Zapraszam na moją stronę, na której będę umieszczał swoją książkę (którą właśnie pisze)
Na razie, strona jest w budowie, ale można już skosztować odrobinę mojej sztuki.
http://www.switmagii.dbv.pl
Fragment pierwszego rozdziału
Bezgwiezdne szafirowe sklepienie senne i wyciszone, zajmowało miejsce nad czarowną doliną. W półcieniu srebrzystego księżyca, w czerniach nieruchomej nocy zmaterializowała się czarna masa, ciemniejsza od świeżego atramentu. Mroczny opar, który wytworzyli nieznajomi wzniósł się ponad polane. Pół tuzina smolistych peleryn opadało lekko ku ziemi, wnosząc pisakowy puch, który przeplatał się pomiędzy nieposłusznymi językami czarnego dymu, puszczając się w pęd tańca. Postacie trwały nieruchomo, w bezgłosie, wpatrując się spokojne przed siebie. W punkt odległy od nich zaledwie o kilka metrów. W niewielką wioskę, odgrodzoną ogromnym ceglanym murem, od spoczywającego wokół niej bezmiernie rozciągającego się świata..
W osadzie panowała nietknięta mglistość, zaledwie w kilku oknach drobnych kamieniczek można było dostrzec, bladawe światła, wygasających świec, przypominające niczym chmarę świetlików, spoczywających spokojnie na odgałęzieniach drzew, czekając na swój kres.
- To tutaj - Stwierdziła jedna zakapturzonych postaci. Głos miała ochrypły i surowy, pozbawiony jakichkolwiek łagodnych uczuć. Głos nietolerujący żadnego zaprzeczania. Mężczyzna stacjonował na czele, swoich towarzyszy. Odwrócił się do nich pojedynczym, zajadłym ruchem. Obskurna peleryna powtórnie, wzbiła kurz pyłu, która kilka sekund wcześniej zdążyła lekko osadzić się na twardej glebie.
Pozostali rozeszli się, tworząc krąg, wpatrując się w coś, co znajdowało sie pośrodku nich. Był to krepy mężczyzna. O kredowej twarzy, oczy miał podkrążone i nijakie, spoglądały miłosiernie w każdą stronę. Brudny, i poszarpany, podkurczył się w kłębek lęku.
- Tak, to Haverpad – Wychrypiał, zduszonym, anemicznym półszeptem. Zakapturzona postać, odwróciła się ponownie w kierunku Wioski.
- Idziemy - Oświadczył, wydobywając z pod peleryny kasztanowy pałeczkę z drewna, mierzący paręnaście centymetrów.
- Wyciągnijcie różdżki, nie wiemy, kogo spotkamy - I tak jak on, reszta postaci, wysunęła z pod peleryn różdżki.
- A co z nim Amon? - Rzekła, jedna z postaci gorzkim, kobiecym tonem
- Oczywiście Zabić – Odpowiedział zdecydowanie Amon.
- Nie błagam, nie... Ukazałem gdzie jest wioska, proszę nie, nie… - wrzeszczał mężczyzna. Zalśniło krwiste czerwone światło z różdżki kobiety. Krzyki mężczyzny ucichły.