Wróć   HPN.pl > Fan Zone > Fan Fiction > Kącik Twórczy

Odpowiedz
 
Narzędzia tematu Wygląd
Stary 01-12-2010, 00:39   #41
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział dziewiąty. Propozycja 1/4

Nie dane jej jednak było pójść prosto do dormitorium. Na półpiętrze natknęła się na Dumbledore'a, który najwyraźniej ucieszył się na jej widok. Odniosła nawet wrażenie, że nie znalazł się na jej drodze przypadkiem. To nie wróżyło niczego dobrego.
- Panno Van Tassen, chciałem z panią porozmawiać – zagadnął dyrektor. - Może pani przyjść do mojego gabinetu?
- Oczywiście – odburknęła niezbyt grzecznie.
Dumbledore nie skomentował jej przemoczonego ubrania i zdawał się nie zauważać, że z włosów cieknie jej woda i że cała jest oblepiona zeschłymi liśćmi i rozmokłymi płatkami róż. A na dodatek ma bose stopy a buty trzyma w dłoni. Jednak gdy tylko weszli do gabinetu, dyrektor rzucił spojrzenie w kierunku kominka, na którym momentalnie zapłonął ogień. Lillian przysunęła sobie fotel bliżej kominka, tak że bijące od niego ciepło już po chwili rozkosznie rozgrzało jej ciało. Ubranie zaczęło na niej schnąć w zdumiewająco szybkim tempie.
Dumbledore zaproponował jej cytrynowego dropsa, ale stanowczo odmówiła. Dyrektor wzruszył ramionami. Był przyzwyczajony do odmownych odpowiedzi na poczęstunek dropsami. Sam wrzucił sobie jednego do ust. Przymknął oczy. Na jego twarzy pojawił się wyraz błogości.
- O czym chciał pan ze mną rozmawiać, panie dyrektorze - spytała znudzonym tonem. - Czy chodzi o moje dzisiejsze zachowanie? Bardzo przepraszam. To się więcej nie powtórzy.
Dumbledore machnął ręką lekceważąco, jakby po uczniach nie spodziewał się niczego innego, tylko demolki świątecznego stołu i głupawych odpowiedzi. Usiadł w swoim fotelu i oparł łokcie na biurku, długie palce splatając przed sobą. Lillian zauważyła leżąca obok jego łokcia grubą rolkę pergaminu z dobrze znaną sobie pieczęcią. Rzuciła na nią szybkie spojrzenie a potem przeniosła wzrok na dyrektora. Dumbledore odezwał się do niej łagodnym, ojcowskim tonem.
- Wszystko w porządku, panno Van Tassen? Czy jest może coś, o czym chciałaby mi pani powiedzieć?
Patrzył na nią uważnie, ale Lillian była pewna, że nie zagląda do jej głowy. To nie było w jego stylu.
- Nie. Nie ma niczego takiego - powiedziała zdecydowanym głosem, patrząc prosto w błękitne jak bławatki oczy.
Dumbledore milczał chwilę, a potem odezwał się przyjacielskim tonem.
- Gdy jesteśmy młodzi, często robimy głupie rzeczy, bez zastanowienia i bez rozmyślania o konsekwencjach. I czasami może się zdarzyć, że sami padamy ofiarą zamysłów, których ofiarą miał być ktoś inny. Rozumiesz mnie?
- Nie bardzo - skłamała, w jej głosie wciąż pobrzmiewało znudzenie, ale wewnątrz cała aż się naprężyła w napięciu.
- A ja myślę, że rozumiesz, jesteś inteligentną dziewczyną. Inteligentną i bardzo piękną. Ale o tym wiesz, prawda?
- Do czego pan zmierza, panie dyrektorze? - przerwała mu w końcu ostro. Miała dosyć tych podchodów. Dyrektor, nie dyrektor, nikt nie będzie z nią rozmawiał w ten sposób.
- W porządku - powiedział z dobrotliwym uśmiechem, jakby zupełnie nie zauważał jej aroganckiego tonu. - Oczywiście rozumiem twoją postawę.
Lillian milczała z zaciętą twarzą. Czy on naprawdę wiedział? Jak? Skąd? Lucjusz wspominał, że na Dumbledore'a należy uważać. Nie lubił go, wręcz nie znosił, ale nie był tak głupi, aby go nie doceniać. Dumbledore nie musiał używać legilimencji, aby wiedzieć o różnych osobach różne przydatne rzeczy.
- Jesteś jeszcze bardzo młoda – ciągnął dyrektor, nadal tym samym, dobrotliwym, ojcowskim tonem, który zaczynał ją poważnie drażnić - i to co teraz przeżywasz, wydaje ci się dramatem, ale kiedyś...
- Jakim dramatem? Ja niczego nie przeżywam! - powiedziała agresywnie. Zaraz skarciła się w myślach. Jedyne czego nigdy nie zdołał nauczyć jej Lucjusz, to opanowania i trzymania nerwów na wodzy. Gdy się postarała, wychodziło jej to całkiem nieźle, ale musiała się w tym celu niezwykle skupić. Najczęściej jednak nie potrafiła zapanować nad emocjami.
- Czytałaś może Historię Hogwartu? - spytał niespodziewanie Dumbledore.
Lillian pokręciła przecząco głową. Ta nagła zmiana tematu zaskoczyła ją i zbiła z tropu. Dumbledore był dobrym graczem. I to przeważnie on rozdawał karty.
- No cóż, to nie jest popularna lektura - przyznał profesor - ale jest przydatna, wiele może wyjaśnić. Na przykład to, dlaczego nauczyciele postępują tak, a nie inaczej.
- Postaram się ją w takim razie przeczytać, panie profesorze - odparła bez entuzjazmu, zastanawiając się, o co mu właściwie chodzi.
- Dobrze Lillian, widzę, że nie jesteś w nastroju do przyjacielskiej pogawędki, przejdę więc do sedna – zamilkł na moment po czym oznajmił. - Chciałbym zaproponować ci w przyszłym roku posadę nauczyciela obrony przed czarną magią.
Lillian gapiła się na niego przez chwilę z niezbyt mądrą miną, aż dotarł do niej sens słów.
- Mnie? - upewniła się, a jej usta wygięły się w krzywym uśmieszku. - Osobie, która nie potrafi usiąść na krześle?
- Tak. Profesor Crispin nie chce przedłużyć kontraktu na następny rok. Z tym stanowiskiem jest zawsze kłopot.
Lillian uśmiechnęła się z przekąsem.
- Słyszałam, że ciąży na nim klątwa, od czasu kiedy Voldemort nie dostał tej roboty. Nikt nie uczy dłużej niż rok, bo ta posada przynosi pecha.
- Bzdury - Dumbledore uśmiechnął się ciepło. - Jedna z tych głupich hogwarckich legend, którą się straszy pierwszoroczniaków. Jak ta, że podczas ceremonii przydziału trzeba walczyć z trollem i wypić butelkę Szkiele-Wzro na czas. Ale podoba mi się, że nazywasz Voldemorta jego nazwiskiem.
- A czemu nie? - wzruszyła ramionami z obojętną miną. - To nie jest wynik jakiejś odwagi. Wychowałam się w Holandii i Francji, a tam jego nazwisko nie budzi aż tak wielkiego lęku. To w końcu tylko nazwisko, prawda?
- Słuszna uwaga.
- A za nazwiskiem jest człowiek, a nie żaden demon. Lord Voldemort brzmi nieźle, ale już Tom Riddle kojarzy się z zupełnie przeciętnym typkiem. Wystarczy sobie to uświadomić, a staje się on trochę mniej straszny.
- Tak, Lillian – zgodził się chętnie Dumbledore. - Widzisz? Właśnie takiej osoby potrzebuję na stanowisko nauczyciela obrony przed czarną magią. Kogoś z racjonalnym podejściem.
Nagle Lillian stała się czujna. Coś jej tu nie grało. Czy taki wielki dyrektor jak Dumbledore, naprawdę może mieć tak ogromne trudności ze znalezieniem nauczyciela OPCM-u, jednego z najbardziej prestiżowych przedmiotów jakiego nauczano w szkole, że proponuje posadę uczennicy? I to jakiej uczennicy? Może i była zdolna i bogata a to nigdy nie zaszkodzi, ale uczyła się tylko tego co jej odpowiadało, nie uważała na lekcjach, często odnosiła się do nauczycieli bez należytego respektu. W ciągu półtora roku nauki w Hogwarcie nie wykazała się absolutnie niczym, co sugerowałoby, że mogłaby być dobrym nauczycielem. Wprost przeciwnie. Wielokrotnie udowodniła, że jest osobą nieodpowiedzialną, porywczą i skupioną na sobie.
Jej wzrok ponownie przyciągnęła rolka pergaminu spoczywająca na biurku. Miała ochotę wykonać szybki ruch, porwać ją do ręki, rozwinąć i zapoznać się z treścią dokumentu.
Postanowiła jednak na razie zachować rezerwę i spokój. Milczeć i wysłuchać tego, co dyrektor miał do powiedzenia. Tego, że za propozycją Dumbledore'a kryło się coś więcej, była teraz pewna. Lucjusz zawsze powtarzał, że dyrektor to wielki manipulator. Lillian była ciekawa, jaką grę prowadzi teraz. Z nią. Zauważyła, że od pewnego czasu próbował ją sobie zjednać. Stosował wobec niej zabiegi, które na pewno doskonale działały na innych uczniów. Ale nie na nią, bo z natury była nieufna i podejrzliwa. Wiedziała, że nie ma nic za darmo. Jaka jest więc cena przyjaźni z dyrektorem Hogwartu? Co stary spryciarz chciał osiągnąć? W pierwszym momencie pomyślała, że może ma na nią ochotę. Zawsze było to jej pierwsze, naturalne skojarzenie. Poparte było bowiem sporym doświadczeniem. Szybko jednak odrzuciła to podejrzenie. Przyszło jej nawet do głowy, że stary Dumbel po prostu w ogóle nie interesuje się kobietami.
Nie potrafiła go rozgryźć i zainteresowało ją to na tyle, że nawet zapomniała na moment o tym, jak bezceremonialnie została odrzucona przez Snape'a. A odrzucenie nie było czymś, do czego była przyzwyczajona i nad czym przechodziła do porządku dziennego. I co łatwo wybaczała.
Popatrzyła na dyrektora z uprzejmym, niewinnym zainteresowaniem.
- Pamiętaj - odezwał się Dumbledore, uważnie ją obserwując znad okularów połówek - że wszyscy nauczyciele w tej szkole, zrobią co tylko będą w stanie, aby ci pomóc. Zawsze możesz na nas liczyć.
- Pomóc? Mnie? Niby w czym?
- Młoda, początkująca nauczycielka może sobie nie radzić z niektórymi problemami. Więc jak? Zgadzasz się?
Lillian zastanowiła się. Zostać tu jeszcze jeden rok. Robić to co lubi. Nie być już uczennicą... Nie być już uczennicą! Miała ochotę zawołać „Tak, tak, biorę w ciemno”, ale problem leżał w tym, że propozycja nie budziła jej zaufania. Powiedziała więc ostrożnie.
- Zastanowię się.
- Oczywiście potrzebna jest jeszcze zgoda rady szkolnej, a po owutemach musisz przejść inne, znacznie trudniejsze egzaminy. Reszta nauczycieli też musi poprzeć wniosek dotyczący twojej kandydatury, gdyż do tej pory tylko raz się zdarzyło, aby nauczycielem została osoba tuż po ukończeniu szkoły.
Reszta nauczycieli. Świetnie. Lillian już widziała, jak Snape wyraża zgodę.
- Snape w życiu się nie zgodzi - podzieliła się swoją obawą z Dumbledorem.
- Profesor Snape - podkreślił Dumbledore stanowczo - będzie musiał się zgodzić, jeśli inni to uczynią. Poza tym wierzę, że wykaże się on rozsądkiem.
Owszem, wykaże się. Będzie chciał ją odesłać jak najdalej od siebie. To zdecydowanie byłby jedyny przejaw rozsądku, jakim mógłby się wykazać.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 01-15-2010, 21:17   #42
Biel
Fanatyk, niegroźny
 
Biel na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Nov 2009
Lokalizacja: Stolica
Posty: 224
Domyślnie

No przeczytałam, no i?

No i chcę więcej. Chcę więcej, bo chcę w końcu dowiedzieć się czegoś bardzo zaskakującego. Musiałam przejść przez dużo monotematycznej akcji ostatnio, ale w końcu jest jakiś punkt zawieszenia. Lilian jako nauczycielka. No i tu zaczynają się schody, bo szczerze mówiąc trochę za abstrakcyjny jest dla mnie ten pomysł. Nie mówię, że jest zły, ale niestety wszystkie ficki jakie czytałam o tym, że ktoś po szkole zostaje nauczycielem nie miały wciągającego rozwinięcia.

Być może dla tego opowiadania, to dobrze, jak będę nastawiona negatywnie, to mam szansę na większe zaskoczenie. Ale musisz uważać, żeby ten wątek nie był zbyt słodki, bo ostatnio zauważyłam, że Lilian znów robi się lekką Marry...

Nie mniej jednak chcę się dowiedzieć co za tajemnice są tam poukrywane, bo muszę przyznać że się rozkręca

No i dobrze, że w końcu pojawił się Malfoy i powiedział, że ojciec mu zaginął, to zaognia ten wątek z Lucjuszem, który już stawał się dla mnie męczący. Na szczęście coś zaczyna się dziać w tej kwestii.
__________________
Quidquid latine dictum sit, altum videtur.
Cokolwiek powiesz po łacinie, brzmi mądrze.
Biel jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 01-18-2010, 23:28   #43
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział dziewiąty. Propozycja 2/4

Po wyjściu Lillian, Dumbledore wziął do ręki dokument leżący na biurku, tuż obok niego. Pergamin nosił ślady wielokrotnego czytania. U góry pisma widniała ozdobna pieczęć Beauxbatons. Na pierwszej stronie można było przeczytać: Dla dyrektora Albusa Dumbledore'a, do rąk własnych. Profesor rozwinął rolkę pergaminu i zagłębił się w jego zawartość po raz kolejny, jakby się spodziewał, że tym razem dowie się czegoś nowego.

Uczennica: Lillian Van Tassen.
Wiek w chwili opuszczenia Beauxbatons: 14 lat.
Obywatelstwo: holenderskie, angielskie.
Miejsce zamieszkania: Anglia, nienanoszalne, dane utajnione
Rodzice: oboje nie żyją
ojciec: Caspar Van Tassen
matka: Hester Van Tassen, z domu Stockton.
Status krwi: czysta
Przynależność gatunkowa: w trzech czwartych człowiek, w jednej czwartej wila
Aktualny opiekun: Lucjusz Malfoy
Status majątkowy Lillian Van Tassen: dane utajnione

Nauka, średnia ocen z czterech lat:
Eliksiry, OPCM, Zaklęcia, Zielarstwo – wybitny.
Transmutacja – zadowalający
Numerologia, Mugoloznastwo, runy - okropny
Wróżbiarstwo, astrologia – troll

Wybitne osiągnięcia, nagrody – brak
Aktywność dodatkowa – grała na pozycji ścigającego w Quidditcha (usunięta z drużyny dożywotnio na czwartym roku. Powód: spowodowanie ciężkich obrażeń ciała u kolegi z drużyny przeciwnej. Konieczna hospitalizacja).

Skrócona opinia szkolnego uzdrowiciela psychiki, Desire Loutreuil, na podstawie obserwacji i przeprowadzonych rozmów z nauczycielami i uczniami:

„Do trzeciego roku uczennica zamknięta w sobie, wręcz chorobliwie nieśmiała, obracająca się w małym gronie bliskich kolegów, nie zwracająca na siebie uwagi, niezbyt dobrze czująca się w szkole. Zdolna, ale niezbyt pilna. Zainteresowana jedynie czterema przedmiotami i Quidditchem. Po trzecim roku u uczennicy następuje ogromna i zadziwiająca zmiana w zachowaniu. Dziewczyna staje się arogancka, pewna siebie, wręcz agresywna. Potencjalnie niebezpieczna dla siebie i otoczenia. Mściwa i bezwzględna. Ujawniają się u niej cechy patologicznego kłamcy, mitomanki, manipulatorki. Poważne podejrzenie nimfomanii. Skłonność do niekontrolowanych aktów przemocy. Bierze udział w kilku niedozwolonych pojedynkach. Dwa razy dokonuje ciężkiego pobicia kolegów z piątego i szóstego roku. Oskarżenia nie wniesiono. Sama Van Tassen trzy razy padła ofiarą pobicia. Oskarżenie wniesiono, sprawcy zostali ukarani. Badana robi wrażenie, jakby nie była w stanie racjonalnie ocenić swoich szans w starciu z większymi od siebie przeciwnikami. Podejrzenie skłonności masochistycznych.
Wielokrotnie karana szlabanami. Kary nie odnoszą wobec niej żadnego skutku. Podobnie jak interwencja opiekuna.

Przepisane leki: mikstura wyciszająca, eliksir błogiego spokoju, syrop antydepresyjny.
Po terapii eliksirologicznej i kilkunastu sesjach z uzdrowicielem psychiki zachowanie badanej ulega znacznej poprawie.”

Opinie nauczycieli.
„Zdolna, ale chyba leniwa. Bez ambicji. Robi to co lubi, reszta jej nie interesuje”

„Arogancka, bezczelna. Współczuję szkole która ją przejmuje”

"Zepsuta przez pieniądze. W ogóle zepsuta. Ma zły wpływ na innych. Lubi otaczać się wielbicielami płci obojga"

Dumbledore cicho westchnął, odłożył akta i wziął liścik, który otrzymał w zeszłym roku od Madame Maxime, dyrektorki Beauxbatons.

Drogi Albusie,
Nie ukrywam, że z ulgą oddaję Ci Lillian Van Tassen. Prosisz mnie o szczerą opinię. Wiem, że dane przesłane przez pannę Loutreuil zaniepokoiły cię. Niestety, muszę potwierdzić, że panna Van Tassen bywa agresywna, jednak co ciekawe jej agresja nie jest nakierowana na słabszych, raczej na silniejszyc,h w dodatku wszystko jej jedno czy bije chłopca czy dziewczynę. Potrafi jednak być ujmująca i urocza. Niektórzy z naszych nauczycieli uważają, że to manipulacja. Nie sądzę żeby tak było. Myślę, że ona tak ciężko przechodzi okres dojrzewania. Sesje ze szkolnym uzdrowicielem psychiki odniosły spory sukces, nie powinna ich przerywać. Na twoim miejscu, drogi Albusie, zbadałabym co się dzieje u niej w domu. Poznałam Lucjusza Malfoya i jego żonę i wydali mi się ostatnimi ludźmi, którzy powinni zajmować się kimkolwiek. A już na pewno nie młodą, wrażliwą panienką.
Całuję i ściskam i przypominam, że wciąż jesteś mi winien pokerowy rewanż, ty nieznośny kanciarzu.
Maxime

Dumbledore wziął kolejny liścik, który otrzymał do dyrektorki Beauxbatons, poprawił zsuwające mu się z haczykowatego nosa okulary i zaczął czytać.

Mój drogi Albusie,
Niestety ja, a także wszyscy inni nauczyciele, zobowiązaliśmy się nie udzielać żadnych informacji na temat incydentów, w które zamieszana była panna Van Tassen. Jedyne co mogę Ci powiedzieć, i może na coś Ci się to przyda to to, że gdy leżała w szpitalu, w bardzo ciężkim stanie, została gruntownie zbadana. Uzdrowiciel spraw kobiecych odkrył, że nie tylko od dawna nie jest dziewicą, ale po prostu prowadzi regularne życie seksualne. I to nie tylko, jakby Ci to delikatnie powiedzieć, w naturalny sposób. Ta dziewczyna najwyraźniej próbowała różnych rzeczy. Muszę Ci przyznać, że byłam zszokowana. Wprawdzie młodzież bywa mało pruderyjna a ja jestem w stanie wiele zrozumieć, ale czternastoletnia dziewczyna to jeszcze dziecko.
Całuję Cię, ściskam i oczekuję pod koniec sierpnia,
Maxime

Dumbledore zamyślił się.
- I co wy na to? - rzucił w przestrzeń.
- To się nie może udać – odezwał się były dyrektor Dippet, lekko trzęsącym się głosem. - Te akta mówią same za siebie. Za późno przyjechała do Hogwartu. Jest zepsuta i nie uda ci się nad nią zapanować.
- Według mnie szlaban i dużo ruchu na świeżym powietrzu, to lekarstwo na wszystko – odezwała się dziarsko Mildred, głosem nie znoszącym sprzeciwu.
- Daj jej tę posadę, daj, Albusie – zachichotał niespodziewanie Phinneas Nigellus. - pomorduje was wszystkich w łóżkach.

Lillian wyjęła ze swojego kufra srebrną kulkę i usiadła na łóżku. Nie miała czasu szukać bezpieczniejszego miejsca niż dormitorium. Położyła kulkę na otwartej dłoni i wlepiła w nią skupiony wzrok.
- Możesz rozmawiać? - spytała.
- Mogę – odpowiedział po chwili Lucjusz. - O co chodzi?
- O dokumenty dotyczące moich spraw z Beauxbatons. Chcę żeby zniknęły.
- W takim razie, uważaj sprawę za załatwioną. Co, stary zaczął grzebać?
- Tak.
- Czyli wkrótce i tak się dowie, że nie jesteś takim aniołkiem na jakiego wyglądasz. Co cię to obchodzi?
- Obchodzi i już. Załatwisz to?
- Jak powiedziałem, że załatwię, to załatwię, złośnico.
- Co chcesz w zamian?
- Zawsze musi być coś w zamian?
- Z tobą? Zawsze. Poza tym nie lubię mieć długów.
Po chwili milczenia Lucjusz powiedział.
- W takim razie połóż się. Będą ci potrzebne obie ręce.
Lillian wyciągnęła się na łóżku. Spuściła bordowe zasłony baldachimu. Kulkę położyła sobie na brzuchu. Jej wzrok spoczął na sklepieniu baldachimu. Wyglądał jak rozgwieżdżone niebo. Usłyszała głos Lucjusza. Tak wyraźnie jakby leżał obok niej:
- A teraz słuchaj uważnie i rób dokładnie co ci karzę.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 01-18-2010, 23:30   #44
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział dziewiąty. Propozycja 3/4

- Jednego nie rozumiem - odezwał się Ron, gdy wspomnienie rozmyło się.
- Tylko jednego? - spytał Snape ironicznie.
Ron rzucił mu niechętne spojrzenie, po czym kontynuował.
- Jednego nie rozumiem. Czy ona, ta superlaska, zakochała się w Snape'ie?
- Dla ciebie Weasley jestem wciąż profesorem Snape'em, nie pamiętam abyśmy przechodzili na "ty".
- Ron, błagam cię nie kompromituj się ostatecznie. Tyle wyciągnąłeś z tego co zobaczyliśmy? - odezwała się Hermiona przewracając oczami.
- No bo to jest jakiś absurd. Mam uwierzyć, że...
- Wystarczy, Ron - zgasiła go Hermiona.
Harry'emu też ciężko było uwierzyć w uczucie, którym Lillian najwyraźniej zapałała do Snape'a. Pomyślał jednak, że serce ludzkie to niezbadany organ. On sam w życiu by nie pomyślał, że mógłby zainteresować się Luną. Luną, która wkładała do uszu pęczki rzodkiewek i nosiła naszyjniki z kapsli. A teraz, gdy zrozumiał, że nie tylko jemu jednemu się ona podoba, poczuł ukłucie zazdrości. Przez głowę przemknęła mu niezbyt ładna myśl. Przecież, jak by nie było, to on był wybrańcem, to on uwolnił ludzkość od Voldemorta, to on cierpiał za nich wszystkich a nie jakiś tam Neville. Czuł, że sytuacja się powtarza. Przecież między nim i Hermioną było kiedyś ogromne porozumienie i głęboka więź a jednak ona wybrała zupełnie przeciętnego Rona.
Tak, Harry był w stanie zrozumieć, dlaczego Lillian mogła zakochać się w Snape’ie. W dodatku była tak długo molestowana przez Malfoya, że złe traktowanie nie było dla niej niczym nietypowym. A może Malfoy skrzywdził ją tak bardzo, że wszystko jej się w głowie poprzestawiało.
W tym momencie jednak inna kwestia wydała mu się bardziej istotna.
- Dlaczego zaproponował jej pan to stanowisko? I co się wydarzyło w Beauxbatons? - spytał.
Dumbledore już otwierał usta. Wyraz jego twarzy był Harry'emu doskonale znany.
- Tak – odpowiedział sam sobie Harry. - Mam nie pytać. Uzbroić się w cierpliwość. Obserwować i wyciągać wnioski. Wszystko w swoim czasie. Jasne.

- Dlaczego w kółko mnie uciszasz? - zapytał Ron Hermionę z wyrzutem, gdy zmierzali w kierunku salonu. - I ciągle bronisz Snape'a!
- Wcale go nie bronię!
- Na Merlina, Hermiono, kochanie, nie pamiętasz już, jak on cię traktował w szkole? Myślał o tobie jak wszyscy ze Slytherinu, że jesteś, no sama wiesz kim...
- Bzdura.
- A widzisz, bronisz go - Ron wycelował oskarżycielski palec w Hermionę, a potem zrobił dziwną minę i powiedział. - A może ty też, jak ta nieszczęsna lalunia podkochiwałaś się w Snape'ie, gdy chodziliśmy do szkoły. Przyznaj się Hermiono, przecież wiesz, że ci wybaczę.
Hermiona rzuciła Ronowi spojrzenie tak ciężkie, że powinno wgnieść go w podłogę, ale spłynęło po nim jak woda po kaczce. Harry zaczął rechotać.
- Ron, to co wygadujesz jest wyjątkowo głupie, nawet jak na ciebie.
Nacisnął klamkę i weszli do salonu. Cztery pary oczu spojrzały na nich. W pokoju była Lilly, Scorpius i Luna a przy kominku stał ktoś jeszcze.
- Malfoy - powiedział Harry, a zabrzmiało to jak oskarżenie.
Dracon Malfoy odsunął się od kominka, o który się opierał i ruszył w kierunku Harry'ego. Miał na sobie szczelnie zapięty, czarny płaszcz a w ręku laskę, podobną do tej, z którą nie rozstawał się jego ojciec. Białe, lekko teraz przerzedzone, włosy miał krótko ścięte. Rysy jego twarzy z wiekiem nabrały jeszcze większej ostrości. A oczy jeszcze bardziej wypłowiały.
- Potter - wypluł z siebie Malfoy. - I Weasley, oczywiście. Jakże by inaczej. - Potem jego głos złagodniał. - Witaj Hermiono.
Hermiona podeszła do Dracona.
- Cześć, Draco.
Malfoy położył jej dłonie na ramionach i pocałował lekko w policzek.
- Dracon jest obecnie jednym z naszych najhojniejszych ofiarodawców - wyjaśniła szybko Hermiona zaskoczonemu Harry'emu, który gapił się na tę scenę z niedowierzaniem. - Jest w zarządzie szkoły.
- Doprawdy, Malfoy? - spytał Harry. - Sponsorujesz tę głupią szkołę pełną szlam i mieszańców? Zostałeś nagle miłośnikiem mugolaków i odmieńców?
- Tato! - wykrzyknęła Lilly.
- Nie, Harry, Malfoy został wielbicielem Hermiony! - powiedział Ron zgryźliwie.
- Ron, przestań! - warknęła Hermiona.
- Mroczny Znak już nie dokucza? - spytał Harry z pogardą.
- Chcesz wymazać winy? - kontynuował Ron. - Myślisz, że się wykupisz za galeony?
- Tato, wujku, na miłość boską! - wykrzyknęła Lilly.
- Przestańcie! - ponownie zażądała Hermiona.
Harry i Ron mierzyli się spojrzeniami z Draconem. Hermiona stała między nimi, obserwując ich w napięciu. Lilly poderwała się z fotela. Scorpius nie ruszył się z miejsca, tylko siedział z ponurą miną i wzrokiem wbitym w ziemię a Luna przyglądała się wszystkiemu z uśmiechem na twarzy. Najwyraźniej to niespodziewane spotkanie po latach wydawało jej się dosyć przyjemnym wydarzeniem.
Malfoy odpuścił pierwszy. Poruszył się, przerwał kontakt wzrokowy i zrobił parę kroków w kierunku kominka, rozpinając płaszcz.
- Myślicie, że przyjechałem tu z przyjemnością? - rzucił płaszcz na oparcie kanapy, pod spodem miał czarną koszulę i czarne spodnie. Na srebrnej klamrze paska widniał wąż. Ogólnie prezentował się podobnie jak jego ojciec. - Przyjechałem, żeby z tobą pogadać Potter, zapewne twoja przyjaciółeczka - tu spojrzał na Rona - papużka nierozłączka, też zechce posłuchać.
- Czego chcesz, Malfoy?
- Scorpius przekazał ci moją wiadomość?
- Tak, ale nie wiem o co ci chodzi.
Dracon rzucił znaczące spojrzenie na trzy osoby zebrane przy kominku.
- Lilly, wyjdź - powiedział Harry a widząc jej minę szybko dodał. - Proszę, kochanie, wyjdź.
- Ty też, Scorpius - rozkazał Dracon synowi.
- Więc ja pewnie też - powiedziała wesoło Luna.
- Strasznie cię przepraszam, Luno - mruknął Harry.
- Nic nie szkodzi i tak mieliśmy z Nevillem przesadzać Bulwiaka Rumuńskiego.
Luna wyszła lekkim, tanecznym krokiem. O wiele trudniej było się pozbyć młodszego pokolenia. W końcu poddali się i też opuścili pokój, ogromnie obrażeni.
Hermiona najwyraźniej obawiając się, że nikt inny się nie pokwapi, szybko sporządziła drinki i podała wszystkim. Harry i Ron usiedli jak najdalej od Malfoya.
- Więc – rzucił niezbyt zachęcająco Harry.
- Chodzi o mojego ojca. Zniknął.
- Strasznie mi przykro, to był naprawdę świetny facet – powiedział Harry z ironią w głosie.
- Harry, to nie jest wina Dracona, że ma takiego ojca – powiedziała lekko zniecierpliwionym głosem Hermiona.
- Przejrzyj na oczy Hermiono – odezwał się Ron. - On jest dokładnie taki sam, jak jego stary. Śmierciożerca!
- Popełniłem błąd. Ludzie popełniają błędy – odparł spokojnie Malfoy.
- Błąd? Wiesz co Malfoy, oszczędź nam tego – Ron zaśmiał się pogardliwie.
Dracon wstał szybko.
- Myślałem, że się zmieniliście, ale jesteście tak samo nadęci i pustogłowi jak byliście, Głupotterze i Królu Wieprzleju!
- Draco! - krzyknęła Hermiona. - Nie pozwolę obrażać mojego męża, ani Harry'ego! Są granice mojej tolerancji.
- Przepraszam Hermiono, ale niech oni też wyjdą na przeciw.
- Ale to ty chcesz od nas czegoś, Malfoy – warknął Ron.
- Od ciebie nic nie chcę Weasley. Chce porozmawiać z Potterem, ale ty jak widać jesteś do niego przylepiony zaklęciem trwałego przylepca. Ciebie się dostaje w pakiecie z Potterem, czy ktoś chce czy nie. Dalej sobie grzejesz stare kości w blasku Wybrańca?
- Wynoś się, Malfoy – wycedził Ron.
- Tak, chyba tak zrobię – odparł Malfoy wstając.
- Nie – powiedziała Hermiona i złapała Dracona za ramię. - Zostań Draco.
Malfoy przez moment chciał się jej wyrwać, ale potem wziął głęboki oddech i usiadł z powrotem, przenosząc pogardliwe spojrzenie z Rona na Harry'ego. Hermiona też usiadła i odezwała się poważnym głosem.
- Słuchajcie. Gdyby Dumbledore się dowiedział, że nie uzyskaliście ważnych informacji, bo zbyt byliście zajęci głupimi waśniami sprzed stu lat, to chyba pożałowałby, że zwrócił się do was. Na Merlina, zachowujecie się jak dzieci. Wszyscy trzej.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 01-18-2010, 23:31   #45
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział dziewiąty. Propozycja 4/4

Harry i Ron spojrzeli na siebie. Harry lekko skinął głową i zwrócił się do Dracona prawie uprzejmie.
- Więc o co chodzi z tym twoim ojcem?
- Zdarzało się, że znikał. Dosyć często zresztą. Ma różne swoje sprawy, o których nie musicie wiedzieć...
- Mogę się założyć, że wiem co to za sprawy – mruknął Ron
Malfoy rzucił mu szybkie spojrzenie, ale kontynuował bez zająknięcia.
- Tym razem jest inaczej. Czuję to. Minął już ponad tydzień. Nie zabrał żadnych rzeczy.
- Ja nie mogę Malfoy – przerwał mu Ron. - Czy ty chcesz, żebyśmy pomogli ci szukać twojego starego? Czy ty masz nadzieję, że Harry zmobilizuje oddział aurorów, żeby szukali twojego plugawego ojczulka.
- To mój ojciec – powiedział Dracon ostro. - I żaden Weasley nie będzie mówił o nim w nieodpowiedni sposób.
- Wzruszające – parsknął z pogardą Harry. - Jesteś naprawdę wzruszający, Malfoy, jak mały chłopiec, który wierzy, że tatuś jest najwspanialszą osobą na świecie.
- Pamiętasz Lillian Van Tassen? - spytał nagle Ron.
- Ron – zagrzmiała Hermiona. - Nie wolno nam. Ani słowa.
- Hermiono ja mu chcę tylko zadać pytanie. Pamiętasz tę dziewczynę?
- Tak – odparł Malfoy zdziwiony. - Chociaż słabo. Byłem dzieckiem. Pamiętam, że była bardzo ładna. Nie lubiła mnie chyba. Mój ojciec był jej opiekunem, czy coś takiego, bo jako dziecko straciła rodziców. Była bardzo bogata. A potem nagle znikła, już do nas nie przyjeżdżała. Chyba umarła. Tak, na pewno. Ona była właścicielką Van Tassen inc. Mój ojciec był jednym z udziałowców a teraz firma jest w rękach osoby, która bardzo strzeże swojej prywatności. Nikt jej nigdy nie widział. Powoli wykupuje udziały od wszystkich członków zarządu. Mój ojciec ma swoje jeszcze, ale pewnie niedługo je sprzeda, jeśli..., jeśli w ogóle wróci... Dlaczego o nią pytacie?
- Jak twoi rodzice się do niej odnosili? - spytał Harry, czując, że to co mówi Malfoy jest w jakimś sensie kluczowe.
- Myślisz, że pamiętam! Matka jej chyba nie lubiła a ojciec... - Malfoy zamilkł nagle, jakby coś sobie przypomniał, zmarszczył brwi i wlepił spojrzenie w wytarty dywan.
- Co się stało Draco? - spytała Hermiona.
- Nic, nic – odparł szybko.
- Jak umarła? - Harry nie mógł powstrzymać pytania, w kwestii która gnębiła go od samego początku.
- Nie wiem.
Zapadła cisza.
- Czemu o nią pytacie?
- Nieważne – odparł Harry mierząc go uważnym spojrzeniem. Malfoy ewidentnie coś sobie przypomniał i nie chciał się tym dzielić. - Powróćmy do twojego ojca.
- Jakiś czas po tym jak Sami Wiecie Kto został pokonany...
- Przez nas – wtrącił Ron.
- ...Przez Pottera, Weasley. Nie przypisuj sobie cudzych zasług. Niedługo po tym McGonagall wezwała mnie do siebie. Powiedziała, że Dumbledore chce mnie widzieć. Rozmawiałem z portretem Dumbledore'a i Snape'a. Dyrektor ostrzegł mnie, że może nastać taki dzień, kiedy mój ojciec zacznie się dziwnie zachowywać. Zacznie się bać. Zacznie rzucać najcięższe zaklęcia ochronne na nasz dwór, a potem możliwe że zniknie. Dumbledore poprosił mnie, abym od razu ci powiedział, jeśli zauważę zmianę w zachowaniu ojca. Bo będzie to oznaczać, że ojciec znalazł się w wielkim niebezpieczeństwie. Śmiertelnym. I nie tylko on. My wszyscy. Cały świat czarodziejów.
Harry zagapił się na Malfoya nic nie rozumiejąc.
- Ale ja nie mam pojęcia co zrobić z tą informacją.
- Jeszcze – powiedziała Hermiona zdecydowanym głosem. Jej oczy rozbłysły. Znowu była tą dawną Hermioną, rządną przygód, gotową naginać reguły i łamać przepisy - Jeszcze nie wiesz, ale niedługo się dowiesz. Myślę, że ma to wiele wspólnego z historią, którą pokazuje nam Dumbledore.
- Jaką historią? - zaciekawił się Dracon.
- Nie twoja sprawa Malfoy! - warknął Ron.

- Tu będzie idealnie – odezwała się kobieta i spojrzała na Lucjusza swoimi jarzącymi się, zielonymi oczami.
Stali przed ceglanym, szeregowym domkiem. Jednym z wielu, na zupełnie typowej, niczym nie wyróżniającej się uliczce, w małym, nieciekawym miasteczku.
- To dom mugoli – powiedział Lucjusz ze zdziwieniem i wykrzywił usta z odrazą. Nie wiedział po co właściwie się odzywa. Skoro ona zadecydowała, że zatrzymają się właśnie tu, to tak będzie.
- I co z tego? – kobieta uśmiechnęła się zimno i pchnęła bramkę. Bramka zaskrzypiała jękliwie. Weszła do skromnego zadbanego ogródka z równiutko przycięta trawą i ruszyła żwirowaną ścieżką w kierunku drzwi wejściowych. Spojrzała na dziecięcy, trójkołowy rowerek stojący na ścieżce. Rowerek spopielił się w ciągu kilku sekund.
- Zapukamy, Lucjuszu? - spytała kobieta odwracając głowę od drzwi i patrząc na niego z uśmieszkiem, od którego włosy zjeżyły mu się na karku. - Tak będzie grzecznie.
Zapukała trzy razy swoją chudą, kościstą pięścią. Dźwięk odbił się echem, zupełnie jakby zapukała do krypty. Chwilę później drzwi otworzyły się szeroko i ukazała się w nich postać niewielkiego, łysiejącego, uśmiechniętego facecika w okularach i przydeptanych kraciastych kapciach. Uśmiech zamarł na jego twarzy. Para stojąca naprzeciwko niego musiała wydać się mu dziwna. Blada, nienaturalnie chuda kobieta o hipnotyzująco zielonych oczach i włosach czarnych jak smoła, sięgających pasa, odziana w zwiewną czerń oraz mężczyzna o długich włosach tak jasnych, że prawie białych, również ubrany na czarno, w długi płaszcz, który łopotał na wietrze na pewno nie przypominali nikogo, kogo znał ten zupełnie przeciętny mugol w średnim wieku.
- Słucham państwa – spytał uprzejmie, zdobywając się na niepewny uśmiech.
- Lucjuszu, załatw to – powiedziała kobieta obojętnie.
Malfoy szybkim ruchem wyjął różdżkę.
- Imperio – powiedział celując w mężczyznę. Wzrok właściciela domku stał się szklany i pusty.
- Imperio? - spytała kobieta. - Co się z tobą dzieje, przyjacielu?
Spojrzała z pogardą na patrzącego przed siebie bezmyślnie mężczyznę i powiedziała.
- Kochany, ten łup jest marny, ale dawno nie ucztowałeś.
Z jej włosów wysunął się wąż. Zsunął się po niej i zaczął wpełzać na otumanionego mężczyznę.
- Tato, kto... - zza mężczyzny wyszła młoda dziewczyna. Była drobna i ciemnowłosa i mogła mieć najwyżej szesnaście lat. Podobnie jak jej ojciec nosiła okulary.
- Imperio! – krzyknął ponownie Malfoy. - Do środka oboje.
- Wydajesz rozkazy, Lucjuszu? - spytała kobieta z zainteresowaniem.
- Ktoś nas może zauważyć – powiedział szybko Lucjusz.
Kobieta nie mówiąc nic więcej weszła do domku za mężczyzną i jego córką. Lucjusz zauważył, że dziewczyna nosi ortopedyczne obuwie i lekko utyka. Skrzywił się z obrzydzeniem. I nagle poczuł się zirytowany. I zmęczony. To trwało zbyt długo. Przeszli do urządzonego bez gustu salonu, przeładowanego tanimi meblami i bibelotami. Lucjusz wycelował różdżkę w okno i drzwi prowadzące do ogrodu na tyłach domu. Rolety opadły. W pokoju zapanował półmrok. Lucjusz zapalił stojącą w rogu lampę zwieńczoną paskudnym różowym abażurem. Lampa pomimo swej brzydoty, dawała przyjemne przytłumione światło.
- Proszę bardzo. Baw się, przyjacielu, jeśli masz na to ochotę – odezwała się kobieta siadając w fotelu obitym kwiecistą tkaniną. Zabębniła trupimi palcami o wytarty perkal podłokietnika. - Spędzimy tu noc, może dwie.
- Jest tu ktoś jeszcze? – spytał Lucjusz mężczyznę.
- Nie.
- Czy ktoś może przyjść?
- Nie. Moja żona i młodsza córka wyjechały.
- Sąsiedzi?
- Dom z prawej strony jest pusty a z lewej mieszka staruszka, która nie wychodzi. Dziś nikt nie powinien tu przyjść.
- Siądźcie na tych krzesłach – rozkazał Lucjusz. Mężczyzna i jego córka posłusznie uczynili co im kazał. Z różdżki Lucjusza wystrzeliły sznury, które ciasno przywiązały mieszkańców domku do krzeseł. Nie zrobiło to na nich żadnego wrażenia.
Kobieta zaczęła wolno bić brawo. Lucjusz miał wrażenie, że gdy jedna jej dłoń uderza o drugą, słychać klekot kości.
- Wspaniale, Lucjuszu, wspaniale. Szybciej i mniej kłopotliwie byłoby ich po prostu zabić, ale nie będę małostkowa. Patrzysz na tę małą? Jest w twoim guście? Nie za stara aby? Lubisz takie powykrzywiane kulasy? - kobieta zaśmiała się wysokim, strasznym śmiechem. - Pewnie chcesz poczekać aż odzyska świadomość, bo inaczej nie będzie zabawy. To tak jakbyś zażywał przyjemności z lalką. A to chyba nie bardzo w stylu Malfoya? Rób co ci się podoba, ale potem zostaw ich jemu.
Wskazała węża, który wpełzł na fotel, uniósł lekko paskudny łeb i sprawiał wrażenie, jakby słuchał wymiany zdań. Potem zwinął się w kłębek niczym ohydna parodia domowego zwierzątka.
- Złe odczytanie przepowiedni nie było twoim jedynym błędem – powiedziała surowo kobieta, obserwując jak Lucjusz sztywnieje ze strachu.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 01-26-2010, 18:00   #46
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział dziesiąty. Dwór Malfoya 1/5

Rozdział dziesiąty
Dwór Malfoya

- Malfoy zgodził się zostać – oznajmił Harry następnego ranka, gdy zgromadzili się w gabinecie Hermiony.
- Nie wiem dlaczego mamy się przejmować tym, że coś się stało jego parszywemu ojcu – burknął Ron. Od rana był w paskudnym humorze. Malfoy siedział obok Hermiony na śniadaniu i dyskutowali o sprawach szkoły jak starzy przyjaciele.
Draco rozprawiał na temat przebudowy boiska do Quidditcha tym swoim znudzonym, zmanierowanym tonem, a Ron miał ochotę wstać i utopić jego głowę w misce z owsianką.
- Cierpliwości, panie Weasley – powiedziała dziarsko McGonagall.
- Cierpliwość nigdy nie należała do zalet Weasley'a – wtrącił Snape, a po chwili teatralnego zastanowienia dodał. - Tak na moje oko, to jest on zupełnie zalet pozbawiony.
- Ciesz się, że jesteś martwy – wycedził Ron patrząc na portret Snape'a spode łba, ten jednak tylko się skrzywił z wyższością.
Hermiona wlała do misy kolejną porcję wspomnień i kilka kropel interpretatora.
- Nie przesadź z tym twoim interpretatorem – odezwał się zrzędliwie Ron. - Jak wlewasz go za dużo, to włącza mu się funkcja poetyckiego smęcenia. Jak tak ględzi i ględzi to mam ochotę hrrrr...
Głowa Ron'a opadła na ramię Harry'ego. Harry parsknął śmiechem, ale się uspokoił gdy zobaczył minę Hermiony.
- To są niuanse i refleksje, Ron, i są one bardzo potrzebne – obruszyła się Hermiona. - Dobra, gotowe, podejdźcie tu.

Gdy następnego dnia Lillian zeszła na śniadanie, z niezadowoleniem skonstatowała, że w Wielkiej Sali wciąż jest tylko jeden, wspólny stół. Siedziały przy nim siostry Harrington spoglądając z pogardą na Hagrida, który wpychał palcami do ust wędzone śledzie, zagryzając plastrami smażonego bekonu, unurzanego w majonezie. Poza nimi przy stole siedziała jedynie profesor McGonagall i profesor Crispin. Lillian przyszło do głowy, że po jej wyskoku poprzedniego wieczoru Snape będzie jej unikał. Ale gdy tylko usiadła i pomyślała, że może w końcu uda jej się coś zjeść, drzwi otworzyły się. Snape wszedł do sali a czarna peleryna powiewała za nim, znowu nasuwając skojarzenie ze skrzydłami wielkiego ptaka. Usiadł przy stole mruknąwszy pod nosem jakieś powitanie. Na Lillian nie patrzył w ogóle. Nalał sobie kawy i zaczął cicho rozmawiać z profesorem Crispinem. McGonagall tymczasem zagłębiła się w lekturze „Proroka Codziennego”; łyżeczka w jej filiżance z harbatą zabieloną kropla mleka kręciła się jednostajnie.
W pewnym momencie do sali wleciał dorodny, jasno upierzony puchacz i wylądował przy nakryciu Lillian. Od razu go rozpoznała. Należał do rodziny Malfoyów. Odwiązała list przyczepiony do nóżki ptaka i otworzyła go.
- Wujaszek pisze? - zainteresowała się Drusilla. - Pewnie nie może się ciebie doczekać.
Lillian spojrzała na nią, a wtedy Drusilla powiedziała tak, żeby tylko Lillian ją usłyszała.
- Wujek baaaardzo cię kocha, co? Co lubi najbardziej? Powiedz, szmato!
- Ty mi powiedz – odparła szeptem Lillian. - Strasznie jesteś na niego napalona. Cały czas o nim gadasz. Jak ci tak zależy, to mogę cię z nim umówić - obrzuciła ją krytycznym spojrzeniem. - Wybredny nie jest.
Powróciła do listu.

Najdroższa Lillian
Powóz przyjedzie po Ciebie po południu, dwudziestego dziewiątego grudnia. Profesor Snape pojedzie z Tobą, bo nie chcemy z Narcyzą, abyś podróżowała sama.
Wujek Lucjusz

Dopiero teraz Lillian zauważyła, że Puchacz ma przypięty do nóżki jeszcze jeden list. Przeleciał przez stół i wylądował przed Snape'em. Snape spojrzał na ptaka, jakby pierwszy raz w życiu widział sowę. Lillian pomyślała, że pewnie nieczęsto dostaje listy. Obserwowała jak odczepia list a następnie go czyta. Jego twarz była jak zwykle bez wyrazu, ale podniósł wzrok i spojrzał na nią. Trwało to może trzy sekundy, potem powrócił do śniadania. Kątem oka Lillian zobaczyła, że Drusilla aż wychodzi z siebie, żeby się dowiedzieć, co było w listach i dlaczego dostali je oboje. Lillian też była ciekawa, co Lucjusz napisał do Snape'a.
Po śniadaniu przyszło jej coś do głowy. I tak swoim wczorajszym zachowaniem przekreśliła ostatnią szansę na to, by Snape zobaczył w niej w końcu kobietę. Normalną kobietę, a nie niezrównoważoną psychicznie histeryczkę, która traci nad sobą kontrolę i wywrzaskuje, co jej tylko przyjdzie do głowy. Nie miała nic do stracenia. Gorzej być już przecież między nimi nie mogło.
Zaczaiła się więc na Snape'a przy schodach do lochów i czekała, aż będzie wracał z Wielkiej Sali. W końcu go zobaczyła, a gdy ją minął, ruszyła za nim. Po chwili zorientował się, że nie jest w korytarzu sam. Odwrócił się szybko, sięgając po różdżkę. Zobaczył Lillian i opuścił dłoń.
- Czego chcesz, Van Tassen?
- Chciałam porozmawiać. Mogę?
W korytarzu pojawiła się Drusilla. Spojrzała na nich uważnie. Snape otworzył drzwi lochu i szybkim ruchem głowy wskazał Lillian, żeby weszła. Lillian nie mogła się powstrzymać i wchodząc rzuciła Drusilli znaczące spojrzenie. Pokazała na Snape'a i przejechała sobie różdżką po gardle.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 01-26-2010, 18:01   #47
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział dziesiąty. Dwór Malfoya 2/5

Weszła do lochu. Snape stał pośrodku i patrzył na nią z niechęcią.
- Od razu mówię, że nie będę wrzeszczeć – zaczęła szybko, nie dopuszczając go do głosu. - Przyszłam, ponieważ chciałabym, żeby mi pan pomógł.
- Pomógł, tobie? Niby czemu?
- Nie spyta pan w czym?
- Nie, bo cokolwiek to jest, nie mam zamiaru ci pomagać, Van Tassen – nagle jakby coś przyszło mu do głowy. - Nie licz na to, że pozwolę, abyś uczyła tu OPCM-u.
- Więc pan wie...
- Dumbledore poinformował nas dziś rano o tym absurdalnym pomyśle. Nikt nie pośle dzieci do szkoły, gdzie najważniejszego przedmiotu uczy rozhisteryzowana gówniara.
- To się okaże. Ale nie o tym chciałam mówić. Wiem, że pan dostał list od Lucjusza Malfoya, panie profesorze – powiedziała bardzo grzecznie i z szacunkiem. - Ma mnie pan zabrać do jego dworu.
- Tak. Niestety - skrzywił się Snape. - I niestety Dumbledore uzna to na pewno za doskonały pomysł.
- Niech pan coś wymyśli, żebym nie musiała tam jechać. Niech mi pan da szlaban, albo jakąś miksturę do wypicia, taką, która rozłoży mnie na tydzień. Oczywiście sama mogłabym taką sporządzić, ale składniki tego typu wywarów są na liście rzeczy, których uczniom nie wolno posiadać...
- Co?!
Lillian nie czekając na zaproszenie usiadła w wytartym, skórzanym fotelu i wlepiła w niego pełne napięcia spojrzenie.
- Bardzo pana proszę. Nie chcę... nie mogę tam jechać.
- Van Tassen, czy ty sobie zdajesz sprawę, o czym ty do mnie mówisz?
- Nie mogę tam jechać – uderzyła pięścią w podłokietnik. - Nie zniosę tego więcej. W czerwcu kończę siedemnaście lat. Malfoy nie będzie już miał nade mną władzy. Ale teraz...
- To świetnie, naprawdę doskonale. Więc ciesz się tą perspektywą, jak już tam pojedziesz.
- Nie chcę tam jechać! - krzyknęła. - Nie pozwól mu na to! Nie jesteś zły! Znasz go pewnie równie dobrze jak ja. Jesteś jedyną osobą, która go tak zna!
- Zmień swój ton, Van Tassen. A najlepiej wyjdź. Natychmiast.
Chwycił ją za ramię i podniósł z fotela.
- Wyjdź!
Poprowadził ją w kierunku drzwi.
- Nie! - zaczęła się szarpać. - Nie!
Chwyciła go za szatę na piersiach zaciskając dłonie tak mocno, że nie mógł ich oderwać.
- Zrobię wszystko, wszystko, wszystko co zechcesz, tylko mi pomóż – Wbiła w niego pałające spojrzenie. To spojrzenie nawet nie kryło obietnicy. Ta obietnica była całkiem na wierzchu, łatwa do odczytania. Jej twarz się zmieniła. Oczy jaśniały, co rusz zmieniając barwę, jakby przesuwały się po nich promienie słońca. Usta były rozchylone, błyszczące, wilgotne. Mógł sobie być bez serca i chować się w skorupie obojętności, którą dopracował do perfekcji, ale ona doskonale znała swoje atuty. Przylgnęła do niego całym ciałem i odniosła wrażenie, że chyba jednak go to odrobinę ruszyło. Czuła jak szybko bije mu serce. Rozluźnił nieco uścisk dłoni na jej ramionach. Już nie próbował jej odpychać. Jej dłonie zaczęły pełznąć ku jego szyi. Patrzył na nią z góry i wydawało jej się, że na moment na jego twarzy pojawił się wyraz przerażenia, a potem nagle odepchnął ją z całej siły. Uderzyła plecami o drzwi i osunęła się na kamienną posadzkę.
- Zrób tak jeszcze raz, Van Tassen – wycedził przez zaciśnięte zęby. - A zamienię twoje życie w takie piekło, że mieszkanie w dworze Malfoya wyda ci się nader miłą perspektywą.
Lillian wolno uniosła głowę. Słońce w jej oczach zgasło, jakby ktoś wyłączył światło. Jej spojrzenie było teraz ciemne i matowe.
- Musiałby się pan bardzo postarać – Powiedziała zimno, wstając i otrzepując się z kurzu.
- Dwudziestego dziewiątego jedziesz do Malfoyów. I nie próbuj interweniować u Dumbledore'a. Może się wydawać uroczym dziaduniem, ale nie jest głupcem. Malfoy jest twoim opiekunem. To wiążący układ. A teraz wynoś się. Natychmiast.
Lillian rzuciła mu pogardliwe spojrzenie i wyszła. Szła do dormitorium jak pod wpływem otumaniającego zaklęcia. Wszystko było nie tak. Cała sytuacja była nielogiczna. To ona była szkolną pięknością, arystokratką, milionerką. Na Merlina, była cudownym dzieckiem. A on? Kimże on był? Nieatrakcyjnym nauczycielem, ubranym jak pracownik zakładu pogrzebowego. Zarabiającym grosze półkrwi przybłędą. To on powinien jej pożądać. Nie na odwrót. Co z nią było nie tak? Potraktował ją gorzej niż Malfoy traktuje skrzaty domowe, ale to nic nie zmieniło. Przeciwnie, poczuła, że pragnie go tak bardzo, że to aż boli. Ale dlaczego on jej nie chce? Czy mogła wyrazić bardziej wprost, co jest gotowa zrobić? A on ją odrzucił. To było nielogiczne.
Lillian przystanęła. Nie miała bujnej wyobraźni. Nie była marzycielką. Miała uporządkowany umysł naukowca. Jeśli wszystko wskazywało na to, że sytuacja jest nielogiczna, wręcz niemożliwa, to znaczy, że tak właśnie było. Czyli: primo: Snape pożąda jej, ale jest człowiekiem prawym i nie tknie nieletniej uczennicy, sekundo: nie pożąda jej, bo kobiety w ogóle go nie interesują, tertio: pożąda, ale odtrąca ją z jakichś innych powodów.
Instynkt podpowiadał jej, że dwa pierwsze punkty może śmiało skreślić.

Następnego dnia Lillian zażyła wymyślony przez siebie eliksir powodujący gorączkę i nie opuszczała dormitorium aż do dnia wyjazdu.
Dwudziestego dziewiątego zeszła na obiad ubrana w szkolny mundurek z włosami wysoko spiętymi w prosty kok, ze spakowanym kufrem i ponurą miną. Wypiła tylko sok dyniowy. Nie była w stanie nic przełknąć. Rzucała Snape'owi pełne nienawiści spojrzenia, ale on nawet nie patrzył w jej stronę.
W końcu do wielkiej sali wszedł Filch i oznajmił.
- Zajechał powóz z dworu Lucjusza Malfoya. Po pannę Van Tassen i profesora Snape'a.
Lillian powiedziała wszystkim do widzenia i wstała. McGonagall rzuciła jej dziwne spojrzenie. Czyżby to było współczucie? Usłyszała, że Snape również wstaje i dobiegł ją cichy głos McGonagall.
- Severusie, pilnuj jej.
- Oczywiście, Minerwo. Nie chcielibyśmy, aby coś się stało naszej drogocennej pannie Van Tassen.
Przed szkołą stał czarny powóz z ciemnymi szybami i herbem przedstawiającym węża oplatającego ozdobny portal wejściowy. Powóz zaprzężony był w dwa czarne, uskrzydlone stwory. Były podobne do koni, ale zamiast kopyt miały pazury a ich cielska pokryte były łuską podobną do smoczej. Horgony – groźne i nieprzewidywalne stworzenia magiczne, które ujarzmić można było jedynie okrucieństwem, siłą i przemocą. Malfoy miał ich hodowlę. Lillian wiedziała, że jak wsiądzie, to wysiąść będzie mogła dopiero u celu podróży. Horgony były gotowe rozszarpać każdego, kto próbował złamać nakaz ich pana. Większy z Horgonów obrócił ku niej paskudny łeb. Z pyska wysunął mu się rozwidlony język. Patrzył na nią oczami czarniejszymi niż bezgwiezdna noc.
- I na co się gapisz, głupia jaszczurko? - mruknęła Lillian.
Horgon wydał z siebie przeciągły ryk.
- Wsiadam, wsiadam, nie widzisz? Zamknij się, ty oślizgły zaskrońcu.
- Piękne okazy, są strasznie silne – usłyszała zachwycony głos Hagrida, gdy jedną stopę miała już na stopniu. Odwróciła się. Już podchodził do stwora. - Hagridzie, nie!
Było za późno. Horgony obnażyły kły i zionęły ogniem w stronę gajowego, który odskoczył w porę i wybuchnął śmiechem.
- A to bestyjki! Jak mają na imię?
- Jeden to „Rób co ci każę, albo cię przećwiczę batem” a drugi „Jeśli mi się sprzeciwi, to po prostu rozszarp i rozdepcz”
- Ładne. Ale trochę długie – stwierdził Hagrid i nadal z uśmiechem przyglądał się potworom. Lillian przewróciła oczami.
- Na razie, Hagridzie – weszła do powozu.
Po chwili zjawił się Snape. Wsiadł bez słowa i usiadł naprzeciwko niej. Czekało ich około czterech godzin jazdy. Raczej nie będą grali w szachy i rozmawiali o pogodzie. Powóz ruszył. Snape wyjął grubą książkę i zagłębił się w lekturze. Lillian zwinęła się w kłębek na siedzeniu. Patrzyła w migocącą lampkę, która kołysała się przy oknie powozu. Tam i z powrotem. Tam i z powrotem. Jak wahadełko. Mknęli szybko przez wielkie, puste, pokryte białym puchem pola, poprzecinane jedynie czarnymi wstążkami dróg i rzek. Powóz, mały, ciemny punkcik przemieszczał się szybko. Lekko podskakiwał na wyboistej drodze. Kołysanie uśpiło ją.

- Jesteś pewna?
- Tak, Tom, nie ma wątpliwości. Co ja mam teraz zrobić? Wyrzucą mnie ze szkoły.
Byli w wrzeszczącej chacie. Stali naprzeciwko siebie w zakurzonej sypialni.
- Nie wyrzucą cię. Musisz być dzielna.
- Dumbledore widział znak...
- Dumbledore to sentymentalny głupiec, wstawi się za tobą. Nie wyrzucą cię.
- Nie mam rodziny, ani nikogo bliskiego, kto mógłby mi pomóc.
- Masz mnie.
- Tak, wiem. I tak bardzo się cieszę, że jesteś taki spokojny.
- Chodź do mnie, najdroższa.
Podeszła do niego, a on pociągnął ją na zniszczone łóżko, przykryte starą, dziurawą kapą.
- Tom, teraz? Tutaj?
- Wiem, tu jest okropnie, ale tak bardzo cię pragnę najdroższa, a już niedługo będziemy razem, w o wiele lepszych warunkach, a ty będziesz tak szczęśliwa, jak nigdy dotąd.
- Jestem szczęśliwa. Tak bardzo cię kocham. Zrobiłabym dla ciebie wszystko! Wszystko!
- Już zrobiłaś. Dałaś mi wszystko, czego pragnąłem.
Długimi, szczupłymi palcami rozpinał guzik za guzikiem, jej twarz znowu oblała się lekkim rumieńcem, a on wiedział, że gdzieś tam we wnętrzu piętnujący ją znak pali ją, jak przyłożony do skóry, rozgrzany do czerwoności pręt. Uśmiechnął się i ujął jej twarz w dłonie. W jej oczach wezbrały łzy. Ależ ją to musi boleć. Chciał by ją bolało. Chciał jej sprawić tyle bólu, ile zdoła, by zapamiętała to do końca życia. Nie potrwa to co prawda zbyt długo. Jeszcze trochę i nie będzie mu już do niczego potrzebna.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 01-28-2010, 19:40   #48
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział dziesiąty 3/5

Powóz zachwiał się gwałtownie. Lillian myślała, że spada z ławki, ale Snape trzymał ją mocno. Wierzgnęła nogami i zaczęła wić się jak opętana. Wygięła się gwałtownie w łuk.
- Puszczaj, puszczaj, puszczaj! Jak to boli! Jak to strasznie boli! - trafiła nogą w szybę, która rozbiła się z głośnym trzaskiem. Lillian rzuciła się na drzwi, nieświadoma tego co robi. Snape złapał ją za ramię, gdy była już tuż nad ziemią a jej włosy, które wysunęły się z koka, zamiatały śnieg. Horgony wydały z siebie przeciągły ryk. Ich tętent się wzmógł. Powóz przemieszczał się teraz jeszcze szybciej. Lodowaty pęd wiatru zatykał, nie pozwalając złapać oddechu. Lillian ze łzami w oczach próbowała się wyrwać Snape'owi, który zaparł się mocno, aby razem z nią nie wypaść z powozu. W końcu szarpnął ją z całej siły, pociągnął w górę i wciągnął do środka.
- Głupia dziewczyno! - krzyknął Snape, wciąż ją trzymając. - Chcesz żeby cię rozszarpały Horgony? Wystarczyłoby, żebyś dotknęła ziemi. Byłby po tobie.
Trzymał ją jedną ręką a drugą sięgnął do kieszeni. Wyjął z niej małą fiolkę. Jej korek odskoczył jak tylko go dotknął. Zbliżył fiolkę do jej ust.
- Wypij to, Van Tassen.
- Nie! Co to jest? - próbowała się wyrwać, ale wlał jej na siłę kilka kropli do ust. Nie minęło pięć sekund, jak poczuła, że się rozluźnia. Po dziesięciu sekundach była już zupełnie spokojna. Snape puścił ją i usiadł z powrotem na swoim siedzeniu, gniewnie poprawiając swój płaszcz. Lillian spojrzała na niego zamglonym, apatycznym wzrokiem.
- Mikstura obojętności? - spytała uprzejmie.
- Powinna być w twoim codziennym jadłospisie.
- Mikstury w nadmiarze szkodzą – odparła, jakby recytowała wyuczoną lekcję. - Co się stało?
- Nie wiem. Dostałaś napadu szału. Co ci się śniło? Mów!
- Nie pamiętam – skłamała.
Przyglądał jej się w napięciu. Lillian wzruszyła ramionami i spojrzała za okno. Było już prawie zupełnie ciemno. Niebo zasnuły granatowe chmury. Nie było widać ani księżyca, ani gwiazd. Powóz mknął pustą drogą w kierunku lasu. Zbliżali się do dworu Malfoya. Lillian widziała kłęby pary wydobywające się z pysków Horgonów, otaczające powóz mglistym obłokiem. Wjechali w mroczny las. Kątem oka zobaczyła, że Snape wyciąga różdżkę.
- Co się dzieje? - spytała.
- W tych lasach roi się od różnych stworzeń.
- To Las Zagubionych, należy do Malfoyów.
- Właśnie.
Lillian nic więcej nie powiedziała, ale też wyjęła swoją różdżkę. Od momentu gdy wjechali do lasu, nie było już nic widać. Ciemność za oknem zdawała się gęstnieć z każdą chwilą. Lillian pomyślała, że działanie eliksiru zobojętniającego traci na sile, bo zaczęła odczuwać lekki niepokój.
Jako dziecko włóczyła się po tym lesie, chociaż Lucjusz ostrzegał ją, żeby nie odchodziła za daleko.
Miała dwanaście lat, gdy weszła na piękną, skąpaną w słońcu polanę, na której jeszcze nigdy nie była. Brodziła w wysokiej trawie, jakby zanurzała się w morskich falach. Pośrodku rosło jedno, jedyne rozłożyste drzewo. Podeszła do niego i nagle poczuła przemożną chęć, by się pod nim położyć i zdrzemnąć. Położyła się więc wśród traw, i tak ukryta chwilę patrzyła na zieloną koronę drzewa, o lśniących liściach i błękitne, bezchmurne niebo przebijające spomiędzy gałęzi. Potem jej powieki stały się ciężkie. Obudziła się nagle i zobaczyła nad sobą ohydną twarz mężczyzny, niby ludzką a jednak zwierzęcą, zarośniętą, dziką, odrażającą. Jego oczy płonęły jakąś lubieżną ochotą, wysuwał język spomiędzy kłów, a jego szorstkie, pokryte długim, twardym włosiem, łapy o brudnych, zakrzywionych pazurach gładziły jej szyję.
- Nikt ci nie mówił dziewczynko, że nie powinnaś sama chodzić po lesie i zbaczać ze ścieżki, bo możesz spotkać złego wilka? Jaka śliczna, jaka słodka. Nie, nie wierzę! Taki piękny podarek!
Odchylił jej głowę do tyłu, obnażając jej szyję całkowicie. Wyszczerzył zęby i zapatrzył się z nieokiełznaną radością w miejsce, gdzie zamierzał ją ugryźć. Lillian sparaliżowana strachem, nie poruszyła się. Zacisnęła oczy. I wtedy usłyszała upragniony, ukochany głos.
- Zabieraj od niej brudne łapska, Greyback!
Lucjusz! Lillian otworzyła oczy. Lucjusz zbliżał się z wymierzoną w wilkołaka różdżką. Grayback ryknął, wyszczerzając na niego kły i nie było w tym już nic ludzkiego. Błysnęło i potwór odleciał na kilka metrów. Powstał z trudem. Lillian zerwała się i podbiegła do Lucjusza, który objął ją lewym ramieniem. Prawą rękę z różdżką miał wciąż skierowaną w wilkołaka.
- Crucio! - zawołał Lucjusz. Greyback ryknął dziko z bólu i rzucił się na ziemię, po której zaczął się miotać jak opętany. Lillian przylgnęła do Lucjusza i zasłoniła oczy rękami. Lucjusz cofnął zaklęcie, a wilkołak podczołgał się w jego kierunku, skomląc jak ranny pies.
- Przepraszam, panie, nie wiedziałem, że to twoje.
- Milcz, parszywy mieszańcu!
- Wybacz mi panie! Jest taka śliczna! – jego lubieżne spojrzenie znowu prześlizgnęło się po ciele Lillian, która patrzyła na niego spomiędzy palców. - Omyliłem się. Myślałem, że mi ją podsyłasz panie.
- Milcz, mówię ci, jeśli nie chcesz zasłużyć na mój gniew. Wynoś się. Jeszcze jeden taki wybryk i nie pozwolę ci tu mieszkać.
Lucjusz pochylił się nad Lillian, odjął jej ręce od twarzy i powiedział łagodnie.
- Puść mnie na chwilę kochanie, muszę coś jeszcze powiedzieć temu..., temu psu...
Lillian skinęła głową i obserwowała jak Lucjusz podchodzi do wilkołaka i podnosi go za postrzępione ubranie, przypominające dziwaczny frak, modny być może w ubiegłym stuleciu. Podeszła cicho parę kroków, by usłyszeć, o czym będzie mowa.
- Posłuchaj psie – wycedził Lucjusz. - Jeśli zobaczę, że się do niej zbliżasz na kilometr chociażby, to cię zabiję bez mrugnięcia okiem. Zabicia takiego ścierwa, to mi jeszcze w ministerstwie pogratulują. A zanim cię zabiję sprawię, że będziesz mnie błagał, abym już to skończył... śmierć będzie dla ciebie prawdziwym wybawieniem.
- Ależ panie, przecież jesteśmy...
- Nie przerywaj mi. Pozwalam ci abyś mi służył. Postaraj się mnie nie zawieść. Nie zbliżaj się do niej. Powiem więcej. Nawet o niej nie myśl.
Nagle do Greybacka jakby coś dotarło. Uśmiechnął się chytrze, ze zrozumieniem.
- Tak panie, tak, rozumiem. Chcesz ją dla siebie. Jest śliczna, śliczna. Rozkoszne maleństwo.
- Milcz, mieszańcu! - warknął Lucjusz. Machnął różdżką i Greybacka znowu odrzuciło na kilka metrów. Podniósł się i czmychnął w kierunku lasu.
Lucjusz powrócił do Lillian. Ruszyli w kierunku dworu, przedzierając się przez wysoką trawę, poruszaną lekkim, ciepłym, letnim wiatrem. Lillian wsunęła swoją dłoń w dłoń Lucjusza. Czuła się bezpieczna i szczęśliwa.
- Wszystko w porządku, kochanie? - spytał.
- Tak. Kto to był?
- Wilkołak. Jak go jeszcze kiedyś spotkasz, to potraktuj go różdżką. Możesz nawet cruciatusem.
- Wyrzucą mnie ze szkoły.
- W Beauxbatons się nie dowiedzą, poza tym tam mają łagodniejsze zasady, niż w tej żałosnej parodii szkoły, Hogwarcie. A poza tym, działanie w obronie własnej, traktowane jest inaczej.
- Serio? Czyli jak te wstrętne dziewuchy w szkole nabijają się ze mnie, to mogę zrobić im to, co ty zrobiłeś temu... czemuś?
Lucjusz zastanowił się przez chwilę, po czym odpowiedział uśmiechając się do niej.
- No może nie wyskakuj od razu z cruciatusem wobec ludzi. To by była przesada, ale możesz a nawet powinnaś się zemścić. Bo inaczej nie będą cię szanować. Tylko zrób to tak, żeby nikt, a zwłaszcza żaden nauczyciel się nie dowiedział.

Wspaniałe, wychowawcze rady Lucjusza. Lillian uśmiechnęła się krzywo. Pamiętała tamto uczucie. Była taka szczęśliwa, a Lucjusz wydawał jej się najwspanialszym człowiekiem na świecie. Znała bajkę mugoli o czerwonym kapturku. Może i dobry leśniczy uwolnił dziewczynkę z łap wstrętnego wilka, ale kto powiedział, że sam nie zrobił jej potem czegoś o wiele gorszego.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 02-27-2010, 16:42   #49
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział dziesiąty. Dwór Malfoya 4/5

Nagle Lillian poczuła, że powóz zwolnił. Dojeżdżali do bramy dworu. Horgony zatrzymały się gwałtownie.
- Za wcześnie – wyszeptała Lillian. - Nie przejechaliśmy przez bramę.
- Przypuszczam, że to kontrola.
Drzwi powozu otwarły się nagle, bez ostrzeżenia. Lillian podniosła się, ale Snape zerwał się ze swojego miejsca i posadził ją z powrotem.
- Siedź tu.
Zszedł po schodkach. Lillian wyjrzała za nim. Wokół było zupełnie ciemno. Gdzieś w lesie odezwało się wołanie jakiegoś nocnego ptaka. Horgony poruszyły się niespokojnie. Jeden z nich obrócił wstrętny łeb w kierunku Snape'a.
- Spokój gadzino, spokój – wysyczał Snape. - Sprawdzam teren. Nie zamierzam uciec.
Stwory uspokoiły się odrobinę, ale wciąż grzebały pazurami w zamarzniętej ziemi. Z ich rozgrzanych boków i rozwartych pysków buchała para.
Snape wpatrywał się w ciemność z wyciągniętą przed siebie różdżką. Lillian postawiła stopę na górnym stopniu.
- Stój, Van Tassen! - warknął Snape.
W ciemności zamajaczył jakiś kształt a za nim następne.
- Kto idzie? - zawołał Snape.
- A kto pyta, człowieku? – spytał chrapliwy głos. Lillian poznała ten głos. Przeszedł ją dreszcz obrzydzania.
Nie namyślając się wyskoczyła z powozu. Wyszła przed Snape'a z wyciągniętą przed siebie różdżką.
- Fenrir Greyback – powiedziała głośno, z pogardą. - Nadworny piesek Lucjusza Malfoya.
- Panna Van Tassen! – w głosie wilkołaka dało się słyszeć zdenerwowanie. - Nie wiedziałem.
- Podejdź tu Greyback, tak żebym mogła widzieć twoją paskudną mordę.
Wilkołak podszedł bliżej, za nim skradało się kilku innych.
- Znasz go, Van Tassen? - spytał Snape.
- O tak, znamy się, co Fenrir? Próbował mnie kiedyś ukąsić.
- Nie tykam własności Lucjusza Malfoya – odparł Greyback i pochylił się w jakiejś pokracznej parodii ukłonu.
- Nie jestem jego własnością – Lillian zacisnęła mocniej dłoń na różdżce.
- Gdybyś nie była jego własnością, pani, już byłabyś jedną z nas – Fenrir ukazał długie, pożółkłe, ostre zęby w krzywym uśmieszku. - Nie powiem, cieszyła by mnie taka ewentualność.
- A wiesz parszywy psie, że naruszyłeś granicę? Kilometr. Na tyle wolno ci się do mnie zbliżać, więc zmiataj, albo zasłużysz na gniew Lucjusza.
Wilkołak niespodziewanie wybuchnął szczekliwym, zwierzęcym śmiechem a jego koledzy zawtórowali mu.
- Dawno cię tu nie było, panno Van Tassen, zasady się zmieniły. Owszem, nie wolno mi skosztować twoich wdzięków – powiedział podchodząc do niej i zbliżając łapę do jej szyi, ale nie dotykając jej, prześlizgnął się za to lubieżnym wzrokiem po jej twarzy, szyi i piersiach. - Ale mam cię mieć na oku, jakby coś głupiego przyszło ci do głowy. Coś mi się wydaje, że już nie jesteś ulubioną zabaweczką Malfoya. Jeszcze trochę a rzuci nam ciebie dla rozrywki laleczko, jak nikomu niepotrzebne ścierwo.
Snape złapał Lillian za płaszcz z tyłu i pchnął w kierunku powozu.
- Wsiadaj, Van Tassen i siedź tam!
- No, no, no Snape – zarechotał Greyback. - Wielki mi nauczyciel ze śmierdzącego Hogwartu, pełnego szlam i lizusów Dumbledore'a. Jesteś jednym z nich, Snape? Już zapomniałeś, komu jesteś winien lojalność.
- Brama, Grayback – warknął Snape. - Otwieraj bramę psie, albo pożałujesz. Lucjusz Malfoy nas oczekuje i jeśli nie chcesz poczuć na sobie po raz kolejny cruciatusa, to ruszaj się prędko.
Wilkołak spojrzał na niego spode łba, po czym skinął na swoich pomocników. Jeden z nich, paskudny i jeszcze mniej przypominający człowieka niż Greyback, pognał w kierunku bramy, podpierając się długimi, sięgającymi za kolana rękami. Otworzył bogato kutą bramę. Snape bez słowa wsiadł do powozu. Horgony ruszyły od razu. Zatrzymały się chwilę później przed głównym wejściem do pałacu.
- Wysiadaj, Van Tassen – rozkazał Snape.
- To ostatni moment – powiedziała cicho. - Jeszcze może mi pan pomóc.
- Nie, nie mogę. Nawet jak bym chciał, a nie chcę. Podopiecznego i opiekuna wiąże kontrakt, którego nikt nie może złamać.
- Można go złamać w wyjątkowych okolicznościach – powiedziała cicho Lillian. - Sprawdziłam to.
- Wiem o jakiś okolicznościach mówisz. W twoim wypadku, nic ci nie pomoże – uśmiechnął się krzywo. - A teraz wysiadaj.
Jednak ona siedziała dalej. Wiedziała, że mają tylko chwilę. Lucjusz już wie, że powóz dotarł do celu. Zaraz tu kogoś wyśle. Wpatrywała się w pogrążoną w półmroku twarz Snape'a. Jej dłoń znowu powędrowała do kieszeni płaszcza, gdzie trzymała różdżkę
- Muszę panu coś powiedzieć.
- Wysiadaj, Van Tassen!
- Ja bardzo pana przepraszam, ale...
- Nie zmuszaj mnie do użycia czarów. Widzę, że chcesz sięgnąć po różdżkę. Lepiej nie rób tego, Van Tassen.
Wstał, złapał ją mocno za ramię, otworzył drzwi po czym wypchnął ją bez ceregieli z powozu. Lillian upadła na śnieg.
- Pożałujesz tego – wycedziła podnosząc się wolno ze śniegu i otrzepując płaszcz. - Malfoy nie będzie zachwycony tym, jak mnie potraktowałeś.
- Widzę, że pomimo tego całego, rzewnego gadania, chętnie używasz Malfoya, kiedy jest ci potrzebny – powiedział Snape z pogardą. - Mieć wpływowego opiekuna nie jest tak źle, nawet jeśli trzeba za to płacić pewną cenę, prawda?
Podeszła do niego i strzeliła go z całej siły w twarz.
- Nie jesteśmy w szkole – powiedziała cedząc słowa podobnie jak on. - Więc nie odejmiesz mi punktów.
Snape uśmiechnął się krzywo, odgarniając włosy z twarzy.
Zaczął padać śnieg. Płatki leciały z nieba spadając na ich włosy, roztapiając się na twarzach. Stali naprzeciwko siebie, ściskając różdżki w dłoniach. Lillian oddychała ciężko, wpatrując się w niego z nienawiścią. Na jego twarzy malowała się bezgraniczna pogarda. Pozbyła się ostatnich złudzeń. Wreszcie się odkrył. Wreszcie wiedziała, co o niej myśli. Uważał ją za dziwkę Malfoya. Nikogo więcej. Schowała różdżkę do kieszeni i odwróciła się w kierunku rozświetlonych okien dworu. Drzwi otwarły się i na ganku, podpartym czterema, wysokimi kolumnami, ukazał się Lucjusz Malfoy. Był ubrany na czarno, a jego jasne włosy połyskiwały w świetle świec, umocowanych w kandelabrach przy drzwiach.
- Proszę, proszę, jest moja ukochana podopieczna – powiedział Malfoy. - I mój drogi przyjaciel. Dlaczego tu stoicie? Czyżby jakieś ważne, nie cierpiące zwłoki szkolne sprawy?
- Dokładnie tak – odparła Lillian i ruszyła ku Lucjuszowi po schodach, nie oglądając się na Snape'a. Obok niej przebiegł Zgredek, by zabrać z powozu kufry. Lillian podeszła do Lucjusza. Słyszała, że Snape idzie za nią.
- Cześć – powiedziała.
- Cześć, kochanie – odparł Lucjusz. Dokładnie tak jak wtedy.
Położyła mu dłonie w czarnych, skórzanych rękawiczkach na ramionach. Chciał ją pocałować w policzek, ale ona pocałowała go w usta. Długo i namiętnie, oplatając go powoli ramionami i przymykając oczy. Zawahał się, ale też ją objął ciasno, odwzajemniając pocałunek i nie przejmując się, że patrzy na to jej nauczyciel. Lillian pomyślała nawet, że pewnie doskonale się bawi.
Od strony drzwi padł na nich cień. Lillian powoli odsunęła się od Lucjusza, niespiesznie zsuwając dłonie z jego ramion.
- Dobry wieczór, Narcyzo.
- Dobry wieczór, Lillian – odparła chłodno Narcyza. - Cieszę się, że cię widzę.
Lillian podeszła do Narcyzy. Narcyza swoimi umalowanymi na szkarłat ustami cmoknęła dwa razy powietrze z prawej i lewej strony twarzy Lillian.
- Severus – powiedziała o wiele cieplej Narcyza, odsuwając Lillian na bok. - Jakże miło cię widzieć. Wejdź proszę, mam nadzieję, że zostaniesz na kolacji.
Gdy wchodzili do środka, Lillian pomyślała, że ciężko byłoby jej wymyślić gorszy zestaw osób siedzących przy jednym stole.
Gdy usiedli do kolacji, od razu okazało się, że miała rację. Narcyza wygłaszała nudne i konwencjonalne uwagi na temat tego, jak bardzo jej mąż jest ceniony w ministerstwie, mówiła także o wzroście kosztów utrzymania hodowli Horgonów, wiecznych kłopotów ze skrzatami i o tym jak niesamowicie mądry jest jej synek Draco. Już potrafi rozkazywać tym przebrzydłym skrzatom. Malfoy opowiadał o jakimś wspólnym koledze ze Slytherinu, który rozkręcił doskonały interes handlując z olbrzymami i co jakiś czas rzucał Lillian znaczący uśmieszek. Snape prawie się nie odzywał.
- Co w szkole, Lillian? - spytała Narcyza, ale jej mina wskazywała, że odpowiedź guzik ją obchodzi.
- Doskonale. Coraz częściej siadam tam, gdzie nie ma krzesła – odparła.
Lucjusz parsknął śmiechem.
- Masz już chłopaka? - spytał.
- Niejednego – odburknęła, rzucając mu mordercze spojrzenie. - Całe pęczki. A jeden większy od drugiego.
- Jak ty się odzywasz Lillian! – skarciła ją Narcyza i zwróciła się do Snape'a. - Wybacz Severusie, ale ta szkoła to kompletne nieporozumienie. Ona jest z roku na rok coraz bardziej pyskata i niewychowana.
- Tak się dzieje ciociu, jak się dorasta – odparła Lillian, uśmiechając się krzywo. - Człowiek staje się pyskaty i nieznośny. Hormony szaleją, ciało się zmienia i tak dalej. Ale dobre lanie zwykle pomaga.
Narcyza uderzyła pięścią w stół, aż podskoczyły sztućce.
- Milcz. Bo pójdziesz spać bez kolacji.
- Ciociu, mamy gościa – powiedziała spokojnie Lillian, z uśmieszkiem przyklejonym do twarzy. - Chyba nie chciałabyś, aby profesor Snape odniósł mylne wrażenie, że jest mi u was źle. Przecież tu jest mój dom. Kochany domeczek, do którego wracam, jak do bezpiecznej przystani.
Lucjusz znowu parsknął śmiechem i napił się wina, nie spuszczając wzroku ze swojej podopiecznej.
- Lucjuszu, każ jej się uspokoić! - pisnęła Narcyza.
Lillian wiedziała, że Narcyza jest o krok od ataku histerii.
- Lillian, denerwujesz ciotkę, zachowuj się grzecznie – powiedział Malfoy tonem, który nikomu nie mógł się wydać surowy. Jego jasne, zimne czy błyszczały. Lillian czuła, że on już nie może się doczekać końca tej kolacji.
- Oczywiście wujku. Przepraszam ciociu. Pana też przepraszam, panie profesorze.
Snape spojrzał na nią poprzez stół. Chwilę mierzyli się wzrokiem. Nauczyciel pierwszy spuścił oczy, i zaczął wpatrywać się w kieliszek wina, który obracał w długich, chudych palcach.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 02-27-2010, 16:43   #50
Gumochlon
Niepoprawny marzyciel
 
Gumochlon na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Aug 2008
Lokalizacja: tu
Posty: 47
Domyślnie Rozdział dziesiąty. Dwór Malfoya 5/5

Po kolacji Lillian powiedziała Snape'owi „do widzenia”, nie patrząc na niego i wyszła z salonu. Miała iść prosto do swojego pokoju. Jednak gdy wchodziła na piętro, usłyszała jak drzwi salonu otwierają się. Dotarły do niej głosy Lucjusza i Snape'a. Jej opiekun najwyraźniej odprowadzał kolegę do wyjścia. Zeszła cicho kilka stopni, po szerokich kamiennych schodach, wyłożonych czerwonym chodnikiem.
- Oho – usłyszała szept tuż obok siebie. - Pięknotka z Gryffindoru wróciła.
Lillian spojrzała z niechęcią na ścianę, na której wisiał portret Demetriusza, pradziadka Lucjusza. Demetriusz, podobnie jak jego prawnuk był wysoki, postawny i jasnowłosy. Uśmiechał się lubieżnie, uśmiechem starego rozpustnika.
- Cicho bądź – nakazała mu, kładąc palec na ustach.
- Podsłuchujemy? - zainteresował się przodek. - Nieładnie jest wujka podsłuchiwać. Wujek rozmawia z tym mieszańcem, plugawym żebrakiem, Severusem Snape'm. Oj znamy go, znamy, tego przybłędę. Zawsze lizał Malfoyów progi. Wiesz ile dzieli półkrwi czarodzieja od szlamy? Pół, dokładnie pół. Pół czarodzieja. A pół, to takie troszkę większe nic.
- Powiedziałam: zamknij się, stary nudziarzu. Znasz pojęcie chów wsobny? Idź oglądaj drugą stronę płótna!
- Niewyparzony, zwinny języczek! Domyślam się, że równie sprawnie nim władasz w innych dziedzinach poza mową, czyż nie? Nie zapominaj, że wiszę niedaleko twojej sypialni.
- Jutro zawiśniesz w stajni Horgonów.
- Tak się zagadałaś, że zapomniałaś podsłuchiwać, cóż, nie dziwię ci się. Nawet Malfoy na portrecie robi wrażenie na kobiecie. Rym był niezamierzony, jelonku Bambi. Podsłuchujmy więc sobie, na zdrowie. A potem będziemy zabawiać dobrego wujaszka. Oj umiemy zabawiać, jesteśmy biegli w tej dziedzinie. Niezmierzona jest mądrość i zaradność rodu Malfoyów.
- Tak ci się prawnuk podoba, stary pierdoło? To się nazywa kazirodztwo.
- O żebym ja tak był młodszy! - zachichotał Demetriusz zacierając dłonie.
- Może raczej, żebyś nie był martwy!
Demetriusz zachichotał ponownie, wielce uradowany, pogroził jej palcem i zamilkł, również nastawiając ucha. Lillian zeszła kilka stopni niżej. Przysiadła tuż za rogiem.
- Powiedz Dumbledore'owi, że jest bezpieczna, ale pewni ludzie z ministerstwa zaczęli węszyć – powiedział Malfoy.
- Kto?
- To moja sprawa. Zajmę się nimi. Ja jej pilnuję tu, wy jej pilnujcie w szkółce i nie wchodźmy sobie w drogę.
- Na razie. W czerwcu Dumbledore przestanie z tobą współpracować.
- Wiem o tym, drogi przyjacielu, ale wtedy, wtedy będzie już po wszystkim.
- Oby – wyrzucił z siebie Snape. - To, że zostałeś wybrany właśnie ty...
- Och Severusie a kto inny? Ty? Nie bądź śmieszny. Och Severusie, Severusie, naprawdę przyszło ci to do głowy. Mój biedny, drogi przyjacielu...
- Nie chcę tego przywileju. Jest twój.
- To naprawdę wspaniale, bo przez chwilę obawiałem się, że mi zagrażasz – powiedział Malfoy szyderczo. - No już, nie dąsaj się. Musimy się gdzieś razem wybrać. Tak jak kiedyś, jak za dawnych czasów, pamiętasz? Myślisz, że madame Guillet nadal ma takie urocze dziewczynki? Chociaż, czy ja wiem czy one były takie urocze? Jak człowiek jest młody, to zadowoli się byle czym. Ja na przykład z wiekiem staję się wybredny. Kobieta musi być piękna. Inaczej szkoda mi na nią marnować sił witalnych.
- Do widzenia, Malfoy – przerwał mu Snape.
- Lillian – rzucił Lucjusz, jakby nie usłyszał pożegnania Snape'a. - Jest piękna, prawda? Zresztą spędziłeś z nią trochę czasu, to wiesz. Taka młodziutka i świeża, jak kwiatuszek, który dopiero co rozkwitł. Cudowna. I to piękne, delikatne, jędrne, młode ciało... sama rozkosz. Oczywiście mówię czysto teoretycznie. Takie niewinne fantazje człowieka, którego życie jest zbyt ułożone..., bo przecież jest moją podopieczną, i jest nieletnia, więc nie mógłbym... - Malfoy zawiesił znacząco głos, a Lillian zacisnęła dłonie na kolanach.
- Tak, właśnie widziałem – nie wytrzymał Snape.
Malfoy zaśmiał się.
- Powiedz Severusie, czy podczas tych waszych szlabanów nie miałeś ochoty ukarać jej w zupełnie inny sposób? Jest w tej dziewczynie coś takiego, co sprawia, że człowiek ma ochotę przełożyć ją przez kolano... a może ty już to zrobiłeś? Nadużyłeś swojej nauczycielskiej władzy?
- Jak śmiesz! - warknął Snape. - Nie mieszaj mnie do swoich brudnych sprawek. Robię co do mnie należy, ale nie muszę brać udziału w tej patologii.
- Umywasz ręce – wycedził Malfoy jeszcze bardziej zjadliwym głosem. - Ale jest ci jej żal. Zawsze, pod tym pancerzem sarkazmu i złośliwości, byłeś sentymentalnym głupcem. Pilnuj się przyjacielu.
- Ty również, przyjacielu – rzucił zimno Snape.
Lillian poczuła powiew lodowatego powietrza i usłyszała głośne trzaśnięcie drzwi. Snape opuścił dom Malfoya. Pewnie wyjdzie poza posiadłość i zaraz za jej granicami się deportuje.
Nie zdążyła uciec. U dołu schodów pojawił się Lucjusz. Stanął patrząc na nią z uśmieszkiem i podpierając się na swojej lasce.
- Ładnie to tak podsłuchiwać?
- Nie rozmawiaj z innymi na mój temat, bardzo cię proszę - powiedziała zimno. - A jak już rozmawiasz, to używaj mniejszej ilości wyszukanych słów i zdań wielokrotnie złożonych. Niedobrze się robi, słuchając tego twojego pretensjonalnego ględzenia. Chociaż na dziewczynkach madame Guillet pewnie robi to wrażenie. Na pewno stają się nader chętne i obsługują cię z ogromnym entuzjazmem. Na Merlina, zaczynam gadać jak ty.
Malfoy roześmiał się.
- Chciałem go trochę rozdrażnić. Ten ponury głupiec jest wyraźnie czuły na twoje wdzięki.
Serce Lillian podskoczyło, żołądek obrócił jej się na drugą stronę, ale powiedziała obojętnie.
- Opowiadasz bzdury. Jak zwykle zresztą. Jesteś tak beznadziejnie monotematyczny.
Lucjusz podszedł do niej i wyciągnął dłoń. Podała mu swoją i wstała. Wciąż trzymając ją za rękę poprowadził ją w górę schodów.
- Wiem co mówię – kontynuował Lucjusz. - Stara się ciebie unikać, żeby nie mieć pokusy, bo oczywiście jako nauczyciel nie może cię tknąć.
- To znaczy?
- Jest taki starożytny zapis. Nieważne. To naprawdę nieciekawe. O wiele ciekawsze jest to co ja mogę z tobą robić.
Otworzył drzwi jej sypialni i puścił ją przodem. Zamknął za nimi drzwi i rzucił na nie szereg zaklęć. Lillian stała pośrodku obserwując go i czekając. Lucjusz przeszedł obok niej głaszcząc w przelocie jej policzek. Usiadł w fotelu stojącym w rogu z bardzo nieskromnym uśmieszkiem na twarzy. Bardzo pewny siebie.
- Podejdź.
Podeszła wolnym krokiem. Stanęła przed nim w swoim szkolnym mundurku, patrząc na niego obojętnie, w jej oczach czaiła się pogarda. Przynajmniej tego nie mógł jej zabronić.
- Bliżej – zażądał Lucjusz. - Ćwiczyłaś te pogardliwe grymasy przed lustrem? Wychodzą ci coraz lepiej.
Zrobiła jeszcze jeden krok a on wsunął kolano między jej nogi. Wyjął różdżkę i zaczął nią sunąć po wewnętrznej stronie jej uda, aż pod spódniczkę i wyżej, cały czas obserwując jej reakcję spojrzeniem jasnych, lodowatych oczu, jak badacz poddający obiekt badań ostatecznej próbie. Lillian popatrzyła w te zimne, okrutne oczy i już nie mogła oderwać od nich wzroku. Jakby ją hipnotyzował. I wiedziała, że to dopiero początek.
- Rozbierz się - rozkazał. - Tylko powoli.
Niespiesznie rozpięła białą koszulę, zdjęła i rzuciła ją w bok. Lucjusz zerwał jej spódniczkę jednym pociągnięciem różdżki. Drugim rozpuścił jej włosy, które opadły prawie do pasa i rozbłysły w świetle kandelabrów. Lillian pomyślała, że dawno minęły czasy, kiedy się krępowała stać przed nim nago. Jak straszne jest to, do czego można przywyknąć.
Jak rozkoszne.
Pochyliła się nad nim i zaczęła go całować, a on położył jej dłonie na ramionach i zaczął z niej zsuwać ostatnie strzępki ubrania.

Ron jęknął rozpaczliwie, gdy wspomnienie rozwiało się, wychylił się jeszcze do przodu, w nadziei, że zobaczy co było dalej. Hermiona zrugała go kilkoma ostrymi słowami. A potem skrzywiła się, gdy zobaczyła następne wirujące w misie wspomnienie. Było ciemne i jakieś niepokojące. A cichy głos interpretatora mówił rzeczy, których wolałaby nie słyszeć.
__________________
Pisanie powieści jest dla mnie przeniesionym w dojrzałość opowiadaniem sobie samemu bajek - Olga Tokarczuk
Gumochlon jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Odpowiedz


Zasady postowania
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts

BB code is Wł.
Uśmieszki są Wł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
Pan Potter Harry :) Vic Opowiadania - miniaturki 6 04-11-2010 14:43
Harry Potter czy Harry Snape Hermiona741 Kosz 6 03-13-2010 12:43
[NZ] Harry Potter i Moc Miłości Magnus Walter Kosz 16 06-21-2009 18:58
Harry Potter.... Vojtazzz Kosz 18 08-02-2007 15:45
[NZ] Harry Potter i Moc Miłości Magnus Walter Kosz 7 06-24-2007 15:31


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 22:06.

Powered by vBulletin® Version 3.7.3
Copyright ©2000 - 2026, Jelsoft Enterprises Ltd.