|
Jeszcze zdrowy miłośnik fantasy
Zarejestrowany: Jun 2009
Lokalizacja: Bielsko-Biała, Poland
Posty: 140
|
Pomimo, że Snape nie zrobił nawet najmniejszej przerwy pomiędzy swoją wątpliwą odpowiedzią a kolejnym pytaniem, coś przykuło moją uwagę. Nie zwracając uwagi na to, że nauczyciel czeka na moją odpowiedź, zamyśliłam się. Kiedy Snape mówił o Harrym i Syriuszu Blacku wyraz jego oczu zmienił się, a głos nieznacznie zadrżał. Właściwie można by to było wziąć za przejaw gniewu czy irytacji, ale mnie się wydawało, że to chyba jednak nie to. Dla mnie zabrzmiało to bardziej jak niepokój. Czyżby wyrzuty sumienia? Obserwując twarz Snape’a doszłam do wniosku, że chyba wiem, po co ten człowiek się tutaj zjawił, a raczej po co Dumbledore go tutaj wysłał. Niewątpliwie bez jego zgody. I dobrze, bo jeśli miałam rację, ten sfrustrowany śmierciożerca, nauczyciel i zakonnik w jednym, w życiu by się nie zgodził, gdyby wiedział, co się święci. Cóż, zastanawiało mnie tylko jeszcze jedno… Dlaczego ja??? Ale to pytanie postanowiłam na razie pozostawić bez odpowiedzi. Skupiłam się na rzeczywistości, bo do mojego umysłu po raz kolejny wkradł się ten jakże przyjemny, sarkastyczny głos.
- Czy widzi pani coś niezwykłego w mojej twarzy, panno Flor? Bo jeśli tak, może zechciałaby się pani podzielić ze mną swoimi spostrzeżeniami.
Nie miałam ochoty bardziej go jeszcze rozdrażniać, więc powiedziałam po prostu:
- Szczerzę mówiąc, widzę w pana twarzy wiele niezwykłych rzeczy, profesorze Snape. Ale nie, nie podzielę się tym z panem. A co do pana wcześniejszego pytania, to czy słyszał pan o „Harrym Potterze”?
Snape prychnął, słysząc moje pytanie.
- Proszę sobie wyobrazić, że o tym idiocie słyszę codziennie. A nawet, przekleństwo, jestem zmuszony widywać go co najmniej kilka razy dziennie.
Zaśmiałam się, słysząc tę kwiecistą mowę, ale pokręciłam głową i wyjaśniłam:
- Nie o to mi chodziło, profesorze. Pytałam o „coś”, a nie o „kogoś”.
Snape otworzył oczy ze zdziwienia, ale zanim zdążył coś powiedzieć, wstałam i wyszłam z pokoju, mówiąc, że zaraz wrócę. Poszłam do drugiego pokoju i stanęłam przed półką z książkami, zastanawiając się przez chwilę. W końcu ściągnęłam z półki pięć książek i wróciłam do pokoju. Snape siedział na fotelu, przyglądając mi się, jak kładłam książki na stole. Wzięłam jedną z nich i podałam mu, mówiąc:
- O tym mówiłam. Proszę spojrzeć.
Snape wziął do ręki książkę w kolorowej okładce i wpatrzył się z niedowierzaniem w tytuł. „Harry Potter i kamień filozoficzny”. Po chwili spojrzał na mnie, kompletnie zdezorientowany.
- Co to jest?
Podczas gdy on przyglądał się pozostałym czterem tomom, z którego ostatni nosił tytuł „Harry Potter i Zakon Feniksa”, ja usiadłam naprzeciwko i powiedziałam:
- Właśnie stąd znam pana i profesora Dumbledore’a. I nie tylko was.
- Jak dużo wiesz? I kto jeszcze o tym wie?
- Wiem wszystko, co tam jest napisane. I… - zawahałam się – zdaje mi się, że jeszcze odrobinę więcej. A kto jeszcze wie? Przypuszczam , że jakieś osiemdziesiąt procent całej populacji naszego świata. Biorąc pod uwagę fakt, że ta książka osiągnęła taki nakład, jak jeszcze nigdy żadna inna.
Snape pobladł jeszcze bardziej, o ile to było możliwe. Paradoksalnie, zrobiło mi się go żal, więc dodałam:
- Nie powinien się pan tym martwić. Skoro pan o tej książce nie słyszał, to znaczy, że jest ona wyłączona z zasięgu czarodziejów. A mugole nie wierzą, że to, co jest w książkach, może istnieć naprawdę.
- Domyślam się, co mogę znaleźć w tych książkach – wydusił z siebie siedzący naprzeciwko mnie mężczyzna, wciąż bardzo blady. – Tylko ile w tym jest prawdy?
- Cóż, to chyba może tylko pan ocenić – powiedziałam. – Ale mam nieodparte wrażenie, że autorka tych książek, chociaż sama nie będąc czarodziejką, jakimś cudem opisała wszystko bardzo dokładnie…
Snape nie mógł w to uwierzyć. A ja nie mogłam uwierzyć, że dzięki mnie zaniemówił. No, w zasadzie to niedokładnie dzięki mnie… Miałam tylko nadzieję, że to, co mu przed chwilą powiedziałam, nie wpakuje nikogo w kłopoty.
- Proszę wziąć te książki – powiedziałam, nagle zdając sobie sprawę z tego, jaka miała być moja rola w tym przedstawieniu.
- Słucham? – Mistrz Eliksirów patrzył na mnie niedowierzającym wzrokiem. – Co powiedziałaś?
Uśmiechnęłam się na to nagłe przejście na „ty”, ale nie skomentowałam tego.
- Proszę wziąć te książki i przeczytać. Myślę, że pan powinien. Tylko proszę nie zapomnieć mi ich oddać. Jestem do nich bardzo przywiązana.
Patrzyłam na niego, zastanawiając się, do czego to wszystko doprowadzi, ale wiedziałam, że dobrze robię. On z kolei patrzył na mnie, najwyraźniej zastanawiając się jak zareagować. W końcu jednak skinął głową na znak, że się zgadza i odłożył „Kamień filozoficzny” na stół. Uśmiechnęłam się do niego, chcąc pokazać, że nie musi się bać, że ogłoszę całemu światu, że odwiedził mnie czarodziej, i powiedziałam:
- Herbata panu stygnie.
Przez chwilę wyglądał jakby się przebudził z bardzo głębokiego snu, ale sięgnął po kubek z herbatą i rozsiadł się wygodniej. Mierzył mnie wzrokiem, najwyraźniej próbując mnie wytrącić z równowagi, ale w końcu przekonał się, że to na mnie nie działało. Mnie samą też to zdziwiło, bo zazwyczaj bardzo nieswojo czułam się w towarzystwie mężczyzn. W ogóle stanowczo wolałam samotność niż przebywanie w towarzystwie. Zawsze bardzo mnie peszyły rozmowy z innymi. A tu się okazuje, że człowiek, który potrafił doprowadzić do stanu przedzawałowego najtwardszego osobnika, nie robił już na mnie najmniejszego wrażenia. To znaczy, wrażenie robił, i to ogromne, ale chyba nie takie, o jakie mu chodziło. Widziałam, że sam jest zakłopotany całą tą sytuacją, ale nie zamierzałam mu pomagać. Jak na razie…
W końcu jednak Severus Snape najwyraźniej zdecydował się przerwać tę nieco krępującą ciszę. Postanowił zrobić mi wywiad.
- Co robisz? – spytał, a widząc moje pytające spojrzenie, dodał – Jesteś mugolką. Czym się zajmujesz?
Uśmiechnęłam się pod nosem, ale stwierdziłam, że to może być mimo wszystko ciekawa rozmowa. Profesor Severus Snape wypytujący mugola o to, na czym upływa mu życie. Interesujące…
- Studiuję – odpowiedziałam. – Nie mamy, co prawda, szkół magii, ale nie znaczy to, że mugole to nieuki. Ja właśnie kończę studia. Bronię się za dziesięć dni.
Snape podniósł brew na znak niezrozumienia. Zdziwiło mnie, że na jego twarzy widoczny był cień zainteresowania moimi słowami.
- Bronisz się? – powtórzył za mną. – Przed czym?
- Przed niczym, profesorze. Nie o to chodzi. Obrona, tak się nazywa ostateczny egzamin na naszych studiach. Polega na tym, że pisze się pracę na wybrany temat, zamieszczając w niej jakąś własną tezę. A potem się tę pracę i tę tezę broni przed komisją. - Zadziwiające, ale doszłam do wniosku, że całkiem nieźle mi się odpowiada na jego pytania, więc, zachęcona, mówiłam dalej - Uczę się języka francuskiego. A po obronie chciałabym zdawać na studia translatorskie.
Zobaczyłam grymas zdziwienia, przebiegający przez twarz profesora Snape’a i dodałam, domyślając się o co chodzi:
- Cóż, mugole nie mają dostępu do zaklęć czy eliksirów tłumaczących. To znacznie utrudnia sprawę.
Zaśmiałam się krótko, ale mój gość, po kilku kolejnych pytaniach o moje życie, rodzinę i naukę, nagle zmienił temat.
- Czytałaś te książki? – spytał.
Domyśliłam się, o jakie książki mu chodziło. Przytaknęłam po prostu, obserwując bacznie jego reakcję.
- Tak, czytałam. Nawet kilka razy. Są fascynujące – usprawiedliwiłam się.
Na tę moją myśl Mistrz Eliksirów skrzywił twarz, a jego oczy błysnęły złowrogo.
- Ile masz lat?
- A wie pan, że kobiet nie pyta się o wiek? – wysyczałam przez zaciśnięte zęby. – To niegrzeczne.
Niestety Snape'owi nie spodobało moje podejście do sprawy. Warknął cicho i zwyczajnie powtórzył:
– Ile masz lat?
A co się z nim będę użerać.
- Dwadzieścia dwa. No, prawie… będzie w grudniu.
Nic na to nie odpowiedział, więc kolejny atak należał do mnie.
- A pan?
Popatrzył na mnie jak na wyjątkowo obrzydliwego ślimaka, po czym wygiął usta w niby-uśmiechu.
- Przecież wiesz.
Powiedziawszy to, po prostu wstał, zabrał ze stołu książki i wyszedł. Ja też wstałam i poszłam za nim. W drzwiach odwrócił się jeszcze i wskazał mi jeden z domów z sąsiedztwa.
- Tam się zatrzymałem na czas, kiedy… z niewiadomych powodów będę tu musiał siedzieć.
Pomyślałam, że jak dla kogo niewiadomych. Tymczasem Snape nie powiedział już nic więcej. Po prostu sobie poszedł. Zdążyłam tylko powiedzieć:
- Proszę przychodzić, kiedy będzie pan miał ochotę.
Usłyszałam tylko drwiące prychnięcie, po czym nauczyciel zniknął z mojego pola widzenia. Pomyślałam, że to będzie trudne zadanie, ale postaram się je wykonać tak dobrze, jak ma na to nadzieję profesor Dumbledore. Po czym weszłam do domu zamykając za sobą drzwi.
EDIT.: Rozdział ten, jak i wszystkie kolejne zostały niedawno zbetowane przez Orino (któremu bardzo dziękuję!) i nieco przeze mnie poprawione, ewentualnie dopracowane.
Ostatnio edytowane przez Michiru : 11-16-2009 o 19:14.
|