|
Jeszcze zdrowy miłośnik fantasy
Zarejestrowany: Mar 2009
Posty: 170
|
Część druga: Dalesze "przygody" Camille.
Heather, moja najlepsza przyjaciółka, tak jak podejrzewałam, niezbyt przejęła się tym, co jej właśnie powiedziałam.
- Szlaban? - zapytała, przewracając stronę w książce, którą właśnie czytała. - Oj, Cam... Nie histeryzuj. Ciesz się, że przynajmniej musisz go odwalać w ten weekend, a nie w następny... Bo wiesz, wtedy jest Hogsmeade!
- Naprawdę? - Ta wiadomość nieco poprawiła mi humor. Właśnie czegoś takiego jak Hogsmeade potrzebowałam - pragnęłam jedynie wyrwać się, choćby na chwilę, z tej szkoły, której już miałam po dziurki w nosie. - O, to świetnie.
Chciałam jeszcze raz wspomnieć Heather o tym, jak zostałam niesprawiedliwie ukarana szlabanem, ale stwierdziłam, że nie bardzo ją to interesuje, więc pomaszerowałam do dormitorium zostawiając ją z nosem w książce.
- Jak ta głupia McGonagall mogła mi to zrobić? - myślałam, leżąc na łóżku. - Przecież ja nic złego nie zrobiłam. Jedynie próbowałam rzucić na tego małego Gryfona, który mnie denerwował, Zaklęcie Galaretowatych Nóg. Na jego szczęście (a moje nieszczęście) akurat tędy przechodziła profesor McGonnagall i odbiła zaklęcie w ścianę. A później zwymyślała mnie i skończyło się tym o to szlabanem. Czemu ja zawsze mam takiego pecha?
Teraz to szczerze żałowałam, że rzuciłam urok na tego chłopaka. Gdybym wtedy wiedziała, że zakończy się to kilkoma godzinami kary w sobotę zapewne bym tego nie zrobiła.
* * *
- Co takiego?! - Byłam wstrząśnięta.
- To, co powiedziałam - powiedziała profesor McGonagall. - Twój szlaban będzie polegał na polerowaniu nagród w Izbie Pamięci wraz z panem Malfoyem.
- Ale dlaczego akurat z nim? - jęknęłam.
- A dlatego, że on również musi odpracować szlaban. Czy jest jakiś problem, panno Rafferty?
- Nie, profesor McGonnagal - powiedziałam i wbiłam wzrok w podłogę.
- Znakomicie. Chcę cię widzieć jutro, punktualnie o jedenastej w Izbie Pamięci. - I odeszła.
- Wspaniale - pomyślałam, idąc do Pokoju Wspólnego. Byłam wściekła. - Muszę odwalać durny szlaban z tym baranem. Jedwabiście.
Doszłam do Pokoju Wspólnego z tego typu myślami. Tam zastałam Heather pogrążoną w lekturze kolejnej książki. Czasami zastanawiam się, z jakiego powodu moja przyjaciółka znalazła się w Slytherinie. Na moje oko pasowałaby do Raveclawu - jest mądra i oczytana, a tam znajdują wyłącznie tacy. No, ale Heather, w przeciwieństwie do Krukonów, miała cięty język i potrafiła ludziom dopiec, gdy tylko jej się chciało.
Opowiedziałam jej o moim szlabanie. Niezbyt się tym przejęła. Po okazaniu wzburzenia faktem, iż muszę odwalać karę z Malfoyem, znów pogrążyła się w lekturze. Nie pozostało mi nic innego jak użalanie się jak swoim losem ("Czy ja zawsze muszę mieć takiego pecha?"). Gdy mi się owo zajęcie znudziło, poszłam do dormitorium po swoją szkolną torbę i zabrałam się za odrabianie prac domowych.
* * *
Następnego dnia obudziłam się bardzo późno, więc musiałam w pośpiechu jeść śniadanie, aby zdążyć na mój szlaban. Gdy tylko połknęłam ostatnią łyżkę owsianki, podbiegłam pod Izbę Pamięci. Malfoy i profesor McGonagall już tam byli.
- Lepiej późno niż wcale, panno Rafferty - powiedziała oschle nauczycielka i wpuściła nas do Izby. - Macie bez użycia czarów sprawić, aby te wszystkie puchary i medale błyszczały jak nowe. Pod ścianą leżą potrzebne wam do tego ingrediencje. Wrócę tu za niecałe dwie godziny, aby sprawdzić, jak sobie radzicie. - Po tych słowach wyszła z pomieszczenia.
Nie chcąc tracić czasu, od razu pomaszerowałam w kierunku leżących na podłodze przedmiotów, mających nam pomóc w czyszczeniu. Znajdowały się tam między innymi szmaty, jakieś płyny i małe miotełki do odkurzania. Nienawidziłam sprzątać "po mugolsku" - zazwyczaj rodzice kazali mi to robić, kiedy coś przeskrobałam w domu. Natomiast w Hogwarcie robiłam to po raz pierwszy. Wzięłam jedną ze szmat, zanurzyłam ją w misce srebrzystego płynu, podeszłam do najbliższego pucharu i zaczęłam go szorować. Malfoy chwilę stał, nie wiedząc co zrobić, lecz w końcu postąpił dokładnie jak ja, zabierając się do czyszczenia innego pucharu. Przez chwilę pracowaliśmy w milczeniu. W końcu Ślizgon nie wytrzymał i powiedział:
- Ty chyba jesteś Camille. Dobrze pamiętam?
- Tak - odpowiedziałam oschle.
- Ja jestem Draco Malfoy, ale na pewno już o tym wiesz.
- Tak, wiem - powiedziałam, przewracając oczami. "Jaki on jest zadufany w sobie, myśli, że jest ogólnopowszechnie znany!", pomyślałam.
- Jesteś strasznie małomówna - stwierdził Draco. - Zawsze taka jesteś, czy to moja osoba tak cię onieśmiela? - Uśmiechnął się łobuzersko.
- Ani to, ani to - odpowiedziałam, krzywiąc się. - Po prostu nie przepadam za tobą. I tyle. Koniec historii. - Skończyłam polerować jeden puchar i skierowałam się do następnego. Chciałam jak najszybciej stąd wyjść.
- Oj, nie bądź zła za tamto. Już się zmieniłem. Naprawdę. Powiedziałem Pansy o tych innych dziewczynach, z którymi chodziłem. Strasznie się wkurzyła, rzuciła mnie. A z pozostałymi sam zerwałem. Teraz jestem sam... Czuję się dziwnie, tak samotnie...
- Malfoy, nie użalaj się nad sobą, bo zaraz się tu porzygam - powiedziałam, ale ton mojego głosu wcale nie brzmiał groźnie. Co jeśli on mówi serio? Być może naprawdę się zmienił...
- Widzę, że nie masz ochoty ze mną gadać - powiedział, starając się, by zabrzmiało to hardo i wyniośle, lecz usłyszałam jeszcze nutkę goryczy.
Ślizgon odwrócił się do mnie plecami i zaczął czyścić olbrzymi, srebrny puchar. Spojrzałam na niego i obserwowałam przez chwilę tył jego głowy, myśląc:
- I pomyśleć, że jeszcze jakiś miesiąc temu on mi się podobał. Że uważałam go za ideał, ubóstwiałam go... To był chyba szczyt ludzkiej ślepoty! Przecież on nawet nie jest jakoś tak specjalnie przystojny. A charakter ma wprost okropny. To znaczy miał... Być może teraz rzeczywiście jest inny...
Po chwili opamiętałam się. Nie chciałam przecież tracić czasu rozmyślając o Malfoyu, musiałam wziąć się ostro do roboty, aby zakończyć ten szlaban przed zachodem słońca.
* * *
Po ponad godzinie wszystkie puchary były już wyczyszczone. Usiadłam na stołku, by na nim poczekać na profesor McGonagall. Draco też już skończył pracę i w milczeniu siedzieliśmy, czekając. Po dziesięciu minutach przyszła opiekunka Gryffindoru. Wyraźnie się gdzieś śpieszyła więc tylko rzuciła okiem na salę , powiedziała nam, że nasz szlaban się skończył i możemy wracać do Pokoju Wspólnego, a następnie niemal wybiegła na korytarz.
Wstałam, chcąc jak najszybciej znaleźć się jak najdalej od Dracona, lecz on, nie chcąc bym odeszła, złapał mnie za nadgarstek.
- Co? - zapytałam, odwracając się do niego.
- Idziesz za tydzień do Hogsmeade? - wypalił.
- Yyy... - zawahałam się. O co mu chodzi? - Tak, a co ?
Malfoy przygryzł wargi. Był zmieszany.
- Ja się tylko zastanawiałem... Czy może moglibyśmy się tam wybrać razem... No wiesz, na randkę...
Jego wypowiedź całkowicie zbiła mnie z pantałyku.
- Co takiego?! - niemal krzyknęłam. Czy on sobie ze mnie żartuje? Przecież wtedy, nad jeziorem chyba wyraźnie dałam mu do zrozumienia, że nigdy się z nim nie umówię. Nigdy. Cóż, najwyraźniej to do niego nie dotarło. - Wyobraź sobie, że już o to mnie kiedyś zapytałeś, a ja odmówiłam. Jeśli myślisz, że zmieniłam zdanie to...
- Zastanów się, proszę. Zrób to dla mnie. - Uśmiechnął się przymilnie. - Bardzo mi na tym zależy. To właśnie dzięki tobie zrozumiałem, że ludzie to nie zabawki i nie można bawić się ich kosztem. Teraz jestem sam i zrozumiałem, że właściwie nic nie czułem do tamtych dziewczyn. To nie była miłość. Uświadomiłem sobie, że to właśnie na tobie mi najbardziej zależy i że to ty jesteś tą jedyną... Więc jak? Proszę, zgódź się...
- Och - wyrwało mi się. Gapiłam się na niego jak osłupiała, byłam zszokowana jego słowami. Patrzył na mnie prosząco tymi swoimi szarymi oczami i wyczekiwał mojej odpowiedzi.
- Proszę, zgódź się... - powiedział cicho.
- No... dobrze. - Nie mogłam wytrzymać jego błagalnego spojrzenia i uległam.
- Och! Super! Już się nie mogę doczekać. No to... Do zobaczenia! - I wybiegł rozradowany z pomieszczenia.
- Co ja najlepszego zrobiłam? - powiedziałam do siebie po chwili. - Właśnie umówiłam się na randkę z największym gumochłonem świata. Doskonale, Camille, tylko tak dalej. - I podążyłam wolno w kierunku Pokoju Wspólnego.
|