![]() |
[+13] HP i Czarna Lista 1/20-40
Hehe... Błędy gramatyczne poprawione (większość). Zostały te logiczne ;)
E-Vaire _________ ROZDZIAŁ I Czarny Śmierć Syriusza Blacka, ojca chrzestnego i przyjaciela Harry'ego, była ogromnym szokiem dla wielu ludzi, którzy go znali i lubili, ale nikt nie odczuwał tej utraty tak straszliwie jak Harry. Pod koniec zeszłego roku szkolnego, gdy przebywał w towarzystwie Rona i Hermiony, a rozstanie na zawsze z Syriuszem wydawało się być tylko koszmarnym snem, który miał się lada chwila skończyć, Harry jeszcze znosił to całkiem dobrze. Dopiero po zawitaniu na Privet Drive popadł w stan niemalże skrajnej depresji. Nawet Dursleyowie zauważyli, że dzieje się z nim coś niedobrego i przestali się nad nim znęcać. Fakt śmierci jednej z najbliższych mu osób dotarł do niego dopiero trzydziestego czerwca czyli tego dnia, w którym Ekspres Londyn - Hogwart przywiózł go do świata mugoli. Na peronie kupił najnowszy numer Proroka, aby zająć czymś umysł, gdy dojedzie już do domu wujostwa. Po przeczytaniu zawartego w nim artykułu, Harry stracił chęć do życia, choć były w nim napisane raczej radosne nowiny. Oto, co tam zobaczył: Niewybaczalny błąd Ministerstwa Magii Wczoraj (29 czerwca br.) ministerstwo przyznało pośmiertny Order Merlina Pierwszej Klasy Syriuszowi Blackowi, który niedawno został oczyszczony ze wszystkich zarzutów. Nagroda została przyznana za poświęcenie życia w walce z Voldemortem, bo trzeba wspomnieć, że Black zginął podczas starcia ze Śmierciożercami w podziemiach Ministerstwa Magii. Jednak czy owe wyróżnienie naprawdę zostało przyznane za zasługi w walce z siłami ciemności? Redakcja Proroka jest innego zdania. Sądzimy, że odznaczenie Śp. Blacka jest próbą zadośćuczynienia mu wszystkich krzywd, jakich doznał ze strony rządu. Ciężko o drugiego takiego człowieka, który miałby w sobie tyle odwagi i szlachetności, a jednocześnie był tak prześladowany przez Ministerstwo pomimo swojej niewinności. A warto wiedzieć, że denat... Trudno powiedzieć, co było dalej, bo Harry podarł w tym momencie gazetę na strzępy. Artykuł tak nim wstrząsnął, że rzucił się w ubraniach na łóżko, marząc o tym, by zasnąć jak najszybciej i obudzić się w świecie, w którym Syriusz byłby żywy. Życzenie spełniło się na opak. Zanim usnął minęły dobre trzy godziny, spędzone na przewracaniu się z boku na bok, a gdy się obudził, Syriusz był jeszcze bardziej martwy niż dnia poprzedniego. Wczoraj jeszcze wierzył, że on tak naprawdę nie umarł, ale dziś ta nadzieja wyparowała z niego całkowicie - razem z wszelką chęcią do życia. Ujrzenie na piśmie, że Syriusz zginął, było czymś zbyt materialnym, aby można temu zaprzeczyć. Przez pięć następnych dni wyszedł z pokoju tylko cztery razy, aby skorzystać z ubikacji i napić się wody z kranu. Całymi dniami leżał w łóżku, wpatrując się bezmyślnie w sufit. Dursleyowie nie przejęli się jego nieobecnością na posiłkach. Doszli do wniosku, że Harry z jakiegoś powodu ich unika, co zresztą przyjęli z radością. Szybko jednak zauważyli, że z lodówki znika o wiele więcej jedzenia niż powinno. Nie dopuszczając do siebie myśli, że mógł to być ich syn, obwinili o to Harry'ego, który, według nich, miał zakradać się nocami do kuchni. Zmienili zdanie dopiero dnia szóstego, kiedy to Harry opuścił swój pokój, bo poczuł się strasznie spragniony, co łatwo zrozumieć, bo ciężko jest się porządnie napić pijąc z kranu. W drodze do kuchni wpadł na niego jego kuzyn, który wychodząc z salonu nie zauważył Harry'ego i niechcący popchnął lekko na ścianę. Harry zachwiał się i upadł. I tak miał problemy z ustaniem na nogach, nawet, gdy nie był potrącany przez krewnych. - Co się pchasz - warknął Dudley. Jakiś czas wcześniej Harry wciekłby się na niego, ale teraz było mu wszystko jedno. Stał, leżał czy siedział - co za różnica? Syriusz i tak nie żyje. Dudley spojrzał na niego i źrenice nieco mu się rozszerzyły, gdy zobaczył, w jakim stanie jest Harry. - Eee, ty... Nic ci nie jest? - Nie... - Odparł bezbarwnie Harry, próbując wstać. Miał z tym spore problemy, będac słabym po długiej głodówce, w dodatku niezbyt mu zależało na tym, by się podnieść. Żeby stanąć na nogi musiał się wspomóc półką, obok której upadł. - Na pewno? - Zapytał Dudley z tępym wyrazem twarzy. - Wyglądasz... eee... nie najlepiej. Określenie "nie najlepiej" nie było zbyt trafnym opisem wyglądu Harry'ego. Chłopak po prostu straszył. Czarne włosy nie były w lepszym stanie niż te Syriusza zaraz po ucieczce z Azkabanu, na dodatek były tak przetłuszczone, że aż się posklejały. Koszulka, której nie ściągał od tygodnia, pomimo pierwotnie białej barwy, poszarzała i, mokra od potu, przylepiła się do jego ciała. Jakby tego było mało, wydzielała z siebie bardzo nieprzyjemny zapach. Jego skóra stała się tak blada, że prawie biała, co kojarzyło się nieprzyjemnie z ciałem topielca, wyłowionego z wody po paru tygodniach. Najstraszniejszy widok przedstawiały oczy. Ciemne cienie pod nimi były niczym w porównaniu z samymi oczami, które były przekrwione i... puste. Zupełnie jak u ryb - zero emocji, zero życia, zero celu. Błądził nimi wokoło, jakby nie wiedział, na co ma patrzeć albo rozpaczliwie szukał ratunku. Dudley, choć sam często doprowadzał Harry'ego do opłakanego stanu (gdy jeszcze chodzili do podstawówki), poczuł, że robi mu się go żal. Była w nim taka niemoc, załamanie i zagubienie, że nawet on, będąc osobą prawie kompletnie nieczułą i obojętną na los innych, odczuł po raz pierwszy w życiu potrzebę niesienia pomocy kuzynowi. Harry zignorował stojącego w miejscu i gapiącego się bezmyślnie Dudleya i wolnym krokiem wszedł do salonu i skierował do kuchni. Wchodząc do środka poczuł się, jakby był w szpitalu. Sterylna czystość, wszystko aż lśni, a do tego ten zapach różnych detergentów, który kojarzył się z zapachem lekarstw. Harry nie lubił tego pomieszczenia, ale dziś czuł do niego jeszcze większą niechęć niż zwykle z powodu osób, które tam były. Ciotka Petunia sprzątała wyimaginowany brud, a przy stole siedział wuj Vernon, który opowiadał o jakichś nudnych zamówieniach na świdry. - A wtedy ja mu na to, że jak nie podobają mu się nasze ceny to niech zamówi u stolarza drewniane. - Wuj Vernon zaśmiał się głośno. Już miał mówić dalej, gdy w tym momencie zauważył Harry'ego biorącego dzbanek i podchodzącego do zlewu. - Gdzieś ty się chłopcze podziewał! Twoja ciotka ciężko pracuje, aby przyrządzać posiłki, a ty pozwalasz sobie na nie w ogóle nie przychodzić?! Zero kultury, ty... - Vernonie! - Przerwała mu ciotka Petunia. Spojrzał na nią zdziwiony, a ta wskazała podbródkiem na swojego siostrzeńca. Harry właśnie opuszczał kuchnię. Przechodząc przez próg, stracił równowagę i upadłby, gdyby nie złapał się futryny. Połowa wody z dzbanka wylała się na podłogę. Nie przejął się tym - w końcu została jeszcze druga połowa - i ruszył dalej. Za plecami usłyszał jeszcze głos wuja: - On chyba nie jest chory, nie? - Powiedział trochę zaniepokojony. Po chwili ciszy dodał nieco rozpaczliwie: - Ten szaleniec w meloniku nas zabije! Droga z salonu do pokoju zajęła mu prawie dziesięć minut. Był to chyba jego rekord, bo zazwyczaj pokonywał tę drogę ponad pięć razy szybciej. Wodę wypił przed schodami, bo uznał, że głupio byłoby schodzić znowu na dół, gdyby ją całą rozlał. Po pierwszych kilku łykach siły zaczęły do niego wracać, a w umyśle trochę się rozjaśniło, ale jego kondycja psychiczna nie uległa poprawie. Z wejściem po schodach już nie miał żadnych trudności. Otwierając drzwi zauważył kątem oka jakiś czarny kształt. Automatycznie sięgnął po różdżkę, którą miał... Na szafce nocnej koło łóżka?! Poczuł się niesamowicie bezbronny. "Jak mogłem nie zabrać ze sobą różdżki?!" Ogarnęło go przerażenie. Z czarnym kojarzyli mu się tylko Śmierciożercy i sam Voldemort. Był w szachu. Ktokolwiek krył się w jego pokoju, już wiedział, że Harry stoi za uchylonymi drzwiami. Na pewno miał wycelowaną w niego różdżkę. Uciekać? Nie... Bez różdżki był jak mugol, a oni nie mają szans na ucieczkę przed czarodziejem, chyba, że ten im na nią pozwoli. Atakować? Jeszcze mniejsza szansa na powodzenie. Co robić? Co robić?! W tym momencie zauważył, że czarny kształt się porusza. "Rzuca zaklęcie!". Nie myśląc o tym, co robi, otworzył z hukiem drzwi i wpadł do środka. Podniósł dzbanek, aby zaatakować nim napastnika, skacząc jednocześnie w kierunku szafki, by zdobyć różdżkę. Spojrzał na czarną postać, aby wycelować naczyniem prosto w jej głowę i... Nogi zaplątały mu się w prześcieradło i Harry runął jak długi na podłogę. Złapanie oddechu po upadku zajęło mu kilka sekund, a potem wybuchnął głośnym śmiechem. Sowa?! Zwykła czarna sowa?! Tyle strachu przez małego, czarnego ptaka! Przez chwilę śmiał się z ulgą. Syriusz umarłby chyba ze śmiechu, gdyby to widział. Momentalnie przestał się śmiać. Syriusz umarłby chyba... Syriusz umarł... Syriusz... Wstał powoli, próbując zapanować nad przeszywającym bólem w piersi, który pojawiał się zawsze na myśl o Syriuszu. Gdy już stanął na nogi, spojrzał ponownie na sowę, która siedziała teraz na parapecie. Pod nią znajdowała się jakaś opasła paczka, a ona sama miała czerwoną kopertę w dziobie. Ale zaraz! To nie była sowa tylko... Kruk? Harry przyjrzał mu się uważnie. Tak, był to całkiem spory, czarny kruk. Wyglądał strasznie ponuro i trochę przeraźliwie, ale w jego postawie było coś wyniosłego i dumnego. Na dodatek miał takie upiorne oczy. Harry nie był pewien czy powinny być czerwone. Spojrzał krukowi prosto w ślepia... |
Poprawione / Uwielbiam robić takie rzeczy ;)
// W tej scenie pojawia się ta piosenka. Można ją sobie puścić, aby wczuć się w klimat sceny. : ] // *** Na piętro domu zwabiła Harry'ego cicha muzyka dobiegająca z pokoju Syriusza. Była to powolna rockowa melodia. Wokalista śpiewał cichym głosem, który momentami przemieniał się w głośniejsze zawodzenie, przypominające krzyk kogoś, kto bardzo cierpi. Harry'emu bardzo spodobała się ta piosenka, bo miała w sobie ból po utracie kogoś bliskiego, którego on sam doznał. Słuchając jej czuło się ten emocjonalny przekaz. Przysunął się do drzwi, aby lepiej słyszeć. Teraz już był pewny - piosenka opowiadała o bolesnej tęsknocie za przyjacielem, który odszedł na zawsze. Po chwili słuchania zdał sobie sprawę, że to nie jest angielska piosenka, ale mimo to rozumie każde jej słowo. Gramofon, który ją odtwarzał, musiał być zaczarowany tak, aby tłumaczył na angielski. Idąc jesienną aleją szukam ciebie, mój przyjacielu. Chcę być tylko z tobą przez kilka małych chwil. Pomóż mi przywołać tamte lata, ożywić śpiących ludzi. Pomóż mi! Pomóż mi pokonać smutek, który pozostał, gdy nagle odszedłeś... Słowa piosenki kojarzyły mu się z Cedrikiem. Nie byli bliskimi przyjaciółmi ani nawet kolegami, ale ta piosenka mu o nim przypomniała. Nie czuł tak rozpaczliwej tęsknoty jak wokalista, ale brakowało mu go. Później pomyślał o rodzicach. Syriusz na pewno słucha tej muzyki z myślą o jego ojcu. Harry nieśmiało zajrzał przez uchylone drzwi. Syriusz siedział na fotelu odwrócony do Harry'ego bokiem, nie mógł więc zauważyć, że jest przez kogoś obserwowany. Na pierwszy rzut oka jego ojciec chrzestny wyglądał całkowicie zwyczajnie - jak osoba, która siedzi znudzona na fotelu. Dopiero po chwili Harry zauważył, że przed Syriuszem stoją dwie butelki Ognistej. Jedna była już prawie pusta. Ten, trzęsącą się ręką, podniósł ją i wypił potężny łyk. Harry patrzył sparaliżowany. Jego ojciec chrzestny właśnie upijał się wspominając Jamesa Pottera. Na dodatek cały drżał. Obraz załamanego Syriusza nie pasował w ogóle do człowieka, jakiego zdążył poznać Harry. A jednak... Muzyka się skończyła. Po policzkach jego ojca chrzestnego zaczęły spływać łzy. - J-james - wyjąkał sam do siebie. - Dlaczego odszedłeś? Dla-dlaczego? Czemu to się musiało stać? Dlaczego to nie mogłem być ja, Glizdogon, ktokolwiek! Dlaczego ty? Dlaczego? Dlaczego mnie opuściłeś? James.... Dlaczego? Harry, najciszej jak potrafił, zszedł na piętro niżej i wrócił do kuchni. Nikomu nigdy nie mówił o tym, co zobaczył. Sam nigdy nawet o tym nie myślał. Wymazał to z pamięci, bo nie mógł uwierzyć, że to był ten ciągle uśmiechnięty Syriusz, który zawsze dodawał mu otuchy. To nie pasowało do jego wyobrażenia o swoim ojcu chrzestnym. Łatwiej było ukryć te wspomnienie głęboko w podświadomości niż pogodzić się z tym, że Syriusz był tylko człowiekiem, a nie Patronusem w ludzkiej postaci, który miał go zawsze chronić. *** Harry zamrugał. Był z powrotem na Privet Drive. Spojrzał podejrzliwie na kruka i pomyślał najbardziej absurdalną rzecz w życiu: "Ten kruk jest legilimentą!" Przyjrzał mu się jeszcze raz, tym razem jeszcze uważniej. Nie było w nim nic szczególnego, poza tymi czerwonymi oczami. No, i może był trochę za duży, ale niewiele. Jednak te oczy... Miał w nich coś dziwnie dzikiego, znajomego... Nagle zrozumiał. Te ślepia były podobne do oczu Syriusza. Miały w sobie taki sam nieszczęśliwy blask. Czyżby ten ptak też był w Azkabanie? Nie, to na pewno nie to. Harry przestał podejrzewać ptaka o uprawianie legilimencji. Wspomnienie o Syriuszu musiało wypłynąć na wierzch, bo te oczy mu o nim przypomniały. Zresztą równie dobrze mogło to być spowodowane zbyt częstym rozmyślaniem o Syriuszu w ostatnim czasie. Teraz, kiedy pomyślał o dniu, w którym zobaczył załamanego Syriusza, zdał sobie sprawę, że tak naprawdę cierpiał on o wiele bardziej z powodu straty rodziców Harry'ego niż sam Harry. Brak rodziców może być bolesny, ale cierpienie związane ze śmiercią przyjaciela, którego znało się od lat, musiało być nieporównywalnie silniejsze. Uświadomił sobie, w jakiej sytuacji znajdował się jego ojciec chrzestny. Syriusz zawsze był w swoim domu wyrzutkiem. Miał o wiele gorzej niż on na Privet Drive, bo gardzili nim jego własni rodzice, a nie wujostwo. Harry mógł się wspierać myślą, że jego prawdziwa rodzina na pewno go kochała i, że pozwoliła na pomiatanie nim tylko dlatego, że zginęła. Syriusz nie mógł tak myśleć. James był najprawdopodobniej pierwszym przyjacielem Syriusza, tak jak Ron Harry'ego, ale ich więź była o wiele mocniejsza, bo bardziej siebie potrzebowali. Harry bez Rona dalej był ogólnie lubianym Chłopcem, Który Przeżył, a Syriusz bez poparcia Jamesa zostałby tylko zwykłym Blackiem ze Ślizgońskim rodowodem. Harry dopiero teraz pojął, jak musiał się czuć Syriusz po śmierci jego ojca. Ból po zdradzie przyjaciela, poczucie winy, bo to był jego pomysł, aby zaufać Glizdogonowi, i rozpacz po utracie najwierniejszego druha, który tak wiele dla niego znaczył. Te trzy uczucia potęgowały się wzajemnie, a po trafieniu do Azkabanu kumulowały się przez te trzynaście lat. Syriusz musiał mieć ogromną odporność psychiczną, aby być w stanie coś takiego wytrzymać i jeszcze udawać, że jest szczęśliwy. Harry nagle poczuł niesamowitą nienawiść. Sądził, że nienawidził Voldemorta z głębi serca, ale teraz się przekonał, że się mylił. W porównaniu z tym, co teraz poczuł, to poprzednie uczucie było co najwyżej niechęcią To obecne pulsowało w nim i rosło z każdą chwilą. Żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje. Niech i tak będzie. Los chce uczynić z niego mordercę? Proszę bardzo. Zabije ich wszystkich - każdego, kto zrujnował jego i Syriusza życie. Voldemort, Bellatrix, Glizdogon, Snape... Każdy, kto zawinił. Bez litości. Własnymi rękami przeleje ich krew i choćby miał przypłacić to życiem, nie cofnie się przed niczym. ...moc, której Czarny Pan nie zna. Nienawiść dawała mu energię i nadawała nowy kierunek. Prędzej czy później stanie przed Voldemortem i go zabije. Teraz to czuł, był tego pewny. Musiał go zamordować, bo on zniszczył życie jego bliskich. Dumbledore mógł sobie mówić, że to jest właśnie miłość, ale mylił się. To była nienawiść w najczystszej postaci. Miłością się nikogo nie zabije, bo nie ma destruktywnej mocy. Riddle nie zna nienawiści. On czuje tylko pogardę do otaczającego go świata. Zabija ludzi, którzy stoją mu na drodze, ale to nie jest nienawiść. Prawdziwa nienawiść jest towarzyszem miłości. Tylko nieskażona niczym szczera nienawiść daje prawdziwą potęgę. To jest właśnie ta moc, której nie ma Voldemort. Harry z trudem opanował uczucia, które nim zawładnęły. Pomogła mu w tym myśl, że dzisiaj jeszcze nie jest właściwy czas na podejmowanie jakichkolwiek działań. Wszystko trzeba dokładnie przemyśleć. Pochopne decyzje były niewskazane. Na początek trzeba wydostać się z tej dziury, bo tu marnował tylko czas. Nie miał odpowiednich książek, aby uczyć się zaklęć, którymi mógłby pokonać Voldemorta. Najlepszym wyjściem wydaje się ucieczka na ulicę Śmiertelnego Nokturnu. Bez problemu znalazłby tam schronienie, a jeśli dobrze by zapłacił, to nikt nie puściłby pary z gęby.Na dodatek miałby tam dostęp do niezbędnych książek i mógłby używać magii, bo w tłumie nie da się tego wykryć. Nagle dotarło do niego, jak bardzo marnował czas w Hogwarcie. Quidditch, historia magii, eliksiry, zielarstwo, opieka nad magicznymi stworzeniami, wróżbiarstwo - to wszystko było stratą czasu. Żadna z tych rzeczy ani odrobinę nie przybliżyła go do pokonania Riddle'a. Tyle czasu uczył się głupot, a przecież miał pelerynę niewidkę. Nie byłoby żadnego problemu z wejściem do biblioteki i wybraniem jakichś ciekawych pozycji z działu ksiąg zakazanych. O czym on wtedy myślał? Nie zabije przecież Voldemorta za pomocą miotły. Od razu powinien się wziąć za Czarną Magię. Teraz widział to bardzo jasno. Ogień trzeba zwalczać ogniem. Co z tego, że to tylko nakręca spiralę nienawiści? Nie był przecież wybawcą świata - był mścicielem walczącym w imię własnej zemsty. Na ziemię sprowadziło go ciche „kra, kra”. Spojrzał ponownie na kruka. Zdziwił się, że jeszcze go nie zaintrygowała jego obecność. Skąd o się tu wziął, co przyniósł i od kogo? Kruk spojrzał na niego zniecierpliwionym wzrokiem, ciągle trzymając czerwoną kopertę w dziobie i czekając, aż Harry ją weźmie. Tak zrobił i otworzył ją szybkim ruchem. W środku była mała karteczka i druga koperta - tym razem różowa. Patrząc na ten kolor Harry pomyślał, że to może być list miłosny od jakieś powalonej fanki, która, sądząc po kruku, była jakimś dziwnym goth punkiem. Z niesmakiem wyjął mały liścik i przeczytał: "Przysyłam ci kilka zdjęć z małej wakacyjnej wycieczki Belli. Co zrobisz, Harry Potterze?" Tylko tyle. Bez wstępu czy podpisu. |
Poprawione =D
Harry szybko rozerwał różową kopertę i wyciągnął z niej plik zdjęć. Na wierzchu był wycinek z Proroka. Widać było na nim tylko zdjęcie jakiejś palącej się wioski i nagłówek: Bellatrix Lestrange została oskarżona o kierowanie atakiem na małą wioskę niedaleko Glasgow. Wyrzucając wycinek szybko spojrzał na następne zdjęcie. Widniał na nim jakiś mały park. W pierwszej chwili Harry nie dostrzegł w nim nic dziwnego, ale po sekundzie zauważył, że na drodze leży kilka ciał. Niektóre były tak zmasakrowane, że ciężko było rozróżnić czy należały do kobiety czy mężczyzny. Obok drzewa leżał chłopiec, na oko siedmioletni. Miał ucięte stopy i ręce. Napastnicy prawdopodobnie zostawili go w takim stanie, aby umarł wskutek utraty krwi. Na drugiej stronie zdjęcia był napisany takim samym charakterem pisma jak list tekst: "Bella razem z przyjaciółmi urządza wakacyjny piknik w parku". Czując, że zbiera mu się na wymioty, sięgnął po następne zdjęcie. Najpierw spojrzał na napis z tyłu: "Wakacyjna miłość". Na tym zdjęciu widniał nagi nastoletni chłopak przybity gwoździami do bramy kościoła. Oczy miał wydłubane, a Śmierciożercy pozbawili go jego męskości i zadali wiele innych ran na całym ciele. Był cały we własnej krwi. Ręce zaczęły się Harry'emu trząść. Te zdjęcia były zbyt drastyczne, a za to wszystko odpowiadała osoba, której tak nienawidził. Drżąc na całym ciele sięgnął po następne. Podpis brzmiał: "Rodzinny obiadek". To zdjęcie było chyba najgorsze, bo pokazywało całe bezsensowne okrucieństwo Śmierciożerców. Nie dość, że robili takie rzeczy to świetnie się przy tym bawili. Rodzina na zdjęciu siedziała przy stole. Nie było ani kropli krwi, jakby Śmierciojady specjalnie wszystko wyczyściły, jednak wszystkie ciała przy stole były pozbawione głów, które leżały przed nimi na srebrnych talerzach. Było tam nawet dwuletnie dziecko, siedzące na dziecięcym krześle. Mężczyzna zajmujący miejsce pana domu zamiast głowy miał świński czerep na karku. Śmierciożercy wetknęli mu jabłko do ryja. Harry cisnął plikiem zdjęć w drugą stronę pokoju. Był wściekły. Na początku miał zamiar wszystko zaplanować przed opuszczeniem Privet Drive i podszkolić się zanim wyruszy polować na Śmierciożerców, ale teraz zmienił zdanie. Wyruszy natychmiast i zacznie zbierać informacje. Do końca wakacji musi zabić co najmniej dwudziestu sługusów Voldemorta z Bellatrix na przedzie. Nie zostawi tego tak ani chwili dłużej. Nie po tym, jak zobaczył, co te przeklęte gnojki robią nawet z dziećmi. Dziś zacznie się jego zemsta, o której będą mówić przez wiele pokoleń. Już on się o to postara. Zabrał się za zbieranie do kufra porozrzucanych po pokoju rzeczy. Przez cały czas, gdy się pakował, kruk patrzył na niego przenikliwym wzrokiem. Harry tego nie widział, ale w tym momencie ten ptak przypominał bardziej zamyślonego człowieka niż zwierzę. Po chwili zapukał dziobem w paczkę pod sobą i wyleciał przez otwarte okno. Harry przerwał przygotowywania do wyjazdu na ulicę Śmiertelnego Nokturnu i podszedł do paczki. Wziął ją do ręki - ważyła około dwa kilogramy - i zerwał z niej papier pakunkowy. Mało nie udusił się własnym śmiechem, gdy zobaczył, co jest w środku. Miał przed sobą książkę, ale nie taką znowu zwyczajną. Okładka była w pastelowych kolorach. Namalowano na niej leśna polanę w słoneczny dzień, na której aż roiło się od różnokolorowych kwiatków i króliczków biegających w każdym kierunku. Z początku przypominała książkę z bajkami dla dzieci, ale na pierwszym planie była para królików, która robiła coś, co nie było przeznaczone dla oczu dziecka. Autor obrazka pozwolił sobie nawet na malowanie czarnego paska cenzury w odpowiednim miejscu. Harry zauważył, że napisano na nim małymi literkami: Ha, ha! Niczego nie zobaczysz, zboczóchu. Jednak najciekawszy był tytuł: Poradnik cukiereczka , czyli jak z małego, nikomu nieznanego Harry'ego Pottera stać się potężnym, siejącym postrach mordercą Voldemorta. Gdyby nie zdjęcia, które były w kopercie, Harry mógłby przysiąc, że to sprawka Freda i Georga. Z trudem opanowawszy rozbawienie otworzył książkę na pierwszej stronie i zaczął czytać bez szczególnego zaciekawienia. Od razu rzuciło mu się w oczy, że wstęp, w przeciwieństwie do reszty książki, był napisany odręcznie. Autor wstępu narysował też pełno kwiatuszków i serduszek, które wywołały wyraz obrzydzenia na twarzy Harry'ego. Harry, Harry... Żal mi patrzyć na to, co się z tobą dzieje w te wakacje. Kompletnie się załamać, gdy jest tyle roboty do wykonania? Pamiętaj, że przepowiednia sama się nie spełni. Postanowiłam wysłać Ci książkę, którą napisał mój dziadek. Zawarte w niej są wszystkie niezbędne informacje, jak stać się dumnym członkiem naszej rodzinki. Niedługo i ty do niej dołączysz. Czuję, że to nastąpi już wkrótce, mój Harry. Nigdy bym nie pozwoliła, aby takie ciałko jak Twoje przeszło mi koło nosa! Nie mogę się doczekać, aż wpadniemy sobie w ramiona! Musisz wiedzieć, Harry, że w tej książce jest wiele zaklęć, które są nieporównywalnie potężniejsze od tego, czego Cię uczą w szkole. Niektóre wymagają odpowiedniej "krwi", ale przypuszczam, że i ty niedługo będziesz mógł je rzucać bez problemu. W pierwszym rozdziale znajdziesz zaklęcia, które pomogą ci zdjąć namiar i założyć wygłuszenie, pozwalające ci do woli czarować w domu. Zaklęcia te wymagają trochę energii więc zjedz coś zanim zaczniesz robotę. I jeszcze jedno: nie próbuj robić NA RAZIE niczego głupiego. Nie chciałabym za wcześnie oglądać Twojego rozkosznego ciałka rozerwanego na milion kawałeczków . Zachowuj się normalnie. Jeśli Dumbledore się pokapuje, że coś kombinujesz, to wszystko będzie stracone i już nigdy nie dokonasz swojej zemsty. Pamiętaj, Harry. Zawsze twoja Tajemnicza Nieznajoma Harry był zdumiony. Kim była autorka listu? I skąd tak dużo wiedziała? Zupełnie jakby go obserwowała. Na podstawie kilku przesłanek udało mu się tylko domyśleć paru cech jej osobowości. Na pewno miała spaczone poczucie humoru i była cyniczna wobec śmierci - jak mogła żartować z tych zdjęć?! Była też pewna siebie, władcza, a w dodatku miała na niego ochotę... I niebezpiecznie dużo wiedziała. Możliwe, że była bardzo wpływowa albo miała bliski kontakt z Dumbledorem. Postanowił, że przeczyta tę książkę. Może wyniknąć z tego coś ciekawego. Ale najpierw musiał coś zjeść. Gdy przeczytał w liście o posiłku, poczuł się straszliwie głodny, jakby nie jadł od tygodnia - co było zresztą zgodne z prawdą. Zeszedł na dół na kolację. Dursleyowie już jedli, ale nikt nie zwrócił mu uwagi, że przyszedł w połowie posiłku. W ogóle dziwnie się dziś zachowywali. Nikt nie czepiał się, że pochłania dwa razy tyle, co Dudley i, że, delikatnie mówiąc, nagina zasady dobrego wychowania. Po zjedzeniu pięćdziesięciu dokładek wszystkiego, co było na stole, poczuł się trochę lepiej, ale nadal był głodny. Jadłby dalej, ale nie miał już gdzie tego upchać. Dziękując za posiłek wyszedł z kuchni. Szybko wrócił do pokoju i zabrał się za czytanie książki. Pierwszy rozdział był bardzo ciekawy, bo traktował o ściąganiu różnego rodzaju zaklęć szpiegujących. Było tam nawet opisane, co zrobić, aby peleryna niewidka pozostała niewidoczna dla magicznych oczu. Harry'ego najbardziej zaciekawiło zaklęcie ściągające namiar i zakładające wygłuszenie, które wspomniano w liście. Dzięki tym dwóm zaklęciom mógłby dowolnie czarować w domu. Teoria była prosta. Trzeba było najpierw rzucić wygłuszenie na pokój, dzięki któremu można było na jego obrębie używać magii. Potem ściągało się namiar z różdżki, aby można było czarować w dowolnym miejscu. A na koniec, aby informacja o rzuceniu wygłuszenia nie dotarła do ministerstwa, używało się zaklęcia zawracającego urok do właściciela. Tylko tyle, ale bez idealnego zgrania z czasem mogłyby powstać spore problemy. Nie dość, że wywaliliby go ze szkoły, to jeszcze dostałby dwa miesiące odsiadki za ściąganie namiaru. Harry chwilę się wahał, ale szybko przypomniał sobie, w jakim celu to robi. Wstał i włączył stoper. Miał tylko około dwudziestu czterech sekund na te trzy zaklęcia inaczej cały plan weźmie w łeb. Podniósł różdżkę. - Repenkturea! - Zimny wiatr wyleciał z jego różdżki i wsiąknął we wszystkie ściany pokoju. Po dokładnie dwunastu sekundach ponownie machnął ręka. Tym razem powiedział: - Siksumenta! - Poczuł, jakby oblano go lodowatą wodą, ale był na to przygotowany, więc udało mu się to wytrzymać. Teraz zostało tylko jedno zaklęcie. Patrząc na stoper czekał aż minie kolejne dwanaście sekund i ponownie rzucił zaklęcie: - Noks urpena! Po sekundzie wiedział, że się udało. Cały chłód zniknął, a on poczuł, że jest wolny. Teraz mógł uczyć się do woli. Przez następne półtora tygodnia uczył się pilnie wszystkich zaklęć z książki. Dursleyowie, widząc, że powrócił do normalności, znowu zaczęli nim pomiatać, ale nie mieli ku temu dużo okazji, bo Harry był zajęty ćwiczeniem uroków. Widywali go tylko na posiłkach. Umiał już wszystkie zaklęcia z pierwszego rozdziału. Z tą wiedzą potrafił się ukryć tak dobrze, że mogliby go z tysiąc lat bezskutecznie szukać.Dodatkowo umiał odkryć chyba każdą możliwą pułapkę na świecie, bo pierwszy rozdział był nie tylko o działaniu zaklęć szpiegujących i maskujących, ale też o unikaniu, tworzeniu i ukrywaniu różnego rodzaju pułapek.. Naprawdę ciekawy okazał się drugi, bo dotyczył zaklęć obronnych. Przeczytał już wstęp do rozdziału, gdy ktoś zadzwonił do drzwi. Nadchodziła już noc więc Harry nie był zaskoczony, słysząc słowa wuja Vernona: - Kogo tam, do diabła, niesie?! Po chwili usłyszał odpowiedź jakiegoś cichego głosu. - Zejdź mi z drogi, mugolu. Przyszedłem po Pottera. |
Bez sensu by było, gdybym to jeszcze raz skomentowała, bo dokładnie wiesz, co o tym sądzę. Jedyne co mi teraz zostaje powiedzieć, to to, że nie mogę się doczekać następnej części, ale nawet o tym wiesz co sądzę.
|
Też już się na ten temat wypowiadałam, więc pozostaje mi czekać z komentarzem do następnej części, o ile w ogóle się pojawi. Pisać umiesz, ale błagam - więcej akcji.
Obyś coś tu dodał, wtedy będą jakieś oceny, wypowiedzi. Weny życzę. |
Pojawi się, pojawi. Prędzej czy później w każdym razie : P Na razie mam kilka małych problemów, które skutecznie utrudniają mi skupienie się na pisaniu (między innymi straszy mnie po nocach moja nauczycielka z fizyki i grozi mi, że mnie obleje : P).
Akcji będzie dużo, a nawet trochę za dużo. Stanowi to kolejny powód opóźnień, bo najwidoczniej nie mam talentu do opisywania ruchu D :. Po każdym wydarzeniu automatycznie uruchamia mi się tryb opisywania przemyśleń postaci i jej nastroju... Zmusza mnie to potem do bezlitosnego duszenia delete, bo nie tak sobie wyobrażałem ten rozdział. w każdym razie jak uda mi się pokonać "syndrom drugiego rozdziału", to kolejne będą się pojawiać bardziej systematycznie. Tym czasem proszę o trochę cierpliwości. Wybrałem zły moment na rozpoczynanie "działalności artystyczne" : P Dzisiaj wrzucę pierwszy rozdział na Mirriel. Będzie trochę śmiesznie wyglądać na tle tamtejszych opowiadań, ale może w końcu uda mi się odkryć, co mi się w moim stylu nie podoba. Wiem, że czegoś w nim brakuje, ale nie umiem tego zdefiniować i strasznie mnie to irytuje D : A ja nie lubię być zirytowany... O wiele bardziej wolę irytować : P |
ehm..
Wolisz irytować? O matko jedyna, a ja jestem taka czuła na irytujących ludzi...Nie będe ci pisać jaki masz art bo z dużo mnie kosztowało pisanie kometarzy jak twoje ff byl na stronie, ale jak nie możesz pokonac syndromu to ja znam dobrego psychiatrę...on ci przepisze jakieś leki...
Nie wiem co to takiego ten Mirel, ale nie podobva mi się...Tam są jacyś zarozumiali młodzi pisarze? Nie cierpię zadufanych w sobie człowieków, więc nawet tam nie wchodzę. |
Alette! ;] Ja siedzę na Mirriel i nie sądze, że wszyscy tam są zarozumiali. ;] Ah, Rzaki widzę, że tam też się podoba, już 3 komenty masz, woow. xD
|
Cytat:
"Ten, kto nie spodziewa się mieć miliona czytelników, nie powinien zabierać się do pisania" Johan W. Goethe Cytat:
A tak w ogóle to jaki masz tam Nick? ^^ PS: prace nad rozdziałem powoli ruszyły. Myślę, że teraz dam radę pisać w tempie 1 strona Worda na dzień, a weekendy po 3 : ) W sobotę, albo niedzielę powinna trafić do bety już część rozdziału. Możliwe, że umieszczę go na stronie w dwóch częściach, bo tym razem będzie dłuższy od poprzedniego. Planuje, że będzie miał coś pomiędzy 10, a 15 stron. Poprzedni miał 7 : P |
ehm
Ja tam nie wiem. Lubię pisać, ale do zarozumialców nie należę. Może to jest kwestia tego, ze nawet jak napiszę coś okropnego to nikt z moich realnych znajomych mi tego nie udowodni.
Nie ocenieam tej strony...Mirrel czy jak jej tam. Po prostu jej nie znam. A ty Sarahis widzę, ze się na forum pojawiłaś ... |
| Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 15:42. |
Powered by vBulletin® Version 3.7.3
Copyright ©2000 - 2026, Jelsoft Enterprises Ltd.