|
Czytelnik horoskopów
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 16
|
Żyj i pozwól umrzeć cz.6
Następnego dnia Harry obudził się w swoim pokoju w domu przy Privet Drive numer cztery. Czuł się paskudnie. Chciał udać się wczoraj do Nory, ale nie potrafił się na to zebrać. On najsławniejszy żyjący czarodziej, żywa legenda, jest bezsilny. Cóż z tego, że cały magiczny świat uważa go za bohatera, skoro rodzina Weasley ma prawo go teraz znienawidzić. Przez ostatnie dni wiele rozmyślał. Miał na to czas. Zbyt dużo czasu. Już od dawna wydawało mu się dziwne, że dziennik został zniszczony tak wcześniej. Nawet nie wiedzieli wtedy jeszcze, z czym tak na prawdę mają do czynienia. Jakby Voldemortowi zależało na tym, by ten horkruks sam wpadł im w ręce. Ale żeby poświęcać część swojej duszy? Tak. Voldemort byłby do tego zdolny, by wprowadzić w życie tak okrutną zemstę na swoim przyszłym pogromcy. Harry był już przekonany, że Ginny znalazła Dziennik Riddle'a tylko dlatego, że on się w niej kiedyś zakocha. Nie miał pojęcia jak można coś takiego przewidzieć, ale pamiętał jak niesamowicie działał eliksir Felix Felicis. Riddle był przecież mistrzem i taka magia była w jego zasięgu. Zastanawiał się jeszcze nad jednym. Czy Dumbledore rzeczywiście o niczym nie wiedział? Może zorientował się, gdy też już było za późno i zataił to przed Harrym, by nie naszły go wątpliwości w krytycznym momencie. Teraz gdy już dawno ochłonął, uświadomił sobie jak okrutnie obszedł się z Dudleyem. Jak podły śmierciożerca. Naprawdę mało brakowało, a doszło by do tragedii. Choć to co kuzyn od niego usłyszał na pewno zapadnie mu w pamięć. Harry w jakiś sposób wyczuwał wtedy co powiedzieć kuzynowi by najbardziej zabolało. Teraz przyznał, że tak potężny czar uzdrawiający to nie przypadek. Voldemort naprawdę znał się na rzeczy. Zabicie najbliższej jego sercu osoby w jednej chwili, nie poczyni takiego spustoszenia w psychice. Znacznie dotkliwsze jest kazać mu i bliskim patrzeć na jej powolną i nieuchronną śmierć.
Z niekończących się rozmyślań wyrwał go stukot w okno. To kolejna sowa domagała się możliwości dostarczenia przesyłki. Dość już miał tych entuzjastycznych listów z ministerstwa, proszących o szybki kontakt i z Proroka domagających się wywiadu. Harry tylko ze względu na pamięć o Hedwidze odwiązał list, ale nie miał najmniejszego zamiaru zapoznawać się z jego treścią. Odrzucił go na stosik w rogu pokoju. Niezadowolona z tego sówka wyleciała, podążając w sobie tylko znanym kierunku. Widok oddalającej się sowy o nietypowych rozmiarach powoli wyrywał Harry'ego ze stanu otępienia. Szybko rzucił się do stosu nie otwartej korespondencji. Przebierając nerwowo w kopertach rozpoznał pismo Rona. Już samo to, że nie przysłał mu wyjca podniosło go na duchu. List był krótki, litery niewyraźne, a jeden wyraz zupełnie zabazgrany wieloma pociągnięciami pióra:
"Harry spodziewaliśmy się ciebie wczoraj.
Naprawdę uważam, że powinieneś ją odwiedzić zanim XXXX
będzie za późno.
Twój przyjaciel Ron
PS
Jest teraz w Norze."
Jak dotąd Harry'emu skutecznie udawało się unikać spotkania z pozostałymi domownikami. Wiedział, że tym razem może posunąć się za daleko. Pomimo pory śniadaniowej zdecydował się opuścić pokój. Wziął ze sobą kopertę z napisanym jakiś czas temu listem. Skierował się do pustego pokoju Dudleya, który jakąś godzinę temu wyszedł do szkoły. Minęło sporo czasu odkąd się tu ostatnio zakradał. Pierwsze co rzucało się w oczy, to względny porządek. Po raz pierwszy podchodząc do biurka kuzyna, nie musiał uważać na walające się po podłodze przedmioty. Położył kopertę na klawiaturze nowoczesnego komputera. Zerknął na ściany jak zwykle pooblepiane plakatami. Zauważył kilka nowych. Na jednym z nich widniała postać atrakcyjnej dziewczyny, prawdopodobnie bohaterki jakiejś nowej gry. Czytając napis w tle pomyślał:
- Bill Weasley wykonuje chyba taki zawód, ale na pewno nie nosi w pracy dwóch pistoletów.
Inny z wielkim napisem "Red Devils '97" przedstawiał ulubioną drużynę mugolskiego futbolu Dudleya. Odkąd Harry poznał quidditcha zupełnie przestał się interesować tą dyscypliną sportu. Na plakacie obok widniała chyba młoda gwiazda tego zespołu. Przystojny blondyn o równie niefortunnym nazwisku jak jego dobry przyjaciel.
- Neville jest teraz bohaterem szkoły, ten piłkarz też może dużo osiągnąć - rozejrzał się jeszcze raz. - Ten pokój wygląda tak zwyczajnie, żadnych ruchomych obrazów, kociołków, drapieżnych książek, właściwie jakichkolwiek książek. Ja też mógłbym mieć takie zwyczajne mugolskie życie. Kopałbym piłkę zamiast latać na miotle. Grałbym na komputerze zamiast pojedynkować się ze śmierciożercami. Pisałbym wypracowanie z Angola zamiast szukać sposobów na zniszczenie horkruksa. Tak, moje życie mogło wyglądać zupełnie inaczej, gdybym nie dostał 7 lat temu tego przeklętego listu - stwierdził zrezygnowany. Harry zamknął za sobą drzwi i skierował się na parter. Schodził po schodach, gdy zauważył go wuj Vernon stojący w drzwiach kuchni.
- Popatrzcie kogo tu mamy.
Harry zacisnął zęby, był już prawie na dole.
- No patrz na mnie jak do ciebie mówię! - wuj Vernon podniósł głos i zaraz tego żałował. Harry odwrócił się do niego. Vernon przeraził się widokiem jego bladej udręczonej twarz, wystających kości policzkowych i zapadniętych oczu. Harry był okropnie wynędzniały i ... miał szczerą ochotę transmutować wuja w metalowy świder. Chwycił różdżkę wypowiedział inkantację i jasny promień wpadł do kuchni mijając zasłaniającego się rękami przerażonego mężczyznę. Harry po raz pierwszy od długiego czasu uśmiechnął się, ale był to uśmiech pogardy, taki sam jaki wielokrotnie pojawiał się na twarzy perfekcyjnie grającego swoją rolę Snape'a. Znał rodzinę Dursley zbyt dobrze by być pewnym, że może spokojnie opuścić dom. Ciotka Petunia do tej pory zajęta przygotowywaniem śniadanie jęknęła.
- Vernon, Vernon czy to naprawdę jest ... - i zaniemówiła.
Wuj obrócił się w drzwiach kuchni i zobaczył jak żona trzyma w ręce jednego ze złotych galeonów, który jeszcze przed chwilą był ich widelcem. Harry wyszedł z domu numer cztery na ulicę Privet Drive i oddalił się w sobie tylko znanym kierunku. Kilka godzin później był zdecydowanie za daleko by słyszeć przeraźliwy lament ciotki Petunii, gdy jej wykonane ze stali szlachetnej, grawerowane sztućce był znowu tylko sztućcami.
****
Dudley wracając ze szkoły zobaczył szlochającą w salonie matkę z widelcem i łyżeczką w rękach. Wiedział że to idiotyczne, ale trzymała je jakby były co najmniej ze złota. Odniósł plecak do swojego pokoju. Dostrzegł na biurku kopertę z napisem "Dudley Dursley". Sprawnie poradził sobie z zupełnie nową dla niego czynnością - otwieraniem listu. Zaczął czytać:
"Jestem Ci winny przeprosiny i jeszcze coś - całą prawdę. Tamtego dnia powiedziałem Ci tylko to, co chciałem żebyś usłyszał.
Nimfadora Tonks poślubiła Remusa Lupina w zeszłym roku. Remus był dobrym człowiekiem. 20 lat temu należał od szkolnej paczki mojego ojca. 5 lat temu był moim nauczycielem i od tego czasu też moim przyjacielem. I jeszcze coś, Remus do dzieciństwa był wilkołakiem.
Wilkołak jest rzeczywiście bezwzględny i niebezpieczny, ale Remus przemieniał się w niego tylko w czasie pełni. Był człowiekiem zbyt ostrożnym, dlatego pomimo ich wzajemnego uczucia nie chciał narażać Nimfadory na związek z kimś takim jak on. To ona na niego naciskała, aż w końcu zmienił zdanie. Mogę Cię zapewnić, że dołożył wszelkich starań by Nimfadora była z nim bezpieczna. Używał specjalnego eliksiru, który powstrzymywał jego transformację.
Rzeczywiście spanikował, gdy dowiedział się że będzie ojcem. Ale na jego szczęście udał się wtedy prosto do przyjaciół, którzy wskazali mu właściwą drogę.
Ich syn urodził się w marcu tego roku, nie odziedziczył przypadłości ojca, ale niestety jest już sierotą. Nimfadora Tonks i Remus Lupin polegli w czasie bitwy o Hogwart. Walczyli ramię w ramię i zginęli jak bohaterowie. Teddy stracił rodziców i dziadka. Opiekuje się nim teraz babcia, matka Nimfadory. Ma jeszcze ojca chrzestnego, ale on też już długo nie pociągnie.
Mam nadzieję, że mi wybaczysz, ale ona naprawdę wolałaby tego wilkołaka. Chyba się już więcej nie zobaczymy.
Harry Potter"
Już chciał wyjść z pokoju i w końcu zajrzeć za te feralne drzwi, gdy zauważył jakby ruch na ścianie. Przyjrzał się uważnie temu miejscu, przetarł oczy. Cała drużyna United nie stała sztywno na plakacie. Co jakiś czas mrugali oczami, odwracali głowy, a Peter podrzucał trzymaną w rękach piłkę. W tle kibice na trybunie Old Trafford zaciekle wymachiwali czerwonymi szalikami i flagami.
- Harry miałeś rację, tusza naprawdę amortyzuje upadki - powiedział urzeczony tym widokiem Dudley.
****
|