Wróć   HPN.pl > Pozostałe > Kosz

Zamknięty temat
 
Narzędzia tematu Wygląd
Stary 01-27-2008, 15:58   #1
beatrycze
Junior Member
 
Zarejestrowany: Jan 2008
Posty: 4
Domyślnie [NZ] Źródło Magii, cz.1

Witam, jako że jestem tu nowa witam wszystkich fanów HP i serdecznie pozdrawiam!

Chciałabym na początek podzielić się z Wami moim opowiadaniem - a raczej jego pierwszą częścią, którą napisałam jakiś czas temu i do tej pory nie miałam okazji nikomu się nim pochwalić a jakoś bez cudzy opinii i (być może) słowa zachęty nie chciało mi się zabierać za ciąg dalszy. Może jeśli przeczytacie je i wypowiecie się na temat tego, co o nim sądzicie będzie mi łatwiej podjąć decyzję o kontynuacji...

W moim zamierzeniu miał to być niby-prequel oficjalnej serii.

Życzę przyjemnej lektury!

***

HARRY POTTER I ŹRÓDŁO MAGII, cz. 1


Zbliżała się północ, jednak mały mieszkaniec domu przy Privet Drive, a konkretnie tej jego części, którą zawierała w sobie maleńka komórka pod schodami, nie mógł zasnąć. Główną tego przyczyną był fakt, że za kilka chwil stanie się pełnoprawnym dziesięciolatkiem, chociaż w przeciwieństwie do innych dzieci, wcale to a wcale nie cieszyły go zbliżające się urodziny. Będąc ledwie niemowlęciem, chłopiec utracił oboje rodziców w strasznym wypadku, i od tego czasu wychowywało go małżeństwo Dursleyów, jego wujostwo. Nie pamiętał więc swoich rodziców, jednak gdzieś w sercu tkwiło przekonanie, że nie byli oni ani troszkę podobni do tych ludzi, u których spędził większość swego dzieciństwa. Oboje traktowali go nad wyraz podle, faworyzując przy tym swego nieznośnego synalka Dudleya. Nigdy nie pytał o przyczyny tego stanu rzeczy, gdyż działo się tak, odkąd sięgał pamięcią. Widać tak właśnie musiało być. Niekiedy, gdy próbował dowiedzieć się czegoś o rodzicach, tego jacy byli i jak wyglądali, wciąż napotykał ich groźne spojrzenia, a nieczęsto dostawał ostrą reprymendę, kończącą się zdaniem - I nie zawracaj nam tym więcej głowy.

Jeszcze kilka minut i będzie miał dziesięć lat. Teraz po głowie krążyły mu różne ponure myśli - ile jeszcze będzie takich smutnych urodzin, bez tortu, bez życzeń i prezentów. Ile jeszcze lat spędzi pod tym niegościnnym dachem, znosząc nagany Dursleyów i kuksańce małego, ale już podłego Dudleya? W głębi serca tlił się maleńki, przyćmiony płomyk nadziei, że tak naprawdę jego rodzice żyją, i któregoś dnia zjawią się, by na zawsze zabrać go z domu przy Privet Drive. Niestety, dzień po dniu ubywało wiary, a smutna atmosfera domu wujostwa ciążyła mu coraz bardziej.

Wzdrygnął się, kiedy usłyszał jak ciszę uśpionego domu, przerywa bicie zegara. Nastała północ. I tuż po tym, jak pojawiło się przeczucie, że zaraz stanie się coś... coś niesamowitego, dobrego bądź złego - tego nie był pewien - szpara pod drzwiami komórki zajaśniała blaskiem, które nie przypominało niczego, co znał. Nie mogła być to zapalona żarówka, na pewno, bo nawet jej światło niechętnie zapuszczało się w te rejony domu Dursleyów. Komórka pod schodami była, jak uważał, najbardziej ponurym i najciemniejszym miejscem na całym świecie.

Ten blask był inny. Był niesamowity. Fantastyczny. I zgasł równie niespodziewanie, jak się pojawił. Przez chwilę panowała absolutna cisza.

- Spokojnie - wyszeptał chłopiec. - Musiało ci się to przywidzieć. A może to sen? - dodał, przełykając ślinę.

I nagle, z potężnym hukiem, drzwi komórki pod schodami rozwarły się tak, że uderzyły o ścianę. Chłopiec odruchowo usiadł na łóżku, szukając dłońmi okularów. Przez głowę przebiegały mu różne myśli, z których największy niepokój wzbudzała ta, że wszystko to, co się działo było tylko głupim dowcipem Dudleya. Pewnie zaraz w sypialni wujostwa zapalą się światła, pomyślał. I wuj Vernon spadnie tu niczym burzowa chmura, która upodobała sobie jeden - jedyny cel: jego. I, oczywiście, cała wina znowu spadnie na mnie, dodał w duchu.

Jednak za drzwiami nie było nikogo. I niczego, poza kłębami szarej, gęstej mgły. Początkowo myślał, że to dym, jednak po chwili poczuł chłód. To przerastało wszystkie jego najśmielsze domysły. Nawet Dudley nie był do tego zdolny. Nie miał takich możliwości... W sumie Dudley niewiele potrafił, poza nadludzką zdolnością pochłaniania potężnych ilości jedzenia, w czym był prawdziwym mistrzem świata juniorów.

Gęsta mgła na dobre już rozpanoszyła się na podłodze komórki i chłopiec czuł, jak krąży wokół jego bosych kostek.

- Pomyślmy - powiedział do siebie półszeptem. - To na pewno nie jest robota Dursleya, więc mamy do czynienia ze snem. A jeśli to zwykły... no, niezwykły sen, to nic nie stoi na przeszkodzie, abym...

Po chwili stał już ubrany na progu komórki, przyglądając się ścianie mgły znajdującej się przed nim. Podjął decyzję. Jeśli jakaś siła zawładnęła domem wujostwa, musiał się przekonać co to za siła. Nie dbał bynajmniej o rodzinkę Dursley’ów, a bynajmniej nie w większym stopniu niż oni dbali o niego. Powodowała nim czysta ciekawość, no i strach przed tym... czymś. Bał się, że jeśli zostanie w komórce jeszcze kilka minut, mgła otoczy go i może być już za późno. Tak, pomyślał dodając sobie otuchy, cokolwiek się tam czai, stawię temu czoła.

I pewnym krokiem przekroczył próg komórki pod schodami, w domu przy Privet Drive.

***

Mgła rozpłynęła się w oka mgnieniu, pozostawiając po sobie pamiątkę w postaci niskich mlecznych pasemek, krążących wokół jego butów. Chłopiec spodziewał się, że czeka go podróż przez znajomy mu dom. Podróż we mgle, ale po znanym otoczeniu. To, co ujrzał zaparło mu dech w piersiach.

Wokół, jak okiem sięgnąć, roztaczał się las. Nie zwykły las, ale jakaś baśniowa puszcza - mroczna i nieprzenikniona, pełna powykręcanych w niesamowite kształty drzew, hucząca odgłosami, które znał z filmów grozy. Odruchowo odwrócił się, by upewnić się, czy wejście do komórki pod schodami wciąż tam jest i gdyby tylko...

Jednak za plecami była ta sama, posępna i nieogarniona puszcza.

Ruszył powoli przed siebie, dochodząc do wniosku, że ze wszystkich kierunków, w które mógł się udać, każdy będzie, mniej lub więcej, odpowiedni. To niesamowite, myślał, nawet jak na sen. Ten chłód, i szum wiatru. Głosy leśnych zwierząt. A może nie tylko zwierząt? Wszystko jest tak prawdziwe, myślał idąc przed siebie. Czuł, że serce wali mu niczym szalone, chociaż nie wiedział czy to ze strachu, czy bardziej z podniecenia.

Nagle poczuł, a raczej odniósł wrażenie, że coś bardzo złego podąża jego śladem. Coś okropnego, coś co kiedy tylko się odwróci zaatakuje go, rozszarpie pazurami i pożre. I jakoś podświadomie czuł, że zbliża się do niego, coraz prędzej i prędzej, a jeśli nie zacznie biec to...

Chłopiec popędził przed siebie co sił w nogach, kiedy za plecami coś z głośnym trzaskiem nadepnęło gałąź. Teraz był już pewien - ścigało go jakieś dzikie zwierzę, jakiś mieszkaniec tej puszczy, co prawda nie przyzwyczajony do widoku małych chłopców, jednak nie mający nic przeciwko temu, by pożreć ich na spóźnioną kolację.

Biegł potykając się, nie zważając na gałęzie drzew, smagające go boleśnie po twarzy. To, co podążało jego śladem, było o wiele groźniejsze. Chłopiec uciekał, a coś w głowie ostrzegało go, że jeśli choć na chwilę się zatrzyma, zwierz... bestia rzuci się na niego z ciemności i... i już nigdy się nie obudzi.

I kiedy zaczynał już tracić oddech, a wraz z nim nadzieję, między drzewami zamajaczył blady blask. Niezbyt daleko, ale ścigająca go istota była o wiele bliżej. Jednak ta poświata, ognisko czy światło domostwa, dodała mu nagle sił. Zaczął szybciej przebierać nogami i łokciami.

Za nim cały las jakby ożył, złowieszcze głosy wron, czy kruków popłynęły ponad drzewami a tuż za nim, zaledwie kilka kroków, kilka susów, rozległo się przeraźliwe wycie.

A kiedy wpadł na polanę wszystko ustało. Mroczny, baśniowy las wstrzymał oddech, kiedy chłopiec blady od wysiłku, przewrócił się.

- Jeśli to sen - wyszeptał z trudem, nawet nie próbując wstać - niech już się skończy.

***

Ocknął się, kiedy poczuł miły zapach, przypominający świeżo opieczonego tosta. A potem poczuł kilka innych, nieco mniej przyjemnych woni, które przypominały mu zapachy szpitala. Miałem sen, gorączkę, pomyślał nie otwierając oczu, i teraz... teraz chyba jestem w szpitalu.

- Wiem, że już nie śpisz, chłopcze - usłyszał głos, który zabrzmiał jednocześnie surowo i jakoś uspokajająco. - Przepraszam, że musiałeś przez to wszystko przejść - mówił głos - ale tuszę, że wkrótce wszystkiemu zaradzimy.

Chłopiec otworzył oczy. Pierwszą rzeczą jaką ujrzał, był sznur z wiszącymi na nim jakimiś suszonymi roślinami. Zdziwił się, że ma na nosie okulary, chociaż gotów był przysiąc, że zgubił je, kiedy uciekał. Po chwili w polu widzenia pojawiła się twarz o długiej, białej niczym gołębi puch brodzie. Zimne ręce włożyły w jego dłonie jakieś naczynie, z parującą cieczą.

- Wypij to, chłopcze - mówił starzec. - Pierwej jednak usiądź, bo się zachłyśniesz...

Chłopak podciągnął się do pozycji siedzącej i ogarnął wzrokiem pomieszczenie. Było to wnętrze niewielkiej chaty, wypełnione po brzegi tajemniczymi przedmiotami. Pod jedną ze ścian stał wielki, podobnie jak reszta mebli - krzeseł, ław i kredensów - fantazyjnie zdobiony, stół z mnóstwem dziwacznych, glinianych naczyń. Nad ogniem kominka wisiał wielki, miedziany garniec, w którym bulgotała jakaś ciecz. Poza tym, w całej chacie zalegały dziesiątki ksiąg, większych bądź mniejszych, ale wszystkie były jakoś niepokojąco znajome.

- Och, nie wytrzeszczaj tak oczu, chłopcze - zganił go staruszek. - Pijże wywar, póki gorący. A potem coś zjesz, boć nie wyglądasz najlepiej.

Chłopiec z trudem przełknął gorzką ciecz, przypominającą w smaku pewne lekarstwo, które pił kiedyś, kiedy był chory na grypę. Było coś w tym staruszku, co pozwalało mu bezgranicznie ufać. Jakaś dobroć, która przypisana jest tylko nielicznym. Dobroć, która promieniowała i zarażała dobrym nastrojem.

- Ten las, chłopcze, to niebezpieczne miejsce - powiedział starzec, mieszając w miedzianym kociołku. - Zwierzołaki tylko czyhają na nieostrożnych podróżnych, choć ten, który ciebie ścigał, robił to z polecenia...

- Ja... nie rozumiem skąd się tu wziąłem - powiedział chłopiec, jakby dopiero teraz uświadomił sobie swoje położenie. - To wszystko jest tak niesamowite.

- Tak, tak - powiedział staruszek, nagle pochmurniejąc. - Widzisz, mój chłopcze... jakże masz na imię?

- Harry, proszę pana - powiedział grzecznie chłopiec. - Harry Potter.

- Harry Potter... - powtórzył stary człowiek, jakby nad czymś się zastanawiał. - Harry Potter. Dziwne miano - stwierdził. - Pewnie równie dziwne, jak miejsce, z którego cię przywołałem.

- Przywoła... Przywołał mnie pan!? - zdziwił się Harry. - Jak mógł mnie pan przywołać... i po co?

Staruszek wzruszył ramionami - Widzisz, mój mały Harry Potterze, to po co cię przywołałem nie ma w tej chwili żadnego znaczenia. I tak zaraz temu zaradzimy. To znaczy twojej tu obecności, bo temu, co się dzieje ciężko będzie poradzić. A być może nawet tego nie zrozumiesz. Mój błąd - dodał staruszek, smakując cieczy drewnianą łyżką. - Dobre, wyśmienite!

- Nie powie mi pan nawet kim jest? - oburzył się Harry. - Jakiś zwierz prawie rozszarpał mnie na strzępy, a pan mówi, że to nieważne?

Staruszek sięgnął do kredensu po drewnianą misę i nalał gorącego wywaru z kociołka. Ostrożnie podał go chłopcu i skinął głową, zachęcając do spróbowania. - Jedz, to lepsze od tamtego naparu.

Harry zjadł ze smakiem, bo ciecz okazała się pyszną, chociaż bliżej chłopcu nie znaną zupą. Staruszek tymczasem wertował jedną z ksiąg, mrucząc pod nosem jakieś niezrozumiałe formułki.

- Jest pan czarnoksiężnikiem? - zapytał chłopiec, kiedy skończył jeść. - Magiem?

- Magiem, owszem - mruknął, nie odwracając się starzec. - Chociaż myślą, że jestem właśnie czarnoksiężnikiem. Nic już nie jest takie, jak ongiś. - dodał grobowym tonem. - O, tutaj! Dzięki temu odeślemy cię do domu, Harry Potterze.

- Musi mi pan powiedzieć, dlaczego... - powiedział Harry, wstając z łóżka.

- Och, gdy wrócisz, niewiele będziesz pamiętał - odrzekł staruszek. - Prawdę powiedziawszy - nic.

- Więc dlaczego nie chce mi pan powiedzieć?

- O, na wypadek, gdyby coś poszło nie tak - odparł starzec, odwracając się z miłym uśmiechem na twarzy. - Gdybyś jednak coś zapamiętał - dodał.

Harry wzruszył ramionami. Cokolwiek znaczył ten sen, naprawdę przestawało mieć znaczenie, skoro i tak miał o wszystkim zapomnieć po przebudzeniu. Dlatego właśnie nie więcej nie nalegał.

Staruszek stanął nad chłopcem i rozłożył swe dłonie, a potem mamrotał - a bynajmniej tak to brzmiało - jakieś niezrozumiałe w ludzkim języku formułki. Zaklęcia, pomyślał Harry.

Nagle coś z brzękiem wybiło szybę, i po podłodze chaty potoczył się sporych rozmiarów kamień. Dookoła domku rozbrzmiały donośne głosy i tętent końskich kopyt. Po chwili do środka wpadło więcej kamieni, tłukąc szyby i kilka naczyń, które znalazły się w ich zasięgu.

- Czarnoksiężniku Merlinie! - z zewnątrz zagrzmiał potężny głos, tak donośny, że przed oczami chłopca znikąd pojawił się obraz wielkiego niczym góra mężczyzny. - Z woli króla Brytanii, Artura nakazuje ci podążyć ze mną!

Starzec opuścił dłonie wzdłuż ciała, a w jego błękitnych, jak zauważył Harry, oczach pojawił się cień niepojętego smutku. - Za późno! - wyszeptał mag. - Złe moce ich opętały... - dodał, raczej sam do siebie.

- Merlinie - krzyczał głos. - Czy wyjdziesz po dobroci, czy też wolisz być doprowadzony przed oblicze króla siłą? A wiedz, że na nic zda się twoje czarostwo, bo czuwa nad nami moc potężniejsza niźli twoje gusła!

Harry zastanawiał się, skąd zna imię tego maga, ale pamięć zionęła pustką. Gdzieś, kiedyś, dawno temu.... jednak nic nie przychodziło mu do głowy.

- Posłuchaj mnie chłopcze - wyszeptał pośpiesznie Merlin. - Co się stało, to się nie odstanie. Teraz nie mogę pomóc ci wrócić, ale... ale niebawem, być może...

- Merlinie! - krzyczał głos. - Nie zmuszaj mnie, bym podpalił twoją chatę, to gniazdo zła i czarnoksięstwa!

- Musisz odnaleźć... - mag zawiesił głos, jakby zdradzał chłopcu największą tajemnicę. - ...rycerza. Zowie się Lancelot. Wyjechał dawno temu, jednak wiem, że powinien być niedaleko... Być może sam znajdzie to miejsce, więc poczekaj tu do świtu. Jeśli nie przybędzie, znajdź go!

Kolejne kamienie wpadły do chaty, a za nimi kilka strzał przecięło ze świstem powietrze i wbiło się w przeciwległe oknom ściany. - Spalmy to! - powiedział jakiś inny głos. - Łaska króla nie jest już po stronie Merlina!

- Powiedz mu, że zjawił się Mordred ze swoją watahą - mówił pośpiesznie mag. - Z woli... będzie wiedział kogo. I weź to - dodał wciskając mu do ręki jakiś wisiorek. - Ochroni cię przed Cieniami z Lasu.

A potem Merlin wyszedł, zostawiając go samego. Harry usłyszał jeszcze tętent oddalających się koni i cichnące głosy. Cokolwiek się stanie, pomyślał chłopiec zakładając wisior o niezwykłym kształcie, przypominającym literę m z poziomą kreską u dołu, cokolwiek się wydarzy, znajdę Lancelota.

***

W wielkiej komnacie, pełnej zalegających kąty cieni, siedziała kobieta. Wpatrywała się w lśniącą powierzchnię zwierciadła, które odbijało na jej pięknej twarzy fantazyjne refleksy. Jej ciemne usta wykrzywione były w okrutnym uśmiechu osoby, której wszystko poszło dokładnie tak, jak to sobie zaplanowała. A kobieta ta, choć cudnej urody, serce miała czarne, niczym bezgwiezdna noc i zimne, jak szczyt góry lodowej. Ubrana była w czarną suknię, z białymi rękawami i śnieżnobiałą krezą wokół szyi, co nadawało jej urodzie, jakiegoś demonicznego wyglądu.

- A więc to jest Ten, którego przywołałeś, Merlinie z Brytanii? - powiedziała zimnym głosem, którego echo poniosło się po komnacie. - Przed nim ma ugiąć kolana królowa ciemności? Ja, Czarodziejka Morgause, miałabym lękać się małego chłopca? Jakiś mrok spowija duszę tego dziecka. Coś, czego nie mogę odgadnąć, jednak on sam, jako widzę, nie ma pojęcia ani kim jest, ani do czego może być zdolny!

Komnata rozbrzmiała echem demonicznego śmiechu.

- Jaki fortel przygotowałeś Merlinie? - powiedziała po chwili kobieta. - A może starość pokonała wreszcie umysł potężnego maga? Tak, właśnie skazałeś na podły los niewinną istotę z czasu, w którym niewielu pamięta już naszą erę.

Kobieta podparła dłońmi podbródek, nad czymś się zastanawiając. - Nigdy nie wrócisz do domu, chłopcze. Ani nie dogonisz swojego czasu, ani nie odnajdziesz swojego miejsca. Chyba, że... tak, to może się udać!

Czarownica zaśmiała się donośnie, ponownie wypełniając komnatę echem swego rechotu. Cienie, jakby przestraszone wcisnęły się głębiej w kąty. - Nawet nie masz pojęcia, Merlinie z Brytanii, jaki los zgotowałeś światu, przywołując tu tego chłopca! - wydusiła kobieta, raz po raz parskając śmiechem.

Powierzchnia zwierciadła zafalowała i nagle salę wypełniła cisza. A potem, przez zaciśnięte zęby, czarownica wycedziła z pogardą - Jest jeszcze on, rycerz bez skazy! Jednak bądź pewien, że nie odnajdzie nigdy ni twej chaty, ni chłopca... chłopca z blizną na czole! Już ja o to zadbam!

Kiedy komnata po raz kolejny zagrzmiała odgłosem diabolicznego śmiechu, cienie zbiły się ze strachu w nieprzeniknioną ciemność, która wypełniła salę.

***

Daleko od jakiegokolwiek szlaku, poprzez puszczę, w której nigdy wcześniej nie stanęła ludzka stopa, jechało stępa dwoje jeźdźców. Byli rycerzami, chociaż ich przyodziewek widział lepsze czasy, a i zbroje, które nosili były już mocno podniszczone. Jeden z nich, starszy jechał przodem, rozglądając się bacznie na wszystkie strony. Drugi z rycerzy, młodzik, miał opuszczoną na piersi głowę i od czasu do czasu lekko pochrapywał. Twarz starszego pokrywał gęsty zarost, a długie jasne włosy opadały lokami na ramiona. Młodszy z rycerzy, nosił ślady młodzieńczej, rzadkiej brody i zaschniętego błota.

Nagle starszy z rycerzy zatrzymał się i uniósł dłoń. - Garecie! - krzyknął.

Młodzian przestraszony podrzucił głowę i wyuczonym ruchem zacisnął dłoń na rękojeści miecza. - Lance? Co się dzieje!

- Czujesz to? - zapytał starszy rycerz pociągając nosem.

- Woń zgniłych liści - mruknął młodzieniec nazywany Garetem. - Chyba, że znowu robisz aluzje na temat mego przyodziewku. Wiedz jednak... - Garet urwał, kiedy jego nos złapał woń, którą miał na myśli Lance.

- Jezioro - szepnął Lancelot.

- Nie może być - mruknął pod nosem Garet. - Ileż to razy nachodziło cię podobne przeczucie? Dziesięć? Tuzin?

- Tylko jedno miejsce w całej Brytanii pachnie w ten sposób - powiedział nieco urażony Lance. - Woń jabłek i suszących się sieci rybackich! Wierzaj, Garecie! Już niedaleko!
- Tak, pora by była - powiedział Garet. - Od tygodni włóczymy się po tym lesie! Już myślałem, że jakaś mroczna siła zwodzi nas i myli nam drogi do domu.

- Od tygodni!? - krzyknął radośnie Lance. - Ponad rok szukaliśmy Graala! Rok cały i kilka dni! I gdyby nie Merlin, szukalibyśmy go po dziś dzień, tracąc rozum i siły!

Garet skinął głową. Wyprawa skłóciła rycerzy. Każdy przysiągł Arturowi, że dla niego odnajdzie ów cudowny kielich, a potem rozpierzchli się na wszystkie strony świata, zostawiwszy króla samego, bez ochrony.

Pewnej nocy, kilka dni temu, Lance miał sen. Merlin, nadworny mag króla Artura, zawezwał ich do powrotu. Król był w niebezpieczeństwie a Kamelotem zawładnęła jakaś obca, zła siła.

- Garecie, spójrz - powiedział Lance z dumą, wskazując taflę jeziora migoczącą między drzewami w pierwszym świetle dnia.

- Znak to niechybny - mruknął, starając się nie okazać swojej radości, Garet - że co, jak co, ale na twoim nosie można zawsze polegać.

Obaj rycerze zarechotali donośnie i spięli konie.

- Pojedziemy wzdłuż brzegu - wyjaśniał Lancelot, kiedy dotarli do jeziora - na zachód. Powinniśmy znaleźć drogę do samotni Merlina. Prawdę mówiąc, zastanawiam się, co zmusiło staruszka, by się tam schronić.

- Niczego dobrego to nie wróży, Lance - rzekł Garet marszcząc brwi. - Pamiętam, że raz tylko, kiedy Artur ruszał na wielką bitwę, Merlin udał się tam, by odczynić jakiś potężny urok, który miał chronić króla...

Lance skinął głową. Wszyscy doskonale wiedzieli, że Mag Merlin większość swej siły czerpał z żywiołów natury, a najlepszym miejscem, by z nich korzystać było właśnie tu, w tej nieprzeniknionej głuszy. Merlin był wielkim magiem, który nie raz już przysłużył się Brytanii. Właściwie Lance nie wyobrażał sobie Brytanii, w której miałoby zabraknąć Merlina.

- Lance - szepnął Garet, wstrzymując konia. - Widzisz to samo, co ja czy też rozum miesza mi się do reszty?

Na brzegu jeziora, odwrócona tyłem do nich, stała zakapturzona postać w bieli. Wydawała się taka nierealna, niczym zjawa. Garet zrobił szybko znak odpędzający urok i splunął za plecy.

- Nie lękaj się cny Garecie - powiedziała zjawa kobiecym głosem. - Ani ty mężny Lancelocie.

- Kim jesteś!? - powiedział bez cienia strachu w głosie, Lance. - I skąd znasz nasze imiona?

- Jestem Morgana, Pani Jeziora - odpowiedziała kobieta głosem, od którego po plecach obu rycerzy przebiegł dreszcz.

Garet głośno przełknął ślinę. Kiedy był dzieckiem, słyszał liczne opowieści o Pani Jeziora, jednak teraz nie mógł sobie za nic przypomnieć czy słyszał o niej wiele dobrego, czy też wprost przeciwnie. Dla pewności raz jeszcze uczynił znak, i zacisnął palce na rękojeści miecza. Jedynie Lancelot nie stracił rezonu. Wyprostował się w siodle i zapytał: - Jaka siła skrzyżowała nasze drogi, o Pani Jeziora?
- Nad Brytanią zawisnął Cień - odpowiedziała kobieta nie odwracając się. - Mrok spowił duszę króla i królowej... ktoś zawładnął nimi, sprawiając, że przestali postrzegać to, co prawdziwie piękne i dobre.

- Pani... - wyszeptał Lance, który życie króla cenił bardziej niż swoje własne. - ...Merlin objawił mi się we śnie i nakazał prędko wracać. Oto jestem, a ze mną Garet... razem stawimy czoła złemu, o Pani.

- Zdradź nam tylko jego imię - warknął podbudowany męstwem Lancelota, Garet. - A rychło przekona się, że nie ma takiej siły, która...

- Jej imię brzmi - zjawa zadrżała, jakby wymówienie tego sprawiło jej ból. - Morgause!

Koń Gareta wierzgnął kopytami, jakby spłoszył go dźwięk tego imienia. Młody rycerz z trudem powstrzymał wierzchowca, przed zrzuceniem go z siodła. Lance zasępił się. Słyszał to imię, znał je i jak każdy w Brytanii lękał się od dziecka.

- Jest przecież Merlin - powiedział, z wahaniem. - Czyż nie on trzymał tą wiedźmę z daleka przez tyle lat?
- Merlin... Merlin... - powiedziała ze smutkiem Morgana. - Nie ma takiej siły, która powstrzyma serce zatrute złym jadem. Merlin zbyt kocha króla, by mu się przeciwstawić. A teraz serce władcy spowija czarna mgła i kto wie, może to kres wielkiego kraju?

- Nigdy! - krzyknął oburzony Garet w podnieceniu wyciągając miecz. - Nigdy!

Lance powstrzymał go ruchem dłoni. - Pani, co mamy uczynić? - zapytał.

- Merlin, jak wiem - powiedziała Morgana - przywołał spoza granic czasu maga. Jedynego, który gotów przeciwstawić się trującej ludzkie serca sile czarownicy Morgause. Mag ten czekał na was w samotni Merlina. Jednak o brzasku wyruszył szukać ciebie, Lancelocie, a Morgause zwiodła go z właściwiej drogi, tak jak was przez te wszystkie tygodnie.

- Jakże to? - zdziwił się Garet. - Skąd bierze taką siłę?

- Coraz więcej ludzkich serc zwróciło się przeciw prawdzie - wyjaśniła Morgana. - Widzą w magii tylko zło, zapominając o tym, jak wiele dobrego stało się z jej przyczyny w Brytanii. Niedługo zupełnie zapomną i nasz świat ogarnie mrok niepamięci.

- Ale ona - rzekł Lance. - Ona także czerpie swą siłę z magii?

- Czerpie swą siłę ze zła, które tkwi w ludzkich sercach - odpowiedziała Morgana smutnym głosem. - A to zło, mężny Lancelocie, jest wieczne.

Lance skinął głową. Garet włożył miecz do pochwy i zaczął niecierpliwe przebierać palcami po jego głowni. - Zatem ruszajmy i znajdźmy tego maga, nim będzie za późno.

- Tak - zgodził się Lancelot. - Kto wie, jakie jeszcze pułapki zastawiła ta wiedźma!

Postać zaczęła się rozpływać, a kiedy niemal cała już stała się przejrzysta niczym delikatna mgiełka, usłyszeli głos. - Cokolwiek się stanie, wiedzcie, że tylko on może stawić czoła Morgause... Jeśli jednak ona znajdzie go pierwsza, kto wie, czy cokolwiek będzie w stanie obronić tą krainę przed wieczną ciemnością.

Postać rozwiała się we mgle. Przez chwilę Lance i Garet stali w milczeniu, mrugając oczami, jakby nie byli pewni, czy to co widzieli i słyszeli było prawdziwe.

- Czas nagli - powiedział wreszcie Garet. - Mężny Lancelocie!
- Garecie! - zganił druha Lance. - To nie jest zabawne!

Obaj roześmiali się, chociaż bynajmniej nie było im do śmiechu, mimo że wiedzieli, że teraz poprzez knieję wiedzie ich inna, sprzyjająca im siła.

***

Harry błąkał się po puszczy, czując jak talizman Merlina z każdym krokiem robi się coraz cieplejszy. Na początku świecił miłym, błękitnym blaskiem, teraz jednak zrobił się czerwony niczym ruszt w piekarniku. I, Harry dałby głowę, że z każdą chwilą staje się coraz gorętszy. Wysoko, nad drzewami wstał już dzień, chociaż tu, w dole, przenikał tylko słaby, przyćmiony blask. Merlin powiedział, że wisiorek obroni go przed stworami z cienia, ale Harry nie był do końca przekonany, czy te stwory o tym wiedziały. Chociaż w pobliżu nie spostrzegł żadnego, groźnie wyglądającego stworzenia - ba, prawdę mówiąc nie dostrzegł, żadnej istoty, dobrej ni złej - to wciąż miał to dziwne wrażenie, że ktoś go obserwuje, że podąża za nim, bacznie mu się przyglądając. Coś czekało, aż zbłądzi albo opadnie z sił, a wtedy...

Harry wzdrygnął się na wspomnienie ścigającego go nocą zwierzołaka. Nawet nie chciał sobie wyobrażać, jak takie stworzenie mogło wyglądać, bo nazwa była już sama w sobie złowieszcza.

Idąc zastanawiał się, co czarodziej miał na myśli, kiedy mówił, że błędem było ściągnięcie go tutaj. Wciąż myślał nad tym, dlaczego to imię zdaje mu się tak dziwnie znajome i czy teraz, w domu przy Privet Drive, ktoś zauważył właśnie jego zniknięcie. Dursley’owie nie byli porannymi ptaszkami, więc prawdopodobnie wciąż jeszcze nie widzą, że go nie ma. A kiedy odkryją jego nieobecność? Czy ciotka zada sobie dość trudu, by zastanowić się nad tym, gdzie podział się jej siostrzeniec? A może odetchną z ulgą za takie korzystne zrządzenie losu, który zdjął z ich barków jego ciężar?

Nagle, kilka kroków od niego, ziemia zafalowała formując się w niewielki kopczyk. Potem coś podążyło w jego kierunku, rozsypując ściółkę, gałęzie i ziemię na boki. Cokolwiek pędziło ku niemu, biorąc pod uwagę okoliczności, można było uznać, że albo ma zamiar pożreć go na śniadanie, albo co najmniej wciągnąć pod ziemię, w nieznanym choć budzącym grozę celu. Nim jednak zdążył pomyśleć o ucieczce, spod ziemi - unosząc się kilka metrów w górę - wyskoczyła zielona smuga, której pojawieniu towarzyszył głośny wizg.

Coś przeleciało nad nim łukiem a potem spadło za jego plecami i jęknęło. - Ojej... znowu źle wymierzyłem.

Harry odwrócił się i ujrzał maleńką istotkę, ubraną w dobrze skrojony zielony surdut i równie zieloną czapeczkę.

- Malcolm Leprekaun, do usług wieeeelmożnego pana! - powiedział wesoło skrzat podnosząc się ziemi i masując obolałe siedzenie. - To zawsze psuje efekt - dodał. - Jednak za każdym razem robię to coraz lepiej - wyjaśnił z nieskrywaną dumą.

- Kim jesteś? - zapytał chłopiec, bo nic innego jakoś nie przychodziło mu do głowy.

- Oczywiście jestem leprechaunem - mruknął Malcom, wyraźnie niezadowolony ignorancją Harrego. - Nie chcesz mi chyba wmówić, że o nas nie słyszałeś? Jak Brytania długa i szeroka, każde dziecko wie, że na końcu tęczy... no...? - skrzat zwiesił głos, czekając aż Harry dokończy.

- Jesteś czymś w rodzaju krasnoludka? - spytał chłopiec, wyraźnie nie wiedząc, co Malcolm może mieć na myśli. - Słyszałem o was, ale nie myślałem, że istniejecie!

- „Nie wiedziałem, że istniejecie! Nie wiedziałem, że istniejecie!” - powiedział skrzat, przedrzeźniając chłopca. - Co z ciebie za czarodziej, skoro nie umiesz odróżnić prawdziwego leprechauna od jakiegoś tam, za przeproszeniem, durnego krasnoludka!?

- Nie jestem czarodziejem - powiedział zdziwiony Harry. - Jestem... jestem zwykłym chłopcem, który miewa dziwne sny.

- Aaaa... to by się zgadzało. - odrzekł po chwili namysłu skrzat. - Czarodzieje miewają naprawdę pokręcone sny! Jedna czarodziejka opowiadała mi kiedyś, że we śnie zmieniła się w żabę, i wszyscy ją całowali i...

- ...zmieniała się w królewnę? - zapytał Harry, ponieważ ta akurat bajka była mu bardzo dobrze znana.

- Nie - skrzat wzruszył ramionami. - Po prostu się budziła.

- Ale ja nie jestem czarodziejem - powiedział Harry. - Dlaczego myślisz, że mógłbym być magiem?

Malcolm wskazał brudnym od ziemi palcem na wisiorek Harrego, który teraz w ogóle nie świecił. - Nosisz znak Merlina, więc jesteś pewnie jego uczniem. O ten staruch, o ile mi wiadomo nie brałby w termin kogoś, kto nie posiada zdolności magicznych.

Harry pokręcił głową - Nie, to dla ochrony...

Skrzat roześmiał się:

- Myślisz, że takie błyskotki działają same z siebie, co? - powiedział, widząc niewyraźną minę chłopca. - Otóż wyjaśniam paniczowi, co następuje: tylko wieśniacy wierzą, że powieszony nad drzwiami warkocz z konopi ochroni ich dom przed złem, albo że czerwona wstążka broni przed urokami. Każdy, kto choć trochę otarł się o magiczny świat - a dla nas, leprechaunów, jest on niczym woda dla ryb - wie, że przedmioty nie mają żadnej mocy. To ludzie, magowie nadają im ich siłę, aktywują magię drzemiącą w rzeczach... Dajmy na to laski magów, albo różdżki wiedźm! W rękach zwykłego śmiertelnika byłyby niczym, tylko kawałkiem drewna... Ale, magowie! No, magowie potrafią obudzić ich magiczną naturę i... JESTEŚ MAGIEM! - krzyknął, ciesząc się z widoku podskakującego ze strachu chłopca.

- Jestem magiem?

- Magiem, czarodziejem, może druidem, kto wie? - mruknął Malcolm. - Dobrze, ale do rzeczy, do rzeczy...

- I ten talizman... - wciąż nie dowierzał chłopiec.

- Tak, tak... Talizman, i takie tam. - powiedział od niechcenia skrzat. - Posłuchaj, ktoś kazał mi ciebie znaleźć i przyprowadzić. Pomyślałem sobie, czemu nie i tak w tym mglistym kraju dawno nie widziano tęczy, więc mam trochę wolnego czasu i...

Harry skinął głową. Widocznie Merlin zadbał o to, by się nie zgubił, a towarzystwo leprechauna było o niebo lepsze, niż brak jakiegokolwiek towarzystwa. Poza tym, cóż, miał magiczne zdolności! Musiał mieć magiczne zdolności, jeśli to, co mówił skrzat było prawdą. Nie znał się zbytnio na krasnoludkach i podobnych im stworzeniach, ale ten, mimo swojego gadulstwa, zdawał się być sympatyczny.

- Pójdę z tobą Malcolmie Leprekaunie. - powiedział po chwili.

- Nie widzę innego wyjścia - powiedział podskakując skrzat. - Wziąłem już zaliczkę i, muszę przyznać, wydałem wszystko w karczmie. Dlatego właśnie nieco się spóźniłem, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło i takie tam.

- Zapłacono ci, żebyś mnie poprowadził?

- Widzę, że mało wiesz o naturze leprechaunów, młody magu - powiedział skrzat ruszając przed siebie. Po chwili skinął na niego dłonią. - No, chodźże już! Nie mamy całego dnia!

Harry wzruszył ramionami, bo naprawdę miało wiedział o naturze leprechaunów. Spojrzał na talizman, który wciąż był tym samym kawałkiem metalu, który wręczył mu Merlin. Zatem, jak wywnioskował, nic złego mu nie groziło. Po chwili chłopiec i wesoło pogwizdujący skrzat, zniknęli między drzewami.

A w wielkiej komnacie, tak posępnej, że nawet promienie słońca wycofywały się, wpadłszy przypadkiem przez niewielki otwór okienny, obraz na powierzchni lustra zabarwił się na czerwono. Zła czarownica Morgause wpatrywała się w nie w milczeniu, nieznacznie tylko kiwając głową.

***

Nim rycerze dotarli do polany Merlina, Lance po raz kolejny udowodnił Garetowi, iż doskonale rozwinięty zmysł powonienia może ustrzec niekiedy przed opłakanymi skutkami nie posiadania tegoż, ze śmiercią włącznie. Swąd można było wyczuć z daleka, niespecjalnie się przy tym wysilając.

- Dym - rzucił krótko Lancelot, ponaglając konia. - Coś złego dzieje się w tym lesie!

- Trudno tego nie zauważyć, Lance - mruknął Garet, podążając kłusem za przyjacielem. - Czy raczej trudno tego nie wyczuć.

Ogień trawił samotnię Merlina, a na tle płomieni rycerze dostrzegli sylwetki krzątających się na polanie ludzi. Ludzi, którzy na pewno nie przybyli tu, by stłumić pożar. Lance wstrzymał konia, nakazując Gazetowi gestem dłoni, by ten uczynił to samo.

- Kim oni są? - wyszeptał Garet. Refleksy płomieni tańczyły na jego twarzy, która do tego płonęła wewnętrznym, pełnym gniewu, żarem. - Nie możemy pozwolić im, by to robili - syknął.

Lancelot skinął głową. Zastanawiał się, czy mag, o którym wspomniała Pani Jeziora, rzeczywiście zdążył opuścić to miejsce, nim zjawili się ci ludzie. Myślał o tym, kto mógł ich wysłać i co takiego działo się z królestwem, kiedy Rycerze Okrągłego Stołu, opuścili i je, i króla. Nie spodziewał się takiego biegu wydarzeń, tu, w samym sercu Brytanii.

Był przecież Mordred. Obiecał strzec króla, kiedy wszyscy inni odjechali szukać Graala.

- Lance - szepnął zniecierpliwiony Garet. - Lance, zróbmy coś, bo ci dranie gotowi są nam umknąć!
- Nikt, kto poważył się podnieść rękę na Merlina, nie uniknie kary. - odpowiedział półgłosem rycerz. - Prędzej czy później, w ten czy inny sposób, sprawiedliwość go dosięgnie! - dodał, podnosząc głos.

- Tak, tak - skwitował to młodszy rycerz. - Jednak wolałbym, żeby dosięgła ich już teraz. A najlepiej żeby dosięgła ich z naszych rąk.

- Musimy zostawić kogoś przy życiu - powiedział Lancelot, który znał bitewny zapał swojego młodego druha. - Ktoś musi nam wyjaśnić, co się tu dzieje. A teraz...

Rycerze wpadli na polanę i zanim zaskoczeni podpalacze, zaczęli się bronić, kilku z nich legło pod ciosami miecza. Ci, którzy zdążyli ochłonąć po nagłym ataku, sięgnęli po broń. Kilku nałożyło strzały na cięciwy łuków i celowało do rycerzy, jednak ciężko było wymierzyć, kiedy konie skakały to tu, to tam. I kiedy któryś wreszcie wypuścił strzałę, ta ze świstem zmierzała ku miejscu, gdzie nie było już żadnego z niespodziewanych napastników. Nieliczni, którzy dzierżyli miecze, rozpierzchli się, widząc powalające ich towarzyszy dźgnięcia i ciosy. Nim jednak wszyscy rozbiegli się ku leśnym ostępom. Garet popędził konia, ścigając jednego z uciekinierów. Kiedy zrównał się z nim, zanim ten zdążył schronić się w krzewach otaczających polanę, młody rycerz skoczył, przygniatając go do ziemi ciałem. Mężczyzna szarpał się przez chwilę, jednak mimo młodego wieku Gareta, nie zdołał się wyrwać z uścisku młodzieńca. Rycerz był nadto zaprawiony w bojach.

- Dla własnego dobra - warknął Garet - przestań się opierać, albo załatwimy sprawę w sposób, jaki należy postępować z takimi szumowinami, jak ty!
Z gęstwy wyleciała strzała i ze świstem przemknęła o kilka centymetrów od głowy młodzieńca. Z innych stron poleciały kolejne, które również nie sięgnęły celu. Przygnieciony mężczyzna wykorzystał chwilę nieuwagi Gareta i zwalił go z siebie kopniakiem, po czym, nie oglądając się, umknął do lasu.

- Lance! - wrzasnął Garet, nie podnosząc się z ziemi. - Lance!

- Tssst... - usłyszał obok swojego ucha. - Celują w nas... ale nie sądzę, że potrwa to długo. Wydaje mi się, że to jacyś podli wieśniacy, którym ktoś dał w ręce broń i opłacił, by zrobili to, co zrobili.

- Uciekł mi - powiedział młodzieniec. - Teraz nie dowiemy się, kto im zapłacił... Podły drań! - Garet nie mógł sobie tego darować. Już go miał. Wystarczyło tylko sięgnąć po sztylet i przycisnąć mu go do gardła. Ciekawe, czy wtedy byłby taki skory do ucieczki.

- To nieważne, Garecie. - uspokajał go Lancelot. - Pani Jeziora zleciła nam zadanie. Misję. Powiedziała, że mag odszedł o świcie i... i tego powinniśmy się trzymać. Reszta musi poczekać, bynajmniej na razie. O, widzisz przestali już strzelać! - Lancelot podniósł się powoli i odczekał chwilę, gotów paść na ziemię. Potem gwizdnął przez zęby. Oba konie podniosły się niezdarnie na kopyta. Garet wstał, otrzepując odzienie.

- W którą stronę powinniśmy się udać? - zapytał. - Dlaczego ten wielki mag nie może użyć swojej mocy i sam nas odnaleźć, albo wskazać nam drogę?

Lancelot zastanawiał się przez chwilę, próbując sobie przypomnieć to, co usłyszał od Morgany. Nijak jednak nie mógł się doszukać w jej słowach wskazówki, dokąd mógł ów mag podążyć. Polanę Merlina ze wszech stron otaczały drzewa, za którymi znajdowała się mroczna, nieprzyjazna ludziom puszcza. I nieważne, w którą stronę by nie podążył mag, napotkałby tak samo nieprzeniknioną, wielką i ciemną knieję. Tylko jedna z dróg wiodła do jeziora. I tylko ta droga mogła wyprowadzić ludzi o jasnym sercu z leśnego ostępu.

- Zastanawiam się - powiedział Garet, przerywając przedłużające się milczenie - jak ci dranie się tu dostali? Wiesz, jak złowrogi jest ten las. Mało kto wychodzi z niego żyw.

- Powiedziałem ci przecież, że każdego prędzej czy później dosięgnie sprawiedliwość. A las nie pozwoli, by coś takiego uszło płazem wrogom Merlina.

- Pamiętasz, co mówiła Pani Jeziora - powiedział niepewnie Garet. - O tym, że Morgause zadba o to, by pomieszać drogi naszemu magowi spoza czasu... Może ta wiedźma czuwa też nad tymi łajdakami? Wszystkie te sprawy magii są wielce mętne...

Lancelot skinął głową. - Myślę, że znalazłeś rozwiązanie, Garecie. Jeśli wiedźma zadbała o to, by mag podążył niewłaściwą drogą, będzie to na pewno ta, która podąża w przeciwnym kierunku do tego, z którego przybyliśmy.

- Ale... ale tam nie ma żadnej drogi, Lance!
- Właśnie dlatego nie możemy stracić ani chwili dłużej... Wiesz przecież, jakie niebezpieczeństwa czają się w tej puszczy.

- Wolałbym nie wiedzieć - mruknąl Garet. - Swoją drogą to przecież mag, a nie jakieś bezbronne, zagubione w lesie dziecko...

Rycerze chwycili konie za uzdy i poprowadzili je między drzewa. Płomienie, które jeszcze kilka chwil wcześniej gorzały, trawiąc samotnię Merlina, teraz nagle przygasły, jakby stłumił je jakiś lodowaty podmuch. Po chwili wygasł nawet żar. Jedynie w powietrzu wciąż unosił się nieprzyjemny zapach - mieszanina parujących mikstur, spalonych ziół i zwęglonego drewna.


***

Mężczyzna siedział na kamieniu, podpierając głowę rękoma. Jego ramiona przykrywał czarny płaszcz, którego znaczna część spoczywała na ziemi, tak że nie było widać jego nóg. Długie, czarne włosy spływały falami na ramiona. Kamień znajdował się pośrodku lasu, którego mieszkańcy rzadko oglądali ludzi. Był to ten szczególny rodzaj kamieni, które w zamierzchłych czasach siłą naturalnej magii, zostały obdarzone nadnaturalnymi właściwościami. I ta jego cecha głównie chroniła mężczyznę przed istotami, których oczy spoglądały łakomie spośród krzewów, których ślepia jarzyły się czerwono, kiedy wychylały głowy zza drzew.

On jednak wiedział niewiele o prawdziwej mocy kamienia, choć znał jego legendę a miejsce to, zdawało mu się tak samo ponure i niebezpieczne, jak każde inne z miejsc w tym lesie. Liczył na swoje umiejętności, na swój miecz i, w mniejszym stopniu, na magię, którą ktoś obiecał go chronić, przed tym, co może spotkać samotnego człowieka w głuszy, pełnej nieprzyjaznych istot.

Jednak, o czym nie wiedział, dzięki tej magii i sile tego właśnie miejsca, pozostawał wciąż żywy.

Mężczyzna oczekiwał.

***


- Właściwie, kto taki zapłacił ci, abyś mnie poprowadził?
Leprechaun przerwał gwizdanie, zatrzymał się, obrócił i utkwił w chłopcu pełne nagany spojrzenie. - Myślisz, że powiem ci, kto mi zapłacił, żebym cię poprowadził, tak? - wyrzucił z siebie jednym tchem.

- Po prostu chciałbym wiedzieć - powiedział nieco zaskoczony Harry. - Cała sprawa dotyczy mnie, prawda? Więc powinienem wiedzieć, kto chce mnie widzieć i po co?

Malcolm wzruszył ramionami - Powiedziałbym ci, gdybym sam wiedział - powiedział.

- Mówiłeś, że dostałeś pieniądze, od kogoś, kto chce... - zaczął z wahaniem chłopiec.

- Wiem! Wiem! - mruknął poirytowany leprechaun. - Jednak ten zleceniodawca przysłał jakiegoś wieśniaka, cud, że ten nie czmychnął z sakiewką, i powiedział mi, co, gdzie i kiedy. Wziąłem zaliczkę i proszę bardzo.

- I nie obchodzi cię, kto za tym stoi - zapytał, coraz bardziej podejrzliwy chłopiec.

- Posłuchaj, niewiele wiesz o leprechaunach, prawda? To już sobie wyjaśniliśmy... - powiedział Malcolm. - Myślisz, że ciągnąłbym cię w jakąś pułapkę, czy coś w tym rodzaju, gdybym wiedział, że to pułapka?

- Nie wiem - powiedział niepewnie chłopiec. - Niewiele wiem...

- Dość! - prychnął leprechaun. - Posłuchaj, jestem stworzeniem poniekąd magicznym...

- Poniekąd?

- Nie umiem prząść złota ze słomy, ani wyczarować bukietu z rękawa, jeśli wiesz co mam na myśli. - żachnął się Malcolm. - Jednak my, stwory z innej części rzeczywistości, mamy taki zmysł magiczny. Wiemy, kiedy sprawy podążają stanowczo w niewłaściwym kierunku.

- I uważasz, że teraz wszystko jest w najlepszym porządku. - powiedział bez pewności Harry.

- Tak mi się wydaje - odpowiedział Malcolm, siląc się na grymas uśmiechu. - To znaczy, nic złego nie wisi w powietrzu.

- Wydaje ci się? - zapytał niewyraźnie chłopiec. - Więc prowadzisz mnie w jakąś... gdzieś...

- No, dobrze - syknął poirytowany leprechaun. - JESTEM PEWIEN, ŻE NIC NIE WISI W POWIETRZU. Lepiej ci?

Harry wzruszył ramionami. Ten skrzat zdawał się być niesamowicie szczerą istotą. Usta niemalże mu się nie zamykały, a jednak było coś, co kazało myśleć o nim w zupełnie inny sposób. Kiedy mówił o pieniądzach, monetach, złocie... w jego głosie brzmiała jakaś niepokojąca nuta. Chłopiec słyszał kiedyś o czymś, co nazywano uzależnieniem, i to w jaki sposób Malcolm wspominał o złocie, mu o tym przypominało.

- Jednak wiesz, dokąd idziemy - powiedział Harry, kiedy ruszyli dalej. - To chyba możesz mi zdradzić?
- Taaaa... mogę - powiedział niepewnie skrzat. - To miejsce, jakich pełno w tym lesie.

- A konkretnie - ponaglił go Harry.

- Magiczne miejsce. - wyjaśnił zdawkowo Malcolm. - Dobre miejsce dla maga - dodał.

Harry ukradkowo zerknął na talizman, który od czasu krótkiej manifestacji swych magicznych możliwości, teraz wydawał się być najzwyklejszym na świecie wisiorkiem. O ile mogę ufać talizmanowi, pomyślał chłopiec, może się okazać, że to właściwa droga do tego rycerza, z którym miał się spotkać, o którym mówił Merlin. Może to właśnie ów rycerz zapłacił skrzatowi?

- Daleko jeszcze? - zapytał Harry, zastanawiając się jak wiele czasu pozostało do zapadnięcia ciemności. Noc nie była czasem, kiedy należało przebywać w tym miejscu.

- Będziemy tam przed zmierzchem - odpowiedział leprechaun.

Korony drzew pochylały się, szepcząc między sobą w swym własnym, nieznanym ludziom języku. Niektóre z nich zastanawiały się dokąd zmierza ta dziwna para, chłopiec i skrzat. A kiedy usłyszały wieści od tych, które rosły tam, skąd szła ta dwójka, niektóre z drzew zaszlochały nad losem Merlina. Jednak gdy dotarła do nich wiadomość z kierunku, w którym zmierzali osobliwi podróżni, ze zgrozy zaczęły potrząsać liśćmi, tak że po chwili cała puszcza rozbrzmiewała złowieszczym szumem.

***

Kobieta w czerni, niemal bezszelestnie przemierzała kręte schody, wiodące w dół, ku lochom. Jej cień chwiał się we wszystkie strony, kiedy mijała kolejne łuczywa, których płomienie szarpały się, jakby chciały się wyrwać.

Wieża, stojąca niedaleko zamku Kamelot, dawniej służyła czarodziejowi Merlinowi, w ciężkich czasach kiedy jego obecność była niezbędna, by mógł w każdej chwili służyć królowi radą i pomocą. Gdy minął okres ciężkich bojów, mag udawał się w odosobnienie, do swojej leśnej samotni. W komnacie, na samym szczycie wciąż jeszcze znajdowały się jego księgi, magiczne przedmioty i eliksiry. Zaś na dole, skąd ku szczytowi wiodły spiralne schody znajdował się loch, gdzie według legendy czarodziej więził dawnymi czasy potwora, stworzenie które czyniło wielkie spustoszenie w całej Brytanii. Nikt do końca nie wiedział, jakie było owo stworzenie, i czy prawdą było, że mag trzymał je w tym właśnie lochu. Faktem było tylko to, że loch ów istniał i nikt nigdy do niego nie dotarł. Nikt, poza magiem Merlinem.

Teraz, z nakazu króla, wieżę zajmowała czarodziejka Morgause, którą bardzo ceniła sobie królowa. I to właśnie na jej prośbę, Artur, władca Brytanii nadał jej tytuł nadwornej czarodziejki.

Morgause zatrzymała się przed solidnymi, mosiężnymi drzwiami. Skinęła dłonią, jakby od niechcenia, i ciężkie rygle odsunęły się, po czym drzwi otwarły się z głośnym skrzypnięciem. Czarownica pochyliła głowę i weszła do środka celi.

- Nie powinnaś była porywać się na coś, co i tak ciebie przerasta - powiedział, siedzący na podłodze starzec, nie podnosząc głowy. - Nie powinnaś sięgać po władzę, Morgause.

- Och - powiedziała kobieta, demonstracyjnie ziewając. - Nie powinnam, nie powinnam, Merlinie. Skąd ta pewność, że mnie to przerasta... Gdybyś wcześniej wykazał odrobinę rozsądku, to Królestwo... Nie! Cały świat należałby teraz do nas!

- Znasz prawo - odpowiedział Merlin, wciąż wpatrując się w brudną posadzkę. - Nie wolno naruszyć...

- Równowagi! - krzyknęła kobieta, wznosząc głos do poziomu wściekłości. - Wciąż mówicie o równowadze, o tym, że nie wolno nam, istotom obdarzonym przez naturę Mocą, zrobić niczego, co by naruszało jej prawa. Po cóż, pytam, po cóż nam owa moc, skoro nie wolno nam zrobić z niej użytku, Merlinie?

- Natura, jak powiadasz, obdarzyła nas wielką Mocą - odrzekł spokojnie mag, jakby przemawiał do rozkapryszonego dziecka - po to właśnie, byśmy jej praw bronili. Byśmy wskazywali ludziom drogę, która winni podążyć, aby nie zniszczyli siebie, wraz z tym, co ich otacza.

Morgause odwróciła się tyłem, jakby chciała pośpiesznie opuścić celę. Tak, jakby słowa Merlina uwolniły w niej jakiś głęboko skrywany lęk, przed tym, co chciała uczynić. Jednak zatrzymała się w progu. - Ludzie, Merlinie, i tak by o nas zapomnieli. To się dzieje już teraz... ale JA im na to nie pozwolę! - zakończyła, wychodząc, a ciężkie drzwi zatrzasnęły się za nią z donośnym hukiem.

Dopiero teraz starzec uniósł głowę. Z każdą spędzoną tu chwilą czuł, że jego siły, zarówno te ludzkie, jak i magiczne, go opuszczają. Doskonale zdawał sobie z tego sprawę, jednak nadal miał nadzieję. Wiedział, że teraz, gdzieś ponad mroczną puszczą, walczą ze sobą - niezależnie od niego i złej Morgause - siły światła i ciemności i tak naprawdę natura sama zadecyduje, po czyjej stronie się opowie. Wiedźma uwolniła drzemiące w niej pradawne zło, i tak naprawdę nie dłużej nie mogła nad nim zapanować. Stała się narzędziem. Być może wciąż wydawało jej się, że odgrywa w tej pradawnej batalii jakąś rolę, ale ta dobiegała już końca.

Była jeszcze nadzieja. Chłopiec. Chłopiec podróżujący przez knieję. Merlin posiadał zdolność jasnowidzenia, jednak ta, wraz z opuszczającymi go siłami, nieco go zwodziła. Miał teraz niejasną wizję, w której dziecko przemierzało las... Widział też Lancelota, który wraz z Garetem szukali chłopca.

Niedobrze się stało, że Morgause rzuciła wyzwanie naturze. Teraz nawet on, który spędził wiele lat, żyjąc w zgodzie z pradawnymi nakazami, niewiele mógł poradzić. Zło zapuściło korzenie zbyt głęboko...

***

Las szumiał złowrogo. Część z jego mieszkańców, ta która zachowała jeszcze pamięć o czasach, kiedy w cieniach wielkich, prastarych drzew odpoczywał wędrowiec, teraz chowała się w swych norkach, głęboko ukrytych pod ziemią kryjówkach. Ptaki odleciały daleko stąd, nim mrok na dobre ogarnął prawiekową knieję. Były inne zwierzęta, które kierowane przekazywanym z pokolenia na pokolenie instynktom, przeniosły się do rozmaitych, mniej magicznych miejsc.

Byli jednak inne stworzenia, które do tej pory żyły w zgodzie z naturą, a teraz nie chcąc się dowiedzieć, co spowodowało, iż trzymające się dotąd z daleka stworzenia mroku zaczęły, coraz to śmielej poczynać sobie w ich leśnym domu, zbierały się w grupy nad brzegiem Jeziora.

Pani wyszła ku nim i opowiedziała im historię. Opowiedziała im o upadku swej siostry, czarodziejki Morgause, która uwolniła, tylko czekającą na okazję Mroczną Siłę i ona to sprawiła, że wszelkiej maści odrażające stwory nocy i ciemności pojęły las w swoje posiadanie. Opowiedziała im, jak Merlin, który pierwszy dostrzegł nadchodzący cień, przywołał z poza czasu maga, który dzięki swej czystej, nieskażonej magii zdolny jest powstrzymać nadchodzące zło.

- Pani - odezwał się swym brzmiącym, jak echo dzwonków, głosem jednorożec - wilki i ich plugawy pomiot, wilkołaki zawładnęły naszą częścią lasu. Wielu z mej rodziny złożyło zapadło w wieczny sen, kiedy ich wataha znienacka napadła nasze stado. Wiem także - mówił jednorożec - o atakach strzyg, a tych, jako wiadomo nie widziano w tym lesie od stuleci! Ileż jeszcze przyjdzie nam czekać? Czy mamy spokojnie spoglądać na śmierć naszych braci i sióstr? A może nadszedł czas, byśmy i my odpowiedzieli... Byśmy zebrali siły i raz na wieki przepędzili zło, wespół? Wspólnymi siłami?

- Jakieś licho - krzyknęły zgodnym chórem trzy rusałki - zalęgło się w naszym wodnym oczku! A to żabę pożre, a to ptaka zbłąkanego! Macki okrutne głęboko ze smolistej wody strzelają, porywając wszystko, w nie wpadnie! A śliczne było oczko nasze, od promieni słońca złociste! Co nam czynić - lamentowały. - Co mamy robić?

Odezwało się kilkanaście głosów. Słychać było skargi na wampiry, złośliwe gremliny i ohydne gobliny. Stworzenia te, dawno temu przepędzone zdawały się teraz powracać, jakby jakaś siła przywoływała je z powrotem. Istoty światła przekrzykiwały się nawzajem, rzucając coraz to bardziej wyszukane groźby pod adresem nękających ich potworów.

Morgana uniosła dłonie, próbując nakłonić ich do milczenia. Kiedy po chwili zapanowała względna cisza, odezwała się sinym, choć przepełnionym smutkiem, głosem.

- Pamiętajcie, że nie wolno nam angażować się ten konflikt, chociaż źródłem jego jest dwoistość natury - mówiła Pani Jeziora - musicie pamiętać, że to wszystko zaczęło się przez człowieka. Przez czarownicę Morgause. Takoż i człowiek musi temu zapobiec, a wy - dzieci światła - nie możecie się w to mieszać... Równowaga została dostatecznie zachwiana. Nie wolno nam jeszcze bardziej...

- A im wolno nas atakować? - krzyknął skrzat w czerwonej czapeczce, podskakując przy tym z oburzenia. - Mamy czekać, aż całkowicie nas wytępią?

Kilka głosów przytaknęło. - Tak! Właśnie! Musimy walczyć! Nie wolno nam dłużej tego tolerować!

- Cała nasza nadzieja w magu - rzekła spokojnie Morgana. - My musimy zadbać tylko o to, by dotarł spokojnie dotarł na miejsce.

- Jakie miejsce? - chciał wiedzieć skrzat. - Czy to jakieś szczególne miejsce? Jeśli nie będzie chciał tam pójść zaprowadzę go na sznurku!

- Spokojnie Nemruku - odezwał się inny karzełek, różniący się od swego przyjaciela jedynie tym, że jego broda była siwa, kiedy brodę Nemruka stanowiła nastroszona kępa sterczących na wszystkie strony, czarnych włosów. - Myślę, że wiem, co ma na myśli Pani Jeziora. A ty, raptusie, jak sądzę nie ważyłbyś się i tak podnieść ręki na wielkiego maga, ha!

Stworzenia spoglądały pytająco to na Morganę, to na starszego ze skrzatów. Kilku z nich, którzy domyślali się, dokąd mógł zmierzać tajemniczy czarodziej, pokiwało ze zrozumieniem głowami, łbami bądź dało inny znak tego, iż pojęli, o co chodzi, w zależności od swoich predyspozycji.

- Kamień, w którym tkwił zaklęty miecz - odezwał się dźwięczny głos jednorożca. - Domyślaliśmy się, że to może być jedyne bezpieczne miejsce, kiedy sytuacja stanie się naprawdę groźna. A taka, jak mi się wydaje, właśnie jest.

- Zatem, kiedy mag użyje swej siły... - powiedział wahając się siwy karzełek - ...będzie w stanie przegnać twą, wybacz Pani, podłą siostrę i pokonać ciemność?

Wszystkie stworzenia skupiły swą uwagę na Pani Jeziora. Widziały w jej twarzy coś niepokojącego. Nie był to tylko ból, iż jej własna siostra obróciła swą wolę przeciwko Światłu, ale coś jeszcze. Strach. Czarodziejka Morgana bała się. Bała się, gdyż jej siła, podobnie jak moc Merlina, osłabła kiedy natura objawiła swą ciemną stronę.

- Wiem - odpowiedziała powoli czarodziejka - że jeśli mag zechce, zdoła bez trudu pokonać ciemność, jeśli znajdzie się w tym szczególnym miejscu. Wiem także, że jeśli taka będzie jego wola, może zniszczyć kamień, a wtedy cała nadzieja rozwieje się, a wraz z nią my. Staniemy się tylko wspomnieniem i legendą.

- Jakże to!? - odezwali się mieszkańcy magicznego lasu. - Dlaczego miałby zniszczyć kamień? Mówiłaś, że jest po naszej stronie? Że sprowadził go Merlin!

- Widziałam - powiedziała uniesionym głosem Morgana, a jej oczy zalśniły błękitnym blaskiem. - Przejrzałam zamiary mej siostry! Wiem, że będzie chciała zwieść czarodzieja. Przeciągnąć go na swoją stronę i wykorzystać jego niewiedzę! A potem poprosi go... A potem nakaże mu zniszczyć kamień! I nasz świat na zawsze odsunie się od świata ludzi... Zostaniemy zapomnieni, a świat spowije mrok!

***

Harry przyglądał się zza drzew siedzącemu na kamieniu mężczyźnie. Zapadał zmrok a mimo słabego światła widział w rysach mężczyzny coś szlachetnego. Musi być rycerzem, pomyślał chłopiec, i chyba czeka tu właśnie na mnie. Ktoś szurnął go w plecy. - Jesteśmy na miejscu, mały czarodzieju. To takie święte miejsce, wiesz? Ludzie - mówił szeptem Malcolm - rzadko tu zaglądają, dziwię się, że... Jednak ten, wygląda jakby nie przejmował się niczym. To rycerz, sławny rycerz...

Mężczyzna powoli obrócił głowę w ich kierunku.

- Wyjdź magu - powiedział dudniącym, ponurym głosem. - Nie musisz się przede mną ukrywać. Dotarłeś na miejsce... a od tego czekania boli mnie już siedzenie! - Rycerz wstał z kamienia śmiejąc się. - No, dalejże...

Harry skądś znał ten głos, chociaż w tej chwili jego wspomnienie wydawało mu się jakimś odległym echem, słyszanym dawno temu, być może we śnie. I nagle poczuł, że amulet Merlina delikatnie wibruje na jego piersi, jednak kiedy sięgnął ku niemu i zamknął go w dłoni, drganie ustało. Być może to ostrzeżenie, pomyślał, albo wskazówka?

- Wykonałem zadanie, mały magu - powiedział leprechaun, który zabrzmiał nadzwyczaj smutno. - Mam nadzieję, że i tobie przysłużyła się nasz wspólna wędrówka. Teraz...

Chłopiec nie dosłyszał, co mówił skrzat, gdyż ten zaczął powoli znikać, aż w końcu w powietrzu wisiała tylko jego rozmazana, zasępiona twarz.

- Magu - dopominał się rycerz. - Czy każesz mi jeszcze długo na siebie czekać?
- Idę - mruknął pod nosem chłopiec, kiedy Malcolm zniknął całkowicie. – Idę już, proszę pana.

Kiedy Harry zbliżył się do kamienia, talizman na jego piersi drżał coraz mocniej i mocniej. A kiedy był zaledwie krok od głazu i rycerza, metal ponownie zajaśniał czerwonawym blaskiem. Chłopiec poczuł, jak gdzieś w środku budzi się trudny do określenia strach. Nie wiedział czego się lękał, ale stojący przed nim rycerz na pewno nie przerażał go tak, jak... No, właśnie co - zastanawiał się chłopiec. Czego się naprawdę boję? Cała to historia... nie jestem przecież magiem? Może to wciąż ten sam sen.

Rycerz przyglądał mu się przez chwilę, a cień zdziwienia zaledwie przemknął przez jego oblicze. Być może spodziewał się kogoś innego a może zauważył gorejący zimnym blaskiem talizman, i wzbudziło to również jego obawy.

- Wiesz - powiedział po chwili rycerz - że głaz ten, jest słynnym kamieniem, w którym tkwił magiczny miecz Ekskalibur?

- Przypominam sobie tą legendę - odpowiedział Harry, po krótkim zastanowieniu. - Wszystko to działo się dawno temu i... Podobno to tylko mit?

Rycerz zaśmiał się nieprzyjemnie - Tak, masz rację... Nawet dla mnie, który pamiętam te czasy, są one odległe. Chociaż jednocześnie bliskie. Jednak co do jednego się mylisz, chłopcze. To nie legenda...

- W moich... czasach - powiedział z wahaniem Harry - ludzie uważają, że magia nie istnieje. Jednak widziałem tu rzeczy, które przytrafiają się tylko w bajkach. I w snach - dodał.

- Dobry z ciebie chłopiec - powiedział wolno rycerz, tak jakby zastanawiał się nad podjęciem decyzji. - I mówisz, że ludzie zapomnieli o magii? A ty? Jesteś przecież magiem, prawda?

- Nie - odpowiedział chłopak. - Chociaż wszyscy wokół tak uważają.

- A może po prostu nie znasz jeszcze swojego przeznaczenia... Jak masz na imię?

- Harry, proszę pana.

- Harry - powtórzył mężczyzna. - Tak więc, Harry, być może nie wiesz jeszcze, co jest ci pisane?
- Nikt nie zna swojej przyszłości - powiedział poważnie chłopiec. - Tak mi się wydaje.

- A przeszłość? - zapytał rycerz. - Czy dostatecznie dobrze znasz swoją przeszłość, by stanowczo stwierdzić, że w minionych wiekach nikt z twej rodziny nie był magiem? Słyszałem, że to takie talenty się dziedziczy?
- Nie wiem, proszę pana. - bąknął niewyraźnie Harry, przypominając sobie nagle świat, o którym przez cały czas, jaki tu spędził, zapomniał. - Moi rodzice... ja...
- Dobrze już - mruknął rycerz. - Wszyscy powtarzają mi, że największą moją wadą, jest to, że zbyt wiele myślę! - wyjaśnił mężczyzna, ponownie zanosząc się donośnym śmiechem. - Powiedz mi tylko, czy wiesz dlaczego tu jesteś?
- Nie, proszę pana. - odpowiedział chłopiec. - Merlin... Sprowadził mnie tu Merlin, wielki czarodziej. To wszystko, co wiem.

Mężczyzna pokiwał głową. Coś w jego zachowaniu podpowiadało, że to, co ma zrobić robi z wewnętrznym oporem, ale zgodnie z rozkazem, wykonując swoją rycerską powinność. A może było inaczej?
Może tak naprawdę, to co miał zrobić w jakiś sposób kłóciło się z jego kodeksem, ale robił to, dla wymiernej korzyści?

- Dobrze, zatem powiem ci, co nakazała mi uczynić moja pani - wydeklamował, jakby wyuczoną formułkę rycerz. - Powiedziała, niechaj mag dotknie obiema dłońmi kamień, jeśli chce poznać swoją przyszłość i przeszłość. Jeśli chce się dowiedzieć prawdy o swoich rodzicach... to jedyny sposób. Tak kazała mi powiedzieć.

- Ale... - wydusił z siebie zaskoczony nagłym obrotem spraw chłopiec. - Ale... skąd ona... przecież to się... To znaczy jeśli teraz jesteśmy w przeszłości, to przyszłość się jeszcze nie wydarz... To niemożliwe.

- Z tym kamieniem wiąże się wielka historia, chłopcze - wyjaśnił rycerz. - Nie jestem magiem, ale domyślam się... To znaczy nie sądzę, by był równie magiczny, jak sam miecz, ale kto wie? Jesteś czarodziejem, może potrafisz obudzić jego prawdziwą moc?

Harry marzył o wielu rzeczach. O kochającej rodzinie, której nie miał. O własnym pokoju, takim jak miały inne dzieci, jakże odmiennym od tej ponurej komórki pod schodami. Jednak jego największym marzeniem, było poznać swoich rodziców. Nie pamiętał ich, oczywiście, i do tej pory nie widział ani jednego zdjęcia, na którym byliby razem. Teraz, w tym magicznym świecie, nieważne czy był to tylko sen, czy też nie, miał szansę. Być może jedyną szansę by ujrzeć swoich rodziców. A przecież przyszłość jeszcze się nie wydarzyła i będzie mógł powstrzymać to, co się stało?

Rycerz odstąpił kilka kroków i objąwszy piersi rękoma czekał. Cień uśmiechu pojawił się przez chwilę na jego twarzy. Był pewien, że wykonał dobrze rozkaz swojej pani i świadom był nagrody jaka go za to czeka. Oto królestwo padnie im do stóp, a on Mordred stanie się jego jedynym, prawdziwym władcą. I tylko jedna rzecz, której natury nie rozumiał, nie dawała mu spokoju. Coś drgnęło w jego pamięci, tak że przez krótką chwilkę dostrzegł obraz młodego rycerza, dumnego z tego, że przyjęto go do grona Rycerzy Okrągłego Stołu. Dzielnego, prawego bohatera, pogromcę smoka... Jednak trwało to bardzo krótko, i cień ponownie przysłonił jego wspomnienia. Liczyła się przyszłość, która niosła władzę i, być może, nieśmiertelność.

Harry przełknął ślinę. Pragnął, bardzo pragnął poznać prawdę o swoich rodzicach, ale w zachowaniu tego rycerza było, coś co budziło w nim nieufność. Skąd wie o moich rodzicach, zastanawiał się chłopiec? Kim jest jego... pani?
- Jak - powiedział cicho chłopiec - jak się pan... kim pan jest?

- Zwą mnie Mordred - powiedział mężczyzna, wpatrując się w Harrego świdrującym wzrokiem. Zrobiło się już niemal całkiem ciemno, a oczy rycerza zdawały się pulsować jakimś dziwnym, srebrnym blaskiem. - Co teraz uczynisz, magu?

Harry pamiętał to imię. Merlin ostrzegał go przed nim. Kazał przekazać to imię Lancelotowi, kiedy go odnajdzie. I ten głos. Głos dobiegający z zewnątrz chaty, nakazujący staremu czarodziejowi jej opuszczenie.

- To podstęp, prawda? - zapytał naiwnie. - Chcesz bym dotknął kamienia? I co się wtedy stanie?
- Moja pani powiedziała, poznasz swą przeszłość... i przyszłość, chłopcze. Czy to niewystarczająca nagroda?
- Nagroda? - zapytał Harry. - Nagroda za co? Do czego chcecie mnie wykorzystać?
- Spełniłem rozkaz - syknął przez zęby Mordred. - Nie pytaj mnie o więcej, bo nawet gdybym znał odpowiedzi... No, dalejże, nim stracę cierpliwość, dzieciaku!
beatrycze jest off-line  
Stary 01-27-2008, 16:06   #2
beatrycze
Junior Member
 
Zarejestrowany: Jan 2008
Posty: 4
Domyślnie RE: [NZ] Źródło Magii, cz.1

Mężczyzna dobył miecza, na krawędzi którego ciemność zdawała się załamywać, co sprawiało wrażenie, iż ów oręż zasysa ją do wewnątrz. Mogło być też inaczej, bo równie dobrze mrok mógł wypływać z miecza na zewnątrz. Teraz jego oczy nie były już zwykłymi ludzkimi oczyma. Były to błyszczące srebrnym blaskiem ślepia istoty, która zawładnęła tym ciałem. I tak naprawdę nie było w nim nic z dawnego Mordreda, bo nawet on nie poważył by się sięgnąć po miecz, przeciw dziecku.

- Dotknij kamienia - wyjęczał stłumiony głos z wewnątrz, jakby mężczyzna próbował ostatnim wysiłkiem własnej woli ostrzec chłopca. - Albo Ona cię zabije... Nie, będziesz jej potrzebnyyyyy... - głos Mordreda ucichnął a jego miejsce zastąpił inny, ni to kobiecy, ni to męski głos, dobiegający jakby z wnętrza metalowej puszki. - Widziałam. Widziałam przyszłość, która dla ciebie jest przeszłością! Widziałam przyszłość, która dla ciebie jest przyszłością. Twoje życie podążyć może wieloma ścieżkami, ale jedno jest twoje przeznaczenie. I je również zobaczyłam. I tylko ja mogę je odmienić. Możesz umrzeć już teraz, magu i taki będzie kres twoich dni... i będzie to koniec...

Harry cofnął się, kiedy mężczyzna chwiejnym krokiem zaczął się ku niemu zbliżać. Przez głowę przebiegały mu różne myśli, ale żadna z nich nie była tak uporczywa, jak ta, że znalazł się tu sam, i może liczyć tylko na siebie. Był tylko chłopcem, wbrew temu, co mówili ci ludzie... Te istoty... A nawet jeśli był magiem, to nie potrafił użyć żadnego zaklęcia, bo po prostu żadnego nie znał. Mógł zrobić tylko jedno.

- Stój! - krzyknął. - Zgoda!

Postać zatrzymała się, a z jej wnętrza rozległ się przeraźliwy rechot.

- Zatem jesteś mądrzejszy, niż myślałam, Harry Porterze - powiedział głos. - Dotknij obiema dłońmi kamienia i powtarzaj...

- Co się stanie potem? - zapytał, próbując zyskać na czasie chłopiec.

- Świat się zmieni. Nic już nie będzie takie, jak dawniej.

- Będzie gorsze? - spytał.

- Będzie lepsze, dzieciaku! - odezwał się poirytowany głos. - Magia zapanuje na wieki!

Harry podszedł do kamienia i powoli wyciągnął ręce przed siebie. Musiało istnieć jakieś wyjście. Musiało być jakieś inne rozwiązanie. W końcu był magiem. I był jej potrzebny. Merlin również nie przywołał go tutaj nadaremnie, chociaż twierdził inaczej.

Zatrzymał dłonie o kilka centymetrów nad głazem.

- Skoro jesteś tak potężna, dlaczego sama nie dotkniesz tego kamienia? - spytał. - Jesteś jakąś potężną, niematerialną istotą?
- Jestem czarodziejką - odpowiedział głos. - I gdybym chciała...

- Jednak nie możesz. - stwierdził Harry i nie wiedząc czemu myśl ta podniosła go na duchu. - Boisz się tego miejsca. Gdybyś się nie bała, nie przysyłałabyś tu swojego rycerza, tylko przybyła sama.

- Jak śmiesz! - rycerz postąpił o krok, a ostrze miecza zbliżyło się do twarzy chłopca. - Jesteś... Jesteś... tylko dzieckiem, które odziedziczyło wielką moc! Zbyt mało jednak wiesz, by mówić mi, czarodziejce Morgause, takie rzeczy!

Myśl przemknęła przez głowę chłopca. Zdawało się, że tkwiła tam od dawna i czekała na odpowiedni czas, by objawić swoją obecność. Była jak podpowiedź. Jak wzór matematyczny, podczas rozwiązywania trudnego zadania. Jeden mały wzór, który doprowadzi do poznania wyniku wielkiego, skomplikowanego równania.

Harry dotknął kamienia, nie czekając, aż rycerz zrobi ostatni krok.

CDN (???)
beatrycze jest off-line  
Stary 01-27-2008, 16:36   #3
beatrycze
Junior Member
 
Zarejestrowany: Jan 2008
Posty: 4
Domyślnie RE: [NZ] Źródło Magii, cz.1

OD AUTORKI:

Nie wiem dlaczego, ale kilka znaków interpunkcyjnych (apostrofy i myślniki) pokazuje się w poście jako jakiś zlepek cyfr i liter - nie przeszkadza to nadto w czytaniu, ale postaram się to szybciutko naprawić

beatrycze

EDIT

Większość (prawie wszystko, ale z pewnością coś jeszcze przeoczyłam ) dziwnych znaków poprawiona, życzę dobrej lektury i czekam na Wasze opinie!!!
beatrycze jest off-line  
Stary 07-12-2008, 16:41   #4
Limonka
Urodzony, by rządzić światem
 
Limonka na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Feb 2007
Posty: 6,744
Domyślnie RE: [NZ] Źródło Magii, cz.1

Brak aktualizacji -> kosz.
Limonka jest off-line  
Zamknięty temat

Narzędzia tematu
Wygląd

Zasady postowania
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts

BB code is Wł.
Uśmieszki są Wł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Ministertwo Magii Limonka Świat Magii 17 08-15-2009 22:40
Świat-Magii ArekJ Kosz 5 04-26-2009 19:55
MM-Ministerstwo Magii DracoMalfoyowy Kosz 7 04-11-2008 20:51
Szkoła Magii aneteeeeee Kosz 5 04-07-2008 16:03
Ministerstwo Magii Domcia_hp Kosz 22 01-05-2008 21:57


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 19:36.

Powered by vBulletin® Version 3.7.3
Copyright ©2000 - 2026, Jelsoft Enterprises Ltd.