|
10-16-2007, 09:00
|
#1
|
|
Junior Member
Zarejestrowany: Jun 2007
Posty: 3
|
[NZ] Krew Ślizgonów
Krew Ślizgonów 1 - Yasmina
Zimny jesienny wiatr targnął drzewami jeszcze raz, setki liści fruwały w powietrzu, gdy mała postać wyczołgała się z małej leśnej jamy.
Dziewczyna była naga. Miała na oko siedemnaście lat, potargane włosy, niezbyt ładną, wykrzywioną twarz. Kto wie jednak, czy nie była ona tak wykrzywiona po prostu przez strach.
Pansy Parkinson przemknęła chyłkiem pod dużym bukiem, dającym sporo cienia. Krzewy i ciernie, jakie mijała, drapały ją po całym ciele, zdzierały skórę. Szczupłe ciało całe było teraz w zadrapaniach i rozcięciach.
Odgarnęła z twarzy, także mocno podrapanej, włosy, otarła łzy. Była w kompletnym szoku, tenże szok kompletnie ją oszołomił. Pośród wichru i hałasu starała się myśleć logicznie i uświadomić sobie, co się właściwie stało.
Schowała się wreszcie pod dużym konarem dębu w ciemności i wtuliła się w ziemię, drżąc z zimna i strachu. Podniosła przerażone oczy. Gałęzie trzaskały na wszystkie strony, przez gąszcz widziała zarys księżyca. Skuliła się i zapłakała cicho.
Boże, jakaż ja byłam głupia, pomyślała, jak mogłam się zadawać z tym Malfoyem, jak mogłam nie wiedzieć, na co się narażam, wiedząc, że ma zabić Dumbledore'a? Teraz ci dranie mnie zabiją, a może nawet znieważą!
Nie, nie mogła się poddać! Nie da się zabić!
Usłyszała kroki i podniesione głosy.
- Szła na północ, widziałem przecież! - krzyczał gruby, okropny głos, mrożący krew w żyłach. To był ten, który jej pilnował.
- Pewnie się chowa po krzakach, przeszukajcie teren!
Drżąc na całym ciele spojrzała w górę. Widziała mętne światło pochodni. Pościg był blisko.
Przebiegła kilka metrów dalej i wreszcie wskoczyła do wielkiej lisiej nory nad strumykiem, zwinąwszy w kłębek.
Olbrzymi ubrany na czerwono śmierciożerca w kapturze, który krzyczał, trzymający teraz potężny badyl z czarodziejskim ogniem, warknął wściekle na towarzysza, chwytając go za szatę.
- Masz ją znaleźć, do diabła! Potrzebuję jej krwi! To ostatnie kroki by przejąć moc Czarnego Pana, szukajcie pilnie, nie może zwiać!
- Przeszukam każdy zakamarek, panie! Ryba nie wymyka mi się z sieci nigdy!
Pansy zmrużyła z przerażeniem oczy, drżąc jak w febrze. Nie mogą jej znaleźć, nie mogą...
*
Trzy tygodnie wcześniej...
Uczta w Wielkiej Sali rozgorzała na dobre. Gwar uczniów, brzęk sztućców i pohukiwanie sów były wszechobecne.
Profesor McGonagall powstała z miejsca.
Była szanowana i lubiana, ale nie na tyle by budzić respekt Dumbledore'a. Gdy tamten wstawał, w sali od razu robiło się cicho i wszyscy słuchali. Teraz jej powstanie mało kto zauważył.
Stanąwszy na stołku wystrzeliła więc z różdżki błyskawicę. Huknęło tak, że paru uczniów podskoczyło. Wielka Sala raptownie ucichła. Harry, Ron i Hermiona, pochłonięci rozmową z zaciekawieniem odwrócili głowy.
McGonnagall wycelowała sobie różdżkę w gardło, szepnęła coś i zagrzmiała zmienionym głosem:
- Drodzy uczniowie i uczennice, ze względu na powagę sytuacji apeluję do was o uważne wysłuchanie tego co powiem. Otóż wczoraj wieczorem zaginęła bez śladu jedna z uczennic, nazwiskiem Pansy Parkinson.
Salę wypełniły głośne rozmowy, okrzyki zdumienia.
- Pansy? - jęknął Ron. - Ta głupia krowa?!
Hermiona skarciła go spojrzeniem.
- ...jej rzeczy osobiste, łącznie z szatami szkolnymi zostały w dormitorium dziewcząt. Nie wiemy, co się stało. Ze względu na bezpieczeństwo apeluję do was o nie uleganie panice i nie ruszanie się gdziekolwiek bez towarzystwa opiekunów. Znajdziemy Pansy, ale pomóżcie nam. Jeśli ktoś coś wie, proszę się zgłosić.
Czarami wróciła swój głos do normalnej postaci. Następnie wróciła na miejsce i szepnęła coś do Slughorna.
Głośne przejęty rozmowy zajęły teraz miejsce gwaru.
- Co o tym sądzicie? - zapytała Hermiona, wiercąc się nerwowo nad swoją sałatką owocową.
- To dziwne, że zniknęła, ale jakie miałaby powody?
- Może ją ktoś porwał?
- Harry?
Harry nie brał udziału w dyskusji. Zauważył to już po raz drugi. Znów mu mignęła ta dziewczyna. I znów nie zdążył się przyjrzeć. Potrząsnął głową. Tym razem widział ją za stołem Krukonów. Głupota! Jest zmęczony.
- Eeee, co? - bąknął Harry.
- Harry, co z tobą? Nie słyszałeś? Ślizgonka zaginęła.
Harry odchrząknął głośno.
- Nie myśl, że mnie to niepokoi!
Pomyślał o śmierciożercach i słabo mu się zrobiło na myśl, że mogliby porwać kogokolwiek. A przecież Malfoy im podpadł.
- Biedny Malfoy - mruknął Ron, nie bez złośliwości, nakładając sobie brokuł. - Tyle stresów ma gość.
Spojrzeli po stole Ślizgonów. Teraz było tam najgłośniej. Na twarzy wielu malowało się przerażenie, ale Harry nie czuł satysfakcji. Coś mu na to nie pozwalało. Malfoy siedział na końcu stołu, w samotności, ponury i zrozpaczony. Twarz miał posiniaczoną i obandażowaną w wielu miejscach. Ostatecznie trochę było mu go żal. Pansy była jego dziewczyną. Tak jak Ginny dla niego, była być może jego miłością.
- Znowu go przerobili - zauważył Ron.
- Ciekawe komu się naraził - szepnęła Hermiona, nie spuszczając wzroku z sałatki.
- A jeżeli chcą zmusić Malfoya do współpracy? - odezwała się nagle Ginny.
- Co masz na myśli? - zapytał Harry, raptownie zainteresowany, krztusząc się jedzeniem.
Rzuciła mu obojętne spojrzenie, następnie przeleciała spojrzeniem po reszcie.
- Nie rozumiecie? - nalegała. - Przecież Malfoy pracował dla Voldemorta, nie podołał zadaniom jakie tamten mu przydzielił. Może teraz sobie o nim przypomnieli i zmuszają go do czegoś, posługując się bliskimi mu osobami. A przecież nie jest tajemnicą, że Sami-Wiecie-Kto uwielbia używać jako przynęty bliskich swych wrogów, nie?
Zimny dreszcz przeleciał Harry’emu po plecach. Wiedział, że rudowłosa ma rację. A skoro śmierciożercy byli tak blisko...
- Myślisz, że to oni tak poturbowali Malfoya? - spytał Ron.
- A któż by inny? - zapytała Ginny. - Oni mogą mieć swoich wszędzie.
- To by wynikało, że wciąż nam zagrażają, jeśli są nawet w zamku... - przerażenie odjęło Harry'emu mowę, ale nikt nie zwrócił uwagi na jego słowa.
Zapadło krótkie milczenie, w czasie którego do ich stołu podleciało sześć różnych dzbanków z napojami, które zaczęły nalewać każdemu po kolei czego innego. Jak można się było domyśleć, zgodnie z życzeniem, ale Harry nie miał czasu się nad tym zastanawiać. Ron natychmiast znowu zabrał się za pałaszowanie.
Ginny wpatrzyła się w jedną ze świec. Płomień odbijał się w jej pięknych oczach. Harry znów się w nią wpatrzył, ku wielkiemu niezadowoleniu Rona, który aż przestał jeść. Nie potrudził się jednak o komentarz.
- Najbardziej boję się tego, że on... mógł ją... opętać - powiedziała cicho rudowłosa, nie odrywając wzroku od świecy. - No wiecie... tak jak mnie... kiedyś.
Znaczna część obecnych przy stole straciła humor. Wszyscy wiedzieli, co musiała przejść Ginny. Także za sprawą Harryego. Z pomocą przyszła Hermiona.
- Spokojnie, Ginny - rzekła. - To niemożliwe... wszystko jest chronione, bezpieczne. On nie może...
Ginny powoli spojrzała na nią.
- On wszystko może - skwitowała posępnie.
Z sobie tylko znanego powodu humor odzyskał niemal w tym samym momencie Ron.
- A może niepotrzebnie się frasujemy? - zapytał pogodnie. - Może po prostu pokłóciła się z Draco i nie wytrzymała psychicznie? - powiedziawszy to parsknął śmiechem, opryskując pozostałych resztkami brokuł, które właśnie pochłaniał.
Hermiona nie ukrywała swego oburzenia i odrazy.
- Ron, jesteś naprawdę odrażający! - krzyknęła.
Reszta uczty upłynęła bez emocji, bez poważniejszych rozmów. Gdy usłyszeli dzwonek i wszyscy uczniowie zaczęli zrywać się z miejsc, nie zobaczyli już Malfoya, ani nic podejrzanego. Nauczyciele też szybko się zmyli.
Gdy wyszli na zatłoczony korytarz, Harry rozejrzał się niespokojnie.
- Co teraz mamy? - zapytał go Ron, ziewając przeciągle.
- Obronę przed Czarną Magią ze Slughornem - odparł szybko.
- O, nie! - Ron spojrzał na sufit. - Tylko nie to! Co on tym razem wymyśli? Przywoływanie ducha Dumbledore'a?
- Nic mnie już nie zdziwi - stwierdził Harry.
Przeszli do schodów, kierując się na drugie piętro i właśnie wskoczyli na pierwszy stopień...
I wtedy Harry znów ją zobaczył. To była ona. Na pewno.
Położył rękę na ramieniu Rona.
- Muszę jeszcze coś załatwić - rzucił szybko.
- Harry, zaraz mamy lekcje! - syknęła Hermiona.
- Zaraz wrócę, zobaczymy się na eliksirach! - odkrzyknął Harry i wmieszał się w tłum uczniów.
Potrącany przez wiele osób dobiegł wreszcie do wrót lochów.
Tam stała dziewczyna. Jej wygląd zniszczył wiarę Harry'ego w to, że już nic go nie zdziwi.
Co od razu zauważył, w ogóle nie była w mundurze szkolnym i bardzo się pośród uczniowskiej gawiedzi wyróżniała.
Zamiast szkolnej szaty, ubrana była w coś w rodzaju tygrysiej skóry. Zakryte miała praktycznie tylko piersi i barki. Ramiona, brzuch, biodra i uda były zupełnie nagie. Olbrzymi dekolt, na gołej szyi naszyjniki. Jej pas osłaniało do kolan coś, co przypomniało mugolskie szorty, z tą jednak różnicą, że błyszczało prawdziwymi gwiazdami. Na rękach i w uszach oraz na szyi dziewczyny powywieszane były dziesiątki paciorków, brylantów i amuletów.
Co musiał przyznać, była bardzo ładna.
Miała długie, olśniewająco jasne włosy, spływające aż na nagie ramiona i perłowe oczy, które zdawały się egzaminować nie tyle jego wygląd, ile słabe punkty. Miała około piętnastu-szesnastu lat, ale Harry widział ją po raz pierwszy w życiu.
Dziewczyna dała mu ręką znak, by się przybliżył.
Harry obejrzał się niespokojnie za siebie, ale żaden z uczniów nie zwracał na nich najmniejszej uwagi.
Podszedł do niej. Była o pół głowy niższa, drobna i szczupła, ale postawna. Zmierzyła go chłodnym spojrzeniem.
- Ty jesteś Harry Potter - rzekła dziewczyna. Było to stwierdzenie faktu, nie pytanie.
- Eee... tak, to ja - bąknął. Ostatecznie nigdy nie myślał o osobach, o których istnieniu nawet nie wiedział, a z kolei one wiedziały o nim wszystko.
- Chodź ze mną - wskazała wzrokiem lochy.
- Kim ty właściwie jesteś? - jęknął Harry.
- To na razie nieistotne. Chodź ze mną, bo to bardzo ważne - prychnęła niecierpliwie.
Chciał zaprotestować, ale coś mówiło mu, by za nią poszedł. Jej uroda poza tym niweczyła wszystkie obawy. Przyglądał się jak podnosi do góry ramiona, rozprostowuje kości, jeszcze bardziej odkrywając przy tym brzuch. Spojrzał na jej lekko odkrytą część piersi Przyglądał się jej udom, pięknej szczupłej budowie ciała. Poczuł, że się poci. Jaka ona piękna!
Zaraz jednak otrząsnął się i pokręcił głową.
Głupcze, pomyślał, co ty wyprawiasz?! Kochasz Ginny, tylko ona się liczy!
Coś mówiło mu, że dziewczyna widziała, w jaki sposób na nią patrzy, ale nie dbał o to.
Ona sama zdawała się nie przejmować tym, że jest za skromnie ubrana, nawet kiedy znaleźli się w zimnych lochach.
Wolnym krokiem poprowadziła go korytarzem przez opustoszałe teraz lochy. Zawsze budziły w nim uczucie grozy, zarówno za Snape'a, jak i po tym gdy się ulotnił.
Przeszli obok drzwi do sali, obok krat. Prowadziła go w zakazaną część.
- Jestem Yasmina - rzekła cicho dziewczyna, nie patrząc na niego.
- Ach... miło mi - bąknął Harry.
Nigdy wcześniej nie słyszał o takim imieniu, ale nie dbał o to.
- Eeee, z jakiego ty właściwie jesteś domu? - zapytał nieśmiało.
Spojrzała na niego chłodno, z nieodgadnionym uśmiechem.
- Tego na razie nie musisz wiedzieć - ucięła. - No, ale skoro już musisz - z Ravenclawu.
- Aha - mruknął Harry, rozglądając się niespokojnie dookoła. Poczuł przeszywające zimno. Zaczynał żałować, że tu przyszedł. Ale coś w głębi mówiło mu, że nie ma już odwrotu.
- Po co właściwie mnie tu sprowadziłaś? - spytał nerwowo, przypominając sobie o ostrożności.
Yasmina spojrzała na niego czujnie, zatrzymując się nagle. Odgarnęła z czoła jasne włosy.
- Chodzi o Snape'a - odparła sucho. - I o tę zaginioną Ślizgonkę.
- Co Snape ma z tym wspólnego? - ożywił się Harry.
- Chcesz go dopaść, prawda?
Harry zacisnął pięści.
- Niczego innego bardziej teraz nie pragnę! - wycedził przez zęby.
- Widziałeś, jak morduje Dumbledore'a?
- Tak.
Yasmina błysnęła bystro wzrokiem.
- A gdybym ci powiedziała, że on tu jest i odpowiada za zniknięcie tej Parkinson?
- To bym zapytał gdzie. Muszę go dorwać.
- No to słuchaj, Potter. Snape jest w tej chwili w podziemiach zamku. Porwał tę Ślizgonkę, bo potrzebuje jej do badań.
- Jakich znowu badań?
- Dokładnie nie wiem. Ale planuje jakiś spisek, mający na celu przejęcie mocy Czarnego Pana. Nie wiem, jak chce to zrobić, ale potrzebuje krwi jakiegoś Ślizgona, może nawet kilku.
- I to dlatego znikła Pansy?
- Zgadza się - Yasmina niespokojnie obejrzała się na korytarz.
- Skąd ty o tym niby wiesz?
- Bo to widziałam.
- Jak to, widziałaś?!
Uśmiechnęła się cierpliwie.
- Normalnie. Widziałam, jak Snape i jego kumple ją napadają i zabierają.
- Gdzie?
- Do lochów - wskazała głową ciemny korytarz.
Harry poczuł jak ogarnia go nowa euforia.
- Zaprowadź mnie tam! - powiedział.
- No to zamiast gadać, chodź ze mną - rzekła i nie czekając na jego odpowiedź, skręciła w mrok korytarza, gdzie uczniowie się nie zapuszczali. Powoli poszedł za mną.
Gdy doszli do końca pierwszego korytarza lochów, Harry dostrzegł w kącie kota albinosa, pożerającego właśnie mysz. Kocur na ich widok prychnął wściekle, pomiętolił martwą mysz jeszcze chwilkę, zasyczał i czmychnął w kąt, znikając w mroku.
Zauważył, jak po ciele Yasminy przechodzi dreszcz, jednak szybko o tym zapomniał. Równie dobrze, mógł to być dreszcz zimna.
- Nie wiedziałem, że poza panią Norris są tu jeszcze jakieś koty - odezwał się Harry.
- Ja również - przytaknęła dziewczyna. - To dość dziwne, tym bardziej, że to biały kot.
Stanęli wreszcie przed zupełnie ciemnym zejściem na niższe kondygnacje.
Yasmina obciągnęła swoją bluzkę wyżej, na wysokość pępka, poprawiła dekolt na piersiach. Nie zaszczyciwszy Harry'ego spojrzeniem, rzekła:
- Zaraz będziemy na miejscu, to tędy biegli!
Weszła w ciemność. Harry po chwili namysłu pobiegł za nią.
Szli korytarzem pośród popękanych ścian, gobelinów i fresków. Jeszcze nigdy nie był w tej części lochów…
|
|
|
10-21-2007, 23:14
|
#2
|
|
Mięso armatnie
Zarejestrowany: Jul 2007
Posty: 8
|
RE: Krew Ślizgonów 1 - Yasmina
ty chyba masz obsesje na punkcie seksu itp. bo czytając wcześniejsze posty (opowiadania) zauważyłem że tam ciągle jest coś o seksie i nagości człowieka (nie znalazłem lepszych słow ale cóż)
|
|
|
11-04-2007, 18:30
|
#3
|
|
Urodzony, by rządzić światem
Zarejestrowany: Feb 2007
Posty: 6,744
|
RE: [NZ] Krew Ślizgonów
Jako że wszystkie odcinki należy umieszczać w jednym temacie, przenoszę drugi odcinek tutaj.
Krew Ślizgonów 2: Harry w opałach
10/16/2007 08:03
Jedynym oświetleniem były porozwieszane co kilka kroków magiczne pochodnie.
Wreszcie zatrzymała się przed dużym posągiem gryfa, po obu stronach otoczonego pochodniami, nad łbem zaś wisiały dwie halabardy.
- No, jesteśmy - orzekła dziewczyna. - To tutaj.
Harry otworzył już usta, by zadać pytanie, co dalej, ale okazało się to zbędne.
Dziewczyna wyciągnęła różdżkę, wycelowała ją w posąg i szepnęła coś niezrozumiale.
Oniemiały Harry obserwował jak gryf otwiera paszczę, następnie uruchamia mechanizm. Posąg odsunął się w prawą stronę, pochodnie odskoczyły w bok, halabardy rozkrzyżowały się. Ściana rozsunęła się powoli, odsłaniając wejście jeszcze niżej, w zupełnie zaciemniony korytarz.
Yasmina schowała różdżkę, rozmasowała sobie krótko zziębniętą skórę na brzuchu i na reszcie ciała. Po czym rzuciła do Harry'ego:
- No, idziemy, nie ma czasu.
Harry natychmiast zapomniał o obowiązkach, lekcjach, przyjaciołach, ostrożności. Miał teraz tylko jeden cel: dopaść Snape'a.
- Nie miałem pojęcia o tym przejściu - wychrypiał.
- Jest wiele rzeczy, których nie wiemy o tym zamku - odparła Yasmina.
Weszli na niemal niewidoczne schody prowadzące w dół. Harry wyciągnął różdżkę i już nabierał powietrza do zaklęcia, chcąc rozświetlić drogę. Yasmina jakby czytając w jego myślach uniosła rękę.
- Nie! - syknęła. - Nie zapalaj różdżki!
- Czemu? - zdumiał się Harry.
- Mogą nas wykryć, to jest ich rewir - odparła cicho. - Zabiją nas oboje, jeśli damy się złapać. A co zrobią z nami przed śmiercią, lepiej nie myśleć. Ciebie przynajmniej chce Czarny Pan.
Harry nie wiedział już, czy to miało być pocieszenie, czy nie. Bez słowa schodził za dziewczyną po schodkach, zdających się nie mieć końca.
Wreszcie stanęli na równym gruncie. Korytarz ciągnął się ukosem dalej. Zrobiło się kompletnie ciemno, tak, że widział tylko jej zarys. Ciało błyszczało w ciemności, najwyraźniej używała jakichś olejków.
- Podaj mi rękę - rzekła Yasmina.
- Eee, co? - spytał nieprzytomnie Harry.
- Podaj mi rękę, mówię! - powtórzyła oschle. - Będzie teraz zupełna ciemnica, musisz trzymać mnie za rękę, bo się w ciemności zgubisz!
- Och, ok. - mruknął urażonym tonem.
Złapał więc jej małą, delikatną dłoń. Poczuł się nagle dużo bezpieczniej. Prowadziła go za sobą nad wyraz pewnie, bez żadnego strachu. Dziwiło go, skąd właściwie tak dobrze zna ten tunel.
- Co to za miejsce? - zapytał głośno, usiłując nie rąbnąć głową o niezwykle niski sufit.
- O tym tunelu wie tylko woźny Filch i Snape - odparła Yasmina. - Ja dowiedziałam się o nim przypadkowo, jak kiedyś śledziłam Snape'a. Ale nie wiem, gdzie szedł. Kiedyś, już pod jego nieobecność zakradłam się i spenetrowałam go po trochu. Przypuszczam, że go zbudowano potajemnie.
- Myślisz, że to robota Salazara Slytherina?
- Możliwe.
Tak jak Komnata Tajemnic, pomyślał Harry, jednak zaraz odrzucił te myśli.
Yasmina puściła go w końcu, w miarę jak znów zrobiło się jaśniej.
Naraz usłyszeli głośny, mrożący krew w żyłach krzyk. Krzyk dziewczyny. Poniósł się on przeciągle echem na cały korytarz. Harry mocniej ścisnął różdżkę w spoconej dłoni.
- Co to było? - wybełkotał.
Yasmina rozglądała się niespokojnie.
- Psiakrew! - prychnęła. - To mogła być ona!
- Kto? - jęknął Harry.
- Ta Pansy. Już ją może załatwił!
-Musimy ją ratować, szybciej! Prowadź dalej.
Przeszli w głąb popękanych murów bardzo wilgotnej posadzce. Harry dostrzegł, że Yasmina drży na całym ciele.
- Eeee... - bąknął. - Jesteś pewna, że... nie chcesz na siebie włożyć nic więcej?
Rzuciła mu zimne spojrzenie.
- Nie przejmuj się mną - wycedziła. - W takich warunkach każdy powinien pamiętać przede wszystkim o sobie. W każdej chwili możemy umrzeć.
Ledwie zdążyła to powiedzieć i potknęła się na posadzce, lądując na kolanach. Musiało boleć. Harry podał jej rękę.
- Nic ci nie jest?
- Nie, dzięki - prychnęła.
- Daleko jeszcze?
- Parę kroków, przecież nie mogłam się pomylić!
Ostrożnie przekradli się przy krawędzi ściany, unikając licznych tu kałuż wody. Naraz Harry zagapił się i poślizgnął. Runął jak długi na ziemię, bleśnie tłukąc sobie lewe ramię, plecy i bark. Aż jęknął z bólu.
- Cholera! - warknął.
Yasmina bez słowa to obserwowała. I nagle Harry uświadomił sobie, że jest cały w czerwonej posoce.
- JEZU CHRYSTE! - wrzasnął jak opętany. - To nie woda, to KREW!!!
Zerwał się na równe nogi, minął dziewczynę i pomknął jak strzała do przodu.
- Uciekajmy stąd! - krzyknął. - To jest złe miejsce!
- Teraz widzisz, do czego oni są zdolni - rzekła spokojnie Yasmina.
- ZWIEWAJMY STĄD!!!
- Myślałam, że chcesz wpierw dorwać Snapea?
- Bo chcę, ale nie mogę tu dłużej przebywać! Chodźmy, byle dalej stąd!
- Już niedaleko. Cel jest bliski.
Tym razem przodem poszedł Harry. Ona tylko trochę instruowała go gdzie dalej, choć korytarz cały czas biegł w jedną stronę, coraz bardziej jednak się zawężając.
W końcu dotarli jednak do końca tego korytarza. Dzielił się nagle na trzy przejścia. Każde ciemne. Harry rozejrzał się niepokojem.
- Gdzie teraz? W który tunel? - zawołał.
- Chyba środkowy.
Harry zrobił kilka pierwszych kroków wskazanym tunelem, ale więcej nie zdążył.
To były ułamki sekund. Otoczyli ich nagle, wyłaniając się z mroku niewiadomo skąd.
Kilka przerażających wysokich postaci w trupich maskach.
Co jednak zauważył Harry, nie byli ubrani tak, jak kiedy widział ich po raz ostatni. Mieli na sobie turkusowe, właściwie krwisto czerwone długie szaty, coś w rodzaju alb. Natomiast maski jeszcze bardziej przerażające. Zauważył, że mają rogi na głowach. To były maski zwierząt.
Każdy z nich trzymał w jednej ręce pochodnię, a w drugiej wycelowaną w nich różdżkę.
Harry nie pozostał im dłużny. Celował różdżką to w jednego to w drugiego. Yasmina także miała wyciągniętą różdżkę, jednakże trzymała ją opuszczoną, mierząc w plecy Harry'ego.
Na przód wysunęło się dwóch śmierciożerców. Musi być najwyżsi rangą, ponieważ z całej szóstki, która ich otoczyła mieli najdłuższe rogi.
- No, Potter - wycedził jeden z ich bardzo znajomym głosem. - Wpadłeś jak w śliwka w kompot!
Rozpoznał ten głos. Należał do drugiej osoby na świecie, której tak bardzo nienawidził.
Rogaty śmierciożerca zerwał maskę. W ciemności zauważyć można było jak na ramiona spadają mu gęste, czarne włosy, aż błyszczące od tłuszczu.
- Odłóż tę różdżkę, Potter - warknął Severus Snape. - Nie chcemy cię skrzywdzić, choć osobiście chętnie bym to zrobił. Jesteś nam potrzebny.
- Żeby tknąć mnie, albo ją, najpierw musicie mnie zabić! - krzyknął Harry.
Czerwoni śmierciożercy stojący z tyłu spojrzeli po sobie i roześmiali się serdecznie. Drwiący uśmiech wstąpił na twarz Severusa Snapea.
- Och, Potter, Potter - wycedził Snape. - Ty głupcze!
I nim Harry zdążył się zorientować otrzymał od tyłu potężny cios w tył głowy płaskim kamieniem.
Zatoczył się przez chwilę, różdżka wypadła mu z ręki, i w końcu runął, jak długi, prosto na twarz.
Spojrzeli na ciało leżące im u stóp.
Wysoki śmierciożerca, który do tej pory się nie odzywał, kiwnął głową.
- Coś takiego! - rzekł. - Nie wiedziałem, że ten Harry Potter jest aż tak głupi. Żeby iść z zupełnie obca dziewczyną do lochów!
Śmierciożercy zarechotali.
- Potter nigdy nie słynął z inwencji - wycedził drwiąco Snape.
Przywódca zwrócił się do Yasminy, która wyglądała teraz na bardzo uradowaną:
- Nie było problemów, młoda?
- Żadnych, nawet nie protestował.
- Ktoś was widział?
- Nikt, panie. Nikt nie wie, że tu jest.
Wysoki zatarł ręce.
- Doskonale. Dziękuję ci, Yasmino. Wracaj teraz do zamku i powiadom nasze wtyki, że go mamy.
- Tak jest.
Dziewczyna odwróciła się i już miała odejść, gdy zatrzymał ją Snape, mierząc spojrzeniem od stóp do głów.
- Ubierz się w coś innego! - warknął. - Jesteś zbyt prowokująca! Rzucasz się w oczy!
Rzuciła mu tylko nienawistne spojrzenie i pobiegła dalej, znikając w ciemności. Jej kroki za chwilę ucichły.
Przywódca śmierciożerców szturchnął nogą nieprzytomnego Harryego.
- No to mamy dziś połów - rzekł. - Dobra, nie traćmy czasu. Stavic, Wagner, wy bierzcie Pottera, Hallowing i Puddlemore poprowadzą. Snape!
- Tak, panie?
- Jak wrócimy każesz naszej małej przyjaciółce przygotować składniki. Muszę mieć to Veritaserum dzisiaj, w przyspieszonym tempie.
- Myślę, że to się da zrobić, mistrzu - Snape ukłonił się nisko.
- Pomóżcie mi z tym kretynem! - warknął niższy śmierciożerca, schylony nad Harrym, który ciągnął go za ręce. Sądząc z głosu, był bardzo młody.
Czerwoni śmierciożercy związali Harrego i podnieśli go na pozycję półstojącą. Jeden nich wyszeptał jakieś zaklęcie i ciało Harryego wniosło się kilka metrów górę po czym poszybowało daleko przed nich. Drugi z nich podniósł jego różdżkę i schował sobie do kieszeni.
- Dobra, zrywamy się stąd! - warknął przywódca.
I skręcili w boczny, prawy korytarz, maszerując pewnym szybkim krokiem. Ciało Harry'ego lewitowało przed nimi, jakby używali go jako żywej tarczy. Za ciałem kroczyło dwóch śmierciożerców, oświetlając drogę pozostałej czwórce. Snape, przywódca, i dwóch pozostałych zbirów. Wszyscy szli pewnie.
- Mamy Harryego Pottera - mruknął Snape, nie wierząc we własne szczęście.
Tym sposobem Harry wpadł w ręce wrogów i nikt o tym nawet nie wiedział.
Nikt nawet nie mógł mu pomóc...
|
|
|
07-12-2008, 16:36
|
#4
|
|
Urodzony, by rządzić światem
Zarejestrowany: Feb 2007
Posty: 6,744
|
RE: [NZ] Krew Ślizgonów
Brak aktualizacji -> kosz.
|
|
|
Zasady postowania
|
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts
kod HTML jest Wył.
|
|
|
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:48.
|
|