Rozdział II
Dziwne spojrzenia Ginny i Demelzy na Ślizgonów wzbudziły podejrzenia Harry'ego względem ich zamiarów. W obronie przyjaciół ytakich jak Ron i Ginny gotów był poświęcić wiele. Ostatecznie przysiągł sobie, że i tym razem ich pokona.
Deszcz zelżał lekko na minutę przed meczem. Trybuny szalały, gwiżdżąc lub wrzeszcząc, słychać było także głosy nauczycieli, przywołujące uczniów do porządku. Zerknął wyżej. W roli komentatora znów miała wcielić się Luna Lovegood, siedząca sobie na najwyższym podeście, kontrolowana przez stojącą posępnie prostą postać profesor McGonagall. Drużyna Ślizgonów szeptała coś między sobą, najwyraźniej się naradzając. Jankovski powarkiwał na wszytkich po trochu. Gdyby tak dowiedzieć się, o czym mówili!
Za chwilę dobiegł go melodyjny głos Luny.
- Dziś Gryffindor zagra ze Slytherinem o puchar quidditcha. Ależ są przejęci! Kapitan drużyny Harry Potter jak zwykle władczy, a oto jego najlepszy przyjaciel, rudzielec Ron Weasley... Miejmy nadzieję, że poprawił swą celność przez rok...
Z trybun dobiegł ich ryk śmiechu. Harry westchnął, Ron zaczerwienił się.
- Co ona sobie...
- Przez ostatni sezon dał nam popis komizmu. Oj, tak. A po prawej drużyna Slytherinu. Jakie to rosłe chłopaki...
Harry zauważył jak Seamus szepce coś do Rona, spoglądając to na Harry'ego to na szukającego Slytherinu. Niemiłe uczucie mówiło mu, że chyba wątpią w ich siły.
-... jak zawsze zwinna Ginny Weasley, a za nią nowy nabytek drużyny Seamus Finnigan. Zobaczymy, jak się spisze... - ciągnęła Luna. Nagle zmieniła temat. - Och! Spójrzcie tylko na śliczny obłoczek. O, tam...
Jej głos zaginął za chwilę zagłuszony przez donośny gwizdek pani Hooch.
- Do mioteł! - krzyknął Harry.
Gryfoni jedno za drugim poderwali się z ziemi. Harry miał złe przeczucia. Radził sobie wcześniej, ale nie wiedział czy w tym roku przeciwstawi się nowemu składowi Ślizgonów, wyglądającemu dosyć groźnie.
Zanim do lotu poderwali się Ślizgoni, Jankovski zawołał do nich:
- Wiecie co macie robić! - szczególnie niechętnie spojrzał na Crabbe'a i Goyle'a. - Wszystko według planu! Nikt nie może niczego zauważyć.
Skinęłi głowami. Jankovski chwycił miotłę i poderwał się błyskawicznie, wystrzeliwując w niebo. Reszta wzbiła się za nim.
Harry krążył dookoła boiska w poszukiwaniu złotej piłki. Dawno nie grał już w quidditcha, czuł, że wychodzi z wprawy. Koło niego już sunął Prosky. Był doskonałym graczem. Nie dość, że szybszy od Harry'ego, wcale nie musiał trzymać równowagi. Lecąc spokojnie przyglądał się sytuacji na o podium i grze, najwyraźniej będąc pewnym znicza. Zdecydowanie przwyższał umiejętnościami Malfoy`a. Harry zaczął poważnie wątpić w swe siły.
- Mecz się zaczął... No proszę. Seamus ma kafla, och doskonale! Podaje do Ginny. O! Ginny już atakuje Burn, ale... ta go wymija. Brawo, Ginny!
Kątem oka Harry dostrzegł, że Ron zatrzymał się w powietrzu i z wyrazem nieopisanej błogości na twarzy, jakby wsłuchuje się w głos Ginny. Podleciał do niego.
- Ron! - krzyknął ostrzegawczo. - Skup się!
Ron pokręcił głową, rzucił mu przerażone spojrzenie i odleciał w dół. Harry pomknął na północny kraniec boiska w ślad za Prosky'm; zdało mu się, że zobaczył tam złotawe światełko.
Swoją drogą nie po raz pierwszy zauważył tę minę u Rona, gdy ten słuchał lub patrzył na Lunę. Dziwne. Nie czas jednak myśleć o tym.
Mijały kolejne minuty. Ślizgoni prowadzili. Niestety Ron nie spisywał się jako pałkarz.
- Trzydzieści do dziesięciu dla Ślizgonów! Oj, Ron, coś się nie starasz!
Ron znów poczerieniał jak burak. Była t o prawda. Co chwila kapitulował przed Burnem i Boydem, którzy atakowali go przy wszystrkich okazjach. Harry rozejrzał się, gubiąc ślad znicza. O włos rozminął się z ciśniętym w niego przez Crabbe'a tłuczkiem. Prosky gdzieś zniknął.
Zauważył jak Jankovski, sunąc jak błyskawica, próbuje zwalić Demelzę z miotły, uderzając potężnie ramieniem. Dziewczyna straciła równowagę i kilka razy zakręciła się w powietrzu, omal nie spadając.
Harry poczuł oburzenie tak niehonorową grą.
Jankovski, potężny jak dąb, skierował się teraz na Rona.
Ginny chwyciła kafel, umknęła przed atakiem Boyda i strzeliła gola Gryfonom. Rozległy się głośne oklaski.
- Gryfoni doganiają Ślizgonów. Dalej Harry, pokaż im! Trzydzieści do dwudziestu dla Ślizgonów.
Ginny podała kafel do Seamusa, ten umknął przed tłuczkiem i rykoszetem rzucił do Demelzy. Była bardzo szybka, więc nie miała problemu z umknięciem wrogim ścigającym. Jankovski, potrącając po drodze Seamusa, uznał, że nadeszła pora na rozpoczęcie planu.
- No, to teraz zaczniemy prawdziwą zabawę - szepnął do siebie. Krótkim skinieniem dał znak kolegom. Nastepnie wyciągnął dyskretnie różdżkę i nie zwalniając tempa pomknął wprost na Gryfonów.
- Crucio! - krzyknał, celując z boku w Ginny.
Promień zaklęcia trafił Ginny w prawe biodro. Krzyknęła z bólu i zwaliła się z miotły, nie puszczając jej jednak jedną ręką.
- GINNY! - krzyknął Ron.
Na trybunach zawrzało. Rozległy się wrzaski przestrachu. Wiele osób wstało. Semaus i Ron wystrzelili w dół za Ginny.
Ta szczęśliwe złapała równowagę tuż przy ziemi i urtrzymała na miotle.
Gdyby nie Harry, prawdopodobnie nikt nie zorientowałby się, co naprawdę się działo. On jednak z drugiego końca boiska zauważył, jak Jankovski trzyma różdżkę i rzuca zaklęcie na Ginny. Dla wielu było to niewidoczne, ale nie dla niego. Obserwował, jak Ginny spada. Jankovski zaraz się ulotnił. Teraz dostrzegł, jak wykonuje potężny manewr, znów wracając do drużyny. I wtedy Harry wszystko zrozumiał. Jak burza dotarła do niego prawda. Zapomniał o zniczu, Prosy'm, meczu, widowni. Pomknął swą Błyskawicą tak szybko, jak jeszcze nigdy. Musi ich ostrzec. Zauważył, jak różdżki wyciągają też Burn, Boyd, a Prosky sięga za pazuchę. Crabbe i Goyle gotowali już tłuczki.
- UCIEKAJCIE! - wrzasnął do nich Harry, podlatując.
Patrzyli na niego ze zdumieniem i przerażeniem zarazem.
- Harry, co się... - zaczęła Demelza.
- Jankovski zaatakował Ginny! - krzyknął Harry. - Widziałem jak ten drań w nią celuje! Użył magii!
- Co ty mówisz?! - zdumiała się Ginny. - Poczułam rwący ból w barkach. Sądziłam, że to naturalne! Myślisz, że to...
- Tak! Klątwa Cruciatus!
Ginny jęknęła z przestrachem.
- Ale... ale dlaczego...
- Nie wiem! Ale musimy się stąd wydostać jak najszybciej! Ron, UWAŻAJ!
Zaklęcie wystrzelone przez kapitana Ślizgonów minęło Rona o włos, uderzając w trybunę, zostawiając w niej wielkie wgłębienie.
-ZA MNĄ! - wrzasnął Harry. Wnet wszystko mu się przypomniało. Departament Tajemnic, walka, atak na zamek.
Ginny, Demelza, Ron i Seamus polecieli za nim. miał tylko nadzieję, że Demelza da radę. Resztę przecież sam uczył.
Jankovski szukował się do kolejnego ataku.
- Dalej chłopcy! - krzyczał do Ślizgonów. - Zróbmy z nich miazgę. Nikt nie może zostać na miotle.
Tłum krzyczał w podnieceniu. Harry nie od nich oczekiwał pomocy. wiedział, że teraz jej nie otrzymają.
Dean Thomas, który zagubił się w innej części, miał najmniej szczęścia. Oddalił się od drużyny i nie zdążył wyciągnąć różdżki. Jankovski dopadł go i wrzasnął:
- Drętwota!
Dean zwalił się ciężko z miotły wywalił oczy na wierzch i runął w dół na wiele metrów.
- Dean! - krzyknęła makabrycznie Ginny.
- Skoro chcą wojny to będą ją mieli! - krzyknął wściekle Ron, dobywając różdżki. To samo zrobiła reszta.
Jankovski zaśmiał się.
- Ha! Ha! Czarnego mamy z głowy. Potter jest mój. My bierzcie Wieprzleja i resztę! - ryknął do towarzyszy.
Miotnął czarem w Harry'ego.
- Protego! - wrzasnął Harry.
Zaklęcie zostało odbite.
- Lecimy na prawo - nakazał drużynie. Tamci już ich ścigali.
- Nieźle, Potter - zadrwił Ślizgon. - I powiedz, jak to jest, grać w quidditcha o śmierć lub życie?
Uniósł różdżkę po raz kolejny. Zrównali się. Z jednej Harry i przyjaciele, z drugiej Jankovski i jego drużyna.
Boyd wymierzył różdżkę w Rona, zakradając się z tyłu
- Expelliarmus! - krzyknął Harry, wymierzając w niego.
Boyd wrzasnął, spadając z miotły, z trudem unikając upadku.
- Oni urządzili sobie jakieś polowanie! - krzyknęła przerażona Demelza, odbijając zaklęcie Jankovskiego. - Pozabijają nas!
- Nie pozwolę im na to! - syknął Harry.
Lecz teraz także i on poczuł strach...