Rozdział IV
Nienajlepiej sprawa wyglądała również na południowej części boiska. Boyd skutecznie zablokował drogę ucieczki od zachodu, żadne z Gryfonów zresztą nie mogło go zwalić z miotły ze względu na wzrost. Burn i Prosky, korzystając ze zdezorientowania przeciwników rzucali uroki z dystansu, podczas gdy grubas Goyle przyczaił się z tłuczkiem pod trybunem.
- Protego! - krzyknął Ron, odbijając paraliżujące zaklęcie Boyda.
Ginny skutecznie odpędzała się od Burna, atakującego z tyłu.
- Za tobą! - krzyknęła do Rona.
- Crucio! - wrzasnął Boyd.
Fioletowy promień trafił rudzielca w lewy bok.
Ron zaryczał z bólu jak ranny byk.
- Expelliarmus! - krzyknęła Demelza. Jej zaklęcie odrzuciło Burn'a na wiele metrów w tył, omal nie zwalając z miotły. Ale Ślizgoni byli twardzi. Zaklęcia rozbrajające tylko chwilowo ich powstrzymywały.
Ginny poczuła nie opisany gniew,. Oczy zapłonęły jej jak dwa ogniki. Nikt nie będzie gnębił jej brata! Wykonała szybki zwód na miotle, podleciała bokiem do gotującego się na kolejny strzał Boyda. Wycelowała różdżkę i wyszeptała cicho jakieś słowo.
Z różdżki wydobył się przeźroczysty promień. W sekundę później Boyd spojrzał w tę stronę i wrzasnął jak opętany. Zawrócił miotłę i pognał pędem w dół, nie zważając na walczących, goniony przez niewidzialną dla innych zjawę.
- Dobra robota, Ginny. Naprawdę... - zaczął Seamus.
Nie dokończył. Ron, który zatrzymał się w powietrzu, triumfalnie patrząc na wyeliminowanego z gry Boyda, nie zauważył niebezpieczeństwa.
Prosky podleciał do niego bezszelestnie i niezauważenie z prawej strony od tyłu i uniósł różdżkę.
- RON! UWAŻAJ!!!
Seamus zawrócił miotłę i stanął murem przed Ronem, nie zdążywszy się nawet odwrócić. Zaklęcie Prosky'ego trafiło go w plecy.
Seamus zrobił taką minę, jakby go zdziwiło to uderzenie, po czym powoli zsunął się z miotły i runął w dół.
Gryfoni nie byli w stanie wykrztusić słowa. Zduszone okrzyki rozbrzmiały wśród spanikowanych uczniów.
- Przestańcie robić jaja i poddajcie się! - warknął Burn parę metrów nad nimi, przerywając na chwilę ostrzał. - Załatwimy was na dole i skończmy tę gonitwę!
- Nigdy! - warknął nienawistnie Ron. - Jest już cztery na cztery. Jeżeli ktokolwiek tu zginie to wy!
- Jak sobie chcesz, Królu Wieprzleju - syknął drwiąco tamten. - Skoro ci tak spieszno do grobu!
Machnął różdżką jeszcze zanim dokończył zdanie.
Ron rewelacyjnym zwodem ciała umknął przed promieniem. Burn zmienił pozycję.
- Gdzie Harry? - krzyknęła Ginny.
- Tam! Chyba ma kłopoty. Nie pomoże nam! Musimy radzić sobie sami.
Harry umknął przed śmiertelnym zaklęciem Ślizgona niemal w ostatniej chwili. Ten zaraz ponownie strzelił w niego zielonym światłem. Harry naprężył się i wrzasnął:
- PROTEGO!
- Lubisz dobrą zabawę, Głupotter?! - zadrwił Jankovski. - W porządku, dobrej zabawy nigdy dość!
Kolejne jego zaklęcia chybiały jedno po drugim. Dwa Harry odbił, trzech uniknął o włos. Nie podda się! Nie teraz, kiedy jest tak daleko.
Jankovski lewitował naprzeciwko niego, dysząc z wściekłości, próbując otrzeć szatą poranioną twarz.
- Żywotnyś jest, sukinsynu! - warknął. - A myślałem, że spadniesz z miotły jako pierwszy! Zdechniesz, łotrze, a ja będę arcymistrzem, który cię załatwi. Kończmy to. Avada Kedavra!
Urok prawie musnął mu policzek. Harry zawrócił miotłę.
- NA POMOC!!! - krzyknął w stronę trybun.
Niemożliwe, by nie zauważyli, co robi Jankovski. Ale pomoc wciąż nie nadchodziła.
Odwrócił się i krzyknął:
- Rictussembra!
Zaklęcie nawet nie musnęło przeciwnika. Należało wziąć się w garść. Miał zadanie do wykonania. Musiał uratować świat, zniszczyć Voldemorta i Snape'a, stać się bohaterem. nie może dać się zabić jakiemuś obłąkanemu uczniowi.
Odwrócił się ku szaleńcowi. Z całą nienawiścią jaką czuł, wrzasnął zaklęcie. Jankovski uczynił to samo. Obaj wystrzelili jednocześnie.
- GIŃ!!!
Promienie ich zaklęć zderzyły się. Harry nie puszczał. Przypomniał sobie pojedynek z Voldemortem na cmentarzu w czwartej klasie, gdy zginął Cedrik. Teraz było podobnie. Nie podda się.
Promienie ich różdżek zaraz odbiły się od siebie i pomknęły w różnych kierunkach. Niebieski promień Harry'ego wykonał zygzak i jeden obrót, za chwilę trafiając lecącego niżej Goyla. Grubas wrzasnął przeraźliwe, wypuścił z rąk tłuczka, stracił równowagę i zwalił się na dół, przeraźliwie rycząc.
Promień Jankovskiego, zielony, uderzył potężnie w pusty trybun na lewo, robiąc w nim potężną dziurę. Za chwilę wydarzyło się coś przerażającego. Trybun zachwiał się, zadrżał, dał się słyszeć cichy huk. Uczniowie na trybunach wrzasnęli z przestrachem.
Pozostały bieg zdarzeń trwał najwyżej pięć sekund.
Wieża przechyliła się i z ogromnym hukiem i łoskotem runęła na boisko. Tumany piasku, kurzy i trawy zasypały trybuny. Uczniowie z wrzaskiem zerwali się z miejsc i w panice zaczęli opuszczać inne trybuny. Zaraz wykorzystał dezorientację Jankovskiego, oślepionego przez pył, zawrócił i wystrzelił szybko jak puchacz pocztowy do reszty drużyny.
Huk, krzyki przerażonych uczniów i świst zaklęć huczały mu w głowie. Dodatkowo potęgował go ból na karku i głowie, po uderzeniach Ślizgona. Rozejrzał się w dole. Po całym placu biegały setki uczniów i uczennic, jeśli nie tysiące. Widać było tylko uciekające postacie. Trawnik z zielonego stał się szarym. W oddali zauważył wciąż bezwładnego Deana. Nie ruszał się również Goyle. Crabbe czołgał się w panice w stronę namiotów.
Muszą wylądować. Na dole na pewno ktoś im pomoże.
Ale lądowanie nie było łatwe. Boisko pełne było teraz wrzeszczących uczniów i kontrolujących ich nauczycieli, wszyscy uciekali w popłochu. Zawalony trybun leżał pośrodku, tworząc wielką kupę gruzu i żelastwa, zajmując niemal całą szerokość powierzchni boiska.
Harry rozejrzał się ponownie. Kilka osób podbiegło do leżącego nieruchomo Deana, Boyd latał w kółko po boisku, przeraźliwie wrzeszcząc, odpędzając się wciąż od niewidzialnej zjawy. Upiorogacek Ginny okazał się być naprawdę udany. Pozostałych trzech Ślizgonów krążyło jeszcze wysoko nad nimi. Harry dobrze wiedział, że zaraz znów zaatakują. Jankovski nie odpuści im tak łatwo.
Nagle zauważył coś dogodnego na boisku.
- Teraz! - wrzasnął. - Na dół! W nogi!!!
I zanurkował miotłą w dół. Reszta Gryfonów po chwili namysłu zrobiła to samo.
- Na dole nie ośmielą się nas atakować! - krzyknął Harry. - Za dużo tam ludzi.
- Nie byłbym taki pewien - prychnął Ron.
Obejrzał się przez ramię. Trójca Ślizgonów już ich zauważyła i teraz sunęli obok siebie ich śladem. Wyglądali jak trzy rozwścieczone, olbrzymie szerszenie. Za chwilę zaczęli za nimi miotać zaklęcia. Jankovski wydawał im jakieś polecenia.
- SZYBKOOO! - wrzasnął Harry.
Udało im się. Po około minucie szaleńczego lotu dotknęli stopami ziemi. Harry odrzucił miotłę i opadł na kolana, nie zważając na krzyki i uciekających. Pozostali zrobili to samo. Ron dyszał ciężko, jakby się dusił. Seamus pojękiwał, trzymając się za kark, jedynie Ginny wydawała się cała i zdrowa. Pomogła wstać Demelzie, której coś pękło w kostce.
- Co się stało?
- Przez tego brutala ledwie może chodzić - prychnęła Ginny, mierząc wściekłym spojrzeniem Jankovskiego.
Ślizgoni wylądowali nieopodal, uśmiechając się triumfalnie. Nadal mieli wyciągnięte różdżki, ale tak jak przewidział Harry, nie odważyli się ich tu zaatakować. Dookoła pełno było spanikowanych uczniów, Harry'emu wydało się nawet, że dostrzegł Tonks. Miał jednak nieprzyjemne wrażenie, że tamci nie atakują ich tylko dlatego, że nie chcą zbyt dużej liczby świadków. Dlaczego nikt im nie pomagał? O mało ich nie zabili! Cały czas trzymał w pogotowiu różdżkę.
- I co? - spytał Prosky, podlatując w powietrzu bliżej, na metr przed Gryfonami. - Podobał się wam mecz? Takich emocji dawno chyba nie było?