Rozdział III
Szedłem ciemnym korytarzem, wokół pełno jakiś dziwnych rzeczy, których nigdy w życiu nie wiedziałem. Bałem się, ale nie zwolniłem tępa, słyszałem syk, bardzo dziwny syk. Wysoko, gdzieś w górze migotała zielona poświata. Przede mną szeroki salon, tak samo ciemny jak korytarz. Na środku postać, nie mogłem jej poznać bo była za daleko, ale wiedziałem, że ona mnie obserwuje. Rozległ się zimny, przypominający na myśl ból, cierpienie, głos: podejdź tu, odebrałem to jako rozkaz i go posłuchałem, bałem się sprzeciwić. Wtedy go zobaczyłem, Czarny Pan wstał, obszedł mnie wokół przyglądając mi się dziwnie, dopiero teraz spostrzegłem na jego barkach wielkiego, oślizgłego i zielonego węża. Wzdrygnąłem się, zauważył to, czułem na sobie jego wzrok. Powiedział:
- Wiesz Draco, zawiodłem się na Tobie, miałeś mi tylko znaleźć słaby punkt słynnego Harrego Pottera, a ty nawet tego nie potrafisz? Jak chcesz być moim najwierniejszym sługą? Czekałem, Draco, myślałem, że potrzebujesz więcej czasu, ale moja cierpliwość już się skończyła.
Te słowa były sykiem, sykiem który przypominał na myśl złego i rozwścieczonego węża, ale mimo tego odważyłem się mu odpowiedzieć:
- Panie potrzebuję jeszcze kilku dni, jeszcze trochę, daj mi jeszcze jedną szansę, obiecuję, że tym razem Cię nie zawiodę, proszę.
Jednak on mnie już nie słuchał wyciągną swoją różdżkę, wycelował we mnie, już wiedziałem co za chwilę nastąpi, serce biło mi mocno, zamknąłem oczy. Nie chciałem tego widzieć,
Avada Kedavra.
*
Obudziłem się cały zlany potem, dwie ostatnie krople leniwie spływały po twarzy. Rozejrzałem się po dormitorium, po lewej stronie chrapał głośno Crabb a prawej Goyle. A więc to tylko sen, wszystko jest już w porządku. Wstałem i podszedłem do okna, pomyślałem, że on musi tam gdzieś być, że czeka na informacje, a ja ich nie mam, wiedziałem, że jeżeli szybko ich nie zdobędę to niedługo sen stanie się naprawdę realny, moja śmierć niestety też. Wróciłem do łóżka z postanowieniem, że jutro na pewno wezmę się do roboty. Zasłoniłem zasłony, ale jeszcze długo patrzyłem się tępo w baldachim zanim ponownie zasnąłem.
Na drugi dzień byłem w bardzo złym nastroju, nie spotkałem Pottera i nie mogłem się mu przyjrzeć i znaleźć tego jego ,,słabego punktu,,. Pansy się obraziła, bo nie chciałem publicznie przy innych dziewczynach wyznać, że mi na niej zależy, tego mi jeszcze brakowało. Po śniadaniu poszedłem na obronę przed czarną magią i tam na szczęście go spotkałem, rękę miał jeszcze w gipsie i nie za bardzo ucieszył się na mój widok. Po lekcji poszliśmy na drugie śniadanie, Pansy siedziała kilka miejsc dalej, mówiła coś o przyjaźni, o tym, że jeżeli nam na kimś naprawdę zależy to go bronimy, mówiła to głośno, pewnie myślała, że sens tych słów do mnie dotrze. Obserwowałem nadal Pottera jak śmieje się z Weasleyem i Granger, wtedy mnie olśniło, już wiedziałem, że jego słabym punktem są przyjaciele, że to na nich mu najbardziej zależy, i to dla nich oddałby życie.
Wstałem i pobiegłem do sowiarni tak szybko jak to było możliwe, cieszyłem się, wreszcie znalazłem to na czym tak zależy Czarnemu Panu. Napisałem list do Belli, opowiedziałem wszystko, sowa posłusznie poleciała zanieść list do odbiorcy. Spóźniłem się na eliksiry, ale u Snapa zawsze mamy taryfę ulgową, więc się tym nie przejąłem. Usiadłem z Crabbem, Pansy obserwowała mnie, nie wiedziałem jak się mam jej odwdzięczyć, bo to w końcu ona naprowadziła mnie na odpowiedź. Po lekcji wyszedłem z sali, byłem tak zadowolony, że nie zauważyłem osoby na którą wpadłem, schyliłem się, bo jeżeli była to jakaś laska ze Slitherinu to należałoby ją przeprosić. Zobaczyłem jednak osobę, której najmniej się spodziewałem, Hermionę Granger. Patrzyła na mnie, była tak piękna, że nie mogłem oderwać od niej wzroku, patrzyłem i patrzyłem. Tę piękną chwilę przeszkodził mi Snape który wyszedł z sali, zdziwiony, poprosił mnie na słówko. Odwróciłem się i odszedłem, nie mogłem uwierzyć w to co się stało. Snape usiadł na stoliku, był wściekły, powiedział, że ta dziewczyna nie jest w moim typie, że to zła dziewczyna która przyjaźni się z największym wrogiem Czarnego Pana, nie mogę się z nią widywać, spotykać i na nią patrzeć, bo jeżeli nie, to będzie zmuszony napisać o tym do mojego ojca. Wściekłem się, nie panowałem nad sobą zacząłem na niego krzyczeć, a z moich ust zaczęła się wydobywać para, widocznie od zimna, głośno i wyraźnie zacząłem mu mówić by odczepił się ode mnie, od mojego życia. To nie jego sprawa z kim się spotykam i co robię, splunąłem mu po nogi i wyszedłem trzaskając drzwiami. Hermiony już nie było, widocznie słyszała całą naszą kłótnię i uciekła. Nie mogłem w to uwierzyć, zawsze miałem go za fajnego gościa, a teraz ma mi rozkazywać? O nie na to nie pozwolę.
*
Na następny dzień sowa przyleciała z wiadomością od Belli która pisała, że świetnie się spisałem nie długo prześle mi list z dalszymi instrukcjami. Zapomniałem podziękować Pansy, nadal siedziała kilka miejsc dalej, ale teraz jej nie przeproszę, niech wszyscy to zobaczą, mam już plan. Wszedłem z gorylami do naszego pokoju wspólnego, siedziała tam z przyjaciółkami przed kominkiem, podszedłem i zapytałem czy może na sekundę podejść, zgodziła się, poszliśmy w kąt. Powiedziałem, że bardzo ją przepraszam, wiem, że ją skrzywdziłem, że nie chciałem, nie wiedziałem wtedy co mówię. Nie wiem co się stało, ale już ją całowałem, podobało mi się i jej chyba zresztą też, czułem jednak wyrzuty sumienia, jakiś głosik w mojej głowie podpowiadał, że to nie jest ta jedyna, jeżeli nie ta, to która?
Wszystko wróciło do normy Pansy siedziała obok mnie, była szczęśliwa, a ja nie mogłem się doczekać kolejnej instrukcji. Widziałem smutne twarze Ślizgońskich dziewczyn, Pansy powiedziała, że jej zazdroszczą, uśmiechnąłem się. Gdzieś dalej siedział Potter obgadywał coś z Weasleyem, spojrzałem dalej i zobaczyłem Hermionę Granger patrzyła na mnie, dopiero po chwili odwróciła wzrok, chciałem by jeszcze raz spojrzała, ale to się już nie powtórzyło. Widocznie zdała sobie sprawę co zrobiła, przecież patrzyła na złego chłopaka, ze złej rodziny, która nie nawiedziła szlam, czciła i uwielbiała Czarnego Pana, na chłopaka który nie nawiedził jej największego przyjaciela, Harrego Pottera.
*
Wieczorem zasunąłem kotary, myślałem nad Pansy i Hermioną. Teraz już wiedziałem, że muszę wybrać, tylko jedną mogę mieć i nie wiedziałem którą, czy Pansy, bogatą, której rodzice czcili Czarnego Pana, czystej krwi lub może Hermionę, piękną, nie posiadającą żadnego majątku dziewczynę, nie na widzącą Czarnego Pana, i na dodatek jest szlamą. Która kusiła bardziej, oczywiście, że zakazany owoc, a w tym wypadku Hermiona, nie wiedziałem jak jej to powiedzieć, widziałem za to w myślach reakcję ojca, Belli, Snapa, Pansy, innych zaprzyjaźnionych śmierciożerców i na końcu Czarnego Pana gdyby się dowiedzieli z kim chodzę, i jak nisko spadłem, splamiłbym nasz ród, honor rodziny, bałem się a jednocześnie pożądałem jej. Zdecydowałem się zaryzykować, a czas dalej pokarze czy popełniłem błąd.
Odkąd miał miejsce ten incydent ze Snapem, nie przydzielał mi już punktów, udawał, że nie istnieję, a ja wcale tego nie żałowałem, nie odzywałem się na lekcji, wpatrzony byłem w Hermionę. Zauważyłem, że Pansy jakoś dziwnie mi się przygląda, i zresztą nie tylko ona, Potter chyba też coś wyczaił, chociaż po nim to bym się tego nie spodziewał. Na przerwie podszedł do mnie i powiedział żebym się odczepił od Hermiony, zobaczył jak się jej przyglądam, udawałem, że nie wiem o co chodzi, on zaczął dalej coś truć, wkurzył mnie tym, nie panowałem nad sobą kiedy walnąłem go w twarz, on jednak był na to przygotowany, oddał mi. Tak rozpoczęła się bójka, uznałem, że nie mam sensu dalej go tak tarmosić, zresztą on chyba tak samo pomyślał bo w jednej sekundzie dobyliśmy różdżek, bójka trwała dalej tylko, że już na zaklęcia i trwałaby, niestety Weasley i Granger nas rozdzielili. Najprawdopodobniej złamałem Potterowi nos i podbiłem lewe oko, ale i ja zostałem poszkodowany, wybił mi debil, dwa zęby. Hermiona nadal mnie przytrzymywała, a ja nie mogłem już wytrzymać i szepnąłem do niej kocham cię. Chyba myślała, że żartuję, ale po mojej twarzy poznała, że mówię prawdę. Odskoczyła jakbym ją czymś oparzył i wyszeptała, że to nie możliwe, że tak nie może być, Griffindor i Slitherin razem? Uciekła zmieszana, a ja sam z dwoma wybitymi zębami, zły na siebie, że jej to powiedziałem, wstałem i powlokłem się do pokoju wspólnego, przeklinając siebie w duchu.