyy, czy mogłabym się udać do biblioteki?
- Po co?
Już, już miała odpowiedzieć coś głupiego, ale powstrzymała się.
- Po instrukcje. Zajmie mi to chwilę. Ale potrzebuję zezwolenia na piśmie bo inaczej pani Pince mnie nie wpuści.
Snape nabazgrał coś ze złością na świstku i rzucił na biurko. Lillian wzięła zezwolenie i wyszła z lochu.
Biblioteka była zamknięta. Lillian dobijała się jednak zawzięcie aż w końcu usłyszała szczęk starej zasuwy. Drzwi uchyliły się i ukazała się w nich rozzłoszczona twarz panny Pince.
- To nie pora na odwiedziny w bibliotece. Wiesz która jest godzina?
- Ósma trzydzieści. Mam pozwolenie - wcisnęła bibliotekarce świstek.
Panna Pince spojrzała na niego podejrzliwie a potem niechętnie wpuściła ją do środka. Cofnęła się przy tym w cień ale Lillian i tak zobaczyła jak szczelniej okrywa się welurowym szlafroczkiem i poprawia skołtunione włosy. Lillian przyszło do głowy, że panna Pince może sypiać w bibliotece. Nie zastanawiając się nad tym dłużej ruszyła ku działowi ksiąg magicznej mechaniki. Nic nie znalazła w "1001 magicznych urządzeniach" ani w "Wyczaruj to sam" a tym bardziej w "Drobnych naprawach magicznego domu" i "Najprostszych zaklęciach naprawiających dla leniwych i nie mających czasu". Dopiero po chwili zauważyła małą książeczkę wciśniętą między "Po co mugolom elektryczność" i "Czasami lepiej wyrzucić niż naprawiać". Książeczka była cienka i nosiła tytuł "Szwajcarscy mistrzowie magicznej machinerii".Zaczęła ją przeglądać, gdy od strony drzwi dobiegł ją huk. Wyjrzała zza regału i zobaczyła pannę Pince wypychającą za drzwi Filcha. Filch również miał na sobie szlafrok. Lillian ukryła się za regałem. Panna Pince i Filch - zawsze to podejrzewały. Nie mogła się doczekać, kiedy opowie o tym Rozalindzie i France.
Panna Pince zgodziła się wypożyczyć jej książkę i po chwili Lillian schodziła znowu do lochu, zastanawiając się czy teraz Filch wróci do biblioteki, dokończyć co zaczął. Na myśl o tym zachichotała i w wesołym nastroju weszła do ponurego lochu.
Snape dalej wytwarzał swój eliksir i nie dał po sobie poznać, że zauważył jej powrót. Lillian usiadła na ziemi obok urządzenia i otwarła książkę na zdaniu: „Trzeba być prawdziwym głupcem by próbować naprawić Preparator Składników. Konsekwencje mogą być zupełnie nieprzewidywalne. A wręcz groźne”. No to po prostu świetnie! To ma być szkoła? Za karę wysyłają cię na śmiertelną misję do lasu pełnego potworów, albo każą naprawiać urządzenia, które mogą cię zabić.
Pół godziny później zdała sobie sprawę z trzech rzeczy, że po pierwsze nie uda jej się samej naprawić tego grata, po drugie wie kto może to zrobić a po trzecie jej szlaban się kończy więc do następnego dnia nie będzie musiała się tym martwić.
- Jest 22.00. Mogę już iść?
Snape nic nie odpowiedział więc uznała to za zgodę i sobie poszła.
|
|
|
10-09-2009, 21:06
|
#10
|
|
Niepoprawny marzyciel
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
|
Rozdział trzeci. Zakład 3/3
Było już dobrze po 11.00 w nocy gdy Harry, Ron i Hermiona opuszczali gabinet Dumbledore'a.
- I co o tym myślicie? - spytała Hermiona gdy przystanęli pod portretem Ulryka Zabawnego, czarodzieja o gębuli psotnego dziecka, który raz po raz usiłował ich rozbawić tłukąc się butelką ognistej whisky po głowie. Nie doczekał się żadnej reakcji, więc opuścił portret, zapewne po to by zabawiać rezydentów innych obrazów. Tuż za portretem Ulryka korytarz dzielił się na dwie odnogi. Jedna prowadziła do pokoi Hermiony i Rona, druga do gościnnych, zajmowanych przez Harry'ego i resztę aurorów.
- Na razie czuję się tak jakbym oglądał jeden z tych seriali dla młodzieży - odparł Ron ziewając szeroko. -"Szkoła złamanych różdżek", ten hit z Australii, albo "Jezioro czarów", „Pokątna 90210” i „Magiczne lata”. Mój ojciec woli wersje mugolskie. Lubi zwłaszcza "Asy z klasy" i "Buffy postrach wampirów". Mówi, że ten ostatni prezentuje interesujące spojrzenie mugoli na kwestię wampiryzmu. Oglądał to z Rose, jak była mała. Przypuszczam, że to między innymi dlatego znalazła sobie chłopaka mugola. Tata jest zachwycony, zresztą wyobrażasz sobie Harry. Ten chłopak nazywa się John Smith, śmiesznie, nie.
- Jest bardzo miły - przerwała Ronowi Hermiona. - Pytałam co myślicie o tej dziewczynie? Tej Lillian?
- Jest świetna - powiedział Harry bez zastanowienia.
- O tak - przytaknął gorliwie Ron. - Świetna dziewczyna. Tylko boję się że jest tak fajna, że na końcu okaże się śmierciożercą albo gnomem.
- Ja myślę odwrotnie - odezwała się Hermiona. - Jest strasznie zadufana, wredna i przemądrzała, ale może na końcu wykaże się czymś pozytywnym.
- Może uda jej się pozbyć Snape'a? Myślicie, że to za to ten medal?
Hermiona skrzywiła się.
- Wiecie co, ten cały zakład, jest naprawdę okropny, nawet my nie robiliśmy takich rzeczy...
- Hermiono, kochanie spędzasz za dużo czasu z portretem Snape'a. Wiesz myślę, że jesteś po prostu zazdrosna, bo ona była taka śliczniutka. Ale to głupie być zazdrosnym o kogoś kto pewne nie żyje od dobrych trzydziestu paru lat.
- Trzydzieści parę lat - wymruczała Hermiona i zamyśliła się. Stała chwilę ze zmarszczonymi brwiami.
- Co się stało? - spytał Harry czujnie. Dobrze znał tę minę Hermiony.
- Coś mi przyszło do głowy. Ale skoro tak, to dlaczego Dumbledore pokazuje nam to w ten sposób. Może ma powód. Musi mieć powód, bo inaczej...
- O czym ty mówisz? - Ron był zdezorientowany.
- Będę musiała coś sprawdzić. Pora iść spać. Dobranoc Harry.
Hermiona i Ron ruszyli swoim korytarzem. Harry patrzył chwilę za nimi. Szli ciasno objęci. Słyszał śmiech Hermiony i poczuł ukłucie w okolicach mostka. Był tu, wśród ludzi, wśród przyjaciół a mimo to samotność doskwierała mu bardziej niż zwykle. Nie ma się co łudzić. To nie jest powrót do szkoły i do czasów dzieciństwa. Tamte lata minęły bezpowrotnie. Sam nie wiedział na co liczył wracając tu z misją. Hogwart już nie był jego domem.
Zamiast iść do swojego pokoju udał się do salonu dla nauczycieli. Wiedział że w kredensie jest butelka najprzedniejszej ognistej whisky. Mała szklaneczka, tego potrzebował przed snem. Gdy wszedł do salonu okazało się, że ktoś tam już jest. W półmroku, oświetlona jedynie blaskiem ognia z kominka siedziała Luna. Popijała z butelki piwo kremowe i z lekkim uśmiechem wpatrywała się w ogień.
- Eee, cześć - bąknął Harry.
- O cześć Harry. Łyczek przed snem?
- Tak.
- Piwo?
- Whisky.
Podszedł do kredensu i nalał sobie bursztynowego płynu do pękatego kieliszka. Usiadł na przeciwko Luny. Dopiero teraz zobaczył, że połowa jej włosów jest zlepiona jakąś ciemną substancją.
- Co to?
- Och to? Nie zdążyłam się jeszcze umyć. To krew. Obawiam się ze będziemy musieli odesłać Hipokrytów z powrotem do Azerbejdżanu. Hagrid jest zrozpaczony.
- Nic ci nie jest?
- Nie, skąd. Ale biedny Hagrid leży teraz cały w okładach ze smoczej wątroby.
Harry uśmiechnął się lekko. Po chwili milczenia Luna odezwała się.
- Przykro mi z powodu Ginny.
- Tak. Dzięki.
Wąż wślizgnął się do pokoju. Pełzł po zakurzonej podłodze, aż do wysokiego łoża z baldachimem. Wspiął się na nie po zwisającej, postrzępionej, przeżartej przez mole narzucie. Z sykiem podpełzł do kobiety. Jej rozrzucone czarne włosy spoczywały wokół głowy niczym mroczna aureola. Wąż zbliżył się do jej twarzy, wysunął rozwidlony język i musnął nim jej blady policzek.
- Jesteś - powiedziała kobieta i otworzyła swoje jarzące się zielonym światłem oczy. - Polowanie udane?
Wąż syknął.
- Lucjusz jest w pokoju obok. Aktualnie nie zdolny do niczego.
- Tak. Już to zrobiłam. Nareszcie do czegoś się przydał. To już się dzieje. Czuję to. Tym razem się uda.
Wąż zwinął się na jej włosach. Kobieta też się zwinęła. Zupełnie jak on.
Wąż śnił. Blask kominka padał na zniszczony dywanik i na jego stopy. Reszta była w cieniu.
- Tom, błagam cię.
Odwrócił się, jakby dopiero teraz przypomniał sobie o istnieniu kobiety. Popatrzył na jej przestraszoną twarz. Kasztanowe włosy wychylały się spod zwyczajnego, mugolskiego kapelusza. Przez chwilę zastanawiał się czy nie zanurzyć w tych włosach palców. Tak jak kiedyś. Czy wtedy uległaby mu? Czy udałoby mu się to po raz drugi? Kto wie. Chociaż teraz, gdy wiedziała kim jest... Ale z drugiej strony to kobieta, marna, nieskąplikowana istota, którą można sterować jakże przydatnym narzędziem. Miłość. Bardzo użyteczny mechanizm, który w odpowiednich rękach może zrobić ze słabej kobiety marionetkę.
- Gdzie on jest? - spytał prawie uprzejmie.
- Wiesz, że ci nie powiem - jej głos był teraz mocniejszy. - Nie ma znaczenia co zrobisz. Możesz zawładnąć moim umysłem. Możesz mnie torturować. Możesz mnie zabić. Tajemnica została zabezpieczona. Nie dam rady jej uwolnić. Przecież wiesz.
- Wiedziałaś, że będę cię torturował a mimo to zgodziłaś się na takie zaklęcia zabezpieczające. Zgodziłaś się na śmierć - powiedział wolno.
Kiwnęła wolno głową.
Patrzył teraz na nią teraz z odrobiną zainteresowania.
- Tom, jeszcze możesz się wycofać. Ja cię o to proszę - powiedziała gorliwie. Gorąco. Prawie namiętnie. Więc coś się jeszcze w niej tli. Może nawet więcej niż się spodziewał.
- A kim ty jesteś żeby mnie prosić o cokolwiek, kobieto?
Wyszedł z mroku. Wysoki, szczupły, odziany w czerń. Jego twarz wciąż była przystojna i przyjemna, wciąż ludzka, wciąż sympatyczna, jak wtedy, jak tamtego wieczoru, gdy zadał to pytanie. "Czy mogę jakoś pomóc?". Uprzejmie. A potem popatrzył na nią tak jak nigdy wcześniej na nią nie patrzył. Tak właśnie, jak pragnęła, by patrzył na nią mężczyzna.
Ukryła twarz w dłoniach.
- Tom, błagam. Zostaw, to.
- Jesteś bardzo dzielna. Nareszcie zaczynasz budzić moje zainteresowanie. Cóż, niech stracę - machnął lekko wypielęgnowaną dłonią o długich palcach. - Znaj gest Lorda Voldemorta. Przyłącz się do mnie. Niedługo nastąpią poważne zmiany, a ty u mego boku będziesz miała wszystko. Cały świat. W zamian chcę tylko lojalności. I tej drobnej, małej przysługi. Będziemy tacy szczęśliwi. Ja, ty...
Mówił. Prawie czuł jak jego słowa zatruwają jej umysł, do którego dostęp był śmiesznie łatwy. Jej móżdżek rozpływał się teraz jak masło na słońcu. Nie będzie stawiała oporu, a jej ciało może okazać się bardzo użyteczne.
Uśmiechnął się.
Zbliżył się do niej, a jego blade dłonie o długich, szczupłych palcach zacisnęły się na jej ramionach, popełzły w górę po jej szyi. Lodowato zimne i obezwładniające. Poczuł jej tętno. Mała żyłka na jej obnażonej szyi pulsowała pod jego palcem tak szybko, jakby ukryło się tam małe, przerażone zwierzątko. Wystarczyłoby nacisnąć. Odpuścił. Dłonie popełzły wyżej. Dotknął palcem jej ust.
- Nie! - wrzasnęła a potem krzyczała już bez opamiętania.
|
|
|
Zasady postowania
|
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts
kod HTML jest Wył.
|
|
|
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:39.
|
|