No więc w tym tygodniu wybrałem się na Harry'ego. Oczekiwania miałem jak zawsze duże, a także obawiałem się, że coś skrócą lub zmienią...
Usiadłszy w wygodnym fotelu w sporej sali kinowej, zacząłem rozmyślać nad tym ile czekałem na ten film. Jakie mam w stosunku do niego oczekiwania i obawy. Po wcześniejszym obejrzeniu zwiastunów, zapowiadała się najlepsza część, ale po trailerze nie chciałem oceniać filmu.
Ale do rzeczy. Po reklamówkach puszczonych na początek, w końcu długie miesiące oczekiwań skupiły się na tej chwili. Początek filmu był świetny. Zniszczenie Millennium Bridge, porwanie Ollivandera, lot Śmierciożerców...Tak, te sceny były świetne, i szczerze mówiąc wywołały we mnie lekkie uczucie strachu. Strachu przed tym, że świat nie jest już bezpieczny. Że Śmierciożercy mogą pojawić się dosłownie wszędzie, że nie można się przed nimi ukryć, że łatwo można zginąć...
W Księciu Półkrwi jest zdecydowanie najwięcej humoru i zabawnych sytuacji. A więc Harry i Ron rozmawiający o dziewczynach

, Slughorn rozmawiający z Harrym i Hermioną w Trzech Miotłach, ignorujący Rona, Ron przytulający się do Slughorna i jego mina gdy był pod wpływem Napoju Miłosnego, Harry dostający po głowie od Hermiony, Harry pod wpływem Felix Felicis i jego "Co!?" do Slughorna...A, no i Ron broniący podczas meczu! Te jego triumfujące miny i ruchy

. Zdecydowanie Ron był najzabawniejszą postacią w filmie.
Kolejna rzecz - romanse. Tutaj krótko - ich ilość na ekranie wcale mi nie przeszkadzała. Długo się zastanawiałem, jak będzie wyglądać scena, w której Harry przytula Ginny po meczu - a tu nic takiego.
Kolejna rzecz - aktorstwo. Tutaj muszę wyróżnić Toma Feltona. Zagrał znakomicie! To nie jest już ten pyskaty, dumny i zarozumiały Ślizgon z poprzednich części. Ten Malfoy jest inny - dramatyczny, mroczny, cichy. Szczególnie wzruszyła mnie scena, w której Malfoy płakał po śmierci Dumbledore'a. Widać było, że to za wiele dla niego.
Oprócz Malfoy'a zachwycił mnie Frank Dillane, czyli szesnastoletni Tom Riddle. Ten jego głos - lekko syczący, z echem... Mimo tego wieku, jego wygląd budził niepokój. Myślę sobie - jak ten młody, ułożony i skromny chłopak mógł stać się okrutnym, bezwzględnym Lordem Voldemortem.
Następna sprawa - muzyka. Świetna, co było zresztą słychać w trailerach. Kompozytor Nicholas Hooper spisał się znakomicie, jego muzyka idealnie pasuje do klimatu "Księcia".
A teraz trochę o wadach. Po seansie miałem lekkie poczucie niedosytu. Żałuję, że zabrakło scen, w których ujrzelibyśmy więcej wspomnien ukazujących przeszłość Voldemorta. Także mało było w filmie o horkruksach. Pamiętam, że w książce Harry i Dumbledore toczyli na ten temat długą dyskusję.
Brakowało mi w niektórych scenach emocji, np. Snape wyjawiający, że jest Księciem Półkrwi ( w książce było to bardziej dramatyczne, Snape krzyczał ), albo śmierć Dumbledore'a. Pamiętam ( chodzi o film ), że zanim Snape rzucił w Dumbledore'a klątwę Avada Kedavra, aż miałem przyspieszone bicie serca z emocji...trudno to opisać.
Żałuję także, że nie pokazali Bitwy o Hogwart.
To by było na tyle. Wiele osób uważa, że ta część jest najmroczniejsza. Nie zgadzam się - Czara Ognia jest mroczniejsza, może dlatego, że nie było tam dużo humoru, jak w szóstej cześci. Żeby wiedzieć, na którym miejscu w moim potterowym rankingu filmów jest "Książe", muszę go jeszcze obejrzeć kilka razy. A na razie wystawiam ocenę - 9+/10.