Wyświetl pojedyńczy post
Stary 04-27-2009, 14:43   #3
killjan
Czytelnik horoskopów
 
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 16
Domyślnie Żyj i pozwól umrzeć cz.3

Bardziej przybity niż zwykle Harry wrócił do Little Whinging późnym popołudniem.
Zmierzchało już, gdy usłyszał przez otwarte okno swojego pokoju znajome głosy:
- Założę się, że przez ten czas wszystko rozkradli - wuj Vernon wysiadał z zaparkowanego przed garażem auta.
- Co powiemy sąsiadom, gdy spytają gdzie byliśmy? Musimy coś wymyślić - martwiła się ciotka Petunia.
- Dobrze, że nie będziemy musieli znosić już tego Pottera. Słyszałaś co ci wszyscy idioci o nim mówili? Został u nich chyba jakąś szychą. Teraz na szczęście nie będzie miał czasu się nam naprzykrzać - taka perspektywa poprawiła wujowi nastrój.
Harry nie wiedział co gorsze opuszczony nieprzyjazny dom, czy towarzystwo Dursleyów. Po kwadransie krzątaniny na dole doszły go głosy zza drzwi jego pokoju:
- Wygląda na to, że wszystko jest na miejscu.
- Zaglądałeś już do JEGO pokoju?
- Jeszcze nie - Vernon przekręcił gałkę. - Drzwi są zamknięte. Gdzie mamy do nich klucz?
- Nie pamiętam, a mamy w ogóle do nich klucz? - zapytała zaskoczona ciotka.
- Jak to? Przecież to w końcu jest nasz dom! - Vernonowi skoczyło ciśnienie.
- Będzie to trzeba załatwić inaczej. Dudley synku, pomóż ojcu z tymi drzwiami - zawołał swojego jedynaka.
- Albo nie, jutro się tym zajmiemy - zmienił zdanie widocznie zmęczony podróżą Vernon.
Harry, choć miesiącami udawało mu się unikać śmierciożerców, nie miał najmniejszej ochoty bawić się teraz w kotka i myszkę z Dursleyami, więc odłożenie w czasie ich entuzjastycznej reakcji na widok ich ulubionego siostrzeńca natchnęło go otuchą. Nie minęło dużo czasu, gdy z odgłosów z dołu wywnioskował, że zabrali się do późnej kolacji. Kładł się do łóżka, gdy nagle usłyszał Dudleya:
- Mogę wejść?
- Nie - odparł zanim zdążył ugryźć się w język.
- Czyli, że jesteśmy już bezpieczni? - kolejne pytanie zza drzwi.
- Tak, WY jesteście już bezpieczni - rzucił na odczepnego Harry.
- Aha. A ten twój tatuaż, który masz na dłoni. Czy dobrze się domyślam, że to jakieś zaklęcie, które nie pozwala ci kłamać?
Harry zupełnie zaskoczony przenikliwością umysłu Dudleya nie bardzo wiedział co odpowiedzieć. W jego przypadku przyimki typu: "do", "wy", "roz" łączyły się zwykle z czasownikiem "bić" nigdy "myśleć". Już chciał odkrzyknąć coś w stylu:
- Oczywiście, a ta blizna na czole zabrania mi stać pod drzewem w czasie burzy - ale coś go powstrzymało.
- Bo jeśli to takie zaklęcie, to mogę wejść i wciąż będę bezpieczny - ciągnął dalej kuzyn, na co Harry zadał sam sobie pytanie:
- Ciekawe ile miesięcy zajęło mu wykombinowanie czegoś takiego?
- Przykro mi Dudley, ale to tylko głupia blizna. Ale wchodź - machnął różdżką. - Teraz jest już otwarte.
Dudley wszedł niepewnie, jakby sam zaskoczony decyzją Harry'ego.
- Nasz ostatni ochroniarz zostawił nas niespodziewanie dziś wczesnym rankiem. Powiedział, że teraz nie jest już nam potrzebny, bo Harry Potter pokonał Sami-Wiecie-Kogo. Tylko, że ja Nie-Bardzo-Wiem-Kogo.
- On się nazywał Riddle, Tom Riddle. To on zabił moich rodziców.
- Gdyby ktoś rozwalił moich starych, też chciałbym go dorwać.
Zapadła chwila niezręcznego milczenia.
- Co się stało, że nagle zdecydowałeś się pogadać? Czyżbyś przez ostatnie miesiące zmienił zdanie o czarodziejach?
- Chyba nie, wciąż uważam was za dziwaków. Z pięciu naszych ochroniarzy tylko jeden, a właściwie jedna była w porządku.
- Aż pięciu, nikt nie mógł z wami dłużej wytrzymać?
- Bardzo śmieszne. Mówili nam, że pozostawanie w jednym miejscu nie jest zbyt rozsądne, a poza tym gadali głównie o tobie. Ty rzeczywiście jesteś sławny.
- Proszę cię Dudley, chociaż TY z tym nie wyjeżdżaj. Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
- Okno było otwarte gdy przyjechaliśmy - skinął na zasłonięte już firanki. - A gdy wprowadzałem samochód do garażu ...
- No tak, oczywiście - przyznał Harry.
- Dowiedziałem się przez ten czas trochę o tej twojej szkole. Ten wasz dyrektor Snape to podobno niezła gnida, nie jak ten poprzedni - Dudley czuł się odpowiedzialny za podtrzymywanie dalszej rozmowy.
- Cóż, twoje informacje są już nieaktualne.
- A te ich imiona: Albus, Severus, Nimfadora. Skąd wy je bierzecie?
Harry posmutniał słysząc trzy imiona, które odczytywał z tablicy grobowca dzisiejszego ranka.
- Czarodzieje tworzą hermetyczną (wiesz chyba co to znaczy) społeczność. Pewnie dotyczy to też imion - Harry sam nie mógł w to uwierzyć. Siedzi sobie z Dudleyem na łóżku i rozmawia o bzdetach, jak ze starym kumplem.
- Nimfadora, gdzie słyszałeś to imię? - spytał zaskoczony.
- Nimfadora Tonks, nasz drugi ochroniarz, była z nami we wrześniu. Z tego co mówiła, wydaje mi się że cię znała.
- Tak znaliśmy się.
- Polubiłem ją, naprawdę fajna dziewczyna. I te jej włosy, doprowadzały matkę do szału - Dudley prawie się roześmiał zapewne przypominając sobie jakąś scenę sprzed kilku miesięcy. - Wiesz co się z nią teraz dzieje?
- Wasz ostatni opiekun mówił wam dokąd się wybiera? - Harry zdawał sobie sprawę że to, co za chwilę musi powiedzieć definitywnie zakończy tę miłą pogawędkę.
- Coś wspominał o jakimś pogrzebie.
- Właśnie Dudley, ja też byłem na tym pogrzebie. Właściwie chyba wszyscy czarodzieje z Wysp na niego przybyli.
- Czyli, że Nimfadora też tam była?
- Niestety. To był pogrzeb poległych w bitwie z Riddlem i jego poplecznikami.
- Śmierciożercami?
- Tak, śmierciożercami. Kuzynie - popatrzył mu w oczy. - To był jej pogrzeb.
Dudley do tej pory dziwił się dlaczego ktoś, kto pokonał swojego największego wroga, nie tryska radością, wręcz przeciwnie, wygląda na załamanego. W tej chwili odpowiedź na to pytanie stała się dla niego oczywista. Boleśnie oczywista. Obydwaj jakby niechętnie, ale w końcu wpadli sobie w objęcia. Harry poklepał kuzyna po plecach.
- Przepraszam stary, nie wiedziałem ... Ilu? Ilu straciłeś?
- Zbyt wielu Dudley, zbyt wielu.
Niedługo potem kuzyn opuścił w milczeniu pokój.
Wpuszczając go do środka Harry miał tylko nadzieję, że doświadczenia ostatnich kilku miesięcy jakoś go zmieniły. Wychodząc Dudley z całą pewnością był już innym człowiekiem.
killjan jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem