Wyświetl pojedyńczy post
Stary 03-02-2008, 16:45   #1
michalt
Junior Member
 
Zarejestrowany: Jan 2008
Posty: 9
Domyślnie Kev i Aron... Pionierzy 2/2

Zamieszczę tu krótką dwuczęściową hisotryjkę. Mam nadzieję, że wam sie spodoba.

Kev i Aron
Pionierzy...

- Dżizes! Dzisiaj sprawdzian z eliksirów! - wrzasną Kev dokonując wstrząsającego odkrycia w swej pamięci
- I co z tego? - spytał się ponuro Aron.
- Co z tego!? - spojrzał na kolegę, powątpiewając w jego dwucyfrowy wynik testu IQ - To, że ja nic nie umiem.
- Nie wiedziałeś, że jest dzisiaj? - ockną się. Kev uznał, że było to pytanie retoryczne. W pośpiechu wyciągną Księgę do Eliksirów. Jednak po kilkunastu sekundach zwątpił swoje możliwości przyswajania wiedzy.
- Nie nauczę się tego - walną się książką głowę. Mimo, że wiedza nie przeskoczyła w żadem sposób do środka, w ciemnych zakamarkach płatów mózgowych pojawił się plan, plan który miał odwrócić role.
- Będę błagał o przesunięcie! Przecież nie po to noszę dumne smarkowozielone barwy ślizgonów by wielki opiekun Severus Snape mi odmawiał. Prawda, nieokrzesany?
- Prawda - rzucił bez większych rozważań nad treścią słów kolegi.
- Więc do czynu, by wyzwolić się od ucisku - zdanie nie miało większego sensu, ale przynajmniej wiadomo, że zapalało do działania.

***

- Doprawdy, zastanawiam się czego was dwóch chciałoby ode mnie. Zapewne wiecie, że ze sprawdzianu może was zwolnić jedynie zgon - powiedział jak zawsze poirytowany Snape. Przez chwilę Kev rozważał tę propozycję jako główny wariant. Ale pomyślał - jak ginąć to z honorem - i wszedł w drzwi stojące tuż obok oprawcy, ubranego w niekompletny strój Neo.
- Ty, Aragon. Może ty coś wiesz? - Aron uśmiechną z ironią
- Nie wiem czy jestem godzien, mistrzu, służyć ci radą.
- Możesz służyć uchylonym łokciem... - nagle poczuł potężny ból z tyłu głowy. Snape w niezbyt wyrafinowany sposób przypomniał Kevinowi, o dopuszczalnym natężeniu głosu.
- Dziękuję - rzucił zgarbiony z bólu i usiadł przy ławce. I tak znam twój słaby punkt, czarny wdowcu - wypowiedział w myślach.
Sprawdzian o dziwo nie zaskoczył Keva pod względem treści poleceń. Nie znał odpowiedzi na żadne z nich. Mimo wszelkich starań nie udało mu się też rozgryźć tego co pisał Aron. Kod da Vinci przy tym to jednoobrazkowy rebus. Z zawiścią spojrzał na Weasleya i Pottera siedzących obok Hermiony Granger - ona na pewno pisze wyraźnie - rozpaczał. Jako, że nie mógł zostawić pustej kartki, zapisał pierwsze nasuwające mu się skojarzenia, dokonując następnie desperackiego kroku. Z kieszeni, bez pardonu wyciągną ściągę, zżynając co popadnie zanim Snape nie wyrwał mu jej z ręki. Wszyscy w szoku spojrzeli na Keva, potem na nauczyciela. Tak, czytaj - zachęcał w myślach. Na twarzy Severusa pojawił się dziwny wyraz, połączenie zażenowanego uśmiechu ze złością. Na kartce był napis "akuku!".
- Won! - bez ceregieli burkną Snape, wyrzucając Keva za drzwi - poprawek nie ma, panie... ekhm nieważne - trzasną drzwiami. No, więc z "trochę mniej wybitym" z eliksirów można się już pożegnać.

***

Fak, fak, fak - powtarzał sobie w myślach, przechadzając się po lochach. Nie miał pretensji do Snape, wiedział, że to co zrobił było równoznaczne z otrzymaniem biletu na wylot z sali. Za to miał czas na coś co ślizgoni lubią najbardziej. Jednakże dokopywanie Potterowi chwilowo było niemożliwe ( zresztą wiedział, że w tej dziedzinie niewątpliwie przewyższa go bożyszcze Malfoy), a inni gryfoni nie byli dla niego wyzwaniem. Czuł, że tym razem musi zrobić coś na masową skalę.

***

- No, nareszcie wylazł - drzwi od sali otworzyły się, a przez nie wraz z całą grupą wyszedł Aron.
- Sorry, że tak długo, Kev.
- Nie ma sprawy. Wiesz, mój umysł znów mnie zaskoczył.
- To akurat nie jest zaskakujące - uśmiechną się Aron. Kev spojrzał na niego spod byka.
- Czasami zastanawiam się jak się poznaliśmy.
- Oj, ja też... dobra, mów co cię tak zaskoczyło.
- Znasz może Freda i Georga Weasleyów? - rzucił, w głosie czuć było tajemnicę.
- Tak
- Więc już wiesz co chcę zrobić.

***

- Kev, łazimy za nimi od półtorej godziny, czego ty od nich chcesz?
- Człowieku słabej woli, cierpliwości... widzisz...
- Co?
- Tu bliźniaczki mają swoją kryjówkę. To co w niej jest... stary. Gryfoni długo nie zaznają spokoju - gdy Fred z Georgem oddalili się, dwójka podeszła pod zakryte płachtą miejsce za dokiem, ciągnąc za sobą dwa worki.
- Odkryj - polecił Kev, chowając się skrycie za krzakiem. Aron wyciągnął różdżkę i płynnie wypowiedział - Vingardium Leviosa - to jednak mój człowiek - pomyślał. Spod płachty trysnęło jakimś świństwem, szczęśliwie z dala od chłopców.
- Blee, tylko skażone gryfońskie głowy mogły wymyślić coś takiego.
- Ciekawe co tam jest? - mrukną Aron z świetlikami w oczach. Kev szybko zlustrował całą zawartość.
- To jedna z wielu takich, ale mimo wszystko sporo tego. Dobra trzeba coś wziąć, petarda - urywacz rąk, khem jeszcze na to nie pora - rzucił z powrotem - mały iluzjonista od Freda i Georga, szkoda, że mały, ale trzymaj... rakieta z turbo wtryskiem, no powiedzmy - tak po kilkunastu minutach dwa worki zapełniły się różnego rodzaju pudełkami.
- Wystarczy nam tego na miesiąc - mrukną Kev. Nagle zza pleców usłyszał głosy.
- Wiesz co Fred, jednak dobrze myślałeś, że trzeba polepszyć nasze zabezpieczenia.
- Z ust to mi wyrwałeś, George - fak, że też musieli tutaj przyjść. Co robić? - na twarzy Keva pojawił się wyraz zakłopotania.
- My chcieliśmy pożyczy... - rzucił bez zastanowienia. W końcu jednak widząc swoje beznadziejne położenie wypowiedział zaklęcie - Sandito foliculi - wyczarowując worek z piaskiem. Następnie rzucił garścią w twarz bliźniaków... Kwintesencja stylu walki ślizgonów. Błyskawicznie wskoczył wraz z Aronem do łódki obok doków, z radością odpływając od brzegu. W tedy jednak do Freda i Georga, przyleciały przywołane zaklęciem miotły.
- Zaraz nas dogonią, Kev! - Ten nie odpowiadając wyciągnął coś z worka ze złowrogim uśmiechem.
- Chyba nie chcesz...!? - Kev już nakierowywał różdżkę na ląd petardy przywiązanej do łódki.
- Incendio! - rakieta raptownie wysunęła mu się z ręki, ciągnąc za sobą łódź. Po chwili byli już daleko od lecących bliźniaków.
- Jesteś idotą!!! - krzyczał Aron wśród szumu pędzącego wiatru i rozbryzgującej się wody, ku wyraźnemu rozradowaniu Kevina. Łódź walnęła w pobliski brzeg, rozwalając się na części i wyrzucając chłopaków parę metrów w przód. Petarda wzleciała do góry i rozbłysła się tysiącem kolorów.
- Juhu! Możesz nie wierzyć, ale chyba był to pierwszy przepływ łodzią rakietowa w historii - wstając, stwierdził poobijany, lecz wyraźnie zadowolony Kev - jesteśmy pionierami.
- O tak, jesteśmy. A teraz chodźmy, pionierze, bo nas jeszcze tamci złapią - rzekł opanowany jak zawsze Aron. Fred i George nie podlecieli jednak pod nich, mimo, że z łatwością mogliby to zrobić.
- Wiesz co, ten mały miał rację, jeszcze tego nie zrobiliśmy.
- To znaczy, że będziemy musieli im się lepiej przyjrzeć.
- Dokładnie. Kto wie co ci ślizgoni mogą wymyślić, jeśli nas zaskoczą, trzeba będzie ich przekabacić.

***

Po półgodzinnym pobycie w skrzydle szpitalnym, Aron i Kev szczęśliwi wyszli na świeże powietrze. Ukucia trujących roślin i zadrapania po pazurkach małych hipogryfów nie bolały już tak bardzo.
- Jaką teraz lekcje będziemy mieli, Aron? - powiedział cicho starając się nie zruszyć żadnego z bandaży.
- Transmutację. Dziś będziemy przekręcać kubki na lewą stronę.
- Po co?
- Nie wiem, może w przyszłości będziemy stosować to na ludziach.
- Może... ale wiesz, że po tej lekcji będziemy musieli wdrążyć w życie nasz plan.
- Nasz?
- Tak, jeszcze cię z nim nie zapoznałem? To nic, wszystkiego dowiesz się z swoim czasie. A na razie chodźmy na lekcje tej McGonagall... bleeeee .

***

- Ok, to hardodziób, i co? - Arona trochę irytowała tajemniczość Keva, ten jednak ciągle wolał go zaskakiwać.
- Teraz damy mu te... jak to się wabi... a pigułki sterowania ruchami - Kev staną przed hardodziobem, mając w pamięci niedawną lekcję z Hagridem. Ukłonił się i zaczął nawijać
- Witaj, proszę cię o zjedzenie tej pigułki - rzucił ją lekko, hardodziób jednak nie ruszając się dostał nią w oko. Przypuszczając, że to atak rzucił się na chłopaka. Ten lekko już wprawiony uskoczył w bok i schował się za krzakami.
- Głupie zwierzę - sykną
- On nie zje pigułki, musisz podać ją z mięsem - doradził Aron. Znalazł się geniusz.
- Teraz mi to mówisz... Wiem, ty ją połkniesz, pójdziesz tam i jak ten ptak będzie ci wygryzał wnętrzności to może przypadkiem ją zje. Co ty na to?
- Nie... ale domyśliłem się, że coś będziesz robił z hipogryfami i wziąłem to - chłopak wyciągnął z worka martwą wiewiórkę.
- Zadziwiasz mnie Aron, jak na to wpadłeś?
- Aa, jak goniły nas te małe rzuciłeś tekst, że jeszcze je wykorzystasz.
- Wow - zdziwił się Kev - jednak pobyt ze mną ci służy - wepchną w zwierzę pigułkę i rzucił hardziobowi. Ten błyskawicznie ją pochłoną i staną jak wryty. Kev drewnianym pilotem przypominającym te z zabawkowych samochodzików kierował hardodziobem
- Wiesz co. Ten Fred i George mają łeb.

***

- Ok. plan jest taki, hardodziób ląduje na środku dziedzińca, wszyscy się zlatują, a ty rzucasz tego syfa. Może być?
- Ale ja chciałbym pokierować hardodzióbkiem - spojrzał wzrokiem zranionego psa, Aron
- Dobra trzymaj, ja już się nalatałem - oddał mu pilota po chwili zawahania
- Startuj. Tylko uważaj na... - hardzodiób z impetem walną zadaszenie otaczające dziedziniec, przetaczając się po dachu i zsuwając na plac - ...murek... Dobra nie jest źle, zaraz się zlecą - kilkanaście osób podeszło pod ptaka. Kev rzucił ciężkim plastikowym pudełkiem o groźnej nazwie "Zoślacz". Po chwili wszystkich obecnych obok hardodzioba otoczył zielony dym. Każdemu wyrosły ośle uszy, a co drugie zdanie przerywane było głośnym "iiii-haaaa!". Kev z Aronem mało nie spadli z dachu po drugiej stronie, tarzając się ze śmiechu. Wiedzieli, że było to podłe i dziecinne, ale nie mieli zbyt wielkiej ochoty tym się przejmować. Ku ich nieszczęściu jeden z poszkodowanych zobaczył ich.
- To oni iiihaaaa łapać ich - cały tłum ruszył w stronę dwójki chłopaków. Ci szybko zeskoczyli z dachu, próbując zgubić pościg na wielkich schodach. Prawie czołgając się ze śmiechu, złapali moment przekręcania się schodów. Jednak gdy weszli na korytarz z drugiej strony nadeszła odnoga pościgu.
- No, uparci jak osły - zadrwił Kev

***

- Nie jest tak źle, czyszczenie wszystkich korytarz w lochach przez tydzień... mogło być gorzej - rzucił Kev.
- Chyba Sanpeowi spodobało się, że poszkodowani byli tylko gryfoni - zauważył Aron, wzdrygając się przed wrzuceniem do wiadra zdechłego szczura - ciekawe na jak długo im to zostanie?
- Na ulotce było napisane, że z tydzień - uśmiechną się Kev - ale wiesz co, nie czuję jakiejś specjalnej euforii, chyba dokuczenie gryfonom to już przeżytek.
- Może, teraz krukoni.
- Może... ale myślałem bardziej o ślizgonach.
- Co ty, swoich?
- Może to będzie trochę nie na miejscu, ale teraz wolałbym pójść do gryfonów, tam nawet panienki są jakieś ładniejsze. Wiem, że trochę na nich nawijałem, ale w gruncie rzeczy dlatego, że nie ma się czego ich czepić.
- Masz rację - po namyśle stwierdził Aron - także co do dziewczyn.
- Ale chyba będziemy musieli tutaj się przemęczyć, nie słyszałem by ktoś zmieniał domy.
W tedy zza rogu korytarza wyszli Fred i George, słyszeli całą rozmowę.
- Przecież jesteście pionierami - rzucił Fred.
- Co wy tu...?
- Wiecie co, powinniśmy was terać sprać
- Ale widząc wasz stan
- A także to jak radziliście sobie z obsługą naszego sprzętu
- Chcielibyśmy zaoferować wam współpracę.
- Ale, nie wkurzyliście się za to, że was, co jak co, okradliśmy - zapytał się Kev.
- Trochę, ale ostatecznie lepiej byśmy tego nie wykorzystali.
- Ale wiecie, że trochę to będzie głupio wyglądać jak ślizgon będzie chodził z gryfonem - po chwili Kev zrozumiał jak zabrzmiało to co przed chwilą powiedział, ale Fred i George pomimo lekkich uśmiechów zrozumieli intencje - Tak z waszej jak i z naszej strony.
- Pomyśleliśmy i o tym, wiemy jeżeli znajdą się dwie osoby, które chcą przejścia danych dwóch - Fred wskazał palcem na siebie i Georga
- No i jeżeli tiara i dyrektor udzielą pozwolenia, czym właściwie nie trzeba się przejmować.
- To można zmienić dom.
- No to git, ziomki - uśmiechną się Kev - ale wybaczcie, dzisiaj jeszcze mamy tę sprawę do dokończenia.
- Dobra
- Nie przeszkadzamy - Fred i Geroge usunęli się za róg korytarza.
- No i udało się, przejdziemy na stronę wroga. Nie będzie ci żal slitherinu.
- Nie. Ale coś w tym jest, że ciągnie mnie do idiotów - spojrzał porozumiewawczo na Arona.
- Phi - zaśmiał się wracając do szorowania podłogi.
- Tylko jest jeden problem.
- Jaki?
- Co ja powiem Snapeowi?


Część druga


- Podobno zmieniacie domy, zdrajcy - rzucił Snape prze zaciśnięte usta - co wam się tu, w slitherinie nie podobało? Powiedzcie, bo do mnie to nie dociera - Kev mało nie wypluł słowa "ty", ale się powstrzymał.
- Dziewczyny? - rzucił niepewnie Aron. Snape drugi raz został zaskoczony przez tą dwójkę, przez chwilę milczał, odpowiedź wydawała się zbyt absurdalna by jego umysł mógł przygotować dalszą część zdania.
- Dobrze, idźcie do tego gryfindoru - orzekł Severus, czując przy tym, że pozbawia się jednego z większych ciężarów w swoim życiu - ale pamiętajcie, że od tej pory każdy ruch, każde spojrzenie, nie wspominając o oddychaniu i mówieniu, będą na lekcji eliksirów skrupulatnie obserwowane prze zemnie. I nie myślcie, że minie was za nie kara.
- Tak jest - powiedział ze sztucznym uśmiechem Kev. Mogło być gorzej.

***

- Uff, nie było tak źle - uśmiechną się Aron, wychodząc z gabinetu Snapea,
- No, ja spodziewałem się co najmniej uszczerbku na zdrowiu psychicznym i fizycznym, a tu tylko lekkie grożenie. Coś mi się wydaje, że było mu to na rękę.
- Nie lubił nas? - ironizował Aron
- Tak - powiedział, udając wzruszenie - ale łzy za nim nie uronię.
Wyszli z lochów. Nagle niedaleko od nich dostrzegli Draco i jego Bodyguardów. Ci nie mogąc przepuścić sytuacji zgnębienia uciekinierów, błyskawicznie podeszli pod chłopców.
- Witam was kolaboranci. Co to, zadłużyliście się w Potterze, że uciekacie do niego i jego Gryffindoru – na twarzy Malfoya pojawił się uśmiech pełen kpiny.
- Tak - stwierdził bez kompleksów Kev - kierowaliśmy się poczynaniami naszego mentora, tego, który otacza się chłopcami - zerkną na Draco, dostrzegając po minie, że zrozumiał aluzję.
- Idioci - spluną Malfoy - nie jesteście godni nosić barw slitherinu.
- Tak, zawyżaliśmy poziom inteligencji, komuś mogło się to nie podobać - Aron tylko przyglądał się całej rozmowie, wiedział, że Kev nie potrzebuje pomocy.
- Szlamy! - nie spodziewając się już bardziej wyrafinowanych uwag, Kev oddalił się w raz Aronem.
- Chodźmy, bo zarazimy go swoją "brudną krwią"
- Mów za siebie - mrugną porozumiewawczo Aron

***

- Chyba czas na asymilację z naszymi nowymi kolegami - powiedział Aron, lekko zaniepokojony
- Tak. Ciekawe czy zapomnieli o tych uszach?
- Trzeba się zapytać. Zobacz, tam idzie ten, jak mu tam... Fred - Aron spostrzegł w długim korytarzu znaną postać.
- To George - spojrzał na niego poirytowany, Aron trochę się zmieszał - George, cześć
- O, cześć. Co tam?
- No wiesz, jako nowi członkowie gryfonów chcielibyśmy się zapoznać z resztą.
- Dobrze, zaraz was zaprowadzę.
- Tylko jest jedna sprawa George... chodzi o uszy.
- Nie macie czym się martwić, wszyscy myślą, że zmusił was do tego Draco. Ogólnie postanowiliśmy wraz z Fredem zrzucić na niego całe wasze poprzednie życie.
- Draco? Co byśmy bez niego zrobili - uśmiechną się Aron.
W salonie gryfonów zebrała się pokaźna gromadka dzieciaków, każdy chciał zobaczyć przekabaconych ślizgonów.
- Dobra oto oni, ci którzy się nawrócili - zapowiedział dwójkę Fred.
- Tak to my - przedstawił się Kev, czując się trochę nieswojo. Jednak złapał oddech i odważył się na więcej - Ja jestem Kev, a ten obok to Aron.
- Cześć - usmiechną sie
- Planujemy uczęszczać do tej szkoły w barwach waszego domu do jej końca, lub naszego zgonu, bądź dotąd, aż znudzi nam się czerwony. Witajcie, mam nadzieję że miło spędzimy ten czas - gromkich braw nie było, ale nikt też nie obrzucił błotem. Nie jest źle...

***

- Dobrze, weźcie teraz mandragorę potoczną i spróbujcie przesadzić do drugiej doniczki - poleciła pani Sprout.
- Czemu one są potoczne? - zapytał Kev
- Zwykłe krzyczą, a te klną - rzucił Aron - dlatego nie trzeba nosić tych durnych słuchawek.
- Ahaa - mrukną zażenowany, próbując wśród jęków rośliny wykopać dół - zamknij się, albo poczujesz co to Antychwaścik Sp. Mandragora uspokoiła się, lecz stosunek Keva do rośliny wzbudził wewnętrzny niepokój u Hermiony Granger przesadzającej tuż obok niego.
- Dopiero gdy wykopiesz dół wyciągaj mandragorę - spojrzała się z politowaniem - w tedy nie będzie jęczeć.
- Dobrze, Hermiono
- Hermiono? Znasz moje imię?
- To, że byłem nie byłem w gryfindorze, nie znaczy, że byłem na innej planecie. Chociaż i stamtąd trudno byłoby przeoczyć taką dziewczynę.
- To miłe. Ja... nie znam twojego - powiedziała trochę zmieszana, z lekkim rumieńcem. Kev mimo wszystko nie należał do brzydkich.
- Kev - wyciągnął rękę.
- Hermiona - uśmiechnęła się podając swoją dłoń
- Jeszcze się zobaczymy?
- Na pewno - rzuciła, wracając do kopania swojego dołka. Dla Keva nawet to robiła z gracją. Delektowanie się widokiem przerwał brutalnie przerwał Aron.
- Leci na ciebie - za to sformułowanie musiał oberwać.

***

Kolejna tona kartek została przewertowana po niespełna trzech godzinach, Snape postanowił nie oszczędzać dwóch młokosów. Po skleceniu parędziesięciu zdań Kev i Aron mieli już gotowe wypracowania na temat niemal każdej świecącej mazi jaka mogła im wpaść do głowy. Wyczerpany przepisywaniem Kev rzucił się na miękką kanapę, rozpamiętywając ostatnią lekcje z roślinkami. Każde spojrzenie Hermiony przeszywało go od tamtej pory niczym młot pneumatyczny, wiedział że musi to jakoś rozwinąć.
- Kurczę chyba się, zadłużyłem - uśmiechną się rozmarzony
- W kim? W Potterze? - rzucił Aron
- Też - ironizował - ale bardziej Hermionie.
- To masz przerąbane, ona niemal nie odchodzi od tych dwóch.
- Zobaczysz, odejdzie - Aron dostrzegł złowieszczy uśmiech na twarzy Alana. Wiedział że nie żartuje.

***

Kev sam nie wiedział jakim cudem udało mu się odkleić od Arona. Był zdesperowany, schował się za krzakami na dziedzińcu transmutacji i oczekiwał swojej pani. Niestety jedyne co dostrzegał to chodzącego w tą i powrotem Arona, ale i ten po pewnym czasie przestał się pojawiać. Szczęśliwe w chwili zwątpienia w bezpośredniej bliskości ukazała mu się jego muza. Kev zawołał ją cicho.
- Pssst! - Hermiona odwróciła się próbując dostrzec źródło głosu.
- Psst! - dziewczyna spostrzegła Keva.
- Czemu się chowasz? - szepnęła, podbiegłszy do niego
- Aron mnie szukał, musiałem od niego uciec - na twarzy Hermiony pojawił się lekki uśmiech.
- Widziałam go, już cię nie szuka.
Kev wyszedł zmieszany zza krzewu. Oczy zabłysły mu, gdy zobaczył dziewczynę w pełnej krasie. Po chwili usiedli razem na ławce i rozmowa powoli zaczynała nabierać tępa... Nagle jednak oczy Hermiony rozszerzyły się, w oddali dostrzegła trójkę dzieciaków których teraz nie chciała zobaczyć. Szybko wstała z ławki i pociągnęła za sobą Keva. Niemal natychmiast znaleźli w miejscu w którym jeszcze przed chwilą siedział Kev, teraz ze wszystkich sił starający się odgonić kosmate myśli. Nagle i on spostrzegł tę trójkę: Ron, Harry i... Hermiona szli sobie spokojnie przez plac. Jedynie dziewczyna spojrzała z uśmiechem w stronę krzewu. Kev spojrzał z niedowierzaniem na Hermionę. Ta uśmiechnęła się nieśmiale
- Musiałam trochę kombinować by nie wzbudzić podejrzeń
- To... która z was jest prawdziwa - rzucił kompletnie zdezorientowany Kev.
- Obie - szepnęła i wyskoczyła z krzaków
- To dopiero dziewczyna - pomyślał Kev

***

Wydawało się że pasują do siebie idealnie. Nawet Aron w pewnym momencie przestał się wypytywać, gdzie chadza tak często. Wszystko zdawało się być dopięte na ostani guzik, wszystko układało sie po mysli Keva mimo, że nie mieli z byt wielu wspólnych zainteresowań. Po kilkunastu spotkaniach coś się jednak zaczęło psuć, Hermiona opuszczała Keva coraz wcześniej, rozmowy nie układały się jak zwykle. Pewnego razu walnęła prosto z mostu.
- Nie możemy się dalej się spotykać.
- Co!? Dlaczego? Czy chodzi o to, że jestem z Polski ?
- Nie, nie o to. A jesteś? Z resztą nieważne... Mam innego - uśmiechnęła się żałośnie
- Cóż skoro tak, to rzeczywiście masz rację. Też nie mógłbym... Powiesz chociaż kto to?
- Aron, twój kolega - więc i on wbił mu nóż w plecy. Nie pozbiera się dzisiaj - ale proszę cię nic mu nie mów. Z nim też zerwałam. Nie mogłam wybierać między wami. Bo wiesz, by muc się spotykać używałam zmieniacza czasu, lecz po pewnym czasie doszło do mnie, że jeżeli będę go używała do końca roku, to przez ten czas postarzeje się o trzy lata. Więc nie zamartwiaj się, zrozum, że musiałam - uciekła, nie odwracając się. Alana zamurowało, jednak po chwili doszedł do siebie.
- A co tam i tak mnie nie rozumiała - uśmiechną się i ruszył przed siebie. Nagle spostrzegł Hermionę, idącą w towarzystwie Rona i Harrego. Dziewczyna zatrzymała się na chwilę przy Kevie.
- I jak?
- Udało ci się - mrukną kryjąc chichy żal.
- Nie jesteś zły?
- Nie - rzucił. Przez chwilę się zastanawiał czy jeżeli by powiedział co innego to czy Hermiona by z nim zerwała. Wydawało się to nielogiczne, ale przecież to ona manipulowała czasem, i to co stało się później w rzeczywistości było wcześniej. Kev dostał mentliku w głowie. Staną nieruchomo na moście spoglądając na rozległy widnokrąg. Nagle obok niego pojawił się Aron.
- Widzę, że ciebie też - uśmiechną się do Keva.
- Tak... skąd wiesz?
- Ja też jestem nie najgorszym uczniem - Aron wyciągną spod bluzki naszyjnik. Był to zmieniacz czasu.
- Świat jest chory. Co cię przy jeszcze właściwie trzyma - mrukną zażenowany
- Po prostu lubię cię. Czas spędzony z tobą należy do najszczęśliwszych w moim życiu,
- Dzięki... myślę tak samo...

Koniec



__________________________________________________ ____________________
Ps Jeżeli przeoczyłem jakieś "r11" i tym podobne to zgóry przepraszam.
michalt jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem