Wróć   HPN.pl > Fan Zone > Fan Fiction > Kącik Twórczy

Odpowiedz
 
Narzędzia tematu Wygląd
Stary 10-26-2009, 23:45   #21
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział piąty. Postanowienie 4/6

Profesor postawił na swoim biurku szklany słój sporych rozmiarów i kadź,
z której wydobywał się ohydny zapach.
- Przegniłe wślizgozgniłki. Zawsze są zepsute i spleśniałe, ale te tu leżały naprawdę za długo - uśmiechnął się ze złośliwą satysfakcją. - Pokrój je na równe cząstki i zamarynuj. Są doskonałe do...
- ...leczenia drgawek spowodowanym złym urokiem albo trucizną. Wiem.
- No to do roboty.
Lillian pomyślała, że jak będzie śmierdzieć wślizgozgniłkami, to na pewno nic nie wyjdzie z jej wspaniałego planu.
- Mittengloves odorostop - mruknęła machając różdżką.
- Coś ty zrobiła? - warknął Snape.
- Nic takiego, to tylko...
- To ma być kara. Zabraniam ci używać niewidzialnych rękawiczek.
- A to dlaczego? - rozzłościła się Lillian. - Nigdzie nie jest powiedziane, że...
- Dlatego - wycedził Snape, patrząc jej z nienawiścią w oczy - że tak ci każę, Van Tassen. Masz szlaban u mnie i moim życzeniem jest, aby był on dla ciebie jak najbardziej nieprzyjemny i bolesny i abyś go zapamiętała na bardzo długo.
Machnął różdżką w kierunku jej rąk a Lillian poczuła jak niewidzialne rękawiczki ześlizgują jej się z dłoni.
Na pewno nigdy nie miał kobiety, pomyślała. I nie będzie miał. Jak mu dopisze szczęście, to może dostanie robotę w czarodziejskim sanepidzie. Będzie obchodził wszystkie speluny na Pokątnej i sprawdzał, czy nie rozcieńczają tam piwa kremowego, czy ognista whisky ma odpowiedni poziom ognistości, czy w kajmakowej tarcie nie ma kociej sierści i czy szmata barmana jest czysta.
Tymczasem Snape kontynuował jedwabistym głosem, jakby rozsmakowywał się w każdym wypowiadanym słowie.
- Skoro jesteś taka doświadczona, Van Tassen, to pewnie wiesz, że niezamarynowane wślizgozgniłki wydzielają żrącą substancję. Więc uważaj, skoro nie masz rękawiczek.
Uśmiechnął się krzywo i rozsiadł z jakąś książką w wysłużonym, czarnym, skórzanym fotelu. Obserwował ją przez chwilę, a na jego szczupłej, bladej twarzy wciąż błąkał się pełen złośliwej satysfakcji uśmieszek.
Lillian też mu się przyglądała. Przypomniało jej się, że we dworze Malfoyów też są takie fotele, tyle, że nie zniszczone. Zabytkowe, ze skóry horgonów, czarne i lśniące. Lucjusz siadał zawsze w tym samym, z „Prorokiem codziennym” i kieliszkiem porto w dłoni.
Lillian patrzyła teraz przez Snape'a, jakby był jedynie widmem. Jej wzrok stał się zamglony, nieobecny i szklisty.
- Podejdź - powiedział tamtego letniego dnia Lucjusz, odstawiając kieliszek. - Śliczna dziewczyna z ciebie wyrosła.
- Co tak stoisz? - cichy głos Snape'a oderwał ją od wspomnień.
Otrząsnęła się. Pochyliła się nad kadzią i wyjęła pierwszego wślizgozgniłka. Przypominał zdechłą gąsienicę kilkakrotnie powiększoną. Cały był bladoróżowy, a jego cieniutki chitynowy pancerzyk pokrywały cienkie, cieliste wypustki. Lillian położyła go na desce do krojenia i ujęła w dłoń ostry nóż.
- Podejdź do mnie Lillian - mówił Malfoy. - Naprawdę ślicznie wyglądasz, kochanie. Usiądź.
Wstrętny. Wstrętny!
Wkroiła się gwałtownie w środek wślizgozgniłka, aż napęczniały odwłok pękł jak dojrzały owoc i ze środka wytrysnęła kleista zgniłozielona substancja. Lillian nie zdążyła się odsunąć. Zielona maź dosięgła jej swetra i spódnicy. Sycząc rozpełzła się momentalnie po materiale, niczym żywy stwór, zżerając go łapczywie. Dziewczyna poczuła, że skóra zaczyna ją parzyć.
- Nie, nie nie! - wrzasnęła i zaczęła w panice zdzierać z siebie ubranie.
Snape zerwał się z fotela zaalarmowany jej krzykiem. Lillian pozbyła się już swetra i walczyła ze spódnicą, której było coraz mniej.
- Moja skóra! Parzy! Niech mi pan pomoże!
Zaplątała się w ubranie i odruchowo chwyciła skraj szaty Snape'a. Odskoczył od niej gwałtownie, jakby była była chora na smoczą ospę. Machnął różdżką z której chlusnęło jak z wiadra. Po sekundzie Lillian stała po środku lochu ociekając wodą w strzępach spódnicy i na wpół-zjedzonym, białym podkoszulku na ramiączkach, mokrym i oblepiającym ją nieprzyzwoicie.
- Dziękuję - wydyszała. - Świetnie pan to zrobił, panie profesorze.
- Nie wpadłaś na to żeby użyć czarów Van Tassen? - odrzekł Snape spoglądając na nią wyniośle. - Kończysz w tym roku szkołę, powinnaś być przygotowana na większe zagrożenia niż kwas wślizgozgniłków. Uważałaś jednak za stosowne marnować energię na idiotyczne wrzaski i miotanie się jakbyś była chora na pląsawicę. Twoja reakcja była głupia i nieprawidłowa. Gryfindor traci dziesięć punktów.
- Przepraszam - mruknęła Lillian i zaczęła się uważnie oglądać. - Zeżarło mi skórę, panie profesorze. Bardzo boli. O tu - wskazała miejsce na dekolcie, z którego jeszcze się dymiło. Snape popatrzył i od razu odwrócił wzrok. Podszedł do szafki z preparatami dla pani Pomfrey, wyjął jakąś butelkę i rzucił do Lillian trochę za mocno.
- Posmaruj się, głupia dziewczyno – warknął, jakby go czymś dotkliwie obraziła.
Lillian nalała na dłoń odrobinę niebieskawej substancji i posmarowała oparzenie. Lek złagodził ból a po chwili po oparzeniu nie było śladu. Snape obrzucił ją nienawistnym spojrzeniem i wycedził zimno:
- Napraw sobie ubranie, Van Tassen. Podobno przerabiacie to właśnie na transmutacji.
Lillian nie bardzo uważała na lekcji, więc naprawione przez nią ubranie wyglądało jak jakaś obłąkana fantazja na temat stroju kloszarda, ale mimo to, gdy pochyliła się nad rozciętym wślizgozgniłkiem na jej twarz wypłynął uśmiech pełen dzikiej, nieokiełznanej uciechy. Jej twarz już nie była taka piękna. Rysy wykrzywiły się i nabrały ostrości.
Już po tobie sadystyczny bucu, pomyślała.
Po chwili pochłonęła ją precyzyjna praca a jej twarz wróciła do normy.
Gdy wrzuciła do słoja ostatni kawałek wślizgozgniłka, zalała marynatę roztworem konserwującym i zakręciła słoik, spojrzała na Snape'a, który nadal czytał (odniosła jednak wrażenie, że coś za rzadko przewraca strony) i spytała.
- Co mam z tym zrobić, panie profesorze? Mam to gdzieś odstawić?
- Ani się waż. Siejesz spustoszenie, Van Tassen. Na dziś koniec. Wyjdź.
- W takim razie dobranoc panu - powiedział uprzejmie a pomyślała "słodkich snów, mogę się założyć, że będą interesujące".
Wyszła z lochu i pierwszy raz od dawna wracała do dormitorium w doskonałym nastroju. Pogwizdywała sobie beztrosko, przerzuciwszy nonszalancko przez ramię resztki swetra. Na schodach natknęła się na McGonagall. Gwizd zamarł jej na ustach. Nie wiedziała czemu, ale osoba profesor McGonagall krępowała ją. Pomyślała, że bardzo nie chciałaby, aby ta poznała jej niecny plan. McGonagall podeszła do niej. Miała na sobie gruby, elegancki, bordowy szlafrok. Zmierzyła Lillian surowym wzrokiem.
- O tej porze, poza dormitorium?
- Miałam szlaban. U Snape'a.
- U profesora Snape'a. Dlaczego wygląda pani tak..., co pani ma na sobie w ogóle, panno Van Tassen?
- Niech pani zapyta profesora Snape'a. To on mi kazał kroić wślizgozniłki bez ochraniaczy.
- Proszę wracać prosto to dormitorium - powiedziała McGonagall, bardzo rozzłoszczona.
Lillian poszła więc prosto do wieży Gryffindoru. Wykąpała się i weszła do sypialni dziewcząt. Rozalinda i Franka jeszcze nie spały. Rozmawiały szeptem. Lillian rzuciła się na łóżko.
- I co? - spytała po chwili Rozalinda. Po tonie głosu Lillian poznała, że koleżanka wciąż jest w złym nastroju.
- Marynowałam wślizgozgniłki - odparła Lillian rozmarzonym tonem, po czym parsknęła śmiechem.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 10-29-2009, 01:47   #22
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział piąty. Postanowienie 5/6

- Szkoła złamanych różdżek - bąknął Ron zażenowany. - Co za idiotyczna historia.
- Tak, to czemu masz takie wypieki na twarzy? - spytała Hermiona patrząc na niego z politowaniem.
- Nie mam żadnych wypieków droga żono. Co za laska! Zaplanowała to? To znaczy z tymi wślizgo-coś tam... Sporo ryzykowała. Mogły jej zeżreć głowę na przykład.
Harry nie miał odwagi spojrzeć na Snape'a. Było mu go prawie żal. Jakże okropnie musiał się czuć oglądając to wszystko. Takie poniżenie. I co będzie dalej? Czy ta dziewczyna dopnie swego. Czy uwiedzie go? Ośmieszy? Ale jeśli tak i jeśli Dumbledore by o tym wiedział, to przecież zwolniłby Snape'a. Harry czuł, że ta historia ma inny finał.
Hermiona siedziała od dłuższego czasu z niezadowoloną miną.
- O co chodzi, moja droga? - spytała McGonagall.
- Pani dyrektor, gdzie są wspomnienia sprzed jakichś pięćdziesięciu czterech lat? A dokładnie z listopada. Albo z lipca. Jako dyrektorka mam prawo przeglądać wszelkie materiały znajdujące się w tym gabinecie.
McGonagall nie odpowiedziała, tylko rzuciła spojrzenie Dumbledore'owi, który oglądał teraz swoje paznokcie z ogromnym zainteresowaniem.
- No proszę - wycedził Snape z dziwnym uśmieszkiem. - Mądrala w pełni zasłużyła na swoje miano.
- Odwal się w końcu od mojej żony! - ryknął nagle Ron, zrywając się ze swojego bujaka i strącając przy okazji wszystkie wyszywane poduszki. - Ty, ty, uwodzicielu uczennic. Niech ja sobie tylko przypomnę, czy Hermiona miała kiedyś u ciebie szlaban!
Hermiona przewróciła oczami.
- Nie miałam, Ron. Tylko ty i Harry dostawaliście ciągle szlabany.
Snape ku zdumieniu Rona, Harry'ego i Hermiony parsknął śmiechem.
- A ty Weasley również zasłużyłeś na swoje miano. Jesteś tak głupi, że doprawdy nie wiem jak udało ci się ukończyć szkołę i dostać pracę w ministerstwie. Chyba tylko przez znajomości i układy.
Ron poczerwieniał na twarzy i wycedził do Snape'a z nienawiścią:
- Jak mogłeś pomyśleć, że taka laska, oszałamiająco piękna, bogata i popularna, może być na serio zainteresowana takim żałosnym człowieczkiem jak ty?
- Weasly zrób nam tę przyjemność i nie odzywaj się, bo mówisz o sprawach o których nie masz bladego pojęcia - odezwał się chłodno Snape. - Granger wlewaj następną porcję wspomnień, bo robi się późno. A Weasley potrzebuje więcej czasu niż przeciętny człowiek, aby zrozumieć na co patrzy.

Snape odstawiał właśnie słój z nową marynatą na półkę, gdy rozległo się pukanie.
- Wejść - rzucił.
Do lochu weszła McGonagall. Wciąż była rozzłoszczona.
- O co chodzi Minerwo? - spytał spokojnie Snape.
- Musimy porozmawiać.
- Słucham cię.
Chodził teraz po lochu i odkładał różne przedmioty na właściwe miejsca.
- Możesz usiąść na moment? - zwykle spokojna pani profesor, była tym razem wytrącona z równowagi.
- Oczywiście - odparł i usiadł w swoim fotelu z nieodgadnioną miną. Złączył koniuszki palców i popatrzył na McGonagall z uprzejmym brakiem zainteresowania.
- Chodzi o Lillian Van Tassen - wyrzuciła z siebie i popatrzyła na Snape'a wzrokiem, w którym czaiło się oskarżenie.
- Zepsuty bachor - odparł obojętnie.
- Nie jest zepsuta i nie jest bachorem. Ta dziewczyna musiała nauczyć się liczyć na siebie i odróżniać przyjaciół od wrogów bardzo wcześnie.
- To naprawdę wspaniale, coś jeszcze?
- Nie jest bachorem, tylko młodą kobietą, która... - McGonagall nie dokończyła, tylko niespodziewanie zmieniła temat. - Dlaczego ona tak wyglądała? Nie pozwolę ci znęcać się nad moimi uczniami...
- O co ci właściwie chodzi Minerwo?
- Dobrze wiesz, o co mi chodzi.
- W taki sposób nie będziemy rozmawiać.
- Nie zmuszaj mnie...
- Ty mnie nie zmuszaj - warknął Snape, w jego głosie czaiła się groźba. - I tak byłem dość wyrozumiały i siedziałem cicho, ze względu na Dumbledore'a. Ale teraz... W dodatku zaczął się tu kręcić Lucjusz Malfoy.
- Severusie, dobrze wiem, że to ty go wezwałeś. To twój przyjaciel z czasów szkolnych. Dobrze was pamiętam. Malfoy zawsze był twoim mentorem, prawda? Byliście nierozłączni.
- Malfoy to gnida, Minerwo.
- Kiedyś tak nie uważałeś.
- Ta rozmowa nie ma sensu - przerwał jej Snape. - Porozmawiaj z Albusem. Namów go, żeby się pozbył Van Tassen. Taka jest moja rada.
- Jak możesz! - McGonagall rozzłościła się jeszcze bardziej. - Dumbledore dał ci szansę, kiedy nikt nie chciał ci zaufać. Ja ci nadal nie ufam. Ona zasługuje na szansę tak samo jak ty.
- Do diabła z nią - powiedział Snape cicho, ale dobitnie, w tonie jego głosu znowu można było wyczuć groźbę. - Jej już nic nie pomoże, przecież wiesz. A wy dwoje z waszą bezwzględną wiarą w to, że świat jest dobry i ludzie są dobrzy, albo przynajmniej drzemią w nich jakieś okruchy dobra, nie widzicie tego zagrożenia tak dobrze jak ja. A poza tym Minerwo, to nie ma znaczenia, czy ty mi ufasz. Liczy się zdanie Dumbledore'a.
- A więc to jest twoje stanowisko - powiedziała gorzko. - To ciekawe, ale jest zbliżone do stanowiska pewnych ludzi z ministerstwa.
- Moody'ego i Scrimgeour'a?
McGonagall skinęła głową. Snape obojętnie wzruszył ramionami.
- Powtarzam ci. Trzeba ją wyrzucić.
McGonagall patrzyła na niego w napięciu, po czym ciężko westchnęła i cała się jakby w sobie zapadła.
- Nie możemy. Jest za późno.
Snape spojrzał na nią tym razem z większym zainteresowaniem.

Harry znowu nie poszedł prosto do sypialni, tylko postanowił napić się ognistej whisky w salonie. Miał nad czym myśleć. Od nadmiaru pytań i niewiadomych oraz enigmatycznych, skąpych informacji rozbolała go głowa.
Ponadto musiał przyznać sam przed sobą, że miał nadzieję znowu spotkać w salonie Lunę. Ostatniej nocy rozmawiało im się tak dobrze.
Luny jednak nie było. W pogrążonym w półmroku salonie była tylko jedna osoba. Scorpius Malfoy. Scorpius był blady i jasnowłosy jak jego ojciec i dziadek, jednak jego oczy nie miały tak nieprzyjemnego, zimnego wyrazu. Były ciemnoniebieskie i melancholijne.
- Co tu robisz? - spytał Harry, trochę ostrzejszym tonem niż zamierzał. Wiedział, że Scorpius jest inny niż Dracon, a mimo to był do niego uprzedzony, chociaż cały czas próbował z tym walczyć.
- Za pół godziny zaczynam moją zmianę - powiedział Scorpius bezbarwnym, odrobinę zmanierowanym głosem, tak podobnym do głosu Dracona. - Obchód zamku i okolic. Nie mam pojęcia po co to robimy. Ale Dumbledore musi mieć swoje powody.
Teraz, gdy Harry przywykł do półmroku, zobaczył, że chłopak trzyma w ręku pękaty kieliszek bursztynowego płynu.
- Pijesz na służbie? - spytał ostro Harry. Przez głowę przemknęła mu myśl, że może to być powód do zwolnienie młodego Malfoya.
Scorpious szybko odstawił kieliszek i wyprostował się. Przez moment był bardzo podobny do swojego ojca a potem zgarbił się i ciężko usiadł w fotelu.
Harry miał wielką ochotę również nalać sobie jednego, ale tym samym dałby gówniarzowi zły przykład. Wziął więc kremowe piwo i usiadł w drugim fotelu. Czy Luna w ogóle tu przyjdzie? Po co on siedzi z tym ponurym wymoczkiem? Gdyby to od niego zależało młody Malfoy nigdy nie zostałby aurorem.
- Rozmawiałem z ojcem - odezwał się nagle Scorpius. - Mój dziadek znikł.
Harry drgnął.
- Twój dziadek? Lucjusz?
- Tak. Ojciec się martwi. Dziadek opuścił dwór kilka dni temu. Nie wrócił.
Harry skrzywił się. Miał dość słuchania o Lucjuszu Malfoyu, jak na jeden dzień. Nie widział go od wielu lat i nie chciał oglądać.
- Dziadek już znikał wcześniej. Na noc, dwie. Zawsze wracał. A babcia się nie przejmowała. Więc my tym bardziej.
Harry pomyślał o ulicy Rozpustnej i zaczął się zastanawiać, jak Lucjusz, w jego wieku, może mieć jeszcze siłę na takie rzeczy. Może nawet ma stałą kochankę. Harry'emu, po śmierci Ginny, też zdarzyło się lądować w tych przybytkach i w zależności od nastroju wybierać kobiety albo bardzo do niej podobne, albo zupełnie od niej różne. Tym pierwszym wypłakiwał się na ramieniu, z tymi drugimi robił takie rzeczy, że ciężko mu było potem spojrzeć w lustro. Przestał tam chodzić bo czuł, że poza pieniędzmi, traci tam resztki szacunku dla siebie.
- Cóż - odezwał się w końcu Harry obojętnie i tylko dlatego, że wypadało coś powiedzieć. - Na pewno się znajdzie.
Pewnie nie tak łatwo pozbyć się starego Malfoya. To by było zbyt wielkie szczęście.
- Wiem, że go nienawidzisz, szefie. Tata mi opowiadał. Ale to moja rodzina. Nic się na to nie poradzi. Ojciec prosił mnie, żebym ci o tym powiedział.
- Co? Twój ojciec cię prosił?
Harry zawsze myślał, że to, że Scorpious, wywodzący się w końcu z rodziny śmierciożerców i to śmierciożerców czystej krwi, został aurorem, musi być ogromnym ciosem dla Dracona.
- Tak, tak powiedział. Że będziesz wiedział co z tym zrobić.
- Nie mam pojęcia co zrobić. Czy to takie ważne? - Harry spojrzał na młodego Malfoya z powątpiewaniem.
Ale po chwili pomyślał o Dumbledorze. Zmarkotniał. Minęło tyle lat. Dumbledore nie żyje od dawna a on wciąż szuka u niego rady.
Jesteś żałosny, Harry, powiedział sam do siebie w myślach.
- To ja już pójdę - odezwał się Scorpius. - Zaraz zaczynamy obchód.
- Z kim...? - zaczął Harry, ale w tym momencie drzwi otworzyły się i do pokoju weszła Lilly. Miała błyszczące, rude włosy po swojej matce i zielone oczy Harry'ego. Wyglądała ślicznie, chociaż miała na sobie zwykłe dżinsy i szarą bluzę z kapturem. Uśmiechnęła się do Scorpiusa.
- Szukałam cię, stary. Nie pociągaj z kielicha, bo ojciec się wścieknie... ooo, cześć tato.
- Macie obchód razem? - spytał surowo Harry.
- Tak - wymamrotał Scorpious. - Chodźmy Lilly.
- No to na razie tato.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 10-29-2009, 01:50   #23
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział piąty. Postanowienie 6/6

Wyszli i Harry'ego dobiegł zza drzwi śmiech jego córki. Zmarszczył brwi z
niezadowoleniem. Już miał za nimi pójść i kazać Lilly iść spać, a nie łazić po zamku, nie wiadomo po co, zwłaszcza, że nawet nie była jeszcze aurorem, gdy do salonu weszła Luna. Ubrana była w seledynowy szlafrok, w wielkie róże, a włosy miała splecione w dwa długie warkocze, przez co wyglądała jak dziewczynka a nie jak czterdziestoletnia kobieta. Usiadła w fotelu i uśmiechnęła się do Harry'ego.
- Widziałam Lilly z Malfoyem juniorem. Fajna z nich para. Wiesz, naprawdę podziwiam cię za to, że nie jesteś małostkowy.
- Co?
- No przecież nie lubiłeś Dracona, prawda? Nie pamiętam o co wam poszło, pewnie o jakieś szkolne głupoty, ale się nie lubiliście w szkole.
Harry wytrzeszczył na nią oczy.
- No ale teraz to nie ma znaczenia - Luna wzruszyła ramionami. - Jesteśmy za starzy na takie rzeczy.
- Ale oni przecież, oni tylko razem pracują - wyjąkał Harry.
- Aha, skoro tak mówisz - Luna ponownie wzruszyła ramionami a Harry uspokoił się. - Tylko nie wiem czemu się całowali w takim razie.
Harry odstawił głośno butelkę na stolik. Jego córka, jego kochana, mała dziewczynka całowała się z tym, tym, małym, przebiegłym gnojkiem ze Slytherinu?
- Luna, o czym ty mówisz?
- No wszędzie chodzą za ręce. Całują się i obejmują.
- Co?
Luna zmarszczyła brwi i zaczęła się bawić jednym z warkoczy.
- Wiesz, teraz jak o tym myślę, to oni się zawsze całują, jak myślą, że nikt nie patrzy i trzymają za ręce, jak im się wydaje, że nikt nie widzi. Widziałam jak się całowali w...
- PRZESTAŃ POWTARZAĆ TO SŁOWO!!! Nie chcę słyszeć o żadnym cało... nie chcę..., o żadnym...
- Całowaniu - dokończyła Luna patrząc na Harry'ego z politowaniem. - W porządku. Ale to fajny chłopak. Jest w niej zakochany. A ona w nim.
- Przestań! Przestań!!! O tym też nie chcę słyszeć. Muszę to przerwać. Natychmiast.
Zerwał się z fotela i ruszył do drzwi.
- Harry, oszalałeś??? - Luna pobiegła za nim.
Harry z kompletną pustką w głowie, bez ładu, sensu i logiki biegał po zamku. A Luna za nim w swoim kwiecistym szlafroku i nie wiedzieć czemu, z butelką piwa kremowego w ręce. Piwo chlapało na wszystkie strony.
- Gdzie oni mogą być? - zawołał histerycznie Harry i przystanął, rzucając oczami na wszystkie strony, jak człowiek, który postradał zmysły. - Gdzie ten gnojek? Nogi mu z dupy...
Luna klasnęła w dłonie i zawołała radośnie:
- Uczniowie, którzy chcą pobyć sami, chodzą zawsze do różanego ogrodu. Tam są fontanny i ławeczki i różne romantyczne zakamarki, gdzie można się zaszyć.
- Zakamarki? Romantyczne? Zaszyć? Zabiję gnoja!
Pobiegł w kierunku ogrodu różanego a Luna znowu za nim.
W ogrodzie panował półmrok. Słychać było szelest ciepłego wiatru w liściach krzewów i śpiew jakiegoś nocnego ptaka. W oddali szumiała fontanna. Zapach był upojny, przesycony aromatem płatków różanych. Harry zaczął się skradać. Minęli fontannę, jaśniejącą migotliwymi światełkami setek błyszczących, wielokolorowych świetlików.
Nagle usłyszeli głosy. Harry zatrzymał się tak gwałtownie, że Luna wpadła na niego i oblała go piwem kremowym. Chwyciła go za ramię, przywierając do niego mocno. Harry poczuł, że serce bije mu szybciej i przez głowę przebiegła mu myśl, że chętnie znalazł by się tu z Luną sam na sam w zupełnie innych okolicznościach.
- Twój ojciec mnie nienawidzi - usłyszeli głos Scorpiousa.
- Nie. On po prostu nie lubi twojego ojca. Chciałabym mu w końcu powiedzieć o nas. Okropnie się czuję, że już tyle czasu to przed nim ukrywam.
- Skarbie, on tego nigdy nie zaakceptuje. On patrzy na mnie jak na zgniłego gumochłona. Gorzej. Patrzy na mnie, jakbym miał wypalony na przedramieniu mroczny znak. Jak na wilka w owczej skórze.
- Ale twój ojciec jakoś się z tym pogodził. Był dla mnie bardzo miły.
Harry drgnął. Lilly odwiedziła dom Malfoyów?
- Musi uważać. Był śmierciożercą. Do końca życia będzie naprawiał swój błąd. Podobnie mój dziadek.
- Nie lubię Lucjusza - powiedziała Lilly gwałtownie.
- Szczerze mówiąc, ja też za nim nie przepadam - odparł Scorpious i oboje parsknęli śmiechem.
Jego mała córeczka poznała Lucjusza Malfoya? Harry'emu zrobiło się niedobrze. Przypomniała mu się Lillian i to, jak Lucjusz przypierał ją do ściany i jak jego obmierzły wzrok ślizgał się po jej ciele. Na samą myśl, że Lilly była w pobliżu tego człowieka ogarnęła go ślepa furia.
Ruszył do przodu.
Siedzieli na kamiennej ławce. Scorpious obejmował LilLy. Jej dłoń spoczywała na jego udzie. Całowali się, jakby się do siebie przykleili zaklęciem trwałego przylepca.
- Puść ją natychmiast!!! - wrzasnął Harry.
Lilly i Scorpius aż podskoczyli.
- Tata? Co ty tu robisz, tato?
- Ja się pytam co ty wyprawiasz z tym..., z Malfoyem?
- No cóż, tato, przykro mi, że się dowiadujesz w taki sposób, ale my chodzimy ze sobą.
- Ile to trwa? - wycedził Harry. Luna złapała go za ramię, jakby się bała, że się rzuci na tych dwoje.
- No, z rok - powiedziała Lilly, po chwili zastanowienia.
- Co???
- Zaczęliśmy się spotykać na kursie dla aurorów...
- Dobra, to wszystko nieważne - powiedział Harry i wycelował palec w Scorpiusa. - Bo się z nim więcej nie spotkasz.
- Wybacz tato - powiedziała chłodno Lilly. - Ale chyba nic nie możesz zrobić. Mam osiemnaście lat.
- Owszem, mogę. Wyślę tego podstępnego gnojka na placówkę do Rumunii.
- Proszę bardzo - odparł spokojnie Scorpius. - Ale to niczego nie zmieni. Kocham Lilly, a ona mnie i szef nic na to nie poradzi.
- Harry, oni mają rację - powiedziała Luna. - Nic nie możesz zrobić, więc przestań robić z siebie pajaca.
Lilly parsknęła śmiechem, ale spoważniała widząc minę Harry'ego. Harry milczał. Czuł się bardzo nieszczęśliwy. Oszukany i samotny. Już przedtem było mu źle, a teraz jeszcze ma oddać córkę Malfoyowi?
- Dlaczego akurat on, Lilly? - wyjąkał załamany.
- No, nie wiem, jakoś tak... - Lilly wzruszyła ramionami, a potem obrzuciła swojego chłopaka czułym spojrzeniem. Po chwili ponownie zerknęła na Harry'ego. - A dlaczego mama?
- Nie wiem - naprawdę nie wiedział.
- Chodźmy Harry - odezwała się Luna ciągnąc go za rękaw. - Przyda ci się kieliszek czegoś na uspokojenie.
Harry wracał do salonu jak lunatyk. Było tyle rzeczy, o które chciał zapytać Lilly. To wszystko musiało poczekać. Jedyną pociechą było towarzystwo Luny. W salonie nalała whisky dla niego i dla siebie i usiadła w fotelu na przeciwko. Milczeli, ale nie przeszkadzało mu to.

Kobieta przeszła po pokrytej kurzem podłodze. Jej nagie stopy i szata utkana z mgły nie zostawiały właściwie żadnych śladów. Tuż za nią niczym cień pełzł wąż. Podeszła do zniszczonej kozetki, z której wyłaziły sprężyny i słoma. Na kozetce spoczywał jakiś skulony kształt.
- Wstawaj - powiedziała zimnym, wysokim głosem.
Kształt drgnął.
Przerażony Lucjusz odrzucił płaszcz, którym był przykryty.
- Stałeś się nerwowy, stary przyjacielu - kobieta uśmiechnęła się, jej oczy płonęły równomiernym, zielonym blaskiem. - Czyżbyś się mnie bał? Masz powód by się mnie bać?
- Nie, skąd. Pani.
Kobieta pogładziła go po policzku dłonią, o palcach cienkich, jak palce kościotrupa. Lucjusz wzdrygnął się.
- Nie podoba ci się moja pieszczota? - spytała z uśmiechem, w którym nie było nic ludzkiego. - Czy ja budzę twoją odrazę Lucjuszu?
- Nie. Skąd pani. Jesteś piękna. Najpiękniejsza.
- Tanie komplementy, prawda kochany - zwróciła się do węża. Wąż syknął. - Lucjusz chyba mnie bierze za jedną ze swoich głupich dziewek.
- Pani. Ja nigdy. Ja..., zrobię dla ciebie wszystko. Wszystko!
Kobieta zamyśliła się.
- Zobaczymy Lucjuszu, zobaczymy. A teraz wyruszamy w drogę. Doprowadź się do porządku. W końcu wybieramy się w odwiedziny. Myślę nawet, że może już nas oczekują.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 11-12-2009, 00:54   #24
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział szósty. Im dalej w las, tym ciemniej 1/6

- Zbliżamy się do kluczowych momentów - oznajmił Dumbledore.
- Nareszcie - zawołał Ron. - Chociaż muszę przyznać, że historyjka robi się zajmująca. Będzie się działo?
- Ron! - upomniała go Hermiona surowo.
Harry ziewnął i nalał sobie jeszcze kawy. Bolała go głowa. Siedział z Luną do trzeciej nad ranem pijąc whisky i zastanawiając się, kiedy będzie dobry moment, aby ją pocałować. Nie zdecydował się na ten krok i teraz trochę żałował.
Spotkali się na śniadaniu. Luna miała na sobie dziwaczny, ochronny kaftan ze smoczej skóry. Usiadła obok niego i zaczęła opowiadać o tym, że Hagrid jest tak podrapany przez Hipokrytów, że dziś sama musi nakarmić jego Piździawki. Harry zaskoczony, zapytał co to takiego owe Piździawki.
- To takie, jakby ci to powiedzieć, stworki. Małe dożarte skurczybyki, o do diaska, zaczynam gadać jak Hagrid. W każdym razie wyglądają jak dziesięciokrotnie powiększone pchły. Skaczą na dwa metry w górę, mają takie rozwarte, radosne gęby i kąsają bardzo boleśnie.
- Po co w ogóle hodować coś takiego?
- Nie mam pojęcia. Hagrid mówi, że jeszcze nie odkrył do czego mogłyby służyć. Ale na pewno do czegoś fajnego. Uznał, że są milusie i ogromnie zajmujące.
Cały Hagrid. Jednak historia Luny i jej bliskość sprawiła przynajmniej, że nie zwracał takiej uwagi na to, że Lilly i Scorpius usiedli obok siebie i on troskliwie nałożył jej na talerz jajek na bekonie a ona nalała mu soku.

- Harry! Ocknij się! - Hermiona dała mu kuksańca w ramię.
- Jestem ocknięty Hermiono. Możemy zaczynać. Trochę się nie wyspałem.
Ron i Hermiona wymienili znaczące spojrzenia. Potem cała trójka pochyliła się nad myślodsiewnią.

- Ostatni weekend przed świętami był mroźny i śnieżny - rozpoczął głosem starego gawędziarza interpretator. - Zamek z oddali przypominał wielkie ciastko z lukrem, porzucone przez jakiegoś olbrzyma.
W sobotę Lillian i jej koleżanki wybierały się do Hogsmeade. Wyszły z pokoju wspólnego Gryfonów na korytarz ubrane w swoje najcieplejsze okrycia. Lillian miała na sobie czarny, dopasowany płaszcz i wysokie, czarne buty. W ręce trzymała wełnianą, szarą czapkę, która wymachiwała beztrosko. Była w doskonałym nastroju. Poprzedniego dnia miała ostatni w tym tygodniu szlaban, który spędziła przykładnie pracując nad miksturą wzmacniającą, dla pani Pomfrey (Snape zrobił się wygodny i teraz Lillian odwalała jego robotę). Zrobiła jej cały kocioł, więc profesor nie miał prawa na nic narzekać. No, może poza jej zachowaniem podczas sporządzania eliksiru. Mógł na przykład uznać, że Lillian coś za często i za blisko obok niego przechodzi, aby wziąć z półek odpowiednie ingrediencje. Mogło mu się też nie spodobać, że dwa razy sięgnęła przez niego po miarkę i nożyk do precyzyjnego krojenia.
- Och, przepraszam - powiedziała, gdy jej włosy zahaczyły o guziki jego czarnej szaty. Powoli wyplątała włosy, cały czas mając wrażenie, że on próbuje odsunąć się od niej jak najdalej. Była pewna, że później wieczorem tuż przed udaniem się na spoczynek Snape znajdzie na swoim ubraniu jej długi, złoty włos. Na myśl o tym ogarnęła ją dzika, zupełnie niepoważna uciecha.
Poza tym z umiarem dawkowała dobrze dopracowane, długie, powłóczyste spojrzenia, którymi go obrzucała i od razu odwracała wzrok, gdy on zauważał, że na niego patrzy. Pochylała się wtedy nad kociołkiem czerwona jak burak a w środku dusiła ze śmiechu.
Może wciąż nie zauważał niczego dziwnego, ale już wkrótce zacznie się bać a potem, może tuż po świętach (tak wynikało ze skrupulatnych obliczeń Lillian) powinien zacząć tracić głowę.
Chętnie zajrzałaby do jego głowy. Postanowiła poćwiczyć w wolnym czasie legilimencję. Tak na wszelki wypadek.
- Ale ci wesoło - mruknęła Rozalinda, gdy schodziły po schodach. - Jeszcze trochę i zacznę temu nietoperzowi współczuć.
- Myślę, że nadchodzi moment, w którym mogłabym zaryzykować pierwszy dotyk - Lillian z udaną powagą zmarszczyła brwi.
- Gdzie ty go dotykać? W co? - Franka wybałuszyła oczy i z wrażenia prawie stoczyła się ze schodów. Lillian złapała ją za kaptur płaszcza.
- W rękę. W rękę, głuptasie.
- Ale po co?
- No wiesz, to jest taki niesamowity moment, kiedy ręce bohaterów stykają się na sekundę i jakby ich prąd poraził. Czują że to jest właśnie TO.
- Co? - spytała Franka.
- TO. Miłość i pożądanie. Na wieki. W tym przypadku tylko pożądanie i tylko z jednej strony. I nie na wieki tylko do momentu, gdy on się ocknie za biurkiem, w Magicznym Sanepidzie, z raportem dotyczącym poważnych naruszeń zasad higieny w Dziurawym Kotle.
- Ty go razić prąd? - dopytywała się Franka. - Taki wynalazek od mugoli, bardzo on potrzebny, bez niego nie mają lumos ani herbaty.
- To tylko taka przenośnia - wyjaśniła Lillian. - Ostatnio, gdy panna Pince poszła szukać dla mnie książek, zostawiła na wierzchu romansidło, które właśnie czytała, tam znalazłam taki motyw. „Seria z różdżką”, superhard, jeśli wiecie co mam na myśli...
- Nie kończy się na dotyku, jak mniemam? – wtrąciła Rozalinda, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu.
Były już na dole i szły w kierunku głównego wejścia, gdy zobaczyły, że z naprzeciwka nadchodzi Snape. Czarna peleryna powiewała za nim jak skrzydła wielkiego ptaka.
- Patrzcie teraz - mruknęła Lillian do koleżanek.
Poprawiła długie, rozpuszczone włosy i owinęła jeden kosmyk wokół palca.
- Dzień dobry, panie profesorze - powiedziała, gdy był dwa metry od nich. Na jej policzki wypłynął delikatny rumieniec. Spojrzała mu w oczy, a po chwili spuściła skromnie wzrok, jakby kontakt wzrokowy z nim bardzo ją peszył. Snape wyglądał na zaskoczonego, że w ogóle powiedziała mu „dzień dobry”. Nic nie odpowiedział i poszedł dalej. Lillian odwróciła się i popatrzyła za nim.
- Odwróć się, odwróć się, odwróć się - mruczała pod nosem, marszcząc brwi w skupieniu. - Wiecie co, on rzeczywiście wygląda jak nietoperz.
W tym momencie Snape przystanął i powoli odwrócił się, jak człowiek, który ma wrażenie, że ktoś go śledzi, ale ciężko mu w to uwierzyć. Lillian szybko okręciła się na pięcie i mruknęła.
- Dobra. Idziemy. Wystarczy.
- Jeśli piekło istnieje, to ty będziesz się w nim smażyć - mruknęła Rozalinda, gdy wyszły przed szkołę i pokrytą śniegiem drogą zmierzały w kierunku Hogsmeade. - Wstyd mi za ciebie. Jak on się na to złapie, to znaczy, że rzeczywiście w życiu nie miał kobitki i jest głupszy od Butcha Leppera.
- Wstydzić to ty się będziesz, jak zacznę się potykać o własne nogi na jego widok. Ale to chyba dopiero po świętach – Lillian uśmiechnęła się radośnie na myśl o tej perspektywie.
Czekały ją jednak dwa wieczory bez szlabanu i bez dręczenia Snape'a. Dwa dni to dużo. Pomyślała, że jeśli nie uda jej się go jeszcze raz gdzieś przydybać, osaczyć i psychicznie zmaltretować przed końcem weekendu to będzie to ogromna strata.

Najpierw poszły obejrzeć wystawę w sklepie ze sprzętem sportowym. Lillian weszła do środka i kupiła zapasowego znicza. Miały zamiar po południu poćwiczyć z Rozalindą łapanie. Potem udały się do trafiki, gdyż Rozalinda koniecznie chciała kupić fajkowe ziele. W środku było ciepło i ale prawie zupełnie pusto. Stojący w rogu ponury krasnolud, w przekrzywionej czerwonej czapie, śpiewał fałszywie kolędę, gibał się na boki i wymachiwał swoją maczugą, co rusz strącając coś z półek.
- Polecono mi go – mruknął cicho sprzedawca, zasuszony, bojaźliwy staruszek, zerkając z niepokojem na krasnoluda, który łypał na niego groźnie. - Podobno taka jest ostatnio moda, wynająć krasnoluda, żeby stał i śpiewał. Ale ten tu odstrasza mi klientów. Na własne oczy widziałem, jak kopnął jednego w łydkę. I mógłbym przysiąc, że jak tylko wychodzę na zaplecze, to wplata w tekst kolędy nieprzyzwoite frazy.
Rozalinda powiedziała kilka pokrzepiających słów staruszkowi. Lillian nie słuchała, jej uwagę przykuła pierwsza strona „Proroka Codziennego”. Kupiła gazetę, Rozalinda zapłaciła za ziele i wyszły na zewnątrz.
- Piszą, że osadzili w Azkabanie ostatniego śmierciożercę - przeczytała Lillian. - Ostatniego! Jasne! Banda kretynów.
Lillian widziała mroczny znak na przedramieniu Lucjusza. I nie mogła nic zrobić. Ani z nikim podzielić się tą informacją.
- Jedziesz do wujka na święta? - usłyszała za sobą pełen wyższości głos.
Odwróciła się powoli, składając gazetę na pół i na wszelki wypadek, gdyby potrzebne jej były wolne ręce, podając ją France. Harrington, Drummond, Lepper i Smith stali nieopodal. Drusilla mówiła głośno. Tak głośno, że kilka osób obejrzało się z zainteresowaniem. Lillian zrobiła krok w jej kierunku.
- Ejże, Van Tassen! - Drusilla zamachała rękami. - Uważaj, bo jak będziesz niegrzeczna i wujek się dowie, to zostaniesz surowo ukarana.
- Zamknij się, bo słowo daję, pożałujesz tego. Krowo.
- Byłaś grzeczna? - kontynuowała Drusilla drwiącym tonem. - Czy wolisz być niegrzeczna? Lubisz dać wujkowi Lucjuszowi pretekst, żeby mógł cię ukarać?
- Opowiedz nam, jak wujek to robi? - odezwał się Drummond. - Jest czuły i delikatny, czy raczej traktuje cię jak szmatę, którą jesteś?
Lillian zrobiła dwa szybkie kroki i wyrżnęła Drummonda pięścią w szczękę. Tak jak ją uczył ukochany wujek. Drummond poślizgnął się, niezdarnie zamachał w powietrzu rękami i usiadł w śniegu. Z nosa zaczęła kapać mu krew.
- Szmata - wyjąkał niewyraźnie. W oczach miał łzy.
Lillian odrzuciła włosy do tyłu. Gestem, który wielokrotnie obserwowała u Lucjusza.
- Spotkamy się na meczu, gnojki - powiedziała wyniośle. - Widzę, że u obojga kiepsko z równowagą. Musicie w końcu zacząć się starać, bo Snape zastąpi was pierwszoroczniakami.
- Zdzira – wycedziła Harrington.
Lepper chciał pomóc Drummondowi wstać, ale również się poślizgnął i upadł. Drusilla przewróciła oczami.
- Idziemy - powiedziała Lillian do koleżanek i ruszyła nie oglądając się. Była wściekła. I wiedziała, że zaraz zaczną się pytania. Rozalinda i Franka pobiegły za nią.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 11-12-2009, 00:57   #25
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział szósty. Im dalej w las, tym ciemniej 2/6

- Lillian - zaczęła ostrożnie Rozalinda. - Lillian, nie wściekaj się, porozmawiaj z nami.
- Nie ma o czym. Harrington jest przeżarta żółcią, powie cokolwiek, żeby mnie wyprowadzić z równowagi.
- Normalnie aż tak się nie przejmujesz jej gadaniem.
- Chodźmy do Trzech Mioteł na piwo kremowe, zmarzłam już.
Weszły do przepełnionego pubu i znalazły wolny stolik w kącie. Lillian kupiła trzy butelki piwa i przyniosła przyjaciółkom. Piły przez chwilę w milczeniu. Rozalinda wyjęła swoją fajkę i zaczęła ją z namaszczeniem nabijać fajkowym zielem. Spostrzegła, że niedaleko siedzi Ebenezer Sullivan, przystojny jasnowłosy krukon, w otoczeniu kolegów i również pali fajkę. Ebenezer kiwnął Rozalindzie głową. Ona uśmiechnęła się zdawkowo i odwróciła wzrok. Zapaliła i zaciągnęła się z udawaną przyjemnością.
- Powiesz nam teraz? - spytała.
Lillian milczała. Gapiła się bezmyślnie na plamę rozlanego na stoliku piwa.
- Czy ta krowa mówiła prawdę? - dopytywała się Rozalinda.
- Ależ skąd.
- Jeśli on..., jeśli robi coś takiego..., przecież możesz to zgłosić, chociażby Dumbledore'owi albo McGonagall - powiedziała ostrożnie Rozalinda.
Lillian obróciła się do niej gwałtownie.
- Nic nie mogę.
- To ja to zrobię. Moi rodzice...
- Nawet się nie waż. To nie jest twoja sprawa. Koniec tematu.
Dobry humor, z którym obudziła się tego ranka, ulotnił się bezpowrotnie. Miała tylko nadzieję, że Lucjusz pozwoli zostać jej w Hogwarcie na święta. Niczego innego nie chciała. Ogarniała ja wściekłość na myśl, że ma tyle pieniędzy i taką władzę, jeśli chodzi o fabryki odziedziczone po rodzicach, a nie może decydować sama o sobie.

Wróciły do szkoły na obiad. Po obiedzie poszły na boisko ćwiczyć. Było zupełnie pusto. Mroźna pogoda skutecznie odstraszyła amatorów Quidditcha od dodatkowego treningu. Lillian latała za zniczem a Rozalinda fruwała od pętli do pętli i wrzucała w nie kafla, w coraz bardziej akrobatyczny sposób. Franka, która nie była w drużynie, siedziała na trybunach, zacierała skostniałe z zimna ręce i komentowała poczynania koleżanek swoją łamaną angielszczyzną.
Kilka godzin na świeżym powietrzu odrobinę poprawiło Lillian humor, lecz gdy rumiane od mrozu i zziajane z wysiłku weszły do Wielkiej Sali na kolację i zobaczyła przy stole Ślizgonów bandę Drusilli uśmiechającą się do niej szyderczo, ponownie dopadło ją przygnębienie. Miała wrażenie, że wszyscy Ślizgoni przyglądają jej się z głupimi uśmieszkami. Drusilla szeptała coś do swojej młodszej siostry, Daviny, pokazując palcem Lillian. Obie śmiały się głośniej niż było trzeba. Karl Drummond pomimo zapuchniętego nosa i ciemniejącego siniaka pod okiem, nie stracił animuszu i wykonał kilka nieprzyzwoitych gestów.
- A tym co się znowu dzieje? - spytał Charlie, wskazując widelcem ślizgońską bandę.
- Mogliby już spoważnieć - odezwała się Tonks, a jej włosy z blond zrobiły się czerwone. - Uczepili się ciebie Lillian, jak rzepowce Hagrida. Podobno hoduje je, bo uważa, że z ich wełny można robić garnitury. Ale kto chciałby nosić garnitur, do którego wszystko się przyczepia?
- Są żałośni - powiedziała Rozalinda z pogardą, obserwując jak Lepper intonuje swój nieśmiertelny szlagier "Dawaj galeony". - Ale po świętach jeszcze raz gramy z nimi mecz, a po meczu nie będą mieli już tylu powodów do śmiechu.
- No chyba, że Lillian znowu przejdzie do rękoczynów - zaśmiał się Charlie. - Stara, umiesz jakoś inaczej rozwiązywać konflikty?
- Nie bój się, nie bój - burknęła Lillian, nalewając sobie soku dyniowego. - Uwarzę sobie miksturę błogiego spokoju, bez dodatku usypiacza. Powinno zadziałać.
Spojrzała w kierunku stołu nauczycielskiego. Snape znowu rozmawiał z profesorem Crispinem. Lillian pomyślała, że jest tak przygnębiona, że nawet nie ma ochoty go dręczyć. Po kolacji postanowiła napisać list do Lucjusza.

Usiadła przed kominkiem w pokoju wspólnym, zastanawiając się, w jaki sposób sformułować list, aby Lucjusz pozwolił jej tu zostać. Bała się, że gdy on zauważy, jak strasznie jej na tym zależy, to tym bardziej nie pozwoli jej zostać w Hogwarcie.
Zerknęła na Rozalindę i Charlie'ego. Grali w szachy. Franka czytała książkę. Nie. Nikt z nich jej nie pomoże. A jakby poprosiła Dumbledore'a?
Próżny trud i za dużo kombinowania. Poza tym wiedziała, że i tak ostatnie zdanie należy do opiekuna. I nawet Dumbledore nic na to nie poradzi.
Nagle coś przyszło jej do głowy. Wzięła kawałek pergaminu i zaczęła pisać. Po chwili list był gotowy. Przeczytała go dla pewności raz jeszcze.

Drogi wujku Lucjuszu,
Mam ogromną prośbę. Moje koleżanki zostają w Hogwarcie na święta. Czy ja też mogłabym zostać?
Lillian
Ps. Słyszałam, że zamknięto w Azkabanie ostatniego śmierciożercę. Mam nadzieję, że to naprawdę ostatni.

Delikatny szantażyk, subtelny i elegancki, bardzo w jego stylu. Powinien zrozumieć.
Lucjuszowi długo udawało się ukryć przed nią mroczny znak, nawet w sytuacjach, kiedy ciężko ukryć coś, co znajduje się na przedramieniu. Wystarczyło jednak, że raz się zapomniał. Że raz pragnął zaspokoić swoją żądzę odrobinę zbyt prędko.
- Ty jesteś śmierciożercą! - złapała go gwałtownie za rękę i pochyliła się nad nią, wpatrując się ze wstrętem w wypalony znak.
- Piśnij o tym słówko a pożałujesz! - chwycił ją za gardło. Bał się. Chociaż raz to on się bał.
- Pożałuję? A co możesz mi zrobić gorszego, od tego co muszę znosić na co dzień? - spytała kpiąco. Lucjusz rozluźnił uścisk i pogłaskał ją po policzku.
- Tak, dojrzewanie to ciężka sprawa.
- Świnia - prychnęła lekko. Lucjusz potrafił być dowcipny, kiedy chciał.
Zaśmiał się cicho i pchnął ją na szezlong z błyszczącej, wytłaczanej skóry horgonów. Lillian obrzuciła Lucjusza pogardliwym spojrzeniem. Oparła bosą stopę o aksamitną poduszkę i pozwoliła by czarny, jedwabny szlafrok zsunął się z jej nagiego uda. Wpatrywała się w swojego opiekuna. Widziała, jak słaby blask buzującego w kominku ognia igra w jego białych włosach. Lucjusz sięgnął po kieliszek porto i napił się, powoli smakując alkohol. On również nie spuszczał z niej wzroku. Odstawił kieliszek, ukląkł na kozetce i pochylił się nad nią.
- Jedna twoja niepotrzebna uwaga, a będą cierpieć osoby, na których ci zależy. Bo są jeszcze takie osoby, prawda kochanie?
Miała ochotę plunąć mu w twarz. Zamiast tego uśmiechnęła się zachęcająco. Nie odpowiedziała mu ani jednym słowem. Uznał to za zgodę.
- Dobrze, że się rozumiemy - powiedział z zadowoleniem.
- Zawsze się doskonale rozumieliśmy – ona też weszła w konwencję. Bywały takie momenty, kiedy nawet ją to bawiło. Niewiele było tu innych rozrywek. Mogła na przykład kopnąć skrzata, albo przemocą i okrucieństwem ujarzmiać horgony. Albo grać z Lucjuszem w jego gry. Najczęściej decydowała się na to ostatnie.
Malfoy zsunął delikatny materiał z jej ramienia.
Lillian zerknęła na drzwi.
- Narcyza...
- Narcyza śpi, dolałem jej przy kolacji kilka kropel tej twojej cudownej mikstury usypiającej.
Po chwili wahania objęła go. Zanim ją pocałował, popatrzyła jeszcze raz na mroczny znak na jego przedramieniu. Może dlatego, potem, gdy przymknęła powieki i rozchyliła usta, nadal miała przed oczami wypaloną na jasnej skórze Lucjusza trupią czaszkę i wyłażącego z niej węża.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 11-12-2009, 01:00   #26
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział szósty. Im dalej w las, tym ciemniej 3/6

Cudowne wspominki, pomyślała idąc do sowiarni. Od tamtego czasu relacja między nią a Lucjuszem ewoluowała w kierunku trudnym do zdefiniowania. Była starsza i on zdawał sobie sprawę, że nie da się już tak zastraszać jak kiedyś.
Ostrożnie weszła do sowiarni, uważając by nie poślizgnąć się na zamarzniętej, pokrytej odchodami posadzce. Przyczepiła swój uroczy liścik do nóżki małej płomykówki, wyszła z nią na zewnątrz i wypuściła w czarną noc. Była za dziesięć dziewiąta. O dziewiątej powinna już być w wieży Grifindoru. Schodząc po schodach ciągnących się wokół sowiej wieży, spojrzała w stronę Zakazanego Lasu. Na białym śniegu odcinała się sylwetka jakiejś postaci, która pomykała w kierunku lasu. Po chwili rozpoznała szybki krok i długą, powiewającą jak skrzydła pelerynę.
Snape.
Wahała się sekundę, ale ciekawość zwyciężyła. Wyjęła z kieszeni niepozorny kawałek liny.
- Engorgio - powiedziała celując w linę. Lina wydłużyła się i pogrubiła. Lillian przywiązała ją do okratowanego okienka w murze. Przerzuciła nogi przez kamienną balustradę i zaczęła schodzić. Schodziła szybko i sprawnie jak pająk po pajęczynie. Po chwili była na dole. Jednym pociągnięciem odwiązała linę, zmniejszyła i schowała do kieszeni. Pobiegła w kierunku lasu, gdzie przed chwilą zniknął Snape. Śnieg skrzypiał pod jej stopami Szybko machnęła różdżką w kierunku stóp.
- Silencioso - wyszeptała.
Jej kroki ucichły. Teraz mogła biec szybciej. Dotarła do lasu i zaczęła przedzierać się pomiędzy drzewami i bezlistnymi krzewami. Co chwilę przystawała nasłuchując. Nie dobiegł jej żaden odgłos świadczący o obecności innego człowieka. W oddali słyszała tętent kopyt centaurów, pohukiwania sów i inne odgłosy, których nie potrafiła przypisać żadnej znanej sobie istocie. I jakoś nie miała ochoty dowiedzieć się, co lub kto wydaje te odgłosy. Mocno ściskała różdżkę i parła naprzód, ostrożnie odgarniając pokryte śniegiem gałęzie. I gdy już myślała, że nic z tego jej prywatnego śledztwa nie będzie, zobaczyła świeże ślady butów. Była na tropie. Szła teraz ostrożniej, z bijącym sercem.
I w końcu zobaczyła go. Poruszał się szybko, z niezapaloną różdżką w dłoni. Zbliżał się do polany. Granica Hogwartu. Teraz do niej dotarło. Snape zamierzał się deportować. Ukryła się za drzewem i patrzyła na czarną sylwetkę. Stał kilka metrów od niej, na wzniesieniu. Zobaczyła jego ostry profil. Lodowaty wiatr szarpał jego płaszczem i rozwiewał czarne, sięgające ramion włosy.
Po chwili już go nie było. Śnieg zawirował w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stał, a po sekundzie wszystko uspokoiło się. Lillian zastanawiała się co robić. Przecież mógł nie wracać przez kilka godzin, albo aportować się w jakimś innym miejscu, poza granicami Hogwartu. Było jej zimno. Myślała, że wychodzi tylko na chwilę, więc nie wzięła nawet płaszcza. Miała na sobie jedynie sweter, szalik, szkolną spódnicę i czarne, wełniane pończochy. Zimny wiatr smagał ją po nogach i czuła jak odkryty fragment ud pokrywa się gęsią skórką
- Hogueros - powiedziała cicho i w jej dłoniach zapłonęło małe ognisko. Po ciele rozeszło się cudowne ciepło.
- Hogueros locomotor - machnęła różdżką i zaczęła się wspinać na drzewo. Małe ognisko podążyło za nią. Usiadła na grubej gałęzi i czekała. Widziała w głębi lasu przemykające cienie. Było wiele stworzeń, które nie spały w nocy. Oparła się wygodniej o pień drzewa i wlepiła wzrok w polanę.
Śnieg skrzypiał pod stopami. Ten kto szedł, wcale nie starał się ukryć tego, że się zbliża. Jego krok był sprężysty i nonszalancki. Dotarł na polanę.
Kobieta odwróciła się. Spod narzuconego na głowę kaptura wypływały ciemne, wijące się włosy. Była przestraszona.
- Dobrze, że jesteś Tom
- Oczywiście, że jestem kochanie. Muszę przyznać, że twoja inwencja nie zna granic. Ale czy nie uważasz, że jest trochę za zimno na schadzkę w takim miejscu.
- Chciałam, żebyśmy spotkali się poza granicami Hogwartu.
Tom podszedł do niej blisko. Objął ją i delikatnie zsunął kaptur z jej głowy. Spuściła wzrok.
- Intrygujesz mnie - wyszeptał.
Uniósł jej brodę i zbliżył usta do jej ust. Pocałował ją delikatnie. Tak jak lubiła. Cała była taka: delikatna i przewrażliwiona na swoim punkcie. Gdyby wiedziała, jak momentami go to drażni i nudzi. Jak ma ochotę zacisnąć ręce wokół jej szyi i zobaczyć, jak jej podniecenie zamienia się w strach.
Czasami bywała co prawda niegrzeczną dziewczynką, ale o wiele rzadziej niżby pragnął. Musiał cierpliwie przechodzić przez ten cały, idiotyczny rytuał godowy, by wreszcie zgodziła się rozpiąć choć jeden guzik, ale za to gdy już to zrobiła... tak, wtedy napięcie ją opuszczało, poddawała się. Ba, robiła się wręcz rozpustna. Czy dobrze wybrał? Nie był pewien. Chyba tak. Była tak beznadziejnie bezwolna i słaba. Łatwo było nią manipulować, zwłaszcza teraz, gdy była pewna, że jest dla niego najważniejsza na świecie. Dlaczego więc miał wątpliwości? Chyba chodziło o to, jak ona czasami na niego patrzyła. Jakby budziła się z letargu. Wystarczyło jednak jedno jego słówko i znowu była w jego ramionach.
- Czy coś się stało, najdroższa? Cała drżysz?

- Czemu tak słabo widać? - bąknął Ron.
- Zamknij się - uciszyła go Hermiona wpatrując się w napięciu w misę.

- Och tak. Kilka rzeczy – wyszeptała, a jej brązowe, łagodne oczy rozszerzyły się ze strachu. - Po pierwsze Dumbledore. On chyba coś podejrzewa. Boję się, że zauważył znak.

- Wiedziałam! - wrzasnęła Hermiona tak głośno, że Harry i Ron aż podskoczyli.
- Jaki znak? - spytał Harry. - Mroczny?
- Hermiono, moja droga, uspokój się - upomniał Dumbledore. - wszystko w swoim czasie.

- Jak mógł zauważyć? Czy ty coś przede mną ukrywasz? - jego głos stał się wysoki i zimny.
- Och nie, nie, skąd Tom, oczywiście że nie. To skomplikowane. On nie jest jak inni nauczyciele...
- Zamknij przed nim umysł najdroższa, a wszystko będzie dobrze - z trudem krył irytację. Co za idiotka. Gotowa wszystko zniszczyć.
- Tom, jest jeszcze coś - powiedziała cicho.
Nienawidził, gdy zwracała się do niego tym żałosnym, plebejskim, mugolskim imieniem...

Trzask. Jak wyładowanie elektryczne. Lillian poruszyła się gwałtownie. Musiała przysnąć. Straciła równowagę. Spadając z drzewa zobaczyła jeszcze, że Snape aportował się na polanie, wśród wirujących tumanów śniegu.
Upadła ciężko na plecy. Stopa wykrzywiła jej się pod dziwnym kątem. Jęknęła z bólu. Snape zbliżał się do niej szybkim krokiem. Wiatr rozwiewał mu czarne włosy, wyglądał jak upiór. Stanął nad nią, niczym jakaś mroczna zmora. Jak postać z najgorszych koszmarów. No, jak jakiś potwór po prostu. Twarz miał wykrzywioną z wściekłości. Złą i paskudną, paskudniejszą nawet niż zapamiętała z cowieczornych randek w lochu. Nagle odwrócił od niej wzrok, jakby zobaczył coś niesmacznego. Lillian uświadomiła sobie, że przy upadku spódnica podwinęła jej się i teraz widać było spory i niezwykle apetyczny kawałek nagich ud ponad pończochami. W innych okolicznościach wielce by ją to ucieszyło, bo nic nie cieszyło jej bardziej, niż dekoncentracja przeciwnika i barani wyraz, w który przyoblekała się jego twarz. Ale teraz ból wziął górę nad wszystkim innym. Skoro jest taki świętoszkowaty to jego problem.
- Co ty tu robisz, Van Tassen? - wycedził przez zaciśnięte zęby, patrząc jej w oczy i usiłując nie patrzeć gdzie indziej.
- Yyy – odparła całkiem niemądrze. Kilka pomysłów na odpowiedź wpadło jej co prawda do głowy, ale żaden nie wydawał się wystarczająco trafiony. Milczała więc.
- Wstawaj! - powiedział tonem zimniejszym niż śnieg na którym leżała. - Doigrałaś się. Idziemy do Dumbledore'a.
- A on wie, że pan opuszcza w nocy teren zamku? - spytała zjadliwie. Znowu odezwały się w niej detektywistyczne ciągoty.
Nie trafiła. Na twarzy Snape'a pojawił się paskudny uśmieszek.
- To nie twoja sprawa, ale tak, wie. Wstawaj!
- Nie mogę. Chyba złamałam nogę. Boli jak..., no bardzo boli.
Snape bez ceregieli złapał ją za ramię i pociągnął w górę. Wrzasnęła z bólu. Jej głos rozniósł się echem po lesie. Tuż nad nimi, z korony drzewa, poderwał się jakiś nocny ptak i strącając śnieg z gałęzi odleciał w głąb lasu. Lillian zdawało się, że echo wciąż powtarza jej krzyk. Coraz dalej i dalej. Próbowała stanąć o własnych siłach, ale kostka odmawiała współpracy. Chwyciła się więc ramienia Snape'a, chwiejąc się na boki, jak ostatni pijak opuszczający knajpę tuż nad ranem.
- Puść mnie Van Tassen, bo nie ręczę za siebie - warknął.
Dwa razy nie trzeba jej było namawiać, niepowtarzalny styl wypowiedzi Snape'a zrobił swoje. Puściła go momentalnie.
- Ruszaj!
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 11-24-2009, 01:25   #27
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział szósty. Im dalej w las, tym ciemniej 4/6

Lillian zastosowała zaklęcie unieruchamiające stopę i wyczarowała sobie brzydki i niezbyt wygodny sękaty kij. Cóż, laska Malfoya to na pewno nie była. Z trudem brnęła przez śnieg, a Snape'a zdawały się bawić jej wysiłki.
- I co? Już nie jest ci tak wesoło? - w jego głosie brzmiała dobrze jej znana ironia.
Lillian miała w oczach łzy bólu. Krótkotrwała radość z obnażania się przed Snape'em, w malowniczej, śnieżnej scenerii, ulotniła się jak kamfora. Co za okropny sadysta.
Przewróciła się przygniatając obolałą kostkę. Zawyła z bólu. To już zupełnie nie było ładne, ani nie mogło wzbudzić gorętszych uczuć. Łzy ciekły jej obficie po twarzy.
- Czy ty sobie znowu stroisz żarty? Wstawaj – warknął, zbliżając się do niej.
- Nie. Niech pan idzie sam.
Usiadła w śniegu i obraziła się. Na Lucjuszu czasami robiło to wrażenie. Mógł udawać, że ją pociesza, i najczęściej był to wstęp do jego ulubionych czynności. Jednak Snape ulepiony był z zupełnie innej gliny. Chwycił ją za ramiona i po raz drugi brutalnie postawił do pionu. Zbliżył twarz do jej twarzy i wycedził.
- Posłuchaj, głupia dziewczyno. Nie igraj ze mną, bo naprawdę pożałujesz. Wszyscy skaczą wokół ciebie, jakbyś była kimś wyjątkowym, a jesteś jedynie zepsutą gówniarą, której się wydaje, że jej wszystko wolno i wszystko może. Otóż zdradzę ci sekret. Nic nie możesz Van Tassen. A jak Dumbledore się dowie, że się włóczyłaś po lesie w nocy, to zobaczysz, ile jest warta twoja sława i twoje pieniądze.
- Sława? Pieniądze? Ułuda i towar zastępczy. - prychnęła.
Zmarszczył brwi i puścił ją.
- Przepraszam, panie profesorze - powiedziała ostrożnie. - Ale ja naprawdę nie mogę sama iść. Czy może pan na moment zapomnieć o tym, jaka jestem beznadziejna i beznadziejnie bogata i jak bardzo mnie pan nie lubi i mi pomóc. Nikomu o tym nie powiem. Przysięgam. Zachowam sobie ten wątpliwej jakości sekrecik.
Spojrzał na nią podejrzliwie, a potem podał jej ramię bez słowa. Chwyciła je i zerknęła na niego niepewnie.
- Mógłby mnie pan jakoś podtrzymać, ja się nie wygłupiam, tylko naprawdę nie mogę iść.
- Nie przeciągaj struny, Van Tassen - warknął, ale objął ją w pasie.
Tak było znacznie wygodniej. I cieplej. I raźniej. Prawie, jakby byli na wycieczce. Nie, lepiej. Jak na romantycznej schadzce. Tyle, że ona nigdy nie umówiłaby się z kimś, kto tak wygląda, śpi w trumnie, i o zgrozo, co miesiąc otrzymuje nauczycielską pensję. Wolała nawet nie myśleć, jak niska jest taka pensja, bo mogłoby się jej zrobić go żal.
Na jej twarzy pojawił się paskudny uśmieszek. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mogłaby mu jeszcze oprzeć głowę na ramieniu, ale to by była chyba przesada. Wystarczyło, że przez cieniutki sweter czuł jej młode, rozbudzające zmysły i wyobraźnię ciało.
Nie uszli nawet dwudziestu metrów, gdy usłyszeli świst i długa, srebrzysta strzała minęła ramię Snape'a o kilka centymetrów.
- Uważaj - rzucił Snape do Lillian i puścił ją gwałtownie. Zachwiała się na jednej nodze. Nauczyciel sięgnął po różdżkę, ale jej nie uniósł. Lillian czym prędzej zrobiła to samo.
Zza drzew, jeden po drugim, wyłaniali się centaurowie.
- Co o tej porze robi w lesie nauczyciel i uczennica ze szkoły Dumbledore'a? - zapytał najstarszy z nich. Miał ciemną skórę, lśniące, czarne włosy i srogie rysy.
- Nic, co mogłoby was obchodzić - odparł zimno Snape. - Daj nam przejść, Rollando.
- Dlaczego mam dać wam przejść, człowieku? - spytał Rollando.
Lillian ścisnęła mocniej różdżkę. Czuła się niepewnie mając do dyspozycji tylko jedną sprawną nogę. A co jeśli Snape okaże się tchórzem i zwieje, zostawiając ją na pastwę koniowatych. Czy oni gustują w kobietach? Czy będą nastawać na jej wątpliwą cnotę? W sumie nigdy nie widziała centaura płci żeńskiej. Więc może w ogóle nie pociąga ich płeć przeciwna. Coś było na rzeczy. Za ładni byli. Te bujne, wspaniale utrzymane grzywy, lśniły im podejrzanie intensywnie. Cholerni pięknisie.
Tymczasem Snape ewidentnie sobie nie radził. Jego zdroworozsądkowe argumenty wypowiadane aroganckim tonem, w ogóle nie trafiały do zakutych, końskich łbów. Nie mogła już dłużej na to patrzeć.
- Chcemy wrócić do szkoły – powiedziała głośno i dobitnie. - Dajcie nam przejść. Mogę zapłacić. Dużo.
Zaczęła grzebać w kieszeni spódnicy, ale znalazła tam jedynie starego herbatnika i kawałek liny. Nawet złamanego miedziaka, nawet książeczki czekowej z banku Gringotta. Oczy centaurów zwróciły się ku niej. Jeden z nich podszedł bliżej, by się jej przyjrzeć. Miała wrażenie, że ją obwąchuje.
- Młode. I ranne. Musimy ją puścić. Zresztą, nauczyciela też trzeba puścić. Dumbledore szanuje nasze prawa i zwyczaje. Uszanujmy więc jego ludzi.
- Firenzo! - zagrzmiał Rollando. - Twój sentyment do ludzi budzi moją odrazę.
Podszedł do Lillian i również zaczął się jej przyglądać. Serce zabiło jej nieco szybciej, gdy jego dzika twarz znalazła się tuż przy jej twarzy. W dłoni nadal ściskała różdżkę, ale nie śmiała podnieść jej wyżej. W drugiej miała jedynie zupełnie nieprzydatnego herbatnika. Nagle Rollando odskoczył do tyłu.
- Na Jowisza! - zawołał. - To ona! To ta, o której mówią gwiazdy! To ta, której los splata się z losem...
- Rollando ani słowa więcej! - Lillian usłyszała zimny głos Snape'a i szybkie, skrzypiące kroki na śniegu. Snape stanął pomiędzy nią a centaurem.
- Więc powiedz, po co ją prowadzisz przez las Severusie Snape'ie - Rollando prychnął i zbliżył się do nauczyciela. - Głupi człowieku. Czeka cię zguba. A ona musi wypełnić swoje przeznaczenie. To jest zapisane w gwiazdach i nawet twój Dumbledore nic na to nie poradzi. On powróci. Silniejszy i straszniejszy niż kiedykolwiek, a wy nawet się nie zorientujecie. Głupcy! Głupcy!
- Rollando, twoje bzdurne przepowiednie i odczyty gwiezdnych układów, ubrane w absurdalnie kwieciste słowa, nadają się co najwyżej na bajkę dla sześciolatków. Zejdź nam z drogi.
- Unieś różdżkę człowieku! Tylko unieś różdżkę. Bez niej jesteś niczym.
- Daj mi pretekst - odparł zimno Snape.
- Rollando - odezwał się Firenzo. - Daj im przejść. Młode jest ranne.
Młode? Ranne? Co to są za końcówki w ogóle? Lillian rozzłościła się. Czy ona jest jakimś gumochłonem?
- Niech zdycha – wypluł z siebie Rollando.
Stanął na tylnych nogach. Prawie wszystkie, pozostałe centaury zrobiły to samo.
Niedobrze.
- Drętwota! - wrzasnęła Lillian, celując różdżką w centaurów poruszających groźnie kończynami, parskających i grzebiących kopytami w ziemi z pasją i zacięciem. Szybko okręciła się na zdrowej nodze i rzuciła to samo zaklęcie na grupę centaurów znajdujących po drugiej stronie. Zamarli z uniesionymi kopytami, a potem jeden po drugim, zaczęli padać na śnieg jak kłody.
- Głupia dziewczyno! - krzyknął Snape z wściekłością. - Coś ty narobiła! Chcesz skłócić szkołę z centaurami? Wiesz, jak oni traktują ataki różdżką?!
- Wiem, że chcieli nas stratować i rozsmarować nasze flaki po śniegu - odparła Lillian, nadal chwiejąc się na zdrowej nodze. - Uciekajmy, póki zaklęcie działa. Pomoże mi pan?
Snape bez słowa złapał ją wpół. Szli najszybciej jak się dało. Zaklęcie dało im tylko kilka minut, a do wyjścia z lasu był jeszcze kawałek. Dopiero na błoniach będą bezpieczni. W końcu musiało to dotrzeć do Snape'a, gdyż w pewnym momencie, bez ostrzeżenia, wziął ją na ręce i pognał przez las. Nie zważał na to że gałęzie uderzają ją w twarz, policzkując boleśnie, a jej długie włosy zahaczają o krzewy. Gdy od błoni dzieliło ich kilkanaście metrów, nad ich głowami zaczęły świstać strzały, a z tyłu dobiegł ich tętent kopyt. Snape przyspieszył. Gdy tylko wybiegł z lasu opuścił Lillian na ziemię. Obydwoje instynktownie obrócili się z wyciągniętymi różdżkami w stronę tonących w mroku drzew.
Nic. Cisza.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 11-24-2009, 02:16   #28
Biel
Fanatyk, niegroźny
 
Biel na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Nov 2009
Lokalizacja: Stolica
Posty: 224
Domyślnie

Nie powiem, to opowiadanie znajduje się w moich śledzonych tematach. Wciąga, chociaż sama nie umiem powiedzieć dlaczego, Na początku Lillian wydawała mi się podrzędną Marry Sue, ale potem opowiadanie wybrnęło. W sumie niby ot opowieść o dziewczynie, ale ma się świadomość tego tła, że to co Potter i reszta oglądają jest ważne "dla zbawienia" i to właśnie rozwija we mnie tą ciekawość, co będzie dalej, co to ma wspólnego z ratowaniem świata...

Co do stylu to nie będę owijała w bawełnę, czytywałam i czytam lepiej skonstruowane, ale to także jest niczego sobie.

Czasami tylko nie mogę sobie uzmysłowić jak Trójca tak spokojnie może podglądać czyjeś życie, które w pewnych momentach jest dość intymne:P Nie mówiąc ot tym jakie to musi być upokorzenie dla Snape'a nawet namalowanego:P No ja sama nie mogłabym z czystym sercem oglądać takich rzeczy wiedząc, że podmiot jest w tym samym pomieszczeniu, zwyczajnie byłoby mi wstyd, ale cóż Potter i reszta zawsze wydawali się być impertynentami:P.

Jedyne co budzi moją wątpliwość to wątek Lucjusza, nie wiem czy taki był zamiar, ale dla mnie jest za bardzo zawoalowany w porównaniu do przejrzystych scen oglądanych w myślodsiewni. Po prostu po tak jasnym przekazie z Lillian dostaje się kopa w twarz i parę urywków na niejasne tematy. Wiem, że takie zabiegi wzbudzają ciekawość, ale nie wiem czy w tym wypadku nie są zbyt drastycznie ścięte, ale w końcu to tylko moje zdanie.

Jeszcze jedno co mi trochę przeszkadza, to Ron trochę za toporny, wiem nigdy inteligencją nie grzeszył chłopak, ale trochę za mocno zarysowany.

Cóż czekam na rozwiązanie tajemnicy.
__________________
Quidquid latine dictum sit, altum videtur.
Cokolwiek powiesz po łacinie, brzmi mądrze.
Biel jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 11-26-2009, 01:30   #29
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział szósty. Im dalej w las, tym ciemniej 5/6

- Jeśli Dumbledore cię po tym nie wyrzuci ze szkoły, Van Tassen - wycedził Snape, łapiąc oddech. - To chyba ja się zwolnię.
To byłoby za dużo szczęścia, pomyślała Lillian. A poza tym, w takim wypadku zakład przestałby się liczyć.
- Zaogniłaś konflikt z centaurami!
- No cóż, lepiej było dać się zabić. Dobro szkoły ponad wszystko.
O nie, takiego altruizmu i poświęcenia w domu jej nie uczono. Lucjusz zawsze rozsądnie powtarzał, że lepiej zabijać niż tracić życie. A najlepiej zapłacić. I po sprawie. Zwykle działało. Tylko trzeba nosić ze sobą pieniądze, albo chociaż cholerną książeczkę czekową. Tak, o tym Lucjusz też wspominał. Teraz żałowała, że nie słuchała go dość uważnie.
- Van Tassen, opanuj się i uważaj na to co i do kogo mówisz - powiedział cicho Snape, tym swoim głosem, w którym czaiła się bliżej nieokreślona groźba.
- Przepraszam, panie profesorze - burknęła Lillian dla świętego spokoju.
- Idziemy do Dumbledore'a.
- O, koniecznie - skwitowała bez entuzjazmu.
Snape ruszył przodem. Lillian powłócząc nogą, usiłowała podążać za nim. Po chwili dzieliło ich już jakieś piętnaście metrów. Snape odwrócił się. Lillian nie zamierzała więcej prosić go o pomoc. Z zacięta, hardą miną kulała dalej, jakby od tego marszu zależało jej życie. Zreflektował się sam. Zawrócił i ponownie objął ją w pasie.
- Za takie rzeczy powinien być dodatek do pensji.
Tobie żaden dodatek nie pomoże, żałosny sukinsynu, pomyślała.
- O co im chodziło? - spytała Lillian, opierając się na nim. - Skąd mnie znali?
- Nie wiem, Van Tassen. Nie ogarniam twoich wszystkich fanklubów.
Lillian nie odezwała się więcej. Rozmowa ewidentnie się nie kleiła. Wkrótce weszli w bramę Hogwartu. Przeszli przez cichy, pokryty śniegiem, pogrążony w półmroku dziedziniec i weszli do zamku. Musiało być już bardzo późno, bo ani w holu, ani na korytarzach nie było nikogo. Nawet duchów, ani Irytka. Usłyszeli za to zbliżającego się Filcha.
- Ki djobeł? - pokrzykiwał rozwścieczony Filch. - Bachory zatracone! O żeby je tak za odnóża powywieszać, albo obić porządnie nahajką, to by im się odechciało szwendania po nocy.
Po chwili wylazł zza zakrętu w wysłużonym szlafroku i szlafmycy na potarganych włosach, szurając przydeptanymi kapciami na chudych, bladych stopach. No, jak on tak przyodziany biega na schadzki z panną Pince, to długo ten romans nie potrwa, pomyślała Lillian przyglądając się woźnemu krytycznie.
- Co ty tu robisz w nocy, dziewucho? O, pan profesor, tego..., dobry wieczór panu - głos Filcha ociekał teraz lizusostwem. - Żem się zdenerwował. Nabłocone znowu. Naświnione. Naniesione śniegu. Cały trud na marne! Czy to ta dziewucha tak nabłociła? - spytał z nadzieją w głosie.
- Tak, ona. Wracaj do siebie Filch, prowadzę ją do Dumbledore'a.
- Może Dumbledore pozwoli ją wybatożyć porządnie? - Filch aż się zatrząsł z radosnego podniecenia na myśl o podobnej uciesze.
- Może pozwoli - odparł Snape powoli i rzucił Lillian nieprzyjemne spojrzenie. Chciałbyś, pomyślała Lillian, pewnie lubisz takie rzeczy.
Na pewno chętnie by jej przeciągnął nahajką po nagich plecach. Przygryzła wargi, żeby nie parsknąć śmiechem.
Filch tymczasem roztaczał przed Snape'm malowniczą wizję.
- Można by ją za nogi wywiesić na dziedzińcu, na śniegu i mrozie, żeby powisiała z dobę przynajmniej, dla przykładu, albo w dyby zakuć i wtedy obić, albo lepiej...
- Wystarczy Filch - przerwał cichym, ale zdecydowanym głosem Snape a Lillian pomyślała, że tak perwersyjna wizja pewnie jest nie do wytrzymania dla jego wyobraźni. Z coraz większym trudem powstrzymywała śmiech, coraz intensywniej wpatrując się w kamienną podłogę.
- Wracaj do siebie - powtórzył Snape a Filch rad nierad poczłapał z powrotem, oglądając się co rusz za siebie, jakby wciąż żywił nadzieję, że Snape go jeszcze zawoła i pozwoli przykładnie dziewuchę ukarać.
- A tobie co tak wesoło, Van Tassen? - warknął Snape, dostrzegając uśmieszek na jej twarzy. - Ruszaj się, co tak stoisz?
Snape zaczął wchodzić po schodach a Lillian próbowała wskakiwać na jednej nodze, trzymając się poręczy i wlokąc za sobą unieruchomioną stopę. Snape znowu zawrócił, wściekły do granic możliwości.
- Nie, to jest jakiś koszmar - powiedział do siebie przez zaciśnięte zęby i znowu wziął ją na ręce.
- Myśli pan, że dla mnie to jakaś przyjemność? - spytała Lillian płaczliwym głosem, a w duchu aż się dusiła z uciechy. Niech sobie teraz narzeka ile wlezie. Ale gdy wieczorem położy się do łóżka, przepraszam, do trumny, nie będzie mógł skupić myśli na niczym innym, poza zapachem jej perfum, dotykiem skóry, muśnięciem włosów i niepokojącą bliskością jej ciała. A jeśli trafnie zgadła, to i pręgierz, lub dyby powinny się w tych marzeniach pojawić.
- Jakby mnie zobaczyli teraz moi przyjaciele - mruknęła Lillian, przyjmując ponury i cierpiętniczy wyraz twarzy. - To chyba bym musiała zmienić szkołę.
- Zamknij się, Van Tassen, bo cię odstawię i będziesz sobie kuśtykać, skakać, albo się czołgać. Nie interesuje mnie to.
Pomimo gróźb, postawił ją dopiero przed drzwiami prowadzącymi do gabinetu Dumbledore'a.
- Dziękuję. Przepraszam - powiedziała patrząc mu w oczy. - W gruncie rzeczy nie musiał pan...
- Owszem. Szkoda tylko, że cię nie zostawiłem z tymi pomylonymi chabetami. Ogarki Koszmarki - powiedział gburowatym tonem w kierunku gargulca pilnującego drzwi.
Drzwi otwarły się. Lillian odruchowo złapała Snape'a za ramię. Snape odrzucił jej rękę, jakby strącał z siebie oślizgłego zaskrońca. Weszli. W gabinecie panował półmrok i gwar jak w tawernie. Gdy tylko się pojawili głosy umilkły, a rozgadane przed chwilą portrety pogrążyły się w niezbyt dobrze udawanej drzemce. Dumbledore siedział za swoim biurkiem nad parującą filiżanką herbaty i spodeczkiem sucharów wybornych z piekarni Ottona Polkowskiego.
- A, już jesteś, Severusie, czy udało ci się... - Dumbledore umilkł, zauważywszy Lillian.
- Nie jestem sam - wycedził Snape przez zęby. Wyglądał, jak człowiek udręczony do granic możliwości.
- Panna Van Tassen? - zdziwił się Dumbledore. - Co pani tu robi?
Snape obrzucił dziewczynę spojrzeniem, które mogło zmrozić krew w żyłach najdzielniejszego człowieka i przemówił:
- Tak się złożyło, że panna Van Tassen uznała, iż doskonałą wieczorną rozrywką będzie śledzenie mnie.
Lillian nie mogła temu zaprzeczyć. Może nie doskonałą, to gruba przesada, ale jednak rozrywką. Milczała więc, czekając na rozwój wypadków.
- Dlaczego śledziłaś profesora Snape'a? - spytał Dumbledore z łagodnym zainteresowaniem.
Na to pytanie z kolei nie potrafiła odpowiedzieć. Snape odpowiedział za nią.
- Lubi wtykać nos w nie swoje sprawy. Taka już jest.
Dumbledore zwrócił się do portretu groźnie wyglądającej czarownicy o grubych rysach, ogromnym nosie, pokaźnym wąsie i na domiar tego oszpeconej sporą brodawką tuż pod lewym okiem.
- Mildred, sprowadź proszę profesor McGonagall i panią Pomfrey.
Czarownica kiwnęła głową, obrzuciła Snape'a i Lillian zjadliwym spojrzeniem i znikła za ramami portretu.
- Severusie - powiedział Dumbledore z lekkim wyrzutem. - Powinieneś najpierw zaprowadzić pannę Van Tassen do skrzydła szpitalnego. Z tego co widzę, to chyba złamała nogę. Usiądź dziecko - zwrócił się do Lillian. - Ty też Severusie. Poczekamy na Minerwę. Powinna przy tym być.
Lillian usiadła w fotelu z prawdziwą ulgą. Natomiast Snape, nadal wściekły, zaczął krążyć po pokoju. Lillian śledziła go niepewnym wzrokiem. No przecież jej nie wyleją. Nie mogą. Ona, Lillian Van Tassen, po prostu się na to nie zgadza. Zaczęła się zastanawiać, czy Dumbledore przyjąłby łapówkę w zamian za przymknięcie oka na jej wybryki? Co by powiedział na przykład, gdyby zaproponowała, że ufunduje nowe trybuny na stadionie do Quiditcha. Albo odnowi wieżę astronomiczną. Albo pięknie wyremontuje i wyposaży pracownię eliksirów. Wyobraziła sobie minę Snape'a, gdyby Dumbledore mu oświadczył, że ma w planach mały remoncik jego ukochanej samotni. Zaczęła snuć wielce przyjemną dla siebie wizję, przedstawiającą jej architektów i wykonawców, którzy przychodzą pobrać pomiary lochu i dokonać wstępnych oględzin. Wyobraziła sobie, jak Bubba Rapaport, w swoim krzykliwie pomarańczowym berecie, przechadza się po pracowni, podpierając bok swoją molibdenową dłonią i wymachując drugą w ogromnie afektowany sposób. Trajkocze jak najęty, wymądrza się, popiskuje i złości, tupiąc nóżką obutą w fioletowy trzewik. I raz po raz łapie Snape'a za ramię wołając: "Kochanie, jak skończymy, nie poznasz tej zatęchłej nory". Potem Bubba całuje rączki Lillian i pyta "Jakieś ograniczenia skarbeńku złocisty?". "Ależ skąd, Bubba, - odpowiedziałaby Lillian, gdyż uwielbia Bubbę i jego niepowtarzalny styl i to jak doprowadza wszystkich wokół do szału. - Masz wolną rękę i nieograniczony budżet". "Cudeńko - wykrzykuje Bubba swoim pretensjonalnym głosikiem. - Na ściany rzuci się rozświetlające pastele, widzę tu rzymski poranek albo niebiańską magnolię. U góry zamontujemy ruchome gzymsy ze sztukaterii z motywami roślinnymi i zwierzęcymi. A tu wybijemy imitację trzech okien i myślę, że rzucimy za nie jakiś słodziuni widoczek, kózki i baranki na łączce, albo rozkoszną polanę skąpaną w kwieciu, lub zaszalejemy w naprawdę wielkim stylu, a co tam, i jakiś morski pejzażyk się przysposobi. Coś z palmą i z syreną koniecznie. Mogłaby wskakiwać i wyskakiwać z morskiej piany i mrugać zalotnie. Świetne mamy teraz modele w najnowszym katalogu! Powiem ci kochanie, że wyposażone są te wodne figlarki naprawdę nieskąpo! - potem Bubba obraca się na pięcie i patrzy na słoiki stojące na półkach, marszczy swój nowy nosek i mówi. - A te wszystkie paskudztwa w słoikach to się powyrzuca".
Lillian nie zdążyła wyobrazić sobie reakcji i odpowiedzi Snape'a, gdyż do gabinetu weszła profesor McGonagall z panią Pomfrey. McGonagall była tym razem w fioletowym szlafroku, natomiast pani Pomfrey w żółtym i w chustce na głowie, pod którą odkształcały się dziwacznie liczne wałki.
- Poppy, naprawisz nogę pannie Van Tassen? - spytał Dumbledore.
- Oczywiście panie dyrektorze.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 11-26-2009, 01:33   #30
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział szósty. Im dalej w las, tym ciemniej 6/6

Panna Pomfrey pochyliła się nad Lillian i ostrożnie zdjęła jej wysoki but i czarną pończochę. Snape odwrócił wzrok. Wyglądał, jakby go to co się wyprawia w gabinecie dyrektora osobiście obrażało, jakby miał ochotę wyjść, trzaskając drzwiami, albo jeszcze lepiej wszystkich pozabijać.
- Kość jest tylko pęknięta - oznajmiła panna Pomfrey. - Szybko się z tym uporam.
Wyjęła różdżkę i dotknęła nią kostki Lillian.
- Ossumreparo!
Lillian poczuła łaskotanie, potem mrowienie a następnie miała wrażenie, jakby jakiś ruchliwy gryzoń przemieszczał się w środku jej nogi. Nagle przeszyło ją ostre ukłucie, ale po chwili wszystko się uspokoiło. Kostka pulsowała jeszcze lekkim, jednostajnym bólem.
- Wypij to - powiedziała panna Pomfrey wyjmując z kieszeni szlafroka niewielką butelkę Szkiele-Wzro.
Lillian pamiętała, jak Snape sporządzał Szkiele-Wzro. I jak wykreślał z instrukcji sok porzeczkowy. Niepewnie wzięła butelkę i szybko wypiła duży łyk. Smakowało gorzej niż mogła przypuszczać.
- Jeszcze jeden - pouczyła surowo panna Pomfrey. - To konieczne.
Lillian wypiła jeszcze jeden łyk. Oj, to nie było tak, jak z porto Lucjusza. Drugi łyk porto smakował trochę lepiej. Drugi łyk Szkiele-Wzro był jeszcze ohydniejszy niż pierwszy. Skrzywiła się i wzdrygnęła. Pomyślała, że jeśli ta szalona pielęgniara każe jej wypić jeszcze jeden łyk tego świństwa, to zwróci go, wraz z dwoma poprzednimi oraz kolacją, na piękny, stary dywan dyrektora. Kątem oka widziała, że Snape uśmiecha się złośliwie. Jego życie rzeczywiście musi być puste i jałowe, skoro cieszą go takie rzeczy. Pewnie jego świat składa się właśnie z takich, drobnych przyjemności, jak postawienie komuś "o", lub jeszcze lepiej "trolla", poniżenie pryszczatego ucznia, albo sporządzenie niesmacznego lekarstwa.
Lillian oddała pani Pomfrey butelkę i pielęgniarka opuściła gabinet.
Następnie dziewczyna wysłuchała nawet niezbyt przekłamanej wersji wydarzeń, którą zaprezentował Snape. Milczała, aż doszedł do momentu, w którym zaatakowali ich centaurzy.
- ...zachowała się głupio, bezmyślnie i nieodpowiedzialnie - wyliczał Snape z wyraźną satysfakcją. - zaatakowała ich...
- Chcieli nas stratować!
- Milcz, Van Tassen, kiedy ja mówię i nie pogarszaj swojej sytuacji!
- Ale tak właśnie było - upierała się, wbijając palce w oparcia fotela. - Tylko jeden stanął po naszej stronie, miał na imię Firenzo, czy jakoś tak. A ten ich przywódca, ten cały Rollando, dostał szału i reszta poszła za jego przykładem...
- Można było załatwić to inaczej a nie popisywać się zaklęciami...
- Nie popisywałam się! A pana ugodowe metody, panie profesorze, podszyte źle maskowaną pogardą, tylko ich jeszcze bardziej wkurzyły.
- Van Tassen, zamilcz. Masz poważne kłopoty.
- Severusie - odezwała się McGonagall surowym tonem. - Ona ma prawo się bronić, jeśli nie zgadza się z twoją wersją. Porozmawiam jutro z Firenzo i dowiem się wszystkiego.
- Rozmawiaj, proszę bardzo - odparł drwiąco Snape, ale spuścił trochę z tonu.
Lillian po raz kolejny poczuła wdzięczność dla McGonagall i zrobiło jej się trochę wstyd, że nauczycielka znowu musi stawać w jej obronie.
- Dyrektorze - odezwał się Snape cichym głosem. - Proszę ją wyrzucić. Może jej pan przecież dać list polecający do Durmstrangu...
- Nie zgadzam się! - rozzłościła się McGonagall.
- Minerwo - odrzekł wyniośle Snape. - Myślę, że na tym etapie zdarzeń, decyzja już nie należy do ciebie.
- Ani do ciebie!
- Przestańcie - odezwał się spokojnie Dumbledore i przeniósł wzrok na Lillian, która w napięciu przesuwała wzrok od jednego nauczyciela do drugiego. - Co masz nam do powiedzenia, moja droga?
Błękitne, pozornie łagodne i dobrotliwe oczy Dumbledore'a, wpatrywały się w nią intensywnie.
- Zrobiłam to, co uważałam za słuszne - powiedziała odrobinę zbyt arogancko, więc po sekundzie złagodziła i ściszyła głos. - Groziło nam niebezpieczeństwo.
- A jak wytłumaczysz swoją nocną eskapadę?
Z tym będzie trudniej.
- Wyszłam wysłać list... - na moment zawahała się, teraz pozostawały jej dwa wyjścia: wymyślić jakieś zgrabne kłamstewko, albo lawirować pomiędzy półprawdami. Wybrała to drugie, jako bezpieczniejsze. Lucjusz zawsze powtarzał, żeby jeśli tylko się da, nie kłamała, bo mnożąc i piętrząc kłamstwa łatwo się pogubić. I wtedy można pogrążyć się na dobre. Rady Lucjusza były na wagę złota. Chwilę zastanawiała się nad sformułowaniem odpowiedzi, a potem odezwała się pewnym głosem. - Gdy wracałam z sowiej wieży, zobaczyłam jak profesor Snape skrada się, to znaczy idzie, w kierunku lasu. Przyznaję, jestem wścibska i ciekawska, dlatego za nim poszłam. Zastanawiałam się, co ma do roboty w lesie o takiej porze. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Postąpiłam źle, dziecinnie i nieodpowiedzialnie.
- I wyrażasz skruchę i chęć poprawy - uprzejmie zasugerował Dumbledore.
- Tak, właśnie tak - powiedziała gorliwie.
- Zostaniesz w szkole - powiedział Dumbledore, po chwili zastanowienia. - Ale masz się od tej pory dobrze sprawować. Nie bić innych uczniów, nie włóczyć się po lesie, nie pyskować do nauczycieli i przyłożyć się do nauki. Bo na razie poza obroną przed czarną magią, eliksirami i zaklęciami nie robisz wielkich postępów.
- Przyłóż się do transmutacji - wtrąciła swoje McGonagall gderliwie, ale z widoczną ulgą. - Zgniłe jedzenie, z którego miałaś zrobić kolację dla czterech osób, nie nadawało się nawet do tego, żeby nakarmić nim Włosienice.
- I musisz jeszcze przeprosić profesora Snape'a - nakazał Dumbledore.
- Oczywiście - Lillian wstała, zauważając z ulgą, że noga prawie już nie boli. Podeszła do Snape'a, który stał w kącie, w cieniu, jak jakiś potępieniec, włosy zasłaniały mu pół twarzy. Trudno więc było dostrzec, jaki ta twarz ma wyraz. Mogła jednak założyć się o swój cały depozyt w banku Gringotta, że nie był to wyraz pełen sympatii. - Bardzo przepraszam, że pana śledziłam. I dziękuję, że mi pan pomógł. Bardzo miło się pan zachował.
Snape nie odezwał się, ale odniosła wrażenie, że jego ukryta w cieniu twarz, pociemniała jeszcze bardziej z gniewu. W przeprosinach i tonie, którym je wypowiadała, nie było ani cienia pokory, czy odrobiny poczucia winy. Ani krztyny dobrej woli. To jeszcze jakoś by zniósł. Nic jednak nie mogło dotknąć go bardziej niż to, że ośmieliła się nazwać jego zachowanie miłym.
- Jestem pewien, że profesor Snape docenia twój gest - odezwał się Dumbledore pospiesznie. - A teraz najwyższa pora się rozejść, jest już bardzo późno. Co prawda jutro jest niedziela, ale myślę, że wszyscy powinniśmy udać się na spoczynek. Przynajmniej ja.
Dumbledore ziewnął znacząco i przymknął oczy. Lillian była trochę zaskoczona, że tak gładko poszło i po raz drugi udało jej się uniknąć najsurowszej kary. I nawet nie musiała proponować sakiewki galeonów. Było to co najmniej zastanawiające. Nie było jednak sensu pytać w tym momencie o cokolwiek, wiedziała, że dziś już niczego się już nie dowie.
Wyszła z gabinetu z profesor McGonagall i Snape'em. Za drzwiami Snape od razu skierował się ku schodom prowadzącym do lochu, nie obdarzywszy McGonagall i Lillian ani jednym spojrzeniem, czy chociażby niegrzecznie rzuconym "dobranoc".
Lillian oczekiwała kolejnej reprymendy, ale McGonagall nakazała jej jedynie iść prosto do łóżka. Odprowadziła ją aż pod obraz Grubej Damy i czekała aż Lillian wejdzie do środka, aby mieć pewność, że ta nie pójdzie gdzie indziej.
Gdy Lillian weszła do dormitorium, Rozalinda odezwała się zaspanym głosem.
- Gdzieś ty była?
- Na spacerze - odparła Lillian wymijająco. Padła na łóżko w ubraniu. Dopiero teraz poczuła, jaka jest zmęczona.
Zamknęła oczy i w jej głowie pojawił się obraz polany pokrytej śniegiem.
Tom Riddle całował swoją dziewczynę. Przez to wszystko co wydarzyło się, po tym, jak spadła z drzewa, zupełnie zapomniała o tym śnie. Ale czy to był sen? To była ta sama polana, na której deportował się Snape. Więc może było to odbicie dawnych wydarzeń. Nawet połowa tajemnic, jakie krył Zakazany Las, nie została nigdy zbadana. Opowieści o dawnych czasach, legendy i mity, krążyły po nim, wiecznie modyfikowane przez zmieniające się postaci, które opowiadały. Były jak wieść gminna, ciągle zmienna, pełna urojeń, żywa. Jak mugolski głuchy telefon. Myśli Lillian stawały się coraz bardziej chaotyczne. W próby dotarcia do prawdy wkradł się totalny brak logiki. Zaśnieżona polana z wirującymi płatkami śniegu zmieniła się w zakurzoną drogę pośród wrzosowisk. Była wczesna jesień. Dwoje wędrowców szło ubitym traktem. Poruszali się w lekkim oddaleniu od siebie. Jak ludzie, którzy się nie znają, a którzy przypadkiem znaleźli się na tej samej drodze i szli w tym samym kierunku. Ostre popołudniowe słońce schowało się za czarnymi chmurami, które napłynęły nagle, znikąd. Wokół pociemniało. Cień przesuwał się dalej i dalej, pochłaniając szarą drogę, pożółkłą trawę, kamienne murki przecinające wrzosowiska, drzewa i majaczący w oddali las. Aż wszystko skryło się w półmroku. Z północy dmuchnął w twarze wędrowców lodowaty, mroźny wiatr.
- Abigail - powiedział wąż, płynąc przez szumiące, poruszane wiatrem wrzosowisko, jak przez niespokojne morze.
Kobieta odwróciła się. Czarne, lśniące sploty poruszały się wokół jej głowy, jakby tętniło w nich osobne, intensywne życie. Lucjusz przystanął. Oparł się na swojej czarnej lasce uwieńczonej ozdobną gałką ze srebrnym wężem. Znieruchomiał. Abigail. Wpatrywał się w kościstą, trupią i pustą twarz swojej towarzyszki. Błysnęło. Po chwili gdzieś w oddali rozległ się grzmot.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Odpowiedz


Zasady postowania
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts

BB code is Wł.
Uśmieszki są Wł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Pan Potter Harry :) Vic Opowiadania - miniaturki 6 04-11-2010 14:43
Harry Potter czy Harry Snape Hermiona741 Kosz 6 03-13-2010 12:43
[NZ] Harry Potter i Moc Miłości Magnus Walter Kosz 16 06-21-2009 18:58
Harry Potter.... Vojtazzz Kosz 18 08-02-2007 15:45
[NZ] Harry Potter i Moc Miłości Magnus Walter Kosz 7 06-24-2007 15:31


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:29.

Powered by vBulletin® Version 3.7.3
Copyright ©2000 - 2026, Jelsoft Enterprises Ltd.