|
Urodzony, by rządzić światem
Zarejestrowany: Feb 2007
Posty: 6,239
|
-Skorzystamy z tego kiedy indziej, obiecuję. - powiedziała Blanca z poważną miną. Nie było jej już tak do śmiechu, jak wcześniej. Musiała pokazywac przed Ginny wesołą i uśmiechniętą faktem, że przyjeżdża do rodziców, żeby ta deportowała się razem z nią. Bo sama nie chciała. W sumie było w tej samotności coś więcej...
Ginn patrzyła ciekawie na basen. Dawno się nie kąpała. Zresztą teraz, już trochę po południu, woda tak akurat... Bardzo chciała tam wskoczyć. Evans dostrzegła te iskierki w jej zielonych oczach i powiedziała tylko krótkie:
-Nie.
Weasley musiała obejść się smakiem, ale skoro Blanca obiecała, że skorzystają z tego kiedy indziej, nie zamierzała o tym "zapomnieć"...
Obie Śmierciożerczynie, chociaż w mugolskich strojach, podeszły do drzwi. Panna Evans zapukała w nie trzy razy.
-Nie wchodzisz bez pukania do swojego domu? - syknęła Ginn. Ta tylko pokręciła głową i nakazała milczenie.
Drzwi otworzyła jej matka. Jak się Ginny wcześniej dowiedziała od Blanci, jej matka pracowała w Proroku Codziennym, była redaktorką. Cóż, akurat stojąc w drzwiach miała na sobie jakąś starą szatę, taką "do kuchni i do ogrodu", a w ręku różdżkę oczywiście. Gdy zobaczyła swoją córkę, szczęka jej opadła, a oczy zrobiły się okrągłe.
-Co... Co ty tu robisz? - powiedziała i zaraz spojrzała na osobę towarzyszącą swojej córce, nieznacznie do niej podobną.
-Przyszłam po kilka swoich rzeczy. - i nie mówiąc nic, weszła do domu, spychając jednocześnie swoją mamę z progu drzwi. - Ginny, chodź, mam pokój na piętrze.
I obie zaczęły wchodzić po schodach. Weasley rozglądała się ciekawie.
//Jak sama pisałaś, chciałaś dokończyć ten wątek, więc zostawiam ci miejsce, a tymczasem przejdę już do tego napadu.//
Wszyscy - czyli Lucy, Blanca, Christina i Ginny, a także Dominic i Gunnar zjawili się nagle u "Borgin'a i Burkes'a". Ci dwaj panowie nieco się zdziwili, widząc tak ogromną gromadę Śmierciożerców, nagle, w swoim sklepie, w samym środku nocy.
-Co wy tutaj robicie? - spytał Borgin.
-Nie twoja sprawa. - odpowiedziała Christina, która teatralnie strzepała niewidzialny pyłek ze swojego czarnego płaszcza. Burkes patrzył się na wszystkich podejrzliwie - wraz z Borginem zauważyli również nowe twarze w płaszczach Śmierciożerców.
-Miłej zabawy. - rzekł cicho i wcale nie wesoło Borgin. Nikt nawet się nie obejrzał.
Zamknęli za sobą drzwi sklepu i wyszli na ulicę Pokątną. Ich płaszcze cichutko, prawie niezauważalnie, szeleściły. Każdy miał wyciągniętą różdżkę w pogotowiu i maskę na głowie. Dominicowi ciążyły wszystkie fiolki, jakie miał w wewnętrznych kieszeniach. Cieszył się jednak, że ich nie słychać.
W końcu doszli do sklepu Weasleyów, na rogu ulic. Może w południe, w dzień pełen słońca i radości, ten klaun na samej górze sklepu wyglądał śmiesznie, teraz, w nocy, jego uśmiech przerażał. Cały sklep wydawał się już jakby martwy, opuszczony z całej radości i szczęścia.
Tak jak Śmierciożercy myśleli, natrafili na pewne magiczne bariery ochronne. Nie było to jednak problemem, tak jak mówił Voldemort - Christina, Ginny i Dominic łatwo sobie z nimi poradzili.
-Szczerze, to mogli dać jakieś silniejsze te bariery. Nawet pierwszoroczniaka takie zaklęcia nie zatrzymają. - powiedział Dominic, ale Gunnar natychmiast syknął, by tamten był cicho.
Zbliżali się do wejścia. Lucy niewerbalnie rzuciła zwykłe "Alohomora". To wystarczyło. Blanca tylko pokręciła głową. To wszystko jest takie banalne. - pomyślała, ale nie wypowiedziała tego na głos.
W tej chwili bowiem każdy szmer mógł stać się przyczyną porażki całego zespołu. A trzeba było uważać - Weasleyowie poustawiali swój towar tak, że przejścia były bardzo wąskie. Dużo pakunków leżało na podłodze, niewidocznych w ciemności. Gdyby niefortunnie ktoś ze Śmierciożerców wpadł na jakieś pudełko, a w środku byłyby jakieś eksplodujące gadżety - wszyscy mieliby kłopoty.
Dodatkowo korytarze miały pełno zawijasów, krętych dróg, zmian kierunku. Ginny szła druga, przed Gunnarem, który zgodził się wystąpić jako pierwszy w tych wąskich koryarzach. Panna Weasley pokazywała mu rękami, gdzie ma iść, by trafić do schodów - sama często bywała w tej kwaterze piętro wyżej, u swoich najlepszych braci...
Których miała zabić.
Dotarli wreszcie do tych stromych, krętych schodów. Było jeszcze kilka kondygnacji samego sklepu, dopiero na samej górze posiadłość Weasleyów – ale schody już nie zmieniały miejsca położenia. Tym szlakiem można było wejść na samą górę.
W tej ciemności Blanca nie zauważyła pierwszego stopnia. Potknęła się o niego i wpadła na Dominica, który był wcześniej. Wyszkoleni wszyscy, nie krzyknęli ani nic takiego – Gunnar tylko z przodu syknął, by bardziej uważali i zachowywali się ciszej.
Niby tylko potknięcie się o schodek i falowanie płaszcza Dominica, ale Fred już coś przeczuwał... Źle spał tej nocy. A gdy zaraz potem usłyszał syk, wszystkie jego zmysły pobudziła adrenalina, wpadł w stan gotowości. W tej chwili był w stanie wychwycić nawet najlżejszy szmer. A ktoś był na sklepie. Fred obudził swojego brata, George’a, jednocześnie kładąc mu dłoń na ustach, by nic nie mówił.
Istotnie, Śmierciożercy również mieli całkiem wyostrzone zmysły. Adrenalina, stres, pulsowały w żyłach. Ta cisza zdawała się być tak głęboka, że nawet ich oddechy zdawały się krzyczeć. A ciemność tak ich wszystkich pochłaniała, że ledwo co widzieli na metr. Ginny schowała się nieco za plecami Gunnara. Nie bała się śmierci swoich braci... Bała się, że to nie wyjdzie.
Grupa Czarnego Pana umiała poruszać się bezszelestnie, więc nadal była ona przekonana, że Weasleyowie nic nie wiedzą o ich przybyciu. A jednak...
Fred i George zdążyli już zawiadomić Aurorów. Może i były to zwykłe schizy Freda, w tych niebezpiecznych czasach wszystko wydaje się niebezpieczne, ale lepiej dmuchać na zimne, może faktycznie mieli gości...
Obaj Bliźniacy ustawili się tuż za drzwiami, jeden schowany za szafą, drugi przy ścianie – gdy drzwi otworzą się, zakryją jego postać. Oboje patrzyli sobie w oczy – jeśli to nie wymysły, to mogli zaraz nawet umrzeć...
Blanca, która była ostatnia w tym pochodzie Śmierciożerców, postawiła drugą stopę na podłodze – nie było już schodów. Znajdowali się na właściwym piętrze. Ginny wskazała ręką drzwi. Księżyc, dość jasny, chociaż nie w pełni, wlewał smugę światła przez duże okno – akurat na drzwi pokoju Freda i George’a. Cień okragłej klamki wyglądał jak jakiś wielki pająk na drzwiach, a rysy i obdrapania na drzewie, jakby ktoś miał z nimi dość bliską styczność... Różne barwy, którymi pomalowane były owe drzwi, w świetle księżyca wyglądały jak plamy krwi na białej farbie.
Gunnar odwrócił się do swoich towarzyszy. Zobaczył w oddali ksieżyc. Niedługo będzie pełnia.., pomyślał, po czym przeniósł wzrok na twarz każdego Śmierciożercy. Kiwnął głową. Odwrócił się znów w stronę drzwi, skupił wzrok na klamce. Zamek szczęknął głucho.
//Tak się zastanawiałam i stwierdziłam, że nie opiszę śmierci Freda z moich rąk. Teraz wcięłam się Gunnarowi, więc niech on to za mnie zrobi – opisz mnie, jak zabijam mojego brata. Zrób z tym, co chcesz, zdaję się na twoją wyobraźnię.; )
Poza tym słyszałam o pewnych planach odnośnie dalszego zwrotu akcji związanego z tym wypadem i nie chcę sama go opisywać aż do śmierci Freda. Wprowadziłam nas pod ich drzwi, dalej niech ktoś inny przejmie pałeczkę, niech każdy ma radość z napisania posta na temat wypadu.
To tyle. Gunnar, przepraszam, że ci się wcięłam. Opisz mnie, proszę, jak zabijam swojego brata. Jestem ciekawa, jak się do tego zabierzesz. W kocu takie akcje to pewnie twoja specjalność. ; )//
__________________
Kto jest śmierciożercą? Ja! Ktoś o tym wie? Może rzucę na niego Avada Kedavra?
"Jest wiele ważniejszych spraw niż moje delikatne serce."
Ostatnio edytowane przez Ginny_Weasley12 : 07-25-2011 o 01:23.
|