|
08-05-2009, 22:23
|
#581
|
|
Praktykant Voodoo
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 749
|
***
Od kiedy Syriusz zmienił swoją kryjówkę, owa jaskinia tylko raz została odwiedzona. Doborwy sztab Śmierciożerców pod przywóctwem Thorfinn'a Rowle'a zrewidował tamto miejsce, mając nadzieje na znalezienie jakiś poszlag dotyczących przyszłych planów poszukiwanego jednocześnie przez Ministerstwo Magii jak i Czarnego Pana, Blacka. Grupa ta nosiła miano pomocniczej, bowiem nie zajmowała się zwykłymi napadami na nieposłusznych czarodziejów, ani nie mogła zabawiać się kosztem nic nie wiedzących mugoli. Ona szczyciła się szpiegowaniem, tropieniem i odnajdywaniem osób, na których został wydany specjalny wyrok śmierci przez Voldemorta. Usuwanie takich znalezisk należało już do innego oddziału - natychmiastowego usunięcia, którym przewodził sam Lucjusz Malfoy.
Od tamtego czasu nikt na tych terenach nie bywał.
Angelina przełknęła głośno ślinę. Nie starała się udawać bohaterki, była Ślizgonką. Strach przed nieznanym był jak najbardziej na miejscu. Spojrzała z przerażeniem na niemniej przestraszoną siostrę. Obie wiedziały, że to niedorzeczne, aby to byli ich Bordowi, ale jednocześnie obie miały głupią, bezpodstawną nadzieję, że być może w jaskini spotkają swoich byłych opraców i... niedoszłych kochanków. Ta więź, ta ciekawość była silniejsza od nich. Starsza panna Johnson delikatnie musnęła dłonią rękę Christiny i powoli zatopiła się w ciemnych czeluściach pieczary. Jej siostra zdecydowanie ruszyła za nią.
- Lumos. - szepnęła ta druga, oświetlając pierwszej drogę. To było sprytne, wyuczone przez rodziców Śmierciożerców posunięcie. Pierwsza szła w niemal całkowitych ciemnościach, dzięki czemu jakby ktoś chciał zaatakować, spróbowałby osobę, którą widzi - tę która oświetla drogę. Jednak nim by się zbliżył, pierwsza zauważyłaby go i zaatakowała. Prosto, szybko i skutecznie.
Angelina wyciągnęła rękę na bok i przejechała po chropowatej ścianie jaskini. Każdy cal jej skóry był napięty do granic możliwości, a wszystkie zmysły niezwykle wyostrzone. Co nie zmieniało faktu, że obie czuły dziwne ciepło w dolnych okolicach brzucha. Tak nie powinno być...
- Crucio.
Zdążyły tylko usłyszeć i obie padły jednocześnie na skaliste podłoże pieczary. Każdy ich nerw jęknął przeraźliwie, przecinany w środku tysiącami wyimaginowanych noży. Ich usta otworzyły się by wypuścić straszliwą saksofonię wrzasków, jęków i krzyków cierpienia. Cała twarz zaszkliła się od łez, a ciało wstrząsnęło i zgieło się wpół, całkiem zbytecznie próbując ochronić się przed bólem.
Po chwili zaklęcie zostało cofnięte.
Zaległa cisza, przerywana jedynie głośnym oddechem obu dziewczyn.
Pierwsza otrząsnęła się Christina. Podczołgała się do leżącej na plecach i trzymając się za wymęczone płuca Angeliny.
- To nie mogę być oni. - wyszeptała, przerażona a jednocześnie podniecona.
- Dorwę ich. - syknęła Angelina i przeróciła się na kolana. Jeszcze chwilę przeczekała w tej pozycji, by po chwili podnieść się. Pomogła powstać Christinie. Obie uciekły na dwie przeciwległe ściany i próbowały się w nie wtopić. Młodsza zgasiła różdżkę. Czekały.
- Incarcerous.
Mocne, wbijające się w ciała liny, związły obie Ślizgonki i ułożyły je obok siebie. W tym samym momencie klinkiety niewiadomo kiedy zawieszone na ścianach jaskini pozpalały się żółtawym światłem, oświetlając okrąg w którym znajdowały się siostry Johnson. Christina spojrzała z przerażeniem na Angelinę, jednak ta wypatrywała czegoś z przodu. Nie z tąd ni z owąd, rozległ się zniekształcony głos, płynący niczym metalowa muzyka, prosto do ich uszu:
- Niczego jeszcze się nie nauczyłyście? Tyle porwań, tyle tortur... Zapomniałyście?
Christina poczuła jak ktoś zadziera jej spódniczkę do góry. Starała się oswobodzić, ale nie mogła dosięgnąć różdżki. Nie mogła też dostrzec mówiącego, bowiem odwrócenie głowy było niemożliwością. Gdy poczuła lodowatą dłoń po wewnętrznej stronie prawego uda, dostała dreszczy. Znała ten dotyk. Poznała także ten szept, przeznaczony tylko dla niech, skierowany tylko do niej:
- Mówiłem, że zawsze będziesz moja...
Nim zobaczyła bordowy kaptur, poczuła gorzki zapach jego perfum. Nadal używał tych samych, mimo że minęło już tyle miesięcy. Nachylił się i zobaczyła lekko zadarty noc i mocno ociosany, zarośnięty podbrudek. Na jej wargach na kilka seknud zagościł delikaty powiew jego pocałunku, słony i bardzo niebezpieczny.
Po chwili nie czuła już niczego.
- Musicie mi pomóc. Mój brat jest bardzo chory. Potrzebuje od Was... czegoś.
- Kit? - szepnęła Angelina, czując przyjemne mrowienie na zakrwawionych lekko plecach. Upadki zawsze tak się dla niej kończyły, bowiem miała niepasującą do Śmierciożerców, delikatną skórę.
- Tak. I Ty mu pomożesz najbardziej. Do zobaczenia.
- Rozwiąż nas. - wydyszała Christina, czując że krew przestała dopływać jej do placów u stóp. W zamian usłyszała tylko szaleńczy chichot i zimny podmuch wiatru.
Więzy nadal wrzynały im się w ciało.
- Musimy coś zrobić... - na policzkach młodszej panny Johnson ponownie zagościły łzy. Nagle poczuła jak coś ją oswobadza i mogła swobodnie pobrać brakującą już dawkę tlenu.
- Jak to zrobiłaś?
- Uwolnił mnie.
Angelina stanęła przed wyższą od niej siostrą i spojrzała na nią z rozwagą. Bez słowa wyciągnęła rękę i palcami otarła łzy z bladej twarzy. Przejechała dłonią po śladach dawnych lin i natrafiła na dawną bilznę na przegubie jej ręki. Sama miała podobną, przypominającą o niesamowitych wręcz torturach zadawanych przez dwóch bordowych napastników. Ostatni ich dzień, dzień śmierci. Jak to możliwe, aby się uratowaliy?
- Jak to nazwać? - zastanowiła się starsza, mając w oczach szklanki łez.
- Replay.
__________________
"Może ten baron dusz, anioł stróż przegrał w karty z diabłem. A rano już ludzie wzięli szable i bagnet"
***
Skoro nie mam nadziei, abym jeszcze zaznał,
Niepewnej chwały określonej chwili.
Skoro nie sądzę.
Skoro wiem, że nie zaznam,
Prawdziwej mocy, która przemija.
Skoro nie mogę pić,
Skąd piją kwiaty drzew i źródła rzek,
***
bo nic tam już nie ma.
Ostatnio edytowane przez Mistrzyni_Afrytow : 08-06-2009 o 14:12.
|
|
|
08-06-2009, 20:25
|
#582
|
|
Omijać szerokim łukiem
Zarejestrowany: May 2007
Lokalizacja: Camelot
Posty: 1,514
|
Christina pokręciła głową z niedowierzaniem.
- Jeżeli to ma być powtórka z rozrywki, to ja dziękuję.
Smukłymi palcami dotknęła spękanych ust. Westchnęła cicho.
- Tak tęskniłam. - wyszeptała tak cicho, że nawet stojąca obok Angelina jej nie usłyszała.
Właśnie teraz w nastolatce ścierały się dwie cechy dominujące w jej osobowości. Buntowniczość i uczuciowość. Buntowała się przez kolejnymi godzinami rozrywającego bólu, którego nie sposób znieść. Ale była też uczuciowa. Pamiętała doskonałe pocałunki Michaela. Dziś przypomniała sobie jego dotyk na jej delikatnej skórze. Toczyła wojnę sama ze sobą.
Starsza siostra zmarszczyła czoło, co oznaczało, że intensywnie myśli. W końcu wypuściła ze świstem powietrze z płuc.
- Miałam nadzieję, że będzie inaczej.
Chriss od razu zrozumiała o co chodzi dziewczynie. Zacisnęła dłonie w pięści i warknęła. Angelina szybko na nią spojrzała. Była wściekła jak osa, trzęsła się na całym ciele.
- O co ci chodzi?
- Uratowałam im tyłki, a oni tak mi się odwdzięczają? Pożałują tego obaj, obiecuję!
- Przecież umarli. - przypomniała
- Ale jak widać wrócili. Pożałują, pożałują!!
Pociągnęła siostrę za rękę tak mocno, że starsza blondynka upadła na kolana raniąc je do krwi. Rzuciła siostrze wściekłe spojrzenie ale szybko wstała i poszła w ciemny korytarz, oglądając plecy Christi. Ta co chwila mruczała coś pod nosem. Prawda była taka, że powtarzała zaklęcia zadające ból, cierpienie i szał psychiczny. Czasami dodawała też jakieś przekleństwo.
Angelina szła za siostrą, ale sama nie wiedziała czy tego chce. Znowu coś od nich chcą i raczej nie będzie to ani miłe, ani bezpieczne. Ale tam był jej niedoszły kochanek, chory. Być może umierał. Znowu.
Nagle weszły do wielkiej jaskini i rozejrzały się. Bordowi siedzieli po przeciwległej stronie.
Michael zerknął w ich stronę i machnął ręką, żeby podeszły bliżej. Christina wyszperała różdżkę i już miała biegnąć miotając zaklęcia, ale powstrzymała ją ręka Angeliny. Położyła ją na ramieniu i delikatnie nacisnęła, co miało oznaczać "Nie postępuj pochopnie".
- Ale - zaczęła Christina, ale widząc minę siostry zrezygnowała z jakichkolwiek sugestii.
W zielonych tęczówkach było widać, ból na widok Kita leżącego na ziemi i cierpiącego. Jednakże ból zaczaił się tylko w oczach. Wyraz twarzy pozostawał zimny i nieprzenikniony.
- Nie stójcie tak, chodźcie tu wreszcie! - wrzasnął Michael poirytowany.
Ruszyły się, ale niezbyt spiesznie. Szurały powoli nogami, potykając się co jakiś czas o leżące na ziemi głazy. Gdy wreszcie doszły, Angelina miała ściśnięte pięści. Na jej wypiłowanych paznokciach lśniła gęsta krew.
- Co się tak wlekłyście? On umiera.
- Wiesz co? Totalnie mnie to nie obchodzi. Już raz ocaliłam was przed śmiercią. I jak się odpłacacie? Witasz mnie Crucio. Potem przywiązujesz do lodowatej skały. Należałoby mi się chyba lepsze traktowanie, nie uważasz? - Christina była wściekła. Gdyby mogła, toby go zabiła gołymi rękami, a potem zmyła by krew i poszła nauczać Kaajn. Tylko cholera jasna, ona go kocha. Tego bordowego mordercę!
- Przepraszam, to było niechcący.
Próbował się bronić. Wstał i przysunął do dziewczyny. Zbliżył swoje usta do jej, ale chwilę potem trzymał się za czerwieniący policzek. Dziewczyna miała zaciętą minę.
- Ciesz się, że nie użyłam różdżki. - warknęła
Chłopak rozmasował obolałe miejsce i spojrzał na blondynkę. W jego oczach widać było, że czego jak czego, ale tego to się nie spodziewał. Miał nadzieję, że może rzuci mu się na szyję i zacznie namiętnie całować. Ale nie to.
- Co mu jest? - zapytała nagle Angelina. W jej głosie słychać było nutkę histerii i strachu. Strachu o Kita, który wyglądały jakby ledwo trzymał się życia.
- Ukąsiła go portugalska kobra. - oznajmił Michael odrywając wzrok od Christi.
Angelina jęknęła głośno. Jad portugalskiej kobry można usunąć tylko jednym eliksirem, do tego bardzo trudnym w sporządzeniu. Składniki kosztują wiele pieniędzy, bo są prawie niemożliwe do zebrania.
- To w tym musicie nam pomóc.
- Nie damy wam kasy. Sami musicie je skombinować. - mruknęła Christina.
- Pomożemy wam. - powiedziała cicho Angelina.
Siostra spojrzała na nią z paniką.
- Christi, on umiera. Ja mu muszę pomóc.
|
|
|
08-06-2009, 21:19
|
#583
|
|
Praktykant Voodoo
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 749
|
- Ty nas zawsze w coś wpakujesz. -steknęła Christina, kiedy paredziesiąt minut później siostry Johnson wracały do Hogwartu. Zejście okazało się jeszcze trudniejsze, bowiem żadna nie chciała poświęcić swoich ubrań i zjechać na pośladkach. Wolały iść nieprzyzwoicie wolno, zastanawiając się przed każdym postawieniem stopy numeru trzydzieści siedem na nowym podłożu. A zbocze to było wysokie, spadziste i śliskie.
- Już raz umarli z naszego powodu. Nie możemy pozwolić na to znowu. - odparła stanowczo Angelina, dla równowagi chwytając kolczastej, nagiej gałęzi jakiegoś martwego krzewu. Syknęła, gdy kolejne krople krwi uwolniły się z tętniących żył.
- A co z Blaisem?
Przystanęły. Christina zmrużyła oczy spoglądając na starszą siostrę. Kiedy ich przygodsa z bordowymi miała miejsce, Angelina nawet nie myślała o kimś takim jak przystojny Zabini. Była wolna, niezależna i odpowiadała wyłącznie za siebie. Od tamtego czasu wiele się zmieniło.
- Blaise nie jest .... umierający... - odpowiedziała niepewnie Ślizgonka, unikając wzroku Chriss. Ta założyła ręce na piersiach.
- Ale nie wolno Ci o nim zapomnieć.
Chciała wyminąć stojącą z zastanowieniem dziewczynę, gdy ta złapała ją boleśnie za ramię.
- Sama wiem co mam robić. Nie potrzebuje niczyich rad.
Nie czekając na kontratak, zaczęła haotycznie schodzić. W wyniu chwilowego zapomnienia o niebezpieczeństwie stromego zbocza, poślizgnęła się i ostatnie siedem metrów przejechała na pośladkach, stworzywszy piękne przetarcie na fioletowej spódniczce. Nim się podniosła, Christina bez szwanku stanęła obok niej.
- Znowu się bulwersujesz. I znowu na tym tracisz.
Wyciągnęła rękę.
Angelina uśmiechnęła się ironicznie i podała dłoń.
- Masz jakiś plan?
- Jak zawsze.
***
Kaylin ze zmęczenia przecierała oczy. Już po raz ósmy przerabiały z Christiną ten sam, najgłupszy chyba na świecie, temat z zielarstwa. "Magiczne właściwości niektórych mugolskich roślin uprawnych." Co za żenada. Ma się uczyć, że z limonek można zrobić lemoniadę? A cóż to w ogóle za dziwaczny twór?
- Lemoniada to mugolski napój szczęścia. Najlepsze jest to, że oni sami...
- O tym nie wiedzą, wiem, wiem.
- Ma wygląd...
- Kanarkowego wywaru, podobnego do szczuroszczęta.
Angelina spojrzała wymownie w górę i wyłożyła trójkę kier. Marcelina, korzystając z chwilowej nieuwagi przeciwniczki, wyciągnęła z rękawa dwójkę. Przebiła.
Gra w czaromierki była znana i lubiana wśród elity mamonalnej. Materializm i pieniądze dawały władzę, zapewniały lepszą klasę i stawiały swoich właścicieli równiejszymi od innych. Od wieki wieków tak bogate osobniki starały się wyróżniać, chwaląc swoim bogactwem i wymyślając przeróżne rozrywki, nie dla zwykłych mas. Czaromierki były jedną z nich.
- Kaajn, już to uuuumieeesz... - ziewnęła nauczycielka, zatykając usta otwartą dłonią.
- A czekolada?!
- KAAAYLIN ROSS!
Tak zakończył się dzień w dormitorium numer siedemnaście.
.... ale chyba tylko dla niektórych.
- Psst, Angelina... Psst, psst. Angelina, no!
- Ała! Wariatko!
- Cicho! Jaki mamy plan?
- Snape. Jego gabinet. Miniówy. Kocie oczy. Perswazja.
- Świetny. Dobranoc.
- Dobranoc.
__________________
"Może ten baron dusz, anioł stróż przegrał w karty z diabłem. A rano już ludzie wzięli szable i bagnet"
***
Skoro nie mam nadziei, abym jeszcze zaznał,
Niepewnej chwały określonej chwili.
Skoro nie sądzę.
Skoro wiem, że nie zaznam,
Prawdziwej mocy, która przemija.
Skoro nie mogę pić,
Skąd piją kwiaty drzew i źródła rzek,
***
bo nic tam już nie ma.
|
|
|
08-07-2009, 16:54
|
#584
|
|
Omijać szerokim łukiem
Zarejestrowany: May 2007
Lokalizacja: Camelot
Posty: 1,514
|
Noc. Ciemna, cicha noc. Jest w Zakazanym Lesie pełnym wielkich pająków. Pełzną jej po nogach, docierają do brzucha. Krzyczy tak, że uciekają ptaki z czubków drzew. Nie ma różdżki, nie może się obronić, nie może ich zabić. Nagle wszystko zaczyna płonąć. Trawa, drzewa, krzewy, pająki. I ona sama. Czuje gorące płomienie liżące jej opalone ciało. Powoli wspinają się coraz wyżej i wyżej. Z pajęczego piekła, do ognistego grobu. Niespodziewanie coś wypycha ją poza krąg płomieni. Uderza głową o kamień. Rozcina głowę. Gęsta, ciemna krew brudzi jej blond kosmyki. Otwiera delikatnie oczy i widzi przerażające niebieskie tęczówki. Potem czuje gorące wargi na swoich. Biernie oddaje pocałunek, ale nie uczestniczy w nim uczuciowo. Czuje jakiś dystans do tego chłopaka. Wie, że nawet w jego silnym, męskim uścisku nie jest bezpieczna. On sam może ją skrzywdzić. Jego gorące usta schodzą coraz niżej. Znajdują się teraz na odsłoniętym obojczyku. Chwilę potem muskają delikatną, wygiętą szyję. Nagle czuje zimną stal na skórze. Patrzy ze strachem na chłopaka, ale nie może krzyczeć. Szepce tyko ciche "Michael". Potem czuje straszny ból rozcinanej tętnicy.
Christina otworzyła oczy i uparcie wpatrywała się w ciemność. Po chwili przyzwyczaiła się do panującej ciemności i zaczęła rozpoznawać kształty. Łóżko Kyin jest puste, ale tylko dlatego, że spoczywa bezpiecznie obok swojego chłopaka. Mimid i Angelina leżą obok i mają się dobrze. Przynajmniej na to wskazuje ich równomierny oddech.
- To był tylko sen. Tylko nocny koszmar. - powtarza sobie cicho, jak mantrę. Uspokaja się dopiero po chwili. Wyrównuje oddech i kładzie głowę na poduszce.
- To był tylko sen. Tylko nocny koszmar.
Zasypia cięgle poddenerwowana.
- Mimid, nie blokuj łazienki! - wrzasnęła Angelina
- Och, zamknij się. - mruknęła Christina i rzuciła w siostrę poduszką.
Schyliła się szybko i jasiek uderzył w wychodzącą z łazienki Mimid.
Zmrużyła groźnie oczy i rzuciła się na leżącą w łóżku dziewczynę.
- Nie, proszę nie.
Marcelina zatrzymała się raptownie z pytaniem wymalowanym na twarzy. Niecierpliwie spogląda to na jedną, to na drugą. Od żadnej nie dostaje odpowiedzi, więc zmienia taktykę.
- Gdzie byłyście wczoraj?
Angelina ukryła twarz w dłoniach.
- Bordowi. - szepnęła cicho spomiędzy palców.
- Że co? - zapytała głupio
- Oni żyją. Ale Kit umiera.
- Znowu - stwierdziła Christina.
Wciąż nie mogła się pogodzić z tym, jak je potraktowali.
- On umiera. A ja mu pomogę z tobą czy bez ciebie! Przecież wiesz, że ja go KOCHAM!!
- A co z Zabinim?
- Nie wiem co z nim. Uwielbiam go i jest mi z nim świetnie, ale Kit to zupełnie inna bajka.
- Nierealna. Zapomnij o nim.
- Zapomnij? Zapomnij? A czy ty nie myślisz o Michaelu każdego dnia od jego śmierci? No przyznaj się, dlaczego nie związałaś się z nikim innym? Bo ciągle go czujesz. Ciągle pamiętasz jego dotyk, jego wargi, jego głos! Nie możesz zapomnieć jak było dobrze kiedy on cię przytulał. Jak bezpiecznie się czułaś. Jeżeli nadal uparcie twierdzisz, że nie należy ich ratować, to jesteś nienormalna. Przeczysz sama sobie. Twoje serce mówi co innego niż mózg. Ale posłuchaj serca, dziewczyno. Chociaż raz wszystkiego nie kalkuluj, nie bądź Śmierciżerczynią! Chociaż raz bądź zwykłą dziewczyną, nie czarownicą, nie morderczynią bez serca!
Angelina łapie się za przeponę zmęczona długą przemową.
- Nie chcę przerywać, ale powie mi któraś CO TU SIĘ DO CHOLERY DZIEJE?!?! - Mimid była już nieźle poirytowana faktem, że nadal nic nie wie. Niestety, żadna z sióstr nie kwapiła się aby jej odpowiedzieć.
Christina gapiła się tępo w przestrzeń i wyraźnie nad czymś myślała. Była rozmarzona i smutna zarazem. Zrozumiała co chciała jej powiedzieć siostra. Miała rację, nie po raz pierwszy zresztą.
Angelina natomiast miała zamknięte oczy i dłonie przytknięte do skroni. Brzuch już ją nie bolał, ale nadal miała problemy z normalnym oddychaniem. Wyciszała umysł jak robi to zawsze przed misją dla Czarnego Pana. To pomaga jej zebrać myśli. W końcu patrzy po przyjaciółkach i beznamiętnym głosem opowiada Mimid co się zdarzyło wczoraj. Ta słuchała z otwartymi ustami, nie mogła uwierzyć, że ktoś odrodził się. Co więcej teraz umiera ponownie, a dziewczyny chcą mu pomóc. Bo teraz chciały tego obie.
- Jak zdobędziecie składniki? - zapytała Marcelina
- Od Snape. To chyba oczywiste. - powiedziała sucho Angelina
- Myślisz, że będzie wszystko miał, tu na miejscu? To są rzadkie składniki.
- Mimid, on przede wszystkim jest sługą Czarnego Pana. Ma wszystkie potrzebne rzeczy. ON mu je załatwia. - wytłumaczyła Christina.
- Jesteście optymistkami. - zauważyła oschle
Uśmiechnęły się delikatnie. Aż za dobrze wiedziały jakie są.
W trójkę weszły do Wielkiej Sali. Były już jak zawsze pewne siebie.
Wpadła na nie Luna, jak zwykle zaczytana w szmatławcu swojego ojca. Przeprosiła tym swoim słodkim, rozmarzonym głosikiem i wyszła z sali. Christina trzymała różdżkę w dłoni i mamrotała po cichu przekleństwa.
- Iskry się sypią, przestań. - warknęła Angelina, a Mimid uśmiechała się ironicznie.
- Bo mnie wkurza ta tleniona blondyna.
- Nie jest tleniona! - zauważyła Marcelina
- Oj, czepiasz się szczegółów. Wkurza mnie i tyle.
- Zamknijcie się obie. Czy to nie Hemcia? - zapytała Angelina
Wszystkie patrzyły teraz na małe kółko różańcowe, w którym po środku siedziała burza jasno brązowych loków.
- Hailey! - zawołały wszystkie razem i podbiegły do dawno nie widzianej koleżanki. Łokciami utorowały sobie drogę. Ślizgoni nie byli zadowoleni, że odpycha się ich od środka wydarzeń, ale cóż, z tymi dziewczynami się nie dyskutuje.
- Gdzieś ty się podziewała?
- A wiecie, tu i tam - odparła wesoło Hemcia. - Z tego co wiem, ty też niedawno wróciłaś, prawda Chriss?
- Taak, jakiś czas temu. Moi rodzice pomyśleli, że będę się lepiej czuła w Dumstrangu. Jak widać, nie.
- To fajnie. Może zorganizujemy dziś wieczorem jakąś imprezę.
Siostry wymieniły między sobą szybkie spojrzenia.
- Wiesz, my niezbyt możemy. Musimy coś załatwić. - zaczęła się tłumaczyć Angelina.
- A co takiego?
Angelina zmierzyła dziewczynę wzrokiem. Ostatnim razem Hemcia była wplątana w sprawę Bordowych. Dlaczego teraz nie miała się na coś przydać.
- Pamiętasz Bordowych?
- Oczywiście. Współczuję.
- Och, nie ma potrzeby. Wrócili. - wypaliła Chriss. - Ale jeśli chcesz dowiedzieć się czegoś więcej, to chodź do naszego dormitorium, tutaj jest za dużo ciekawskich, a co więcej, nie będących w temacie.
Hailey wstała i wydostała się poza krąg ciekawskich. Wszyscy byli zaciekawieni o czym mówią dziewczyny, ale sądząc z wywodu Christiny nie dowiedzą się niczego.
- A śniadanie? - zapytała Mimid. Co jakiś czas od rana burczało jej w brzuchu, więc była zawiedziona, że nie zjedzą posiłku. Angelina uśmiechnęła się pobłażliwie i ściągnęła z najbliższego stołu koszyczek z chlebem i duży słoik dżemu.
- Wystarczy?
- Tak. Możemy iść. O to Snape.
- Panie profesorze - zaczęła Chriss - skoro już pan tu jest, chciałybyśmy zamienić z panem słówko.
- Nie teraz - syknął i wybiegł z sali trzymając się za lewę przedramię.
Dziewczyny zdziwione zerknęły na swoje ramiona, ale nic nie czuły.
- Powiało chłodem. - mruknął przechodzący obok Malfoy. Przywitał się ze Ślizgonkami i usiadł przy stole.
- U niego też chyba wszystko ok. - stwierdziła Angelina
- Tak, ale mniejsza o niego. Chodźmy już. Po co wam Severus? - zapytała zaciekawiona Hemcia.
- Dowiesz się wszystkiego w swoim czasie.
- I właśnie od niego musimy wyciągnąć składniki. - skończyła swój monolog Christina.
Hailey pokiwała głową. Jednak zaraz podniosła jedną brew.
- Jeżeli palił go mroczny znak, to chyba nie będzie go dziś w szkole.
Angelina błyskawicznie usiadła na łóżku i spojrzała ze strachem na siostrę.
- Ona ma rację!
- Przecież nas nie pali, może się zaciął nożem, czy coś.
Obok niej, na pościeli leżał czarny bandaż. Już za długo go nosiła ukrywając Mroczny Znak. Musi wymyślić coś innego.
- Może masz i rację. To co idziemy do niego?
- Snape wydaję się ostatnio nieco chłodny dla Ślizgonów. Wątpię, żeby dał wam takie rzadkie składniki. Chyba, że powiecie mu prawdę, ale tego chcemy uniknąć. - zauważyła Mimid.
- Mogę go jakoś wybawić z gabinetu. Wiecie, wróciłam, mam mnóstwo nowości do ogarnięcia. W końcu po to jest opiekunem, żeby pomagać takim jak ja, prawda? - spytała Hemcia i przybrała wredny wyraz twarzy.
- Innego planu nie mamy. - mruknęła Christina
Snape wyszedł z gabinetu razem z Hemcią. Był wyraźnie poirytowany faktem, że musi pomóc uczennicy. Widocznie zajmował się czymś o niebo ważniejszym, ale jako opiekun domu musiał wykonywać swoje obowiązki.
Gdy tylko ich kroki ucichły siostry Johnson wemknęły się do gabinetu z zamiarem przeszukania go i wykradzenia potrzebnych składników.
|
|
|
08-07-2009, 18:55
|
#585
|
|
Omijać szerokim łukiem
Zarejestrowany: Aug 2007
Posty: 1,896
|
Hailey z kamienną twarzą, nie dając nic po sobie poznać kroczyła u boku Snapea. Ten za to czymś bardzo trapiony nawet nie spojrzał na dziewczynę. Szli wzdłóż korytarza w stronę schodów prowadzących do wyjścia z lochów. Oboje milczeli. Na korytarzu było jakoś za pusto i za cicho. Hemcia wyczuła, że coś wisi w powietrzu i pierwsza się odezwała by przerwać tą męczącą ciszę.
-Słyszałam, że pod moją nieobecność wyważył pan eliksir niewidzialności. Coś na styl peleryny niewidki naszego Pottera. - Uśmiechnęła się ironicznie, a Snape zwęził brwi na dźwięk tego nazwiska. - To nie lada wyczyn wyważyć ten eliksir, trzeba mieć oko, by tak precyzujnie dodać wszystkie składniki. Panu pierwszemu udało się wyważyć eliksir niewidzialności, który nie powoduje żadnych efektów ubocznych. Szczerze gratuluję. - Uśmiechnęła się do profesora, ale ten wydawał się być nie obecny, widać było, że coś go mocno trapi, ale o dziwo, nie patrząc się na dziewczynę odpowiedział jej. To znaczy, że wszystko wysłuchał, chociaż wydawałoby się, że choć ciałem jest obecny to umysł wcale nie jest razem z nim.
-O tak, męczyłem się na nim dwie doby, ale jak widać nie na marne. - powiedział z dumą w głosie. - Składniki uzyskałem dzięki moim starym, dobrym znajomym, którzy wisieli mi przysługę. Połowy z nich pewnie nigdy nie widziałaś na oczy. O właśnie, chodź pokarzę Ci, mam je w spiżarce w moim gabinecie, to będzie fantastyczna lekcja dla Ciebie.
W tym momencie Snape odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku swojego gabinetu. Hemcia zaczeła panikować.
-Ależ profesorze, ja napewno je widziałam, a jak nie to zdąrzę jeszcze napewno je zobaczyć. - Nerwowo ciągnęła go za rękaw od szaty próbując go zatrzymać. Ten zauważył, że coś się dzieje i podejrzliwie przeszył dziewczynę swoimi czarnymi oczami.
-Czy wszystko w porządku Blackwillówno?
-Eee oczywiście, wszystko w najlepszym porządku, a co miało być źle? - Dziewczyna wywróciła oczami i prychnęła. Snape nadal bacznie ją obserwował.
-Po prostu...POTTER UKRADŁ MI MÓJ TALIZMAN PRABABKI! - wypaliła, choć sama nie wiedziała co bredzi. Musiała jakoś ratować sytuację. Snape wytrzeszczył oczy. Nie spodziewał się tego.
-Potter? Jak on się dostał do dormitorium?
-Eee nie dostał się, niby jak. Aż taki mądry to on nie jest. - prychnęła - wykradł mi go na lekcji transmutacji. Miałam otwartą torbę, a Filtwick usadził go obok mnie. Po tej lekcji już go nie było. Proszę pana tak wiele on dla mnie znaczył, ten talizman, dostałam go od mojej prababki gdy ta na łóżu śmierci wręczyła mi go i powiedziała, że mam go pilnie strzec, bo krąży on w naszej rodzinie od pokoleń, legenda mówi, że same nimfy go odlały w odciśniętym w ziemi śladzie stopy Heroda.
-Twój talizman był w krztałcie STOPY?! - Snape wybuchnął śmiechem.
-Owszem był, czy to takie dziwne? - spojrzała na niego z wyrzutem. - Podobno ma magiczną moc! takich talizmanów są tylko dwa egzemplarze na całym świecie!
Snape podniósł jedną brew i powstrzymał się od kolejnego wybuchu śmkechu, gdy Hailey posłała mu mordercze spojrzenie.
-A więc rozprawmy się z Potterem. - rzekł i ruszył po schodach do głownego holu, by udać się na stadion Quiditcha, gdzie trenował właśnie Harry.
Hemcia zadowolona z siebie odwróciła się i biegiem ruszyła spowrotem w głąb lochów, zmierzając do gabinetu Snapea, gdzie była reszta ślizgonek.
Tymczasem dziewczyny przeszukiwały cały gabinet, który wyglądał conajmniej jak po przejściu huraganu, lub w najlepszym wypadku chochlików kornwalijskich.
-Nigdzie do cholery nie ma tych składników! - wrzasnęła rozzłoszczona Chriss.
-Spokojnie, na pewno tu gdzieś są. - uspokajała ją Angelina.
Christina załamana oparła się o ścianę, gdy nagle cegiełka za jej plecami poruszyła się, a z drugiego końca sali dało się usłyszeć skrzypienie otwierających się drzwiczek.
-Gratulacje, odkryłaś skrytkę - uśmiechnęła się Mimid i podniecone dziewczyny podbiegły do małej komory pełnej najróżniejszej wielkiści słoików, w których mnóstwo było ziół, roślin i galaretowatych substancji, których nazwy i przeznaczenia dziewczyny nie chciały poznać.
Wtem drzwi chlapnęły, a dziewczyny podskoczyły z przerażenia. Mimid tak podskoczyła, że uderzyła się w głowę o sklepienie tego składziku, do którego zdąrzyła już wejść. Wszystkim kamień spadł z serca, gdy w drzwiach zamiast Snapea pojawiła się Hemcia.
-To tylko Ty - odetchnęła z ulgą Chriss - chcesz żebyśmy padły na zawał?!
-No przepraszam inaczej nie dało się wejść, te drzwi zbyt ciężko się otwierają. Snapea nie będzie przez jakiś czas więc możemy swobodnie szukać składników. Posłałam go na stadion Quiditcha. Nie pytajcie dlaczego, długa historia. - od razu rzuciła widząc zaciekawione twarze towarzyszek. Podeszła do reszty dziewczn i zaczeły poszukiwania.
__________________
Całkowicie oddana fanka Toma Feltona i badź co bądź Draco Malfoya.
* Może to dziwne, ale dostaję pierdolca jeśli minimum raz dziennie nie posłucham Happysad
zazwyczaj robię różne rzeczy, które inni postrzegają jako 'dziwne'.
czasami czarna owca w rodzinie.;p
nie przestrzegam żadnych granic, ewentualnie sama je wytyczam.;-dd
często słyszę o sobie 'nienormalna', 'zboczona'.;p no i bywa, że nietolerowana za to, że nie jestem kolejną szarą jednostką społeczeństwa.; -dd
|
|
|
08-09-2009, 20:55
|
#586
|
|
Praktykant Voodoo
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 749
|
Każdy wiedział, że gabinet hogwarckiego mistrza eliksirów skrywa niezliczenie wiele tajemnic. Sekretne skrytki, ukryte pomieszczenia, tysiące schowków. Niesamowite.
A teraz pięć wcibskich Ślizgonek odkryło jedno z nich.
Był to pokój w stanie surowym. Kamienne ściany aż błagały o ociosanie, a drewniania podłoga stękała pod każdym stąpnieciem. Całe pomieszczenie wypełniało dziwne, obijające się o kamienie i drewno echo. Jakby... woda?
Każda ściana zastawiona była olbrzymimi szafami, pełnymi dziwnie wyglądających substancji. Z sufitu ( który oczywiście był z kamienia ), zwisały półki zastawione żabimi oczami i traszkowymi ogonami oraz innymi częściami ciał gadów i płazów.
A całość była nie większa od schowka na miotły.
- Śmierdzi tutaj.
Hemcia pociągnęła nosem i zaraz się skrzywiła. Niepewnie rozejrzała się po bądź co bądź, nieco przyciasnym wnętrzu.
- Mi tam pachnie... Snapem. - stwierdziła Mimid, opierając się na ramionach nowo przybyłej przyjaciółki i z lubnością wdychając odór eliksirów i wywarów. Angelina wykręciła oczami i wyszczerzyła zęby do zdezorientowanej Christiny.
- Ale... - zaczęła ta druga, pragnąca wyjaśnień.
- Nie teraz. - przerwała jej starsza siostra. - Znalazłyście tam coś ciekawego?
Dziewczyny rozejrzały się, wysilając wzrok. Na najniższych półkach stały zakurzone wywary z łacińskimi nalepkami. Na środkowych Snape trzymał eliksiry robione na jego lekcjach przez najlepszych uczniów. Stały tu tylko twory Ślizgonów. Na samej górze leżały całkiem nowe, o wiele ciekawiej wyglądające od całej reszty, buteleczki z obtłuszczonymi napisami. Jednak nawet one nie były w stanie zaskoczyć Ślizgonek. Znały je z księg w Zakazanym Dziale.
Nie było jednak niczego, co nadawałoby się na ratunek dwóm skurwysynom, którzy zakręcili w głowach sióstr Johnson.
Ponownie.
- Nic. - powiedziała wściekle Hemcia. Tupnęła nogą, lecz zamiast echa płynącej wody, usłyszała... czyjeś kroki. Ostrożne, ciche, lecz jakby... mocniejsze kroki... Kroki mężczyzny.
- Snape.
Ślizgonki popatrzyły po sobie. Mimid czmychnęła pod ramieniem Angeliny do głównego gabinetu profesorwa, a Angelina, pod wpływem stresu, zastrzasnęła za nią tajemne przejście. Tym sposobem uwięziła Hemcie w tajemnym pomieszczeniu.
- AAA! OTWÓRZCIE, OTWÓRZCIE!
Dziewczyna, przerażona nagle perspektywną zamknięcia w małym, zimnym i nieprzyjemnym wręcz pokoju, zaczęła klaustrofobicznie panikować.
- Zamknij się. - syknęła Christina. Kroki były coraz szybciej.
- Co teraz?
Angelina zagryzła dolną wargę i potoczyła wzrokiem po gabinecie. Trzy drzwi, jedne wychodzące na najniższy korytarz Lochów.
- Chowamy się! - szepnęła gorączkowo Marcelina. Nie zastanawiając się długo, schowała się w pierwsze, lepsze możliwe miejsce. Nawiasem mówiąc, najbanalniejsze. Pod głównym biurkiem.
Christina wybrała drzwi na prawo, Angelina zamknęła się za lewymi. Gdy z jej gardła wydobywało się głośne ach!, rozległ się głośny pomruk otwieranego, głównego przejścia i ktoś powoli wszedł do pomieszczenia. Owy ktoś najprawdopodobniej był sam Severus Snape. Jednak, gdy Mimid usłyszała głośnie wypuszczany przez zęby oddech i jego odór, przypominający jej zapach przepoconego pokoiku dla reprezentacji Slytheriniu w Quidditch'u, pomyślała, że to jednak nie mógł być on. A więc kto, do jasnej cholery?
- Tak, tak. Teraz Cię mam... - wyszeptał chrapliwie tajemniczy osobnik. Zaczął powolnie krążyć po gabinecie, rozsyłając wszędzie swój skarpetkowy odór. Marcelina modliła się w duchu, aby jej nie znalazł.
Natomiast pokój, do którego trafiła Angelina, okazał się być.... sypialnią. Duże, dwuusobowe łóżko z ciemnozielonym baldachimem stało dumnie na samym środku tego ciemnego, rzeczywiście nietoperzowego pokoju. Panna Johnson przez chwilę miała wrażenie, że zaraz z wysokiej, brzozowej szafy wyskoczy czarny strój czarodziejskiej wersji Batmana, a na czarnawej ścianie z chińskimi napisami pojawi się żółty znak nietoperza. Jednak nic takiego się nie stało. Zaciekawiona Angelina odetchnęła z ulgą i zaczęła powoli zwiedzać oszałamiającą i nawet nieco przytłaczającą sypialnię. Była urządzona minimalistycznie, a fiolki walające się po szafeczkach świadczyły o pracocholiźmie Snape.
Dziewczyna usiadła na łóżko. Atłasowa, srebrna pościel zmarszczyła się lekko i zabrzęczała. Ślizgonka odbiła się stopami od podłoża, położyła się na niej cała i... usłyszała szurnięcie przesuwania. Szybko wybiła się z olbrzymiego łoża ( ciekawe, ile razy Severus przyjmował w nich swoje kochanki? ) i delikatnie upadła na podłogę. Klęknęła. Wyciągnęła rękę. Pomacała chwilę czystą niczym tafla jeziora podłogę, gdy nagle poczuła drewniane pudełeczko. Szybko je spod łóżka wydobyła.
- Alochomora. - szepnęła i szkatułka otworzyła się. Było w niej siedem najmniejszych chyba fiolek świata. Wszystkie mieniły się intensywnymi barwami tęczy... A wśród nich był właśnie lek na przedziwną chorobę Kita. Angelina wstrzymała powietrze i po chwili szarłatny eliksir spokojnie spoczywał w kieszeni jej spodni. Resztę fiolek zamknęła w drewnianym pudełeczku i schowała pod łoże. Podeszła do drzwi. Nadał słyszała odgłos kroków.
A Mimid była już pewna personali owego gościa. Był to nie kto inny jak Argus Filch, okropny woźny Hogwartu. I najwyraźniej ubzdurał sobie, że w gabinecie profesora eliksirów ukrywa się Irytek. Jego poszukiwania trwały już tak długo, że zaczęły ciążyć nawet Marcelinie. Zatem musiała ona pokonać swojego wrodzonego leniuszka i wymyślić coś, co odgoniło by Filcha od nich. Gdy charłak stanął tyłem do dębowego biurka, Ślizgonka wychyliła się lekko. Rzuciła zaklęcie pod takim kątem, aby odbijało się od zbrój w całym korytarzu. Naraz rozległ się powtarzający, wolno znikający hałas.
- Aha! Mam Cię, Irytku! - wrzasnął rozradowany starzec i wybiegł z gabinetu. Panna Abeley szybko wstała i zamknęła za nim główne drzwi, po czym otworzyła te, do dwóch innych pomieszczeń.
- Mam! - krzyknęła na powitanie Angelina, rzucając się na szyję przyjaciółce.
- Wiecie, że Snape jednak używa szamponu? - zaśmiała się Christina, będąca zdecydowanie za długo zamknięta w łazience profesora.
- Eeej, a ja?!
Trzy Ślizgonki zaśmiały się serdecznie i uwolniły Hemcie. Zdzieliła ona każdą po głowie i już miałą się na nie powydzierać, gdy dziewczęta usłyszały ponownie odgłos kroków. Tym razem przesprzecznie należał on do mistrza eliksirów. Spojrzały na siebie wystraszone i szybko wybiegły z gabinetu. Wbiegły w sekretny korytarz, by uniknąć czołowego spotkanie ze Snapem. Mimid odżałowywała to przez reszte dnia.
__________________
"Może ten baron dusz, anioł stróż przegrał w karty z diabłem. A rano już ludzie wzięli szable i bagnet"
***
Skoro nie mam nadziei, abym jeszcze zaznał,
Niepewnej chwały określonej chwili.
Skoro nie sądzę.
Skoro wiem, że nie zaznam,
Prawdziwej mocy, która przemija.
Skoro nie mogę pić,
Skąd piją kwiaty drzew i źródła rzek,
***
bo nic tam już nie ma.
Ostatnio edytowane przez Mistrzyni_Afrytow : 08-09-2009 o 22:22.
|
|
|
08-10-2009, 12:16
|
#587
|
|
Omijać szerokim łukiem
Zarejestrowany: May 2007
Lokalizacja: Camelot
Posty: 1,514
|
- Dobra, to co teraz robimy? - zapytała zadowolona Hemcia.
Christina, zanim jej odpowiedziała, strzepnęła z jej ramienia jeden z owych traszkowych ogonów, które powinny być uwięzione w słoiku, a nie na szacie uczennicy.
- Bez obrazy dziewczyny, ale musimy im to jak najszybciej zanieść, a zależy nam i im na dyskrecji. We dwie wymkniemy się bez problemu.
- Wymkniemy się? - zapytała zdziwiona Angelina.
- No a jak ty to sobie wyobrażałaś?
- Wyjdziemy?
- Tak, szczególnie, że wrota są zamknięte MAGICZNIE! Nie otworzysz ich zwykłą Alochomorą.
- W sumie racja. To co, przejście do Miodowego Królestwa?
Christina pokiwała głową na znak zgody. Spojrzała na Mimid, która wydawała się nieobecna. Jej widok przypomniał Chriss, że miała się zapytać o co chodziło.
- Nie teraz. - warknęła Angelina
- Ale...
Założyła ręce i pełna złości poszła za siostrą.
Już od kilku minut wspinały się po skalistej ścianie. Ostatnim razem pod wpływem emocji poszło im szybciej. Teraz jednak ruszały się znacznie wolniej.
- Jakby nie mogli zamieszkać w jakimś hotelu. - wysapała Christina
- Stanowczo się z tobą zgadzam. Musimy im to zaproponować. - powiedziała ironicznie.
Po kolejnych kilku minutach dotarły do wąskiej poziomej szczeliny. Przecisnęły się przez nią od razu pochłonął je mrok, gorszy niż atrament.
- Lumos. - wyszeptały obie, bo teraz nie było już potrzeby ukrywania się. Wiedziały co je czeka.
Szyły powoli, co jakiś czas się potykając. Na szczęście przejście było tak wąskie, że zawsze podtrzymywały się ściany i nie padały na kolana.
- O Boże - szepnęła Angelina i z dłonią przytkniętą do ust pobiegła do leżącego Kita. Jego ciałem wstrząsały nagłe, silne dreszcze. Na jego czole perliły się krople potu, usta miały kolor śliwek węgierek.
- Dostał wysokiej gorączki. - wyjaśnił Michael, chociaż żadne pytanie nie padło. - Macie eliksir?
- Oczywiście. - odpowiedziała cicho i zaczęła szukać po kieszeniach małej, szklanej buteleczki. Szamotała się coraz bardziej, nie mogąc jej znaleźć.
- Musiałam ją zgubić. - wyjęczała i pozwoliła kroplom uwolnić się z pod powiek. Nadal przeszukiwała wszystkie możliwe skrytki w swoim ubiorze, ale nic.
- Accio. - mruknął Michael. Buteleczka dosłownie wystrzeliła z kieszeni jeansów. Chłopak uśmiechnął się pocieszająco do dziewczyny i odkorkował buteleczkę. W środku znajdował się jadowicie zielony płyn. Powoli, żeby nie wylać drogocennego wywaru przytknął szkło do ust brata. Wypił wszystko łapczywie, nie zostawiając ani jednej kropli.
- Nadal ma drgawki. - zauważyła płaczliwie Angelina. Oczy miała zapuchnięte od łez.
- To nie działa tak od razu. Jutro powinien wydobrzeć.
Christina stała kilka metrów z tyłu i przyglądała się tej scenie ze stoickim spokojem. Śledziła każdy, nawet najmniejszy ruch Michaela.Był taki delikatny, ale możliwe, że to tylko pozory.
- Christina, można cię prosić na słówko? - zapytał nagle Michael wskazując głową grotę.
Zmierzyła go lodowatym wzrokiem i odparła chłodno.
- Nie.
- Proszę, chcę tylko porozmawiać.
- Czy ja niewyraźnie mówię? Nie.
Chłopak wyciągnął różdżkę z kieszeni bluzy i rzucił ją Angelinie. Dziewczyna, chociaż bardzo zaskoczona, złapała ją w swoje zgrabne palce.
- Zobacz, teraz jestem nieuzbrojony. Ty owszem. Jestem bezbronny. Pójdziesz?
Christina nadal się wahała.
- Nie zajmie ci to więcej niż 5 minut. - nalegał chłopak.
- No dobrze. Masz 3 minuty, i ani chwili więcej.
Ruszyła się i przeszła do znajdującej się nieopodal groty. Nie sprawdziła, czy Michael idzie za nią. Wiedziała, że tak.
Gdy tylko przeszła pod kamiennym łukiem stanęła jak wryta. Znalazła się w małym, podziemnym jeziorku. Woda skapywała z góry przerywając ciszę wdzięcznym plum,plum.
Było ciemno, więc Christina wyciągnęła różdżkę i szepnęła "LUMOS". Nikłe światło jeszcze bardziej dodawało tajemniczości temu miejscu. Oczarowana usiadła nad brzegiem wody i wpatrywała się uparcie w jego toń.
Michael zakał na jakikolwiek ruch z jej strony. Siedziała do niego plecami i zupełnie nic nie robiła.
- Chcesz mnie o coś zapytać?
Odwróciła głowę i uśmiechnęła się pobłażliwie.
- Myślałam, że to ty chcesz pogadać. Przyszłam tu tylko dlatego.
- Nie chcesz wiedzieć jak przeżyliśmy? - zapytał. W jego głosie zdało się słyszeć nie małe zaskoczenie. Dziewczyna tym czasem prychnęła.
- A co tu się dowiadywać. Przecież to jasne, że musieliście mieć horkruksy.
- Myślałem...
- Nie, ty nie myślałeś. - przerwała mu. - Jesteś za bardzo zapatrzony w siebie, żeby myśleć o czymś innym, niż o swojej świetności. A tak się składa, że nie jesteś pępkiem świata i są ludzie od ciebie mądrzejsi. Wydaje ci się, że nie znam tajemnicy nieśmiertelności mojego Pana?
- Cóż, mało osób o nich wie. - odparł nieco zbity z pantałyku.
- Jestem wierną Śmierciożerczynią. - stwierdziła, jakby to wszystko tłumaczyło. - Ile ich mieliście?
- Po jednym.
- Czyli jeżeli teraz cię zabiję, to umrzesz na dobre. - rzuciła mu spojrzenie tak przepełnione nienawiścią, że aż go zabolało.
- Nie zrobisz tego.
- Wiem. Jesteś potrzebny swojemu bratu, a twój brat Angelinie. Jeśli umrze, nie będę mogła spojrzeć w oczy siostrze.
Znowu zaległa cisza, przerywana monotonnym plum,plum. Siedzieli tak kilka minut.
- Przepraszam za wszystko. - szepnął w końcu Michael. Co prawda był to tylko cichy odgłos, ale zwielokrotnił swoją moc.
- Mam gdzieś za co mnie przepraszasz i po co. Jesteś już mi obojętny.
To było kłamstwo. Wcale nie był jej obojętny. Ale przecież postanowiła być twarda.
Nagle poczuła, że odgarnia jej kosmyki z szyi. Potem na delikatnej, opalonej skórze złożył zimny pocałunek. Wzdrynęła się lekko. W tym momencie Christina chciała mu wymierzyć siarczysty policzek, ale nie mogła... Biernie poddawała się pieszczotom. Nie oddawała ich, ale też nie protestowała. W tym czasie Michael zdążył już dotrzeć do podbródka. Cały czas muskał delikatnie skórę dziewczyny. W końcu dotknął wargami ust Christiny. Momentalnie go od siebie odsunęła.
- Przestań. - wyszeptała cichutko.
- Nie podobało się? - zapytał uśmiechając się łobuzersko.
- Podobało - zwiesiła głowę, ale chwilę później patrzała na niego swymi zielonymi oczami. - Podobało i w tym jest problem. Przez rok byłam w Bługarii i zabliźniałam ranę na sercu, którą po sobie zostawiłeś. Teraz nagle się zjawiasz i rozcinasz ją na nowo. Chciałam ją zasklepić na dobre. Zapomnieć. Ale nie mogę. A ty mi wcale nie pomagasz. Nie chce być już twoją marionetką, Nie chce, żeby mnie kochał tylko wtedy jak mnie potrzebujesz.
Nie chcę, żebyś znowu mnie skrzywdził.
Znowu zwiesiła głowę. Po chwili na jej jeansowe spodenki spadła słona kropla.
Ujął jej podbródek i skierował tak, aby móc patrzeć w jej nasiąknięte łzami zielone tęczówki. Sprawiało mu ból, patrząc jak cierpi bez powodu.
- Obiecuję, że już więcej cię nie skrzywdzę. Nigdy.
- Już to raz słyszałam. - burknęła cicho.
- Teraz nie kłamię. Nie zrobię ci krzywdy. Kocham cię. Słyszysz Christina, kocham cię.
- Ja.. ja - zaczęła się jąkać.
Przytknął palec do jej ust. Pokręcił delikatnie głową.
- Jeżeli nie chcesz lub tego nie czujesz, to nie mów. Nie będę cię do niczego zmuszał.
Pokiwała głową i mruknęła "dzięki". I nagle przytuliła się do niego mocno. Zaskoczony głaskał ją po jasnych włosach. I gdy tak siedzieli wtuleni w siebie, Christina zasnęła w jego objęciach, co oznaczało, że czuje się bezpieczna. Od ponad roku się tak nie czuła.
Angelina cały czas trzymała gorącą dłoń Kita. Szeptała, że wszytko będzie dobrze, że już jutro będzie zdrowy.
- Angelina- wyszeptał nagle, niemal niedosłyszalnie.
Ścisnęła jego palce jeszcze mocniej. Wiedziała, że chłopak majaczy, nie czuje jej obecności.
Nagle usłyszała czyjeś kroki. Obróciła się błyskawicznie i zobaczyła swoją siostrę bezwładnie leżącą w ramionach Michaela. Zerwała się na nogi z wyciągniętą różdżką.
- Co jej zrobiłeś ty parszywy ...
- Cicho, zasnęła.
- Śpi? - zapytała zaskoczona Angelina
Rzeczywiście klatka piersiowa Christiny wznosiła się i opadała w równym tempie. Nie zbudził jej krzyk siostry, w żadnym wypadku. Dziewczyna miała niesamowity dar nie budzenia się nawet wśród krzyków.
- Co z nim? - zapytał chłopak
- Majaczy.
Schowała różdżkę i wróciła na swój posterunek. W tym czasie Michael złożył Chriss na swoim posłaniu i podszedł do drugiej dziewczyny.
- Mruczał twoje imię, prawda?
- Skąd wiesz?
- Gada tylko jedno i to samo. Przez cały czas.
Siedzieli obok siebie przez chwilę, w całkowitej ciszy.
Tymczasem Mimid i Hemcia spoglądały na siebie wystraszone. Nie wiedziały co się dzieje z ich przyjaciółkami. Czy jeszcze wrócą, czy nic im nie jest?
- Idziemy - zarządziła nagle Hemcia.
- Gdzie? Przecież nawet nie wiemy gdzie są. - ostudziła Mimid
- Racja. Kurcze martwię się o nie.
- Ja też, ale nic nie możemy zrobić. Czekamy, aż wrócą.
I ponownie wróciły do zerkania na siebie.
|
|
|
08-10-2009, 20:08
|
#588
|
|
Praktykant Voodoo
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 749
|
Kap. Kap. Kap.
Cisza.
I wyrazista nostalgia czuwających.
Niegdyś wrogowie, dziś skończeni durnie.
Ufający sobie, bez żadnych oporów. Mimo niezabliźnionej przeszłości.
Przecież oni się tak naprawdę nie znają. I nie mogą się poznać. Należą do dwóch różnych, przeciwstawnych sobie światów. Są po innej stronie bariery.
To nie ma szansy przetrwać.
Angelina głośno westchnęła. Jednak nie zwolniła ucisku na spoconej, chropowatej ręce Kita. Spojrzała na jego brata. Byli tak do siebie podobni. Nieprawdopodobnie wręcz. A Michael także na nią patrzył. Z uwagą i zastanowieniem. Tyle, że jego myśli akurat krążyły odwrotnie. Porównywał obie panny Johnson i znajdował więcej różnic niż podobieństw. Dziwiła go też wylewności tej starszej, którą znał z większej skrytości emocji i statyczności. Jej stoicyzm dawniej nieraz go drażnił, a poczucie opiekuńczości, skierowane w młodszą siostrę działa na niego jak płachta na byka. Nie wierzył w jej nagłą zmianę. Tacy ludzie nie stają się inni w ciągu roku. Musiała ona mieć jakiś swój udział, ślizgoński interes w ukazywaniu swych uczuć do Kita. Uczuć, które mogą okazać się tylko iluzją.
Zacisnął pięści.
Christina była za szczera. Czuł, naprawdę czuł od niej miłość, którą powolnie uwalniał z pancernej duszy niczym białego gołębia ze stalowej paszczy jakiegoś ssaka. Jej uczucie nie mogłoby być dobrze wyważoną rolą, bramą do czegoś o wiele lepszego, z czego Michael jeszcze nie zadawał sobie sprawy.
Natomiast z Angeliną było inaczej. Sam Kit wprowadził go w krętą ścieżkę jej, jeszcze bardziej pokręconej, psychiki. To właśnie to go fascynowało, nie pozwalało usnąć, ani zabić. Pamiętał aż za dobrze słowa brata, które spłynęły na niego chłodnym strumieniem.
Artystka. Ze swych banalnych ról tworzy prawdziwą sztukę, w której powoli sama się zatraca..
Niedawno Michael posłyszał, że Angelina jest teraz z Blaisem Zabinim, czarnoskórym arystokaratą, działaczem Czarnego Pana. Zastanawiał się, czy to czasem nie była kolejna gra dziewczyny, w pocieszenie po stracie oprawcy. Jednak naraz przypomniał sobie, jak banalnie brzmi ich opowieść. Bordowi, który tortutowali i wykorzystywali dwie nastolatki. Nagle między nimi rodzi się miłość.
Ideał dla artysty.
Dlatego Michael postawił na kontratak. Angelina może sobie grać swoją rolę. Ale do tej sztuki nie wciągnie Christiny. On na to nie pozwoli...
- Michael? - szepnęła sama zainteresowana, patrząc na niego tymi dużymi, szmaragdowymi oczami. Były zimne.
- Cicho. - fuknął na nią, patrząc ponad jej ramieniem na słodko śpiąca Christinę. Starsza panna Johnson zmarszczyła brwi.
- Musimy już iść. Wrócimy jutro.
Dziewczyna postanowiła wspaniałomyślnie zezwolić na pogodzenie się z nową wiadomością Michaelowi. Odwróciła się do niego plecami i spojrzała na mocno zaciśnięte powieki Kita. Parenaście minut po aplikacji leku chłopak przestał wierzgać. Zapadł w pozornie spokojny sen, jednak jego ciało nadal trwało w pewnym napięciu, którego Ślizgonka nie rozumiała. Otworzyła usta, aby się z nim pożegnać.
Poczuła maleńki ucisk na jej dłoni. Kojarzyła ten dotyk, delikatny, chociaż rozgorączkowany. Aż za dobrze. Zamknęła na moment oczy, mając przed sobą pełne radosnej miłości skośnookie oczy.
Zamknęła usta i łagodnie wyspowodziła rękę z ucisku chorego. Wstała.
- Daj jej spać. - wyszeptał przez zaciśnięte zęby Michael, nawet na dziewczynę nie patrząc. Trzymał mocno zaostrzony nóż, którym nadawał patykowi kształ halabardy.
- Będzie spała w naszym dormitorium.
Angelina zmrużyła oczy. Jej dłoń machinalnie spoczęła na małym wybrzuszeniu na prawym biodrze. Jednak chłopak więcej się nie odezwał. Nie wykonał też żadnych gwałtownych ruchów. Pełna przerażenia panna Johnson spokojnie podeszła do młodszej siostry i delikatnie ją obudziła. Razem z Hektorem, jak jeszcze mieszkali wszyscy razem a ich dni pełne były beztroski i spokoju, wymyślili sposób, w jaki najłatwiej i najciszej obudzić najmłodszą latorośl Johnsonów. Wystarczy połaskotać ją za uchem. Pozwalało to na jej spokojne wybudzenie się.
- Co... się... staaało? - ziewnęła Christina, lecz gdy spostrzegła, że znajduje się w zupełnie innym miejscu niż jej zabałaganione dormitorium numer siedemnaście, momentalnie stanęła na nogi.
- Idziemy. - syknęła Angelina i nie oglądając się za siebie, skierowała swoje kroki ku wyjściu z jaskini. Jej siostra podeszła do Michaela i opierając się lekko o niego, wyciągnęła swoją szatę. Chłopak zastygł na chwilę w jednej pozie, po czym wstał i ujął jej twarz w dłonie. Spojrzał z zamglone, szklane oczy. Poczuł swoiste uczucie, jakie ogarniało go za każdym razem, gdy musiał żegnać się ze starszym bratem Kitem. Strach i bezsens. Brak ratunku. Pocałował ją. A ona bez słowa odeszła.
***
- Gdzie Ci się tak śpieszy?
Christina biegła za szybko idącą Angeliną. Obie dziewczyny zmierzały właśnie na główną ulicę Hogsmeade. Zarzuciły na siebie długie, sięgające kostek peleryny. Młodsza miała czarną, starsza ciemnozieloną. Obie osłoniły głowy kapturem, żeby nikt ich nie rozpoznał.
A gwiazdy oświetlały im drogę.
Starsza skręciła niespodziewanie w ukrytą alejkę, młodsza ledwo wykręciła, o mało co niewykręcając sobie kostki. Próbowała dogonić sztywno idącą Ślizgonkę, jednak ta co rusz przyśpieszała, robiąc nagłe zwroty. Christina co chwila traciła ją z oczu. W końcu doszła do skrzyżowania i wyjrzała na każde rozgałęzienie. Jedno prowadziło do ulicy głownej. Naprzeciw można było dojść do Wrzeszczącej Chaty. Lewo to kierunek spelunów. A ona sama stała na drodze powrotnej do jaskini. Gdzie mogła iść tak dziwnie zachowująca się Angelina?
Ślizgonka skręciła w lewo. Po chwili stała już przed nieznaną prawie żadnym hogwarckim uczniom kanajpie znanej z zawierania ciemnych interesów i anonimowości.
Martwy szczur.
I nikomu nie było do śmiechu. W oknach budynku rzeczywiście wisiały powieszone za ogonki martwe szczury. Prawdziwie rozkładające się.
Christina otworzyła stawiające bezsensowny opór drzwi i weszła do środka. Podłoga, jak co wieczór, zalana już była dużą ilością alkoholu. Najgłośniej było na samym środku sali, jednak im dalej zmierzając na jej boki, gwar cichł. Przy samych ścianach wszyscy ograniczali się już tylko do szeptów. Właśnie tam dostrzegła Angelinę, która zsunęła już kaptur i obserwowała z uwagą czarodziejów siedzących dookoła niej. Zielonooka bez zastanowniea ściągnęła szatę i ruszyła w kierunku jej stolika.
- Po co? - zadała pozornie nieskładne pytanie, siadając gwałtownie na drewnianym krześle. Było niesamowicie niewygodne, jednak o niebo lepiej prezentujące się od obklejonego krwią i słodkimi trunkami stolikiem.
- Cztery ogniste whisky, rocznik 1950?
Angelina kiwnęła głową, nawet nie patrząc na umięśnionego, choć opruszonego delikatną siwizną, tajemniczego barmana. Śnuerdział on zawsze szczurzymi odchodami i tanim alkoholem. Nawet zaraz po otwraciu spelunu, miał zawsze poplamione, obdarte ubranie. Nie prezentował się dobrze. I odbiegał od normalności. Zresztą jak wszyscy w Martwym szczurze.
- Cztery? Spodziewamy się gości?
Christina naraz wyboraziła sobie Michaela z Kitem, wchodzących z uśmiechami i siadającym obok. Jednak zamiast nich, zobaczyła wchodzące przyjaciółki. Hemcie i Marcelinę. Mimid pewnie szła przed siebie, tarasując sobie sprawnie drogę. Widocznie Angelina kiedyś ją tutaj przyprowadziła. Hemcia natomiast nieufnie rozglądała się na boki, trzymając się blisko idącej Ślizgonki.
- Musimy porozmawiać. - stwierdziła Angelina, spokojnie sącząc whisky.
- Może najpierw powiesz mi, co z Blaisem?
Marcelina zmrużyła oczy, patrząć oskrażycielsko na przyjaciółkę.
- Nie chcę o tym rozmawiać. Nie teraz. Wybrałam to miejsce, bo tutaj najbezpieczniej będzie można to ustalić. Myślę, że... wiem po co chowają się tutaj Bordowi.
Christina prychnęła niezadowolona, jednak Hemcia złapała ją za ręke i uciszyła.
- Wyjaw nam, medium. - zachęciła ironicznie, nie mogąc się powstrzymać.
- Chcą być bliżej Hogwartu...
- Też mi odkrycie. - odparła Christina, wywracając oczami.
- Bliżej Hogwartu, aby zdobyć foliały. - dokończyła najspokojniej na świecie Angelina, spuszczając wzrok na paznokcie, pokryte odpryskami lakieru. Hemcia z Christiną wymieniły zdziwione spojrzenia, jednak Marcelina niespodziewanie zakrztusiła się palącym trunkiem.
- Oszalałaś? Po co?! - zapytała, zauważając już tylko szmaragdowe oczy przyjaciółki.
- Oni od zawsze mieli manię panowania, zdobycia dziwnych mocny, bycia większymi czarnoksiężnikami od Czarnego Pana. Tajemne księgi Merlina dałby im niemal nieograniczone możliwości.
- Foliały to księgi Merlina? Tego Merlina? - zapytała Hemcia. Christina umilkła, zagryzywszy dolną wargę.
- Tak. Ukryte przez Dumbledora. W Hogwarcie. Widziałam je z Kyinrą, znowu.
- Czyli znowu chcą Was wykorzystać? - zauważyła obecnie najtrzeźwiej myśląca Marcelina. Christina miała ochotę krzyknąć Nie! Nie! To nie prawda! On obiecał! Oni się zmienili!, jednak okrutnie milczała. Angelina natomiast unikała kontaktu wzrokowego. W końcu stwierdziła:
- To się okaże.
I się okazało.
__________________
"Może ten baron dusz, anioł stróż przegrał w karty z diabłem. A rano już ludzie wzięli szable i bagnet"
***
Skoro nie mam nadziei, abym jeszcze zaznał,
Niepewnej chwały określonej chwili.
Skoro nie sądzę.
Skoro wiem, że nie zaznam,
Prawdziwej mocy, która przemija.
Skoro nie mogę pić,
Skąd piją kwiaty drzew i źródła rzek,
***
bo nic tam już nie ma.
Ostatnio edytowane przez Mistrzyni_Afrytow : 08-10-2009 o 20:19.
|
|
|
08-16-2009, 12:28
|
#589
|
|
Omijać szerokim łukiem
Zarejestrowany: May 2007
Lokalizacja: Camelot
Posty: 1,514
|
Christina wsparła głowę na dłoniach leżących na stole. Była zła na siedzące obok dziewczyny.
Wygadywały jakieś totalne bzdury, tylko po to, żeby ją zranić. Michael wyraźnie powiedział, że już nigdy jej nie zrani. Obiecał!
- Christina, jedz do cholery te płatki! - wrzasnęła Angelina.
Dziewczyna podniosła lekko głowę zaskoczona tonem siostry. No i nigdy nie mówi do niej "Christina", chyba że jest naprawdę wkurzona.
- Przestań się zachowywać jak nadąsana krukonka. Zjedz śniadanie.
- Nie chce - mruknęła, ale posłusznie wzięła łyżkę. Zanurzyła ją w zimnym już mleku i bez jakichkolwiek emocji zaczęła w niej mieszać.
Angelina westchnęła głośno i wstała od stołu. Złapała za kołnierz szaty Chriss i brutalnie wyciągnęła.
- Przestań się tak zachowywać! Doskonale wiesz jaka jest prawda. Oni nie cofną się przed niczym, byleby tylko zdobyć moc. Jak myślisz, nie okłamie cię, alby zdobyć to czego chce? Starsza siostra była widocznie wnerwiona. Nienawidziła gdy Christina była taka... pusta. Wtedy nie dało się z nią racjonalnie pogadać. Co to za przyjemność, gdy nie ma innego zdania i nie wrzeszczy go na całe gardło. Bez najmniejszego sensu po prostu.
Christina zamknęła oczy, a gdy je otworzyła miała w nich ogniki buntu.
- To co według ciebie mam zrobić?
- Nie ufaj mu! To parszywy gnojek, który ma manię zdobycia władzy. Zresztą tak samo jak jego brat. - zamilkła na chwilę. - To nie jest chłopak z którym możesz być.
Christi wyrwała się spod jej spojrzenia i ze łzami cisnącymi się pod powiekami, pobiegła do dormitorium. Trzasnęła drzwiami i rzuciła na łóżko zanosząc się szlochem.
Angelina stała oniemiała w Wielkiej Sali.
Wiem, że krótkie, ale naprawdę nie ma czasu....
|
|
|
08-16-2009, 22:03
|
#590
|
|
Praktykant Voodoo
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 749
|
Lenistwo zabija tu świat w nas.
Angelina zagryzła dolną wargę. Jej wzrok nadal spoczywał w miejscu, gdzie przed chwilą stała jej podłamana siostra. Nie rozumiała jej, nie potrafiła. Miłość dla Angeliny zawsze była czymś nieosiągalnym, bliżej niezintedyfikowanym. Oczywiście wierzyła w to uczucie, ale jej wiara nie obejmowała jej własnej osobowości. Nie potrafiła nawet określić, czy JUŻ kocha Blaisa. Tym bardziej wiedziała, że do Kita pała jedynie pożądaniem i cichą fascynacją. Zawsze fascynowało ją niebezpieczeństwo, być może dlatego, że jako dziecko Śmierciożerców, narażona była na nie od urodzenia.
Inna sprawa miała się z Christiną. Jako najmłodsza, była jawniej obdarzana troską i miłością rodziców. I jawniej w nią wierzyła. Jawniej wierzyła w większość rzeczy.
Teraz czuła, że się zakochała.
Bolało.
- Gdzie Christina?
Marcelina podeszła ze zdziwieniem do przyjaciółki. Gdy ta wzruszyła niemrawo ramionami, dotknęła przelotem jej dłoni. Jako Ślizgonki, nie przystało im manifestować swojej przyjaźni tak samo przy innych, jak i przy nich samych.
- To zawsze jest trudne. A my mamy we krwi zakochiwanie się w nieodpowiednich mężczyznach. - stwierdziła Mimid, uśmiechając się lekko.
- Może czas zabawić się w swatkę?
Obie, jak na komendę, odwróciły się. Nie zauważyły jak podkradła się do nich bezszelestnie Kaylin i bezwstydnie wsłuchała się w tę rozmowę gestów i mowy.
- Jak? - zapytała Angelina, marszcząc nosek. Starała się wyobrazić chłopaka jej siostry. Podstawą było to, aby pochodził z dobrego, odpowiedniego domu. To bardzo ważne.
Kaajn pokręciła na ich niewiedzę głową i obie lekko obróciła o około czterdzieści pięć stopni. Parę metrów dalej, pod obrazem zakonu jednookich mnichów ( który bądź co bądź dostarczał dość mocnych wrażeń ), stała męska część elity Slytherinu. Oczywiście przodował młody dziedzic Malfoy'ów, którego platyna rozjaśniała wszystkim korytarz i powodowała na większości twarzach grymas nienawiści, badź przerażenia. Jednak Angelina nie zauważyła Dracona. Nie widziała także Flinta, który obnażając swe wilcze zęby opowiadał zaciekle o ostatnim meczu Quiddtich'a, ani Tracey'a, mrugającego niedyskretnie do stojącej nieopodal niej panny Ross. Miała przed oczami jedynie lekko uśmiechniętego, skośnookiego mężczyznę, który wsłuchany w streszczenie meczu, nie zauważał niczego poza mówiącym Markusem. Jego skośne oczy mocno wpatrywały się w twarz kumpla, a usta leniwie rozciągnięte nadawały mu iście ślizgońskiego wyrazu. Angelina poczuła jak robi jej się gorąco. Dawno ze sobą nie rozmawiali, ale nie było w tym niczego dziwnego. Często robili sobie takie oddechy i nic się nie działo. Jednak teraz panna Johnson miała ogromną ochotę wtulić się w jego olbrzymie ciało. On zakleczył by ją w silnych ramionach i w końcu poczułaby się bezpieczenie, a spokój wypełniłby jej umysł, gdy ich wargi zaczęłyby swój szaleńczy taniec.
A jednocześnie miała ochotę uciec od niego, jak najdalej, najlepiej do Kita. I znów, po raz pierwszy od tak długiego czasu, poczuć się dziko, nieokrzesanie, niebezpiecznie. Żeby ktoś znów próbował ją poskromić.
Niepokojące.
- Ej, Angelina. Kaylin nie chodziło o Twojego Blaisa. - zaśmiała się Marcelina, jednak jej oczy pozostały czujnie wpatrzone w Angelinę. Kaajn jej zawtórowała.
- Wiem. Markus?
Zaległa cisza.
- Bo chyba nie Tracey? - spojrzała badawczo na przyjaciółkę.
- Oszalałaś chyba. Mówię o Draco. Nadaje się do tego idealnie.
Kaylin spojrzała z cichym westchnieniem na młodego arystokratę. Był najbardziej widowiskowym mężczyznom w całym Hogwarcie. Cała reszta Ślizgonów i Ślizgonek mogła się przy nim chować, mimo że większość pochodziła z równie dobrych rodzin i podobnych kręgów co on. Jednak Malfoy'owie, jak zostało potajemnie zbadane na rzecz Czarnego Pana, byli najczytszą, żyjącą dotąd rodziną wśród wszystkich rodzin na Wyspie Brytyjskiej. Od tamtej chwili ich prestiż znacznie wzrósł. Jednak te wyniki były i tak już wcześniej dla większości jasne. Zachowanie Malfoy'ów, ich wyczucie, wrodzony instynkt... To było niezwykłe. I fascynujące.
Fascynujący również był Michael. Dlatego Angelina stwierdziła, że ten plan ma szanse się udać.
- Stoi. Ale trzeba to zrobić niezwykle delikatnie. Żeby Christina myślała, że samo tak wyszło, że to zrządzenie losu. Jasne? - zakończyła nieco ostrzej, niż powinna.
- Jasne, jasne. Uspokój się już. - złagodziła sprawę Kaajn, przyciszając wyrywającą się już do ciętej riposty Mimid. - A teraz opowiedzcie mi, co do za sprawa z tym Bordowymi?
I Angelina opowiedziała.
Lenistwo zabija tu świat w nas.
__________________
"Może ten baron dusz, anioł stróż przegrał w karty z diabłem. A rano już ludzie wzięli szable i bagnet"
***
Skoro nie mam nadziei, abym jeszcze zaznał,
Niepewnej chwały określonej chwili.
Skoro nie sądzę.
Skoro wiem, że nie zaznam,
Prawdziwej mocy, która przemija.
Skoro nie mogę pić,
Skąd piją kwiaty drzew i źródła rzek,
***
bo nic tam już nie ma.
Ostatnio edytowane przez Mistrzyni_Afrytow : 08-16-2009 o 23:05.
|
|
|
Zasady postowania
|
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts
kod HTML jest Wył.
|
|
|
Podobne wątki
|
| Wątek |
Autor wątku |
Forum |
Odpowiedzi |
Ostatni post / autor |
|
SLYTHERIN
|
Angela Johnson |
Kosz |
400 |
10-08-2008 17:46 |
|
SLYTHERIN
|
Angela Johnson |
Kosz |
2304 |
07-08-2008 16:37 |
|
SLYTHERIN
|
Angela Johnson |
Kosz |
2000 |
11-25-2007 11:03 |
|
SLYTHERIN
|
Angela Johnson |
Kosz |
1996 |
06-14-2007 12:58 |
|
SLYTHERIN
|
Limonka |
Kosz |
3490 |
05-05-2007 20:18 |
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:36.
|
|