Tak jakoś szybko uwinęłam się z tym rozdziałem. Oczywiście, totalna nuda, w końcu to sam początek. Większość tekstu to opisy niżeli jakaś konkretna akcja, ale proszę się nie zrażać. W drugim rozdziale obiecuję, że będzie ciekawiej.
Rozdział I
"Są ludzie, którzy wolą raczej nic nie ukrywać niż musieć kłamać; ludzie którzy wolą raczej kłamać, niż nie mieć nic do ukrycia. I ludzie, którzy lubią i kłamstwo i tajemnice."
Albert Camus
Życie Avaline przypominało piękny sen. Może i nie było tak strasznie ciekawe i ekscytujące, ale na pewno było udane. Niewiele osób mogłoby się poszczycić tak bezproblemowym dzieciństwem. Stosunki z rodzicami były wprost wyśmienite, powodem zapewne było to, że rodzice doskonale ją rozumieli, obdarzali ją wielką miłością, była ich oczkiem w głowie. Trzeba jednak też wiedzieć, że Ava nie sprawiała żadnych kłopotów, nigdy. Była całkowicie posłuszna, była idealną córką i uczennicą, nie była rozpuszczoną i kapryśną pannicą z dobrego domu. Ona po prostu była...inna. Niewiarygodnie opanowana i milcząca, co niekiedy przerażało ludzi. Jednak jeżeli już się odzywała to zwykle była ironiczna i opryskliwa, ale przy tym nigdy nie traciła spokoju ducha. Mimo to, w domu była przykładną córeczką, zawsze słuchającą rodziców. Nie kłóciła się, co najwyżej przeprowadzała niezbyt przyjemną dyskusję. Dobre wychowanie to podstawa jej charakteru. Zawsze wiedziała kiedy i jak się zachować. Można ją nazwać prawdziwą arystokratką. Panna Fairclough posiadała jednak swoją drugą stronę, tę nieco mroczną. Kiedy ktoś już doprowadził ją do ataku furii, co do prostych rzeczy nie należało, musiał liczyć się z tym, że nie wyjdzie bez szwanku z konfrontacji z nią. Avaline była wtedy bezwzględna i nie przejmowała się innymi ludźmi. Zapominała wtedy o dobrym wychowaniu i o swojej naturze. Wtedy była istnym złem wcielonym. Na całe szczęście stany, które nazywała rozdwojeniem jaźni, zdarzały się raz na parę lat, a "uruchamiane" były przez jakieś konkretne wydarzenie, które przysparzało jej wiele nerwów.
Trzeba jednak zaznaczyć, że Ava na co dzień jest zwykłą, choć niekiedy może przerażającą dziewczyną. Potrafi kochać, posiada jakiekolwiek uczucia, zna się na ludziach, jest osobą taktowną, inteligentną i odważną, ceniącą sobie szczerość. Jest po prostu Avaline Harmonie Clematis Fairclough.
Pomimo, że brunetka lubiła swoje życie, posiadała wspaniała rodzinę, choć może nie tak wspaniałą młodszą siostrę, to jednak zawsze miała uczucie, jakby jej czegoś brakowało. Oczywiście miała wszystko co było jej potrzebne i co tylko sobie mogła zamarzyć, ale ona była osobą praktyczną i nie posiadała rzeczy, których nie da się w jakiś sensowny sposób wykorzystać. Dla niej wszystko musiało mieć jakiś cel, może nie zawsze dobry, ale jakiś na pewno.
Szesnastoletnia dziewczyna spała w dużym łożu okryta ciepłą pierzyną. Twarz mocno przycisnęła do śnieżnobiałej poduszki, wydawała się taka delikatna, krucha, zupełnie jak wtedy gdy była małą dziewczynką. Jednak w niczym nie przypominała tamtego dziecka sprzed lat. Była teraz znacznie wyższa, co oczywiście nie jest niczym dziwnym, ale ogólnie była osobą dość wysoką i nad wyraz szczupłą, więc nic dziwnego, że wielu ludzi uważa ją za delikatną i słabą dziewczynę. Długie, czekoladowe włosy sięgające jej pasa układały się na pościeli. Szare, niezbyt duże, ale piękne oczy, okalane wachlarzem ciemnych rzęs, były zamknięte i nie były w stanie wyłapać tego, co się dzieje w pokoju. Na jej jasnej twarzy można było dostrzec dość dużą ilość uroczych piegów, które nadawały dziewczynie wyrazu. Zgrabny nos i bladoróżowe usta idealnie wpasowały się w twarz nastolatki.
Ava spała sobie smacznie śniąc o powrocie do Hogwartu, który zbliżał się wielkimi krokami. Jeszcze jeden dzień i znów miała wrócić do zamku, lecz tym razem jako uczennica szóstego roku. Dziewczyna nie spodziewając się niczego, przewróciła się na drugi bok, lecz natychmiast tego pożałowała. Zimna woda spływała teraz po jej rumianych policzkach, powodując natychmiastowe wyrwanie panny Fairclough ze snu. Avaline otworzyła szeroko oczy, a zobaczywszy nad sobą twarz siostry, zmrużyła je. Zwlekła się tylko z łóżka z obojętnym wyrazem twarzy i podeszła do toaletki. Z włosów kapała jej woda, twarz była wilgotna, a po jej szyi ściekał zimny płyn.
- Anastasie o ile dobrze pamiętam zabroniłam ci wchodzić do mojego pokoju - odezwała się spokojnie Ava spoglądając kątem oka na blondynę. Ta wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu.
- Wiesz gdzie mam twoje zakazy - stwierdziła ze złośliwym uśmiechem. Nasie chyba jako jedyna w rodzinie posiadała temperament swojej babci i ten trudny charakterek. Była wredną i złośliwą czternastolatką, z którą było najwięcej problemów. Nawet surowe kary i staranie się na siłę wychować małego diabła, nie potrafiły okiełznać tego wulkanu energii.
- Wyjdź Nasie, już dość mi zaszkodziłaś - odparła, kręcąc głową z dezaprobatą. Chwyciła leżącą na toaletce szczotkę i poczęła rozczesywać splątane włosy.
- A jeżeli powiem nie? - rzekła składając ręce na piersi i opierając się o szafkę nocną starszej siostry.
- Mamo! - zawołała Avaline ze spokojem - Anastasie uparcie odmawia, gdy proszę ją, aby opuściła mój pokój - dokończyła z chytrym uśmieszkiem. Zawsze wiedziała jak się odwdzięczyć siostrzyczce.
- Nasie, wychodź stamtąd natychmiast i chodź do mnie na dół! - krzyknęła Johanna wyraźnie zirytowana. Z jej najmłodszą córką od dawna były tylko same kłopoty. Jakby było ich mało. Dzieci to naprawdę istoty sprawdzające wytrzymałość dorosłych.
- Konfident - warknęła blondynka krzywiąc się. - Kabel - dodała i obrażona ruszyła w stronę drzwi.
- Bardzo mi miło - odrzekła brunetka z ironią, nawet nie przerywając swojej czynności. Anastasie prychnęła i wymaszerowała z pokoju. Panna Fairclough westchnęła ciężko i wyprostowała się. Usłyszawszy ciche mruczenie kąciki jej ust delikatnie uniosły się ku górze. Odwróciła się i ujrzała duże szmaragdowe oczy białego i puszystego kota, które utkwione były w jej postaci. Osbert był kotem bardzo rozumnym i doskonale zastępował dziewczynie przyjaciół. Jemu mogła powierzyć wszystko i nie martwiła się tym, ze coś komuś powie. W końcu był kotem, ale jakże inteligentnym. Sprawiał wrażenie bardzo doświadczonego mimo iż przeżył na tym świecie zaledwie pięć lat. Avaline dostała go parę dni przed pierwszym wyjazdem do Hogwartu. Zdawało się jej jakby to były bardzo odległe czasy. Czasem miała wrażenie, jakby jej wspomnienia dotyczyły zupełnie innego świata.
Ubrawszy się, dziewczyna zeszła na dół, gdzie przy stole siedziała już cała rodzina. Henry i Johanna siedzieli obok siebie z dziwnie nietęgimi minami, a Anastasie najwyraźniej odzyskała dobry humor. Brunetka uśmiechnęła się słabo do rodziców i usiadła przy stole. W kuchni krzątała się domowa skrzatka, Millien, która zawsze przygotowywała przepyszne potrawy dla rodziny.
- Dzisiaj odwiedzi nas Silvester z Chanelle - odezwała się matka spoglądając na córki z troską. Avaline rozpromieniła się. Jej brat, Silver był wspaniałym człowiekiem. Najlepiej się z nim dogadywała. Zawsze miała w nim oparcie i nawzajem się o siebie troszczyli. Mimo iż chłopak był od niej cztery lata starszy, to nigdy się nie kłócili. Byli strasznie zgranym rodzeństwem. Ava strasznie żałowała tylko, że Silvester opuścił rodzinny dom i zamieszkał ze swoją żoną, która spodziewała się dziecka. Jak dla niej obydwoje byli na to za młodzi i niezbyt rozgarnięci. Rodzice uważali tak samo, poza tym, nie byli aż tak bardzo przekonani do wybranki serca swego syna, ale jego nigdy nie mogli przegadać. On żył własnym życiem, był samodzielny i nie potrzebował rad dorosłych.
- To cudownie - odezwała się brunetka spoglądając na skrzatkę rozkładającą pełne talerze. Rodzice jednak nie podzielali jej entuzjazmu.
- O co chodzi? - spytała bacznie ich obserwując. Fairclough'owie byli dziwnie milczący, nawet sama Nasie to stwierdziła.
- Mamo! - wycedziła blondynka krzywiąc się. Zachowanie rodziców zaczęło ją irytować. Kopnęła siostrę w kostkę, żeby zainterweniowała. Avaline obdarzyła ją tym przerażającym spojrzeniem, nieco zamglonym, nieobecnym, a jednak pełnym jadu i złości. Tak wyrażała swoje złe emocje.
- Mamo, możesz powiedzieć co się dzieje? - zapytała ponownie świdrując ją wzrokiem.
- Nic słońce, dowiedzieliśmy się, że ojcem Chanelle jest Mugolak. To oburzające, jak mogła nam tego nie powiedzieć? - prychnęła blondynka kręcąc głową z dezaprobatą. Ava zamyśliła się i spojrzała pustym wzrokiem na swój talerz. Ona też tego nie wiedziała i także czuła się okłamana. A tego wprost nienawidziła. Westchnęła ciężko. Rodzice wychowali ją jako osobę niezbyt przychylnie patrzącą na Mugoli. Prawdę mówiąc ona raczej nie miała z nimi styczności. Fairclogh' owie trzymali ją od nich z daleka, ale w szkole dało się ich spotkać. Może nie obnosiła się z tym z jakiej pochodzi rodziny i jak bardzo nie lubi szlam, ale zaszczepiona w niej niegdyś niechęć do nich objawiała się, ale w mniejszym stopniu niż na przykład u rodziców. Silver za to był wybrykiem natury. Znając go, trudno stwierdzić, że należy on do tej samej rodziny. Mugole jak i Mugolaki w ogóle mu nie przeszkadzali. Z paroma się nawet przyjaźnił. Kompletnie nie przejmował się rodzicami, którzy byli oburzeni jego nastawieniem.
...