Hej, jestem tu nowa i to mój pierwszy post. Czuję gwałtowną potrzebę podzielenia się z kimś moimi przemyśleniami na temat siódmego tomu, a nikt z moich znajomych jeszcze nie przeczytał tej książki, wiec zdecydowałam, że zrobię to tu i teraz.
Nie pamiętam, kiedy dokładnie zaczęłam czytać
Harry'ego Pottera. Wiem, że pożyczyłam dwa pierwsze tomy od sąsiada, który kilka dni później zażądał ich zwrotu, akurat w momencie, gdy Harry i Ron byli w Zakazanym Lesie. Płakałam długo, ale rodzice pojechali ze mną do pobliskiego supermarketu i kupili mi cztery pierwsze tomy w pięknych, twardych oprawach. Czekałam z niecierpliwością na premiery kolejnych książek z cyklu, a wszystkimi byłam zachwycona. Pokochałam Hogwart, ludzi w nim mieszkających. Przywiązałam się do postaci, zaczęłam mieć swoich ulubieńców; wszystkie tomy były świetne, nawet te ze śmieciami w końcowych rozdziałach: piąta część, Syriusz i niesamowita akcja w Ministerstwie połączona z nieziemskim starciem największych czarodziejów tamtych czasów; szósta część z szokującym zakończeniem, śmiercią ulubionego bohatera i niegasnącym promyczkiem nadziei, że to nie było prawdziwe, że Snape jest dobry, a Dumbledore żyje.
Nadszedł czas i na siódmy tom. Nie myślałam o nim jako ostatnim. Po prostu czekałam na rozwinięcie akcji, na dowód, że to było prawdziwe i miało jakiś sens. Nie miałam czasu na przemyślania, zastanowienie się nad kolejnymi rozdziałami. Zwykle czytam książki wolno, aby je lepiej rozumieć, móc pomarzyć, zagłębić się w świat stworzony przez autora. A tę lekturę po prostu [i[pochłonęłam[/i[, rozumiejąc akcję, nie rozumiejąc własnych uczuć.
Płakałam, kiedy zginął Fred, płakałam podczas czytania trzech rozdziałów począwszy od "Bajki Księcia" aż do "King Cross". Nie mogłam usiedzieć w miejscu, gdy czytałam ostatni, trzydziesty szósty rozdział, czekając na konfrontację Harry'ego i Voldemorta. Przeczytałam o śmierci tego ostatniego, teraz nawet nie pamiętam, co czułam. Nadszedł czas na epilog, gdzie zupełnie się rozkleiłam i płakałam jeszcze dziesięć minut po przeczytaniu, a potem poszłam spać. Rano obudziłam się smutna, a tata mi powtarzał, że to tylko książka i muszę umieć oddzielić prawdziwe życie od tego fikcyjnego.
Zajęłam się czymś innym. Zajęłam myśli czymś innym. Z nieznanych sobie powodów nie chciałam rozmawiać o Harry'm Potterze, czytać książek o nim czy też oglądać ekranizacji jego przygód.
I nadszedł moment kulminacyjny. Tata zapytał mnie niedawno: "To jak, czytasz jeszcze raz Harry’ego, czy bierzesz się za
Potop?". A ja wybrałam
Potop. Smutne, ale prawdziwe. Wtedy pierwszy raz poważnie zastanowiłam się nad treścią książki. Zezłościłam się. W tym momencie mogę tylko powiedzieć, że dla mnie to był jeden wielki niewypał z krótkimi okresami dobrej akcji i z dobrymi pomysłami (ale nie wszystkimi). Mogłabym opisać wszystko co mi się nie podobało, ale pewnie zajęło by mi to pięć stron A4, więc sobie to odpuszczę. Dla mnie (i to jest moja własna opinia) to była najnudniejsza z książek, najbardziej przewidywalna, z zaskakującymi zwrotami akcji, takimi jak: skretyniały Voldemort i nadal ciamajdowaty, wybuchowy, warczący na wszystkich wokoło Potter vel Szczęściarz.
Wiem, że się rozpisałam, przepraszam, ale musiałam napisać, co mi leży na serduchu. Na szczęście już się tym nie przejmuję, w każdym razie nie bardziej niż stertą lektur, które muszę jeszcze przeczytać w te wakacje