|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Oct 2009
Posty: 54
|
James Potter - Ostatnia Szansa - Rozdział V (2)
Z rozmyślań wyrwał go głos, na dźwięk którego wnętrzności zaczynały poruszać mu się w środku jak pod wpływem zaklęcia Wingardium Leviosa.
- ... Zabawnie?! - Evans wyraziła swoje powątpiewanie. Szła z Dorcas w kierunku stołu Gryfonów. - Założę się, że Potter wymyśli coś, po czym będziemy się punktowo w Gryffindorze zbierać przez cały rok.
- Ale te nowe zajęcia są bardzo twórcze - Dorcas próbowała przekonać przyjaciółkę. - Poza tym przypominam ci, że to nie kto kto inny, ale właśnie ty, pozbawiłaś Gryffindor dziesięciu punktów, choć nie rozpoczął się jeszcze rok szkolny.
Lily westchnęła, po czym usiadła na przeciwko huncwotów, gdyż tylko tam były wolne miejsca. Jej wyraz twarzy wskazywał, że bardzo nie chce w ich obecności przyznać racji Dorcas, choć czuła że powinna. Przyjaciółka zdawała się czytać jej w myślach i tylko się uśmiechnęła.
Dziewczyny nałożyły sobie po naleśniku i skropiły go syropem klonowym.
- Cześć. - James nie wiedział kiedy mu się to wyrwało. Lekko poróżowiał na twarzy i próbował zamaskować to, poprawiając okulary.
Lily i Dorcas spojrzały na niego z niedowierzaniem, po czym wymieniły znaczące spojrzenia.
- Cześć - mruknęły.
Głupia sytuacja. Potter chciał coś zrobić, cokolwiek, by ruszyć z miejsca i pokazać Evans, że nie jest tym samym lekkoduchem Potterem.
- Idziecie na zaklęcia? - spytał głupio. Musiały iść, bo te zajęcia mieli razem, ale nic innego nie przychodziło mu do głowy. Czuł na sobie zdziwione spojrzenia hunców. - Dziś podobno zaklęciotwórstwo...
Uśmiechnął się blado, ale szybko zorientował, że nie zostało to odebrane tak, jakby chciał.
- Wiem, tylko czyhasz na okazję, co? - kwaśno spytała Lily.
- Okazję? - Nie rozumiał. A wyraz jego twarzy przedstawiał szczere zdziwienie. Miał wrażenie, że Evans lekko się zagapiła, jakby zobaczyła coś sprzecznego z naturą, jak ćwierkającego kota.
- Potter, czy ty aby nie jesteś chory? - zapytała, przyglądając się mu uważnie, ale nie kryła niechęci do niego.
Chłopak potrząsnął głową.
- Chory? - powtórzył tępo. Pogrążał się, czuł to.
Evans przewróciła oczami.
- Nie wyspał się, Ślicznotko - odezwał się Black. - Coś bełkotał o koszmarach.
Dziewczyna zlekceważyła zaczepkę. Każda reakcja byłaby zła. Sięgnęła po kubek z kawą i upiła łyk.
- Biedactwo... - burknęła z ironią, nie patrząc na niego.
W tym momencie dotarło do Jamesa, że dziewczyna przekroczyła granicę. On próbował być miły, a ona nawet nie siliła się na obojętność.
Wstał z impetem przewracając kubek, który na szczęście był już pusty. Sięgnął po swoją torbę z książkami i z wściekłością, o jaką pewnie nikt by go w tej chwili nie podejrzewał, warknął:
- Taka perfekcyjna, idealna Lily, którą kocha każdy kto ją pozna. Ach, jakież to wzorcowe! Zwłaszcza, kiedy ktoś się zwraca do ciebie miło, a ty mu z premedytacją w ten sposób!
Powoli tracił panowanie nad sobą. Głos zaczynał mu drżeć. Teraz nie oszczędzał na ironii, nie liczył się z konsekwencjami. Może właśnie traci swoją ostatnią szansę na bycie z tą dziewczyną. Ale nie dbał o to. Nie będzie chciał być z taką, która darzy go tylko pogardą i politowaniem.
- Byłem skłonny pokazać ci jak bardzo wydoroślałem i zmieniłem się przez te wakacje, żebyś zechciała łaskawie chociaż raz się ze mną umówić! Ale skąd! Teraz widzę, jaka jesteś krótkowzroczna i nie wierzysz w zmianę człowieka. W takim razie masz moje słowo: od tej chwili będziesz miała spokój. I obyś go znienawidziła...
Drżał na całym ciele, wychodząc z Wielkiej Sali. Inni uczniowie przyglądali mu się z żywym zainteresowaniem. Zostawił swoich towarzyszy broni na polu bitwy. Jednak kule się ich nie imały. Byli tam bezpieczni, więc przestał się nimi przejmować. A dziewczyny? Przypomniał sobie minę Lily: szok pomieszany z niedowierzaniem i... żalem? Ten ostatni pierwiastek, który zdawał się wyczuwać wtedy... Nie wiedział, czy przypadkiem nie chciał sobie tego wmówić. Dlatego starał się przestać o tym myśleć. Nadał sobie takie tempo, że po trzech minutach zaczął nieznacznie dyszeć, wbiegając na kolejne partie schodów.
Jednak myśli kłębiły się w jego głowie splątane niczym kołtun i biegały wokół wydarzeń ostatnich chwil. Lily, zdumieni uczniowie, jego wybuch. Nie wiedział, czemu akurat teraz tak zareagował, w końcu nie był to pierwszy raz kiedy Evans tak go potraktowała. Nawet nie był to szczyt jej umiejętności niemiłego zachowania.
Tuż przed klasą zaklęć wpadł na Monicę Blanc. Nie chciał być teraz w jej skórze i też nie wysilał się specjalnie, by okiełznać emocje. Po prostu dał im upust, traktując dziewczynę jak worek treningowy.
- Zostaw mnie wreszcie, uparta dziewczyno! - krzyknął. Poczerwieniał na twarzy. Spotkanie z nią nie było nawet na szarym końcu listy rzeczy, jakich by w tym momencie nie chciał.
- Ale James...! - jęknęła boguducha winna dziewczyna, widocznie nie spodziewając się aż tak gwałtownej reakcji.
- Nie chcę cię widzieć! - warknął. - A w tym momencie to uczucie jest zdwojone!
Dziewczyna wyglądała, jakby się miała lada moment rozpłakać, więc już nic nie dodał, mimo iż miał wielką ochotę z satysfakcją poprzyglądać się jej łzom, nie wiedzieć czemu. Na siłę opanował się i wszedł do klasy.
__________________
Kiedy kobieta nie ma racji, pierwszą rzeczą, jaką należy zrobić, to natychmiast ją przeprosić.
Oscar Wilde
|