|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Oct 2009
Posty: 54
|
James Potter - Ostatnia Szansa - Rozdział III (1)
ROZDZIAŁ III
- A niech to... - jęknął James Potter.
Stał trzy metry od niejakiego Severusa Snape'a, który pojawił się jakby spod ziemi. Akurat obok niego. Jak pech, to pech. Westchnął, ale zaraz poczuł swąd jakby palonych... włosów?
Obrócił się natychmiast w stronę Ślizgona. Ktoś musiał czarami podfajczyć mu jego tłuste kłaki. Poczuł satysfakcję i jednocześnie ukłucie zazdrości, że to nie on wpadł na ten pomysł. Smarkerus sobie zasłużył, nie ma co go żałować.
W tłumie uczniów dostrzegł trzech młodzieńców, którzy ledwo utrzymywali równowagę i podpierali się wzajemnie, gdyż śmiech odbierał im kontrolę nad ciałem. Huncwoci. We własnej osobie: Łapa, Lunatyk i Glizdogon. Rewelacyjnie się bawili. Tyle, że bez niego. Dlaczego? Czy coś się wydarzyło...?
Nie miał czasu myśleć nad tym, gdyż na horyzoncie zobaczył skrzywioną Evans, która zmierzała w jego stronę z wyciągniętą różdżką.
Masz ci los. Akurat, kiedy nie miałem z tym nic wspólnego, musi się tu zjawiać. Mam przekulne, to pewne jak dwa i dwa równa się...
- Potter! - warknęła, zbliżając się do Jamesa - Pewnie! Wszystko po staremu, co?
Ach, ta ironia. Wręcz wylewała się z niej. I do tego tak do niej nie pasowała...
- ...Yyy... że co? - bąknął głupio.
- Nie osłabiaj mnie - przewróciła oczami. - Ten numer był bardzo w twoim stylu.
- Ale... ja nie miałem z tym nic wspólnego! - bronił się jeszcze i na potwierdzenie tych słów zamachał wyciągniętymi rękoma w geście obronnym.
- Jak zawsze, nie? Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru, Potter. Zaczynamy rok na debecie, co? - spytała jadowicie.
James tylko zmrużył orzechowe oczy i zacisnął tak mocno wargi, że pozostała z nich cienka linia. Gotował się. Był oszołomiony, zły i do tego piekielnie głodny, co go tylko nakręcało do dalszych zaczepek.
Miałem się zmieniać dla niej... no żeby z czasem! Po moim trupie! Skoro mnie tak osądza i ocenia, Potter pokaże jej już na co go stać..., pomyślał wściekły, Jeszcze mnie, baba, pożałuje... najpierw dam jej w kość. Tylko umiejętnie...
Nie myślał jeszcze o tym, że powinien powiedzieć coś kumplom. Na razie skrzętnie obmyślał plan: niech zobaczy w nim kogoś, w kim się zakocha. Sto procent, że gdzieś o tym pisała. Wszystkie dziewczyny piszą takie rzeczy. No, może najtrudniej mógł sobie w tej roli pisarskiej wyobrazić często ordynarną i gruboskórną Danielle, która chyba nie potrzebuje pamiętnikowego wsparcia. Już miał przed oczami swoją nocną wyprawę do dormitorium dziewczyn, a w głowie miał cały plan, gdy nagle coś przywołało go do rzeczywistości.
- James...! - Słodki sopran zadźwięczał mu w uszach. Zdziwił się, że szyby nie popękały. Odwrócił się, przełykając z trudem ślinę; Jeszcze jej mi tu na deser brakowało do całego tego szwindlu, pomyślał, po czym na głos odparł jedynie:
- Cześć. Wiesz, chłopaki czekają przy stoliku... Pogadamy później, co?
I z kopyta ruszył w stronę stołu Gryffindoru.
To była Monica Blanc. Blondi-Krukonka. Fatałaszki nosiła wyłącznie w kolorach lila, róż, pastele i błękity, a ulubionym zajęciem - prócz zagadywania Jamesa - było malowanie paznokci. To znaczy, był to wniosek huncwotów (ale, jak się okazało, nie tylko) po pobieżnych obserwacjach (dłuższe grożą Nie-Chcę-Wiedzieć-Czym). W końcu trzeba znaleźć czas na ich malowanie, zmienianie codziennie ich barw i deseni. A do tego wszystkiego była nieznośnie nachalna. Niestety James zdecydowanie był w jej typie i ona ewidentnie wzięła sobie do serca przekonanie go do swoich uczuć i do tego w jakiś sposób zmusić go do ich odwzajemnienia. Fantastyczny początek.
Zasapany i naburmuszony dopadł swoje miejsce między Lunatykiem i Łapą.
- Pięknie mnie urządziliście. Kumple! - prychnął jak rozjuszony kocur. - Żeby na mnie wszystko od razu zwalić. Ale o to - mniejsza. Największy żal, że sami sobie ze Smarkerusa robiliście jaja i to beze mnie!
Nałożył sobie kilka udek z kurczaka, urwał porządny kawał bułki i włożył go do ust. Przegryzł kurczakiem i popił sokiem z dyni. Do jego mózgu powoli docierały impulsy z żołądka i z wolna Potter zaczynał się uspokajać.
- Z Rogaczem zawsze ta sama śpiewka... - westchnął Lupin, ogryzając kostki. - Chłopie, naucz się, że zaczynasz mieć pretensje jak coś już zjesz. Nieznośny jesteś na głodniaka...
Huncwoci zarechotali. Potter znany był ze swojego porywczego charakteru, a już z pustym żołądkiem był bombą zegarową.
- Nie mogliśmy cię znaleźć z tym tłumie - powiedział trochę na przeprosiny, trochę jako wytłumaczenie Peter. - Nie wiadomo skąd pojawił się Snape. Nie wiedzieliśmy, że jesteś nieopodal. Potem dopiero...
__________________
Kiedy kobieta nie ma racji, pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to natychmiast ją przeprosić.
Oscar Wilde
|