|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 82
|
Rzaki Pak powraca : ]
Na wstępie dziękuję MałejCzarnej (cholera ;/ znowu mam betę, której nie umiem odmienić przez przypadki), bez której nie byłbym wstanie napisać czegokolwiek ; ] (tzn. napisać i nie wstydzić się opublikować). Dzięki wielkie!
A tak w ogóle wybaczcie, że to tyle trwało, ale szybciej nie dało rady. Prawdę powiedziawszy podczas pisania tego rozdziału moja ateistyczna koncepcja świata została mocno podważona... Bo jak inaczej wytłumaczyć ten wręcz niebywały splot okoliczności, który nie pozwolił mi prędzej tego napisać, jak nie spiskiem szatana? : P Dobra, dość tych usprawiedliwień i wykrętów! (zresztą tak naprawdę to po prostu ogarnęła mnie niemoc twórcza (czyt. nie chciało mi się^^)).
Mam nadzieję, że poniższy rozdział wam się spodoba... choć doskonały to on nie jest. Pierwszy był lepszy, jak na mój gust. Ale co ja wam będę tutaj samobiadolił! Zapraszam do lektury ; )
_________
ROZDZIAŁ II
Płomień
- Kogo tam, do diabła, niesie?!
Po chwili usłyszał odpowiedź cichego głosu.
- Zejdź mi z drogi, mugolu. Przyszedłem po Pottera.
Harry oderwał się na chwilę od książki i nadstawił uszu. Był pewny, że usłyszał słowo „mugol” i „Potter”, a to mogło oznaczać tylko jedno: na dole był jakiś czarodziej, który przyszedł go zabrać do Kwatery Głównej Zakonu Feniksa. Mało nie zaczął skakać z radości - życie na Privet Drive zaczynało się powoli dłużyć. Te wakacje nie były wcale takie najgorsze, ale to nie to samo, co próbować podsłuchiwać przebieg narad zakonu razem z Ronem i Hermioną, czy wygłupiać się z bliźniakami. Najzwyczajniej w świecie brakowało mu tej żywej atmosfery, której potrzebował, aby się skupić czy zrelaksować.
Opanowawszy chęć skakania ze szczęścia, usiadł na skraju łóżka, a następnie rozejrzał się po sypialni. Trudno było uwierzyć, że udało mu się doprowadzić pokój do takiego stanu w zaledwie dwa tygodnie.
Podłoga była zasłana mugolskimi ubraniami zmieszanymi z szatami czarodziejów, a gdzie niegdzie walało się opakowanie po czekoladowych żabach i musach świstusach. Pod biurkiem leżała butelka po kremowym piwie, którą Harry postanowił nie wyrzucać na śmietnik w obawie przed się reakcją wuja Vernona, gdyby ten znalazł ją w śmieciach. Dookoła niej walało się pełno, do niczego się już nienadających par skarpet, którymi próbował zakryć ową flaszkę, ale niespecjalnie się do tego przyłożył. Nieopodal leżała klatka Hedwigi, która poniosła w te wakacje chyba największe uszkodzenia, bo został zgnieciona przez ciężki cynowy kociołek. Za to zniszczenie ponosiło odpowiedzialność zaklęcie Ukrywające Nieczystości, które Harry na niej ćwiczył. Nie miał pojęcia czemu nie wyszło tak jak należy. „Cóż... Jakby się nad tym głębiej zastanowić, to zapaskudzona klatka leży teraz na podłodze, całkiem dobrze ukryty pod tym kociołkiem.” Biorąc to, i kilka innych niewymienionych rzeczy, pod uwagę, można śmiało stwierdzić, że w jego sypialni panował większy bałagan niż w pokoju wspólnym Gryffindoru po balangach, które odbywały się zawsze po wygranym meczu w quidditcha . Z tą różnicą, że tam sprzątały skrzaty, a tutaj Harry musiał radzić sobie sam.
Patrząc na wystający kawałek zdezelowanej klatki, Harry uznał, że dobrze zrobił wysyłając Hedwigę do Rona. Pozbył się jej dlatego że te wielkie sowie oczy, w których było tyle wyrzutu i żalu, strasznie go irytowały, gdy próbował w spokoju rozmyślać o Syriuszu. Teraz był podwójnie szczęśliwy z je nieobecności. Miał małe wątpliwości, czy jego sowa chciałaby zawrzeć tak bliską znajomość z niewątpliwie uroczym kociołkiem, który jednak swoje już warzył.
Szybko jednak wyrzucił ze swoich myśli Hedwigę, a otaczający go zewsząd bałagan postanowił zignorować. Miał teraz ważniejsze sprawy do roboty niż przejmowanie się takimi głupotami. Musiał się w końcu spakować, co było przerażającą perspektywą.
Za pomocą zaklęcia podniósł kufer w powietrze i wysypał jego zawartość na łóżko. Może i w kontekście rozgardiaszu, który zdominował pokój Harry'ego, można by uznać, że rzeczy z kufra były zadbane i uporządkowane, ale gdyby podobny manewr wysypywanie przeprowadzić w kuchni ciotki Petuni, Harry na pewno zostałby zapisany w Magicznej Księdze Rekordów Guinnessa za niewiarygodne zmolestowanie własnego bagażu. Po prostu ciężko opisać słowami, co się stało z jego ubraniami i podręcznikami, które tak pieczołowicie wrzucał do kufra pod koniec zeszłego roku szkolnego. Większość rzeczy nadawała się tylko na śmietnik, bo źle zakręcony kałamarz włożył sporo wysiłku w to, aby Harry musiał wydać fortunę na odkupienie poplamionych książek i szat. Na szczęście peleryna niewidka i Błyskawica uniknęły konfrontacji z niebieskim mazidłem.
Zrezygnowany westchnął ciężko i zaczął wybierać niezniszczone książki z tego pobojowiska. Czuł, że tym razem jego kufer będzie o wiele lżejszy niż zwykle.
W tym momencie usłyszał wrzaski wuja Vernona. Harry nie był zdziwiony, że potrzebował ponad minuty, aby zareagować na obecność przybysza w jego domu. Zawsze był przerażony, gdy w zasięgu wzroku pojawiał się jakiś czarodziej. Czasem potrzebował znacznie więcej czasu, aby wydukać chociaż jedno słowo. A trzeba przyznać, że tym razem wuj nie dozował tak oszczędnie każdej sylaby. Wręcz przeciwnie – z jego ust wyskakiwało zdanie za zdaniem.
Było to tym bardziej zaskakujące, że w domu nie było ciotki i Dudley'a, których zawsze gotów był bronić w takich sytuacjach. Oboje wyjechali na dwa dni do Marge, bo ta zachorowała i potrzebowała, aby ktoś przypilnował jej psów – stary pułkownik stanowczo odmówił temu zaszczytowi. Wuj bardzo chciał jechać z nimi, ale miał umówione w tym czasie ważne spotkanie, od które zależało być albo nie być jego firmy. Możliwe, że to właśnie przez stres wywołany tymi dwoma rzeczami, zareagował aż tak gwałtownie.
- JAK ŚMIESZ ROZKAZYWAĆ MI W MOIM WŁASNYM DOMY, TY... TY ZAKAPTURZONY IDIOTO!!! MYŚLISZ, ŻE PRZYJDZIESZ SOBIE TU I BĘDZIESZ MNIE OBRAŻAĆ, A JA CI NA TO POZWOLĘ, HĘ???!!! NIEDOCZEKANIE TWOJE!!! ŻADEN WŁÓCZĘGA NIE BĘDZIE MI SIĘ PANOSZYŁ W MOIM DOMU!!! WYNOCHA, ALE JUŻ!!! NIE MA TU MIEJSCA DLA TAKICH BEZDOMNYCH PSÓW JAK TY!!!
Harry był pełen podziwu dla umiejętności oratorskich swojego wuja. Nie uwierzyłby, że ktokolwiek inny na świecie umiałby wywrzeszczeć taką przemowę na jednym oddechu. Zaniepokoiła go jednak wzmianka o „zakapturzonych idiotach”. Nie umiał sobie przypomnieć żadnego „zakonnika”, który ubierałby się w taki sposób. Kaptury były domeną śmierciożerców...
Gryfoński rozsądek, a właściwie jego brak, podpowiadał mu, że nie ma czym się przejmować. Dziś wiał chłodny wiatr, więc kaptur byłby całkowicie uzasadnionym elementem ubioru. Na szczęście „rozsądek” miał demokratyczną mniejszość, bo przeciwnego zdania była ślizgońska połowa Harry'ego, krzycząca głośno coś, co brzmiało „...na wszelki wypadek, idioto!!!”, i ciągle brzęczący mu w uszach ryk Moody'ego z czwartek klasy. Ostatecznie „stała czujność!” wygrała głosowanie. Zmuszony przez większość Harry postanowił rozważyć tą pesymistyczną, mało prawdopodobną możliwość, że na dole stoi śmierciożerca, marzący o jego śmierci.
Na tę chwilę przychodziły mu do głowy tylko dwa wyjścia z opresji, gdyby się okazało, że rzeczywiście dzisiejszego wieczoru będzie zmuszony do walki o życie. Bohaterska dusza Harry'ego była za pierwszy wariantem, czyli bezpardonową walką, ale nie miał do siebie aż takiego zaufania, aby absolutnie wykluczyć drugą opcję. Ostatecznie lepiej splamić honor tchórzostwem i uciec, niż głupio zginąć.
Nie zdążył nawet pomyśleć o jakimś planie, bo w tym momencie przerwał mu przybysz, który przemówił spokojnym głosem wypranym z wszelakich emocji.
- Jeszcze chwila, a przestanę być taki uprzejmy i zabiję cię razem z Potterem.
Najwidoczniej mózg wuja Vernona, podobnie jak Harry'ego, miał problem z zaakceptowaniem groźby wypowiedzianej takim bezpłciowym, prawie że uprzejmym, tonem. Niczym nie zrażony wuj już brał głęboki wdech, aby kontynuować wywód. Nieznajomy przerwał mu jednak, zanim ten wydusił chociażby jedno słowo.
- Avada Kedavra!
W całym domu zrobiło się naglę przeraźliwie cicho. W pierwszej chwili Harry nie był w stanie pojąć, co się właściwie stało, a cisza wydała mu się dziwnie nienaturalna – wuj Vernon nigdy nie milczał tak długo. Dopiero gdy usłyszał ogłuszająco cichy odgłos bezwładnie upadającego na ziemię ciała, pojął, co się stało.
Bezwiednie usiadł z powrotem na łóżku. Nawet nie zauważył, że drżą mu nogi, a różdżka wyśliznęła mu się z rozluźnionego uścisku, a potem potoczyła się po kocu. Czuł się – i był – tak bezbronny, że nawet Neville nie miałby problemów z rozbrojeniem i pokonaniem go nie używając przy tym magii. Poczuł, że opuścił go duch walki, który pomagał mu odnaleźć się nawet w najbardziej podbramkowej sytuacji. Nie chciał już walczyć. Chciał tylko krzyczeć i płakać, a już najgoręcej pragną, aby ten śmierciożerca wszedł do jego pokoju i potraktował go tym samym zaklęciem, od którego zginęli jego bliscy. Za dużo już osób pożegnało się z życie przez niego. Najpierw rodzice, potem Cedrik i Syriusz, a teraz jego wuj.
Nie, nie kochał go. Nienawidził go całym sercem i duszą. Ale nigdy nie pozwoliłby, aby ktoś go skrzywdził. „Jesteśmy przecież rodziną, do ciężkiej cholery!” krzyczał w myślach. Harry wiedział, że dużo zawdzięczał wujowi, a sam niczego nie dał mu w zamian. Nigdy tego otwarcie nie przyznał, ale tak było. Miał jedzenie, ubrania i dach nad głową absolutnie za darmo. A czym za to odpłacił? Latające leguminy i auta, wybuchające wkłady elektryczne do kominka, świński ogon Dudleya, ciągłe problemy w pobliskiej podstawówce i stada latających sów. Normalny człowiek oddałby Harry'ego za te wybryki do domu dziecka, ale wuj z ciotką tego nie zrobili. Wiedzieli, że to byłoby dla ich siostrzeńca. jak wyrok śmierci Nie oddali go! A powinni...
Rozmyślania przerwał mu nieznany śmierciożerca, który nadał mówił spokojnie i bez emocji:
Ostatnio edytowane przez Rzaki Pak : 07-08-2009 o 10:29.
|