|
04-27-2009, 14:30
|
#1
|
|
Czytelnik horoskopów
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 16
|
[Z] Żyj i pozwól umrzeć
Bezpośrednia kontynuacja wydarzeń 36 rozdziału Insygniów Śmierci.
Czy rzeczywiście Harry będzie żył długo i szczęśliwie?
Żyj i pozwól umrzeć cz.1
Harry, Ron i Hermiona dotarli do wieży Gryffindoru. Stanęli przed obrazem Grubej Damy.
- Miło was znowu widzieć. Hasło proszę. - Po niespełna rocznej nieobecności, tymi słowy powitał ich portret.
- Nie wpuści nas pani? - powiedział zaskoczony Harry.
- Najpierw hasło - Dama nie zamierzała zmienić zdania.
- Ale kamienny gargulec nie chciał hasła - próbował przekonywać Ron.
- A czy ja ci wyglądam na kamiennego gargulca? - Oburzyła się kobieta z obrazu.
- No to teraz już nas na pewno nie wpuści - Hermiona zwróciła się do swojego genialnego chłopaka. - Co robimy?
- Pewnie to samo co Neville, przez te wszystkie lata - stwierdził zrezygnowany Ron. - Ciekawe kiedy jakiś Gryfon będzie tędy przechodził. Mam nadzieję, że nie dopiero po wakacjach. Jak ci się zdaje, Harry? - Gdy tylko wypowiedział imię przyjaciela portret uchylił się, wpuszczając ich do środka.
- Osobiście uważam, że to zbyt banalne hasło. - Wyraziła swoje zdanie napuszona, puszysta kobieta. - Nawet taki niekulturalny rudzielec był w stanie je odgadnąć - stwierdziła z dezaprobatą.
Przypadkowy kryptolog niespodziewanie zgodził się z nią:
- Ma pani świętą rację. Przykładowo "Ronald" byłoby tu bardziej na miejscu.
- Mieliśmy już takie w grudniu. - Uświadomiła trójkę Gryfonów przechodzących już przez dziurę.
Pokój wspólny w ich wieży był wywrócony do góry nogami. A w oknach nie ostała się ani jedna szyba. Ale nie to zwróciło uwagę przyjaciół. Neville wybiegł z dormitorium. Nie miał wesołej miny. Właściwie jego mina nie wróżyła nic dobrego.
- Jesteście. Wszędzie was szukam. Powinniście pójść do Wielkiej Sali - poinformował poważnym tonem.
Zaniepokojeni, udali się tam niezwłocznie. Wchodząc na salę ujrzeli wszystkich krewnych Rona zgromadzonych w jednym miejscu, ale nie otaczali oni ciała Freda.
- Niech pani coś zrobi - usłyszeli przerażony głos Molly. Podchodząc bliżej zauważyli adresata tych słów - szkolną uzdrowicielkę. Zauważyli też leżącą bez ducha na kamiennej posadzce...
Ginny! W myślach Harry'ego rozległ się przeraźliwy krzyk. Nagle poczuł się jakby stał obok dementora.
- Co się stało? - Ron starał się czegoś dowiedzieć.
- Zaraz jak ty wyszedł, Ginny zasłabła. Dziesięć minuty później traciła przytomność - wyjaśniła szwagrowi Fleur.
- Proszę się nie martwić, to nie może być nic poważnego - zapewniała pani Pomfrey.
Przeniesiono nieprzytomną do skrzydła szpitalnego, które nie ucierpiało zbytnio w czasie bitwy. Wiele łóżek było już zajętych rannymi.
Po całej nocy wysiłków szkolna uzdrowicielka nie miała dobrych wieści.
- Obawiam się, że nie jestem jej tu w stanie pomóc. Nie mogę poświęcić jej zbyt wiele czasu. Sami państwo rozumieją. Mamy teraz sporo pacjentów wymagających opieki. Powinni państwo przetransportować ją do Świętego Munga.
Harry zauważył, jak wiele uczniów przejętych jest stanem Ginny. Nawet poranieni w bitwie, których stan był nie do pozazdroszczenia, pytali co z nią. Rok temu Ginny była po prostu popularną osobą w szkole, ale przez ten rok musiało się wiele zmienić. Wyglądało na to, że w tych ciężkich dla Hogwartu czasach, stała się dla innych wzorem do naśladowania.
Profesor McGonagall zaklęła łóżko nieprzytomnej, tak by jako świstoklik przeniósł ją możliwie bezproblemowo do szpitalnej izby przyjęć. Neville zapytał czy może zabrać się z państwem Weasley, na co oni przystali bez namysłu. Wiedzieli, że przez ostatnie pół roku, nie mógł pozwolić sobie na wizytę w szpitalu.
Harry należał do niewielkiego tłumu osób otaczających łóżko w oczekiwaniu na przeskok, gdy usłyszał, jak profesor McGonagall dzieli się z Molly ostatnimi spostrzeżeniami:
- Przepytałam wszystkich świadków. Nikt nie widział by ktokolwiek rzucił na pani córkę jakiś czar. Obawiam się, że to może być coś znacznie gorszego. Właśnie wtedy zewsząd dochodziły do nas informacje o tym, że zaklęcia Voldemorta tracą swoją moc.
Harry'ego, zastanawiającego się jeszcze co profesor miała na myśli, zaskoczyło nagłe uczucie dużego przeciążenia. Po sekundzie w skrzydle szpitalnym Hogwartu zrobiło się znacznie luźniej.
Rudowłosy chłopak opuścił je i udał się do lochów Hogwartu. Tam w nieustannym chłodzie, w kilku komnatach, spoczywały teraz zwłoki poległych. Tylko on został, bo chyba tylko on kochał Freda bardziej niż swoją siostrę.
****
Godziny mijały i wszystkich ogarniał coraz większy niepokój.
Było już późne popołudnie, gdy do rodziny i przyjaciół wyszedł czarodziej w zielonej szacie.
- Wiemy już, że nie jest to efekt działanie trucizny - oświadczył.
- Więc co się stało? Ludzie przecież nie tracą zmysłów bez powodu - dopytywał się przejęty Artur.
- Proszę państwa sytuacja jest poważna. Stan państwa córki wciąż się pogarsza - pracownik szpitala przedstawił im fakty.
W tej samej chwili Harry dostrzegł, zmierzającą szpitalnym korytarzem w ich kierunku, profesor transmutacji. Trzymała w ręku jakąś starą sfatygowaną książkę.
- Proszę, tyle z niego zostało - powiedziała i wręczyła ją uzdrowicielowi. - Nie wiem czy to w czymś pomoże.
- Dziękuję pani, zaraz się tym zajmiemy - wziął książkę i zniknął w tych samych drzwiach w których się pojawił.
Widząc resztki Dziennika Riddle'a, Harry'emu nasuwały się kolejne pytania bez odpowiedzi. W chwili śmierci Voldemorta jego magia straciła moc. Ale czemu miałoby to zaszkodzić Ginny? Czyżby dziennik, który czytała przed laty krył przed nimi jeszcze jakieś tajemnice? Czy to w ogóle możliwe, by Dumbledore nie wykrył czającego się wciąż w jego resztkach niebezpieczeństwa?
Tego dnia nikt z pracowników szpitala nie udzielił im już żadnych informacji, pozostawiając Harry'ego na pastwę dręczących go myśli. Wszyscy spędzili bezsenną noc na opustoszałym korytarzu.
****
Był już ranek, gdy zerwali się ze swoich miejsc, ponieważ w drzwiach znów pojawił się uzdrowiciel z Dziennikiem w ręku.
- Czy jesteście państwo absolutnie pewni, że to jest TEN przedmiot? - zwrócił się do otaczających go Weasleyów. A oni natychmiast spojrzeli na Harry'ego. To on posiadał go przez pewien czas, sześć lat temu. I to on był światkiem tego, jak Tom Riddle niemal nie powrócił wówczas do życia. I w końcu to on wypalił w nim, jadem Bazyliszka, te dziury, które właśnie miał przed oczami.
- Tak, jestem pewien, to jest Dziennik Riddle'a - oświadczył Harry. - To w nim była uwięziona cząstka duszy Voldemorta.
- Cząstka duszy samego Czarnego Pana, powiadasz - zmartwił się uzdrowiciel. - To bardzo niepokojące. Ale bardziej niepokojące jest to, że w tych strzępach papieru nie wykryliśmy ani śladu, ani cienia czarnej magii. Nie wspominając już o Horkruksie. Wykryliśmy natomiast coś zupełnie innego. Coś, czego nie spodziewaliśmy się po Sami-Wiecie-Kim. Niknącą smugę jakiegoś uzdrawiającego zaklęcia. Zaklęcia z którym nikt z nas, nawet nasz ordynator, nigdy się nie spotkał. Zaklęcia tak potężnego, że prawdopodobnie mogło by utrzymać przy życiu osobę stojącą już nad grobem.
Nastała chwila milczenia, którą przerwał Artur:
- Ale jaki to ma związek ze stanem naszej córki?
- Na państwa córkę nikt nie rzucił uroku, wręcz przeciwnie. Sądzimy, że Ginny Weasley była właśnie poddana działaniu zaklęcia, uwolnionego z dziennika Czarnego Pana.
Dla Harry'ego nagle wszystko stało się jasne. Wychwycił ten jeden kluczowy wyraz "była". Pozostawała w uzdrawiającej mocy zaklęcia Voldemorta dopóki on żył. Dopóki nie zginął z jego własnej ręki. Ta porażająca prawda odebrała mu władzę nad ciałem. Nie był w stanie wykonać jakiejkolwiek czynności. Nawet mrugnąć powieką. Jego otępiałe zmysły nie dostarczały mu już żadnych informacji. Nie słyszał, jak pracownik szpitala tłumaczył:
- Jeśli to zaklęcie przywróciło jej pełnie zdrowia w chwili zniszczenia dziennika, to teraz, po sześciu latach, bez jego zbawiennego działania... Przykro mi, ale chyba nic nie możemy już zrobić.
Zamglony wzrok Harry'ego oszczędził mu widoku matki, której serce pękało z rozpaczy, pozbawionego wszelkiej nadziei ojca i nie mogących się z tym pogodzić braci. Chłopak nie dostrzegał skulonej pod ścianą Hermiony i oszołomionego Rona, zdolnego wypowiedzieć tylko jeden, krótki wyraz:
- Ile?
- Nie wiemy, to było bardzo silne zaklęcie - kluczył uzdrowiciel.
- Ile?
- Miesiąc może dłużej - przyznał w końcu. - Mogą państwo ją teraz zobaczyć, tylko proszę zachować w sali spokój. - Uzdrowiciel wskazał na jedne z wielu podobnych do siebie drzwi, w długim szpitalnym korytarzu.
- Harry, Harry - pierwsze co do niego dotarło, to zatroskany głos Hermiony. Ona i Neville stali przy nim, sami na korytarzu. - Chodź, leży w tym pokoju.
Wszyscy troje bezszelestnie wsunęli się za drzwi sali. Nie zwrócili na siebie uwagi rodziny Weasleyów otaczającej łóżko stojące pod oknem. Podeszli bliżej.
Jest taka blada, pomyślał Harry. Czy to możliwe, że się już nigdy nie obudzi? Teraz, po tym wszystkim co musiałem przejść, czeka mnie TAKA nagroda.
Przez wiele minut nikt w sali się nie odezwał. Stali tak, dławiąc w sobie rozpacz i od czasu do czasu zerkając po sobie.
****
Rozgoryczony Harry opuścił szpital. Udał się na noc do domu. Nie był w stanie dłużej wytrzymać spojrzeń Weasleyów. Deportował się na ciemnej ulicy, tuż przed wejściem. Rozejrzał się po okolicy, której nie widział od kilku miesięcy i zapukał w drzwi. Nikt nie otwierał.
Dlaczego akurat tu? Na Privet Drive. Sam nie znał odpowiedzi. Wiedział tylko, że w przeciwieństwie do innych miejsc, w których mieszkał, ten budynek nie przywoływał bolesnych wspomnień, związanych z utratą bliskiej mu osoby. Wszedł do środka otwierając sobie drzwi Alohomorą. Wnętrze było opustoszałe i pogrążone w mroku. Od razu rzucało się w oczy, że Dursleyowie też tu jeszcze nie zaglądali. Harry udał się na pięto, do swojego pokoju i wyczerpany rzucił się na łóżko. Dotarło do niego, że jest pierwszą osobą, która ma możliwość wyspać się po śmierci i... niestety się obudzić.
****
Ostatnio edytowane przez killjan : 09-14-2009 o 12:37.
|
|
|
04-27-2009, 14:38
|
#2
|
|
Czytelnik horoskopów
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 16
|
Żyj i pozwól umrzeć cz.2
Harry z każdym kolejnym dniem odwiedzin w szpitalu zauważył coraz większą rozpacz na twarzach Weasleyów, jednak ani razu nie zastał pokoju bez chociaż trójki odwiedzających. Molly w ogóle nie chciała odstępować łóżka córki. Artur natomiast znosił to dużo gorzej - zachowywał się jakby nic się nie stało. Nie chciał nawet skorzystać z przyznanego mu urlopu w ministerstwie. Harry prawie w ogóle nie rozmawiał z Ronem, nie miał o czym, przecież wszystko było jasne. Gdyby Voldemort przeżył pojedynek, Ginny dalej byłaby zdrowa. Nikt z jej rodziny go o nic nie obwiniał, czy przynajmniej nie okazywali mu tego. Tylko Percy odnosił się do niego z wyraźną niechęcią. Hermiona natomiast zawracała mu głowę, by powiedział wreszcie państwu Wealsey o tym, że Ginny nie jest dla niego tylko siostrą przyjaciela. Coraz bardziej się od wszystkich oddalał, a w opustoszałym domu Dursleyów zaczęła doskwierać mu samotność. Codziennie zanim udało mu się zasnąć dręczyły go myśli. Wszyscy od zawsze uważali, że Ginny wpadła w posiadanie przeklętego dziennika w wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności, ale Harry nie był już tego całkiem pewien.
****
Tydzień po Bitwie o Hogwart na błoniach szkolnych miały odbyć się uroczystości pogrzebowe. Zorganizowanie ich było pierwszym tak ważnym zadaniem tymczasowego ministra magii. Harry z relacji pana Weasleya dowiedział się, że premier rządu bardzo zabiegał u swojego ochroniarz o możliwość złożenia hołdu poległym. Kingsley nie chciał się na to początkowo zgodzić, ponieważ mugolskim władzom zwykle nie dawano możliwości wtrącania się w sprawy czarodziejów. Gdy jednak ministerstwo uświadomiło sobie ile ofiar pochodziło z czysto mugolskich rodzin, Kingsley Schacklebolt postanowił zrobić wyjątek. Dla nich premier Zjednoczonego Królestwa będzie prawdopodobnie jedyną znaną im osobą na uroczystości pogrzebowej zabitego krewniaka.
- Premier oświadczył w mugolskich mediach, że wyjeżdża na jeden dzień na północ kraju by naładować akumulatory - tłumaczył im Artur. - Nie jestem pewien czy 60 milionów Brytyjczyków kupi tą historię. Nie przeczę, ładowanie akumulatorów to bardzo fascynujące zajęcie, ale czy ten wasz premier na co dzień zajmuje się takimi sprawami? - zwrócił się do Hermiony. Harry prawie się uśmiechną. Pomimo lat zgłębiania życia "zwykłych" ludzi Artur Weasley wciąż błądził po omacku.
****
Rankiem w dniu uroczystości deportował się przed bramą Hogwartu. Szkolne błonia były pełne ludzi. Ostatnio takie tłumy widział kilka lat temu na finałach Quidditcha. W oddali, na tle jeziora wznosiło się marmurowe mauzoleum, stojące w miejscu zrównanego z ziemią przez śmierciożerców grobowca. Przechodząc do swojego miejsca nie zwracał uwagi na mijanych po drodze czarodziejów, choć większość z nich obracało się za nim szepcząc coś do swoich sąsiadów. Puszczał mimo uszu trafiające się co jakiś czas głośniejsze wypowiedzi typu:
- To jest Harry, znam go osobiście. Półtora roku temu wpadłem na niego spiesząc się na lekcję eliksirów - tłumaczył swoim rodzicom dumny z siebie jakiś drugoroczniak chyba z Hufflepuffu.
Harry nie wiele zapamiętał z uroczystości. Cały czas był jakby nieobecny. Z krótkich przemówień brytyjskiego premiera i dyrektor McGonagall pozostały mu w pamięci tylko pojedyncze wyrazy: "ofiara", "pamięć", "bohaterstwo" ...
Zerkając co jakiś czas na wielki wyłom w jednej ze ścian zamku, miejsce w którym zginął Fred, nie zastanawiał się czy zniszczenia zostaną usunięte przed kolejnym rokiem nauki, ani czy on, Ron i Hermiona nie powrócą tu we wrześniu by dokończyć swoją edukację. To nie miało dla niego teraz żadnego znaczenia. Liczyło się tylko to, że lista ofiar Voldemorta nie jest jeszcze zamknięta. Wydłuży się raczej o dwa niż o jedno nazwisko.
Po ceremonii, gdy tłum zaczął już rzednąć, Harry zbliżył się do grobowca. Miał tu jeszcze coś do zrobienia. Podchodząc bliżej zauważył dwie długie kolumny nazwisk na jego frontowej ścianie. Żadne z nich nie było wyróżnione. Litery w napisie Colin Creevey były dokładnie takie same jak w napisie Albus Dumbledore. Zauważył dwa nazwiska Remus Lupin i Nimfadora Tonks wyryte, tak samo jak zginęli, tuż obok siebie. W końcu na samym dole pierwszej kolumny odnalazł napis Fred Weasley, ale rozpacz ogarnęła go, gdy zwrócił uwagę na ziejące pustką jakby czekające na kogoś miejsce po prawej. Wszedł do środka budowli przez otwarte jeszcze, masywne kamienne wrota. W środku panował półmrok. Podążał w głąb mijając kolejne wnęki w ścianach. W każdej z nich była trumna.
- Gregory Sawyor - przeczytał tabliczkę nad jednym z zagłębień. - Zginął, a ja nawet nie wiem kim to był. Oni wszyscy poświęcili się by Chłopiec znowu przeżył - dopowiedział sobie w myślach. - Taki jest symbol mojego zwycięstwa, rzędy grobów.
Dotarł do przeciwległej ściany mauzoleum. Znajdowały się w niej tylko trzy wnęki. Tabliczka po prawej głosiła "Alastor Moody", po lewej "Severus Snape", a w centrum "Albus Dumbledore".
- Tak jak obiecałem, zwracam ci ją z powrotem - wyją zza pazuchy berło śmierci. - Chyba straci swoją moc szybciej niż się spodziewaliśmy - powiedział jakby Albus stał teraz przed nim. - Cóż z tego, że to najpotężniejsza z różdżek, skoro przez te lata nie opanowałem leczenia nawet najlżejszych ran. Wszystko czego mnie uczyłeś jest teraz nic nie warte - robił wyrzuty dyrektorowi. Wsunął rękę w głąb wnęki by położyć różdżkę śmierci po środku wieka trumny. - Przynajmniej świat uwolni się od tego morderczego insygnium.
Rozejrzał się wokół. W tej części mauzoleum spoczywali sami znajomi. Przy każdej trumnie leżało wiele wiązanek i wieńcy. Przy każdej poza jedną, do której teraz podszedł.
- Widzi pan, udało mi się. Ten jeden raz pana nie zawiodłem profesorze Snape. Voldemort nie żyje. Przecież tylko na tym wam obydwu zależało. Nie liczyło się ani wasze życie, ani życie ich wszystkich. Jej życie też się nie liczy.
Odwrócił się do wyjścia. Stał teraz jakby na końcu ciemnego tunelu. Wiedział, że powinien podążać w kierunku światła, ale nie miał na to ochoty. Znajdował się przecież wśród swoich. W końcu przełamał się i opuścił grobowiec. Powolnym krokiem udał się w kierunku Hogsmeade nie oglądając się ani razu za siebie.
****
Ron i Hermiona wyszli z pokoju Ginny chwilę po tym, jak Harry się tam zjawił.
- A więc jedziesz - usłyszał dobiegający z korytarza przyciszony głos Rona.
- Nie miej mi tego za złe, ale chcę ich odszukać. Tęsknię za nimi - powiedziała usprawiedliwiającym tonem Hermiona.
- Nie musisz się tłumaczyć, przecież to twoi rodzice. Chcesz żebym z tobą pojechał? - znowu zatroskany głos Rona.
- Jesteś kochany, ale nie mam prawa cię o to prosić. Nie w tej sytuacji. Wrócę jak najszybciej - zapewniła. Nastała chwila milczenia. Harry widział oczami wyobraźni ich pożegnalny pocałunek, po czym usłyszał cichnący stukot obcasów Hermiony. Poczuł nieodpartą pokusę by teraz, w tej chwili, rzucić się do łóżka Ginny i pocałować ją. Nie zważając na jej stan. Nie zważając na siedzącą przy jej łóżku matkę, ani stojących tuż obok Billa i Fleur.
- Jednak pojechała - otrząsnął się, gdy Ron wrócił do pokoju.
- Tak. Czekała tylko do pogrzebu - odpowiedział przygnębiony przyjaciel.
****
Ostatnio edytowane przez killjan : 05-04-2009 o 14:42.
|
|
|
04-27-2009, 14:43
|
#3
|
|
Czytelnik horoskopów
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 16
|
Żyj i pozwól umrzeć cz.3
Bardziej przybity niż zwykle Harry wrócił do Little Whinging późnym popołudniem.
Zmierzchało już, gdy usłyszał przez otwarte okno swojego pokoju znajome głosy:
- Założę się, że przez ten czas wszystko rozkradli - wuj Vernon wysiadał z zaparkowanego przed garażem auta.
- Co powiemy sąsiadom, gdy spytają gdzie byliśmy? Musimy coś wymyślić - martwiła się ciotka Petunia.
- Dobrze, że nie będziemy musieli znosić już tego Pottera. Słyszałaś co ci wszyscy idioci o nim mówili? Został u nich chyba jakąś szychą. Teraz na szczęście nie będzie miał czasu się nam naprzykrzać - taka perspektywa poprawiła wujowi nastrój.
Harry nie wiedział co gorsze opuszczony nieprzyjazny dom, czy towarzystwo Dursleyów. Po kwadransie krzątaniny na dole doszły go głosy zza drzwi jego pokoju:
- Wygląda na to, że wszystko jest na miejscu.
- Zaglądałeś już do JEGO pokoju?
- Jeszcze nie - Vernon przekręcił gałkę. - Drzwi są zamknięte. Gdzie mamy do nich klucz?
- Nie pamiętam, a mamy w ogóle do nich klucz? - zapytała zaskoczona ciotka.
- Jak to? Przecież to w końcu jest nasz dom! - Vernonowi skoczyło ciśnienie.
- Będzie to trzeba załatwić inaczej. Dudley synku, pomóż ojcu z tymi drzwiami - zawołał swojego jedynaka.
- Albo nie, jutro się tym zajmiemy - zmienił zdanie widocznie zmęczony podróżą Vernon.
Harry, choć miesiącami udawało mu się unikać śmierciożerców, nie miał najmniejszej ochoty bawić się teraz w kotka i myszkę z Dursleyami, więc odłożenie w czasie ich entuzjastycznej reakcji na widok ich ulubionego siostrzeńca natchnęło go otuchą. Nie minęło dużo czasu, gdy z odgłosów z dołu wywnioskował, że zabrali się do późnej kolacji. Kładł się do łóżka, gdy nagle usłyszał Dudleya:
- Mogę wejść?
- Nie - odparł zanim zdążył ugryźć się w język.
- Czyli, że jesteśmy już bezpieczni? - kolejne pytanie zza drzwi.
- Tak, WY jesteście już bezpieczni - rzucił na odczepnego Harry.
- Aha. A ten twój tatuaż, który masz na dłoni. Czy dobrze się domyślam, że to jakieś zaklęcie, które nie pozwala ci kłamać?
Harry zupełnie zaskoczony przenikliwością umysłu Dudleya nie bardzo wiedział co odpowiedzieć. W jego przypadku przyimki typu: "do", "wy", "roz" łączyły się zwykle z czasownikiem "bić" nigdy "myśleć". Już chciał odkrzyknąć coś w stylu:
- Oczywiście, a ta blizna na czole zabrania mi stać pod drzewem w czasie burzy - ale coś go powstrzymało.
- Bo jeśli to takie zaklęcie, to mogę wejść i wciąż będę bezpieczny - ciągnął dalej kuzyn, na co Harry zadał sam sobie pytanie:
- Ciekawe ile miesięcy zajęło mu wykombinowanie czegoś takiego?
- Przykro mi Dudley, ale to tylko głupia blizna. Ale wchodź - machnął różdżką. - Teraz jest już otwarte.
Dudley wszedł niepewnie, jakby sam zaskoczony decyzją Harry'ego.
- Nasz ostatni ochroniarz zostawił nas niespodziewanie dziś wczesnym rankiem. Powiedział, że teraz nie jest już nam potrzebny, bo Harry Potter pokonał Sami-Wiecie-Kogo. Tylko, że ja Nie-Bardzo-Wiem-Kogo.
- On się nazywał Riddle, Tom Riddle. To on zabił moich rodziców.
- Gdyby ktoś rozwalił moich starych, też chciałbym go dorwać.
Zapadła chwila niezręcznego milczenia.
- Co się stało, że nagle zdecydowałeś się pogadać? Czyżbyś przez ostatnie miesiące zmienił zdanie o czarodziejach?
- Chyba nie, wciąż uważam was za dziwaków. Z pięciu naszych ochroniarzy tylko jeden, a właściwie jedna była w porządku.
- Aż pięciu, nikt nie mógł z wami dłużej wytrzymać?
- Bardzo śmieszne. Mówili nam, że pozostawanie w jednym miejscu nie jest zbyt rozsądne, a poza tym gadali głównie o tobie. Ty rzeczywiście jesteś sławny.
- Proszę cię Dudley, chociaż TY z tym nie wyjeżdżaj. Skąd wiedziałeś, że tu jestem?
- Okno było otwarte gdy przyjechaliśmy - skinął na zasłonięte już firanki. - A gdy wprowadzałem samochód do garażu ...
- No tak, oczywiście - przyznał Harry.
- Dowiedziałem się przez ten czas trochę o tej twojej szkole. Ten wasz dyrektor Snape to podobno niezła gnida, nie jak ten poprzedni - Dudley czuł się odpowiedzialny za podtrzymywanie dalszej rozmowy.
- Cóż, twoje informacje są już nieaktualne.
- A te ich imiona: Albus, Severus, Nimfadora. Skąd wy je bierzecie?
Harry posmutniał słysząc trzy imiona, które odczytywał z tablicy grobowca dzisiejszego ranka.
- Czarodzieje tworzą hermetyczną (wiesz chyba co to znaczy) społeczność. Pewnie dotyczy to też imion - Harry sam nie mógł w to uwierzyć. Siedzi sobie z Dudleyem na łóżku i rozmawia o bzdetach, jak ze starym kumplem.
- Nimfadora, gdzie słyszałeś to imię? - spytał zaskoczony.
- Nimfadora Tonks, nasz drugi ochroniarz, była z nami we wrześniu. Z tego co mówiła, wydaje mi się że cię znała.
- Tak znaliśmy się.
- Polubiłem ją, naprawdę fajna dziewczyna. I te jej włosy, doprowadzały matkę do szału - Dudley prawie się roześmiał zapewne przypominając sobie jakąś scenę sprzed kilku miesięcy. - Wiesz co się z nią teraz dzieje?
- Wasz ostatni opiekun mówił wam dokąd się wybiera? - Harry zdawał sobie sprawę że to, co za chwilę musi powiedzieć definitywnie zakończy tę miłą pogawędkę.
- Coś wspominał o jakimś pogrzebie.
- Właśnie Dudley, ja też byłem na tym pogrzebie. Właściwie chyba wszyscy czarodzieje z Wysp na niego przybyli.
- Czyli, że Nimfadora też tam była?
- Niestety. To był pogrzeb poległych w bitwie z Riddlem i jego poplecznikami.
- Śmierciożercami?
- Tak, śmierciożercami. Kuzynie - popatrzył mu w oczy. - To był jej pogrzeb.
Dudley do tej pory dziwił się dlaczego ktoś, kto pokonał swojego największego wroga, nie tryska radością, wręcz przeciwnie, wygląda na załamanego. W tej chwili odpowiedź na to pytanie stała się dla niego oczywista. Boleśnie oczywista. Obydwaj jakby niechętnie, ale w końcu wpadli sobie w objęcia. Harry poklepał kuzyna po plecach.
- Przepraszam stary, nie wiedziałem ... Ilu? Ilu straciłeś?
- Zbyt wielu Dudley, zbyt wielu.
Niedługo potem kuzyn opuścił w milczeniu pokój.
Wpuszczając go do środka Harry miał tylko nadzieję, że doświadczenia ostatnich kilku miesięcy jakoś go zmieniły. Wychodząc Dudley z całą pewnością był już innym człowiekiem.
|
|
|
04-27-2009, 14:56
|
#4
|
|
Czytelnik horoskopów
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 16
|
Żyj i pozwól umrzeć cz.4
UWAGA [13+]
Kolejnego dnia Harry, jak zwykle podążając do szpitala, musiał przebić się przez tłum żywo zainteresowanych jego osobą, nieznanych mu ludzi: dziennikarzy i wielbicieli. Dość miał już tej sensacji jaką wzbudzał gdziekolwiek się pojawi. Wśród okrzyków typu: "Harry jedną chwilę", "tylko jedno pytanie" przekroczył okno wystawowe sklepu Puree & Downe Ltd. Dwóch rosłych czarodziejów w niebieskich uniformach powstrzymywało napierającą grupkę ludzi, którym udało się też pokonać tę barierę:
- To jest szpital, chorzy muszą mieć spokój.
- Proszę się cofnąć.
Scenę tę obserwowali stojący w szpitalnym hallu Percy i George. W ich oczach tlił się gniew. Harry'emu wydawało się jakby właśnie na niego czekali. Przechodząc między nimi już miał zapytać, czy jest jakaś zmiana, gdy dwu braci zatrzymało go chwytając za ramiona.
- Potter ty tu czego? - powiedział oficjalnym tonem Percy.
- Jak to? - odrzekł zaskoczony Harry.
- Przecież widzę, że masz na głowie ważniejsze sprawy: sława, kariera, pieniądze. Więc z łaski swojej odwal się w końcu od naszej rodziny zanim wykończysz wszystkich - w jego głosie było tyle złości na ile pozwalała mu jego urzędnicza natura.
- Ale ja ... - niepewnie próbował z siebie wykrztusić cokolwiek.
- Co tam mamroczesz Potter? Mów głośniej bo widzisz, od pewnego czasu niedosłyszę - George rzucił z sarkazmem i odwrócił głowę jakby nastawiając ucho, tak że przed oczami Harry'ego ukazał się drastyczny widok zabliźniającej się skóry, niczym lejek wnikającej w głąb czaszki George'a. Ponieważ nic nie odpowiedział inicjatywę znów przejął Percy:
- No co Potter? Zatkało cię? A zawsze byłeś taki wyszczekany. Pozwól więc, że ci przypomnę. Nasza matka omal nie zginęła walcząc z tą wariatką Lestrange, gdy TY stałeś sobie bezpiecznie pod pelerynką. Ojciec ledwo przeżył pilnując TWOJEJ przepowiedni. Fred stracił życie chroniąc TWOJĄ skórę. George, jak doskonale widzisz, stracił "tylko" ucho podczas TWOJEJ ewakuacji. Ile razy w ciągu tych siedmiu lat Ron narażał się dla CIEBIE, nawet nie chcę wiedzieć. A Ginny, zastanówmy się. Ach tak, to też TWOJA wina. Bill i Charlie mogą mówić o wielkim szczęściu, bo zdążyli ukończyć szkołę zanim TY się tam pojawiłeś. - Percy z każdym zaakcentowanym wyrazem dźgał swoim kościstym wskazującym palcem pierś Harry'ego, tak że ten zaczął powoli się cofać. Zupełnie przybity tą tyradą nie chciał patrzeć im w oczy. Skupił wzrok na Ronie, którego właśnie zauważył stojącego w głębi korytarza. Nie wiedział jak długo ich obserwuje. Błagalny wzrok Harry'ego zdawał się mówić "powstrzymaj ich", "ty chyba tak nie uważasz", ale Ron odwrócił się bez słowa i zniknął w drzwiach prowadzących na klatkę schodową. W Harrym coś pękło.
- Coś ty sobie myślał Potter. Weasleyów jest dziewięciu, więc kilkoro mniej nie zrobi większej różnicy - Percy nie odpuszczał.
- Zapomniałeś wspomnieć o sobie. Pan-Jestem-Perfektem oczywiście wiedział co należy zrobić. W odpowiedniej chwili porzuciłeś rodzinę by ochronić się przed moimi morderczymi zapędami! - Harry wykrzyczał to w twarz Percy'ego.
- Dobrze słyszałeś George!? - dorzucił zupełnie nie panując nad sobą i wybiegł ze szpitala brutalnie przebijając się przez zgromadzony przed wejściem tłum, tak że aparat jednego z bardziej natarczywych fotoreporterów roztrzaskał się po drugiej stronie ulicy.
Ron wdrapał się po schodach na czwarte piętro i wszedł do pokoju siostry.
- Harry'ego jeszcze nie ma? - zwróciła się do niego matka, jak zwykle siedząca na krześle przy łóżku córki.
- Nie mamo, Harry dzisiaj chyba nie przyjdzie - odpowiedział unikając jej spojrzenia.
****
Wściekły na cały świat Harry wrócił do Little Whinging. Drzwi domu z numerem 4 miały wielkie szczęście, że nie były zamknięte na klucz. Chłopak nie miał zamiaru korzystać z Alohomory. Użyłby czegoś bardziej finezyjnego. Czegoś w rodzaju Bombardy. Zamknął się w swoim pokoju i rzucił na łóżko. Po dziesięciu minutach wciąż jeszcze nie opanował oddechu.
- On ma tupet. Zniósłbym, gdyby to powiedział kto inny, ale nie ten nadęty dureń. To on był naszym prefektem. On był wtedy najstarszym bratem Ginny w szkole. I jak się nią opiekował? Zajmował się tylko paradowaniem z tą jego odznaką. Ja miałem ledwie 12 lat, a zrobiłem dla niej więcej niż wszyscy jej bracia razem wzięci. Tylko że to i tak było za mało.
Zaskoczyło go pukanie do drzwi.
- Starych nie ma w domu. Możemy pogadać? - głos Dudleya.
- Wynoś się! - Harry nie owijał w bawełnę.
- Stało się coś? Porozmawiam z ojcem, na pewno zgodzi się żebyś tu jeszcze pomieszkał. Wiesz jaki ja mam dar przekonywania - próbował załagodzić sytuację.
- Powiedziałem wynocha!
- Pomyślałem, że pogadamy. Wiesz, ty znałeś Tonks, a ona o sobie jakoś nie chciała opowiadać. Wejdę dobrze - przekręcił gałkę i naparł na drzwi, ale te ani drgnęły, jakby były zrośnięte z futryną.
- Ostrzegałem cię! - Gdyby kuzyn widział teraz Harry'ego na pewno by się wycofał, ale było już za późno. Dudley zrobił niewielki zamach ciałem by mocniej pchnąć drzwi. Tym razem niespodziewanie nie napotkał żadnego oporu. Wpadając z impetem do pokoju, usłyszał jakieś niezrozumiałe słowo z ust Harry'ego i w tej samej chwili poczuł się, jakby ktoś wyłączył grawitację. Unosił się prawie pod sufit bezradnie wymachując rękami i nogami.
- Co ty robisz. Postaw mnie! - nie potrafił ukryć przerażenia w głosie.
- Chcesz pogadać, tak? - Harry powiedział zimnym wyrachowanym tonem kierując różdżkę na kuzyna. - No więc dobrze, pogadajmy.
Dudleyowi przeszła ochota na rozmowę, teraz myślał tylko o tym, by znaleźć się znowu na ziemi.
- Nie wiem czy wiesz, ale ta twoja Nimfadora była już zamężna. Zawiedziony? Ale słuchaj dalej. - Harry z lubością obserwował podniebne wyczyny swojego kuzyna.
- Pewnie nie wspominała ci, że jest w ciąży, co? A już na pewno nie przyznała się, że to dziecko zrobił jej wilkołak.
- To nieprawda! - Dudley nagle opanował swój strach.
- Muszę cię zmartwić, bo mugolskie wyobrażenie wilkołaka jest mniej więcej zgodne z prawdą. Wyobrażasz to sobie. Ona i odrażająca, owłosiona, dzika bestia.
- Łżesz!
- To nie było chyba zbyt przyjemne, bo wiesz, wilkołaki nie zyskują przy bliższym poznaniu. Ale co ja tam wiem? Mnie tylko raz próbował zagryźć. Musiałbyś się jej spytać.
- Nie! Łżesz jak pies! - krzyknął Dudley.
- Nigdy nie myślałem, że przyznam ci rację. Ale z tym - jak to nazwałeś? - "tatuażem" to chyba rzeczywiście prawda - popatrzył na wierzch swojej lewej dłoni. - Ja już nie opowiadam kłamstw. Ale to jeszcze nie koniec. Jak myślisz? Co zrobił mąż, gdy przekazała mu tę "szczęśliwą nowinę"? - odczekał chwilę, choć nie spodziewał się usłyszeć jakiejkolwiek odpowiedzi.
- Zwiał! Zostawił ją samą! Ale nie ma się co dziwić. Przecież nie wiedział, co się może z tego urodzić - Harry bezwzględnie dobierał słowa tak, by kuzyn usłyszał dokładnie tyle prawdy, ile powinien.
- Skończ, przestań już!
- I co? Nadal uważasz, że to była "fajna dziewczyna"?
W odpowiedzi usłyszał tylko jęknięcie, gdy jego ofiara zahaczyła kolanem o szafę.
- Może nie zachowujesz się już jak świnia, ale popatrz na siebie. Wciąż wyglądasz jak prosię. Założę się, że Nimfadora wolałaby już tego wilkołaka, niż niańczyć cię przez ten miesiąc.
- Przegiąłeś Potter! O zmarłych się tak nie mówi! - Dudley przez chwilę opanował bezładne wirowanie, bo udało mu się przyłożyć obie dłonie do sufitu.
- TY mnie będziesz pouczał! A co TY wiesz o śmierci? To JA byłem już po tamtej stronie. To JA stamtąd wróciłem. I to JA od tygodnia muszę patrzeć na agonię mojej dziewczyny - pomimo gniewu głos Harry'ego zachwiał się zdradzając jego emocje. - Wiesz jak mnie nazywają? "Chłopcem, który przeżył", choć powinni nazywać "Chłopcem, który przeżył kosztem swoich najbliższych" - mówił już bardziej do siebie niż do kuzyna. - Voldemort wiedział, że istnieje granica rozpaczy, którą człowiek jest w stanie znieść. A ja za niedługo ją przekroczę.
- A zdychaj sobie, najlepszego! - krzyknął bez cienia żalu Dudley.
- I wiesz co Dudziaczku. Straciłem tylu bliskich, a wasza trójka wyszła z tego bez szwanku. Wydaje mi się, że należy zrobić coś z tym niedopatrzeniem.
- Tylko spróbuj! - odwarknął kuzyn, jakby ostatnie zdanie nie zrobiło na nim żadnego wrażenia.
- A co ty i ta twoja kupa mięśni możecie mi zrobić? Ja mam tylko ten patyczek i jakoś się nie boję - zadrwił Harry. - Lata obżerania się mają tylko jedną zaletę. Warstwa tłuszczu amortyzuje upadki - wykonał ruch różdżką. Dudley z rozpędem zwalił się na podłogę, tak że wytoczył się przez drzwi na korytarz.
- Powinieneś się leczyć czubku! - rzucił kuzyn nadspodziewanie sprawnie podnosząc się na nogi. Po czym zbiegł po schodach i wyleciał na zewnątrz.
- Nie Dudley, dla mnie jest już za późno - powiedział sam do siebie Harry.
****
Dni mijały, a zza zatrzaśniętych drzwi w domu Dursleyów nie dochodziły żadne oznaki życia. Dudley przemykał obok nich nie próbując więcej ich otwierać. Wszystko wskazywało na to, że pokój jest pusty, ale przekonał ojca, że bezpieczniej będzie tego nie sprawdzać.
****
Ostatnio edytowane przez killjan : 05-04-2009 o 14:20.
|
|
|
04-27-2009, 21:17
|
#5
|
|
Świr wymagający opieki
Zarejestrowany: Feb 2008
Lokalizacja: Między kawą a kawą
Posty: 330
|
Pomijając to, że styl jest zbyt napuszony jak na ff, że większość zdań nie bardzo pasuje do siebie, bo najpierw piszesz niby ironicznie
Cytat:
|
- Teraz to już nas na pewno nie wpuści - zwróciła się do swojego genialnego chłopaka Hermiona.
|
a zaraz potem
Cytat:
|
- Jesteście. Wszędzie was szukam. Powinniście pójść do Wielkiej Sali - poinformował poważnym tonem.
|
I się to wszystko, przysłowiowej kupy, nie trzyma. Mało konsekwentnie.
Cytat:
|
- Ginny! - w myślach Harry'ego rozległ się przeraźliwy krzyk. Poczuł się jakby stał teraz obok dementora.
|
Więc krzyknął czy nie? W myślach czy na głos?
Cytat:
|
Neville spytał się państwa Weasley czy może się z nimi zabrać. Zgodzili się bez namysłu.
|
Się i się. Za dużo tego. „Neville zapytał czy może zabrać się z państwem Weasley, na co ci przystali bez namysłu.” – chociażby tak i już brzmi to inaczej.
Cytat:
|
- Proszę państwa sytuacja jest poważna. Stan państwa córki wciąż się pogarsza - wyraził swój osąd
|
Że hę? Osąd? Może jednak diagnozę?
Ja już o interpunkcji nie wspomnę, bo jej tu prawie nie ma.
Cytat:
|
W tej samej chwili Harry dostrzegł, zmierzającą szpitalnym korytarzem w ich kierunku, profesor transmutacji. Trzymała w ręku jakąś starą sfatygowaną książkę.
|
Poza tym zgubione „od” po profesor.
Cytat:
|
Harry z każdym kolejnym dniem odwiedzin w szpitalu zauważył coraz większą rozpacz na twarzach Weasleyów, jednak ani razu nie zastał pokoju bez chociaż trójki odwiedzających.
|
A co to za twór? Konkurs na najdłuższe zdanie?
Cały fragment o premierze rządu Anglii jest naciągany i trochę zbyt zagmatwany. A dałoby się to zawrzeć w 2-3 zdaniach.
Cały opis pogrzebu jest ładny i zgrabny, ale…
Cytat:
|
- Gregory Sawyor - przeczytał tabliczkę nad jednym z zagłębień. - Zginął, a ja nawet nie wiem kim to był. Oni wszyscy poświęcili się by Chłopiec znowu przeżył - dopowiedział sobie w myślach. - Taki jest symbol mojego zwycięstwa, rzędy grobów.
|
Tu się zaczyna patetyczna masakra.
Cytat:
|
Harry nie wiedział co gorsze opuszczony nieprzyjazny dom, czy towarzystwo Dursleyów.
|
Uciekło „jest” albo „było” przed gorsze
Cytat:
|
- Czarodzieje tworzą hermetyczną (wiesz chyba co to znaczy) społeczność. Pewnie dotyczy to też imion
|
Kulawy zapis. No chyba, że potrafisz z kimś rozmawiać nawiasami. Zamiast tego powinny być myślniki.
Cytat:
|
Dość miał już tej sensacji jaką wzbudzał gdziekolwiek się pojawi.
|
Brak spójności czasów. Albo przeszły albo przyszły.
Cytat:
|
- Coś ty sobie myślał Potter. Weasleyów jest dziewięciu, więc kilkoro mniej nie zrobi większej różnicy - Percy nie odpuszczał.
|
On stwierdza czy pyta? Bo jakoś ciężko wywnioskować.
Cytat:
|
- Dobrze słyszałeś George!? - dorzucił zupełnie nie panując nad sobą i wybiegł ze szpitala brutalnie przebijając się przez zgromadzony przed wejściem tłum, tak że aparat jednego z bardziej natarczywych fotoreporterów roztrzaskał się po drugiej stronie ulicy
|
Kolejne zdanie- tasiemiec.
Więc podsumowując- kolejny ff bez bety. Bo przecież i po co? Lepiej skazać biednych userów na męki braku interpunkcji czy stylu, prawda?
Sprawdziłam to baaardzo pobieżnie, więc następnym razem zanim cokolwiek wrzucisz, daj to komuś do przejrzenia.
__________________
"- Starzeję się. Zaczynam mieć skrupuły.
- Ano, zdarza się u starych- spojrzała na niego ze współczuciem- Odwar z mioduszki pomaga na to. A narazie kładź sobie poduszeczkę na siodło.
- Skrupuły- wyjaśnił poważnie Jaskier- to nie to samo co hemoroidy, Milva. Mylisz pojęcia."
|
|
|
05-04-2009, 14:05
|
#6
|
|
Czytelnik horoskopów
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 16
|
Żyj i pozwól umrzeć cz.5
Odwiedzinom w szpitalu ciotki Muriel zawsze towarzyszyło pewne zamieszanie. Niezależnie od tego gdzie się znalazła, rozstawiała ludzi po kątach.
- Gdzie jest ten cały Potter? Tylko raz widziałam go w szpitalu - zwróciła się do Rona siląc się na ściszenie głosu. - Tyle się o nim teraz mówi, ale ja już od dawna czułam w kościach co to za jeden. Jak przyszło co do czego, to się ulotnił - pouczyła krewniaka. - Na przyszłość rozważniej dobieraj sobie przyjaciół Ronaldzie. A ta twoja dziewczyna to chyba nie lepsza? - Chciała jeszcze coś dodać, ale powstrzymała się widząc niepokojące zmiany na jego twarzy.
- Molly choć ze mną, bo zapuścisz korzenie na tym krześle - powiedziała jak zwykle taktowna ciotka Muriel. Obie kobiety opuściły salę. Chwilę potem Ron wychylił się przez drzwi usłyszawszy wzburzone głosy:
- ...to zbyt duże ryzyko - tłumaczył uzdrowiciel oddziałowy.
- Słuchaj pan, dziewczyna ma za tydzień siedemnaste urodziny i nie pozwolę by spędziła je w tej waszej mordowni - ciotka wiedziała już, że jej oponent nie jest godnym jej przeciwnikiem.
- Nie ma co z nim gadać, zabierzemy ją do Nory i tyle - zwróciła się do stojącej obok Molly.
- Dobrze, ale zalecam najwyższą ostrożność - zgodził się niechętnie czarodziej w zielonej szacie.
- Nich pan tu nie udaje ważniaka. Na moje oko, to tylko liżecie palce kartkując "Magiczną utratę świadomości od A do Z" - skwitowała i obie wróciły do pokoju Ginny.
- Jesteśmy już na "S" - przyznał w duchu zawstydzony pracownik.
****
W kilka dni później nieprzytomna Ginny leżała już w łóżku w swoim pokoju na drugim piętrze Nory. Pani Weasley nie chciała odstępować swojej jedynej córki. Dopiero gdy Artur przyniósł z pracy dwa mugolskie urządzenia, jedno postawił na stoliku przy łóżku, drugie posiadające ekran w kuchni, żona zaczęła pojawiać się na parterze. Molly co kilka chwil zerkając w monitor, na którym widziała bladą twarz córki, przygotowywała urodzinowe przyjęcie.
W dniu urodzin spodziewano się gości. Ron ucieszył się, gdy przybył ten niespodziewany. Hermiona pojawiła się w Norze jeszcze przed południem.
- I co z nią?
- Nie jest dobrze. To już nie potrwa długo - Ron ledwo nad sobą panował.
- Och Ron. Musisz być silny.
- Łatwo ci mówić. A jak u ciebie, wszystko w porządku?
- Jak może być w porządku? Przecież moja przyjaciółka opuszcza ten świat razem z resztkami magii Voldemorta. To jest bardzo nie w porządku.
- Nie o to pytałem.
- Ach, przepraszam. Tak. Odnalazłam ich. Nic im nie jest. Chyba uda się im jeszcze przywrócić pamięć.
- Cieszę się - odpowiedział bez przekonania.
- Harry'ego nie ma z wami?
- Nie. Dzień po twoim wyjeździe pożarł się z Percym i Georgem.
- I co? Nie przyjdzie dzisiaj? - zaniepokoiła się Hermiona.
- Pewnie nie, od tamtej pory się nie pojawił.
Później przybyli jeszcze profesorowie McGonagall i Slughorn, zjawiła się też Luna z ojcem, Neville i tylko garstka z licznych znajomych solenizantki. Goście odwiedzając w milczeniu pokój Ginny zostawiali w nim przeważnie bukiety kwiatów. Przed wspólnym posiłkiem rodzice chorej ponownie zajrzeli do jej pokoju, niemal wszystkie meble były zajęte przez wazony z wiązankami. Poruszona Pani Weasley powiedziała do męża:
- Tylko kwiaty. Czy oni wszyscy uważają, że bukiet nie zdąży przekwitnąć zanim ...
- Nie Molly ... - Artur nie dokończył bo już nic nie mogło przedostać się przez jego zaciśnięte gardło.
Pod wieczór wszyscy zebrali się w jadalni lecz trudno było to nazwać urodzinową ucztą. W pomieszczeniu panowała przeważnie cisza. Zgromadzeni nakładali sobie najbliżej leżącą potrawę i bez entuzjazmu prowadzili widelce do ust. Gdy ojciec spytał George'a jak idą interesy. Syn odparł że chyba zbankrutuje bo już nigdy nie wymyśli nowego produktu. Po raz pierwszy każdy słuchał z zainteresowaniem niestworzonych historii Luny i Ksenofiliusa, najczęściej przerywających zalegającą ciszę.
Było już po dziesiątej, gdy dom opuszczali ostatni goście. Poza rodziną Weasley pozostała tylko Hermiona, która miała wrócić do siebie nazajutrz. Molly odprowadzała właśnie do wyjścia profesorów McGonagall i Slughorna.
- Dziękuję że przyszliście.
- Ginny by... JEST jedną z moich najzdolniejszych uczennic - poprawił się Horacy.
- Możesz być z niej dumna Molly. Ostatni rok w Hogwarcie to był koszmar. Uczyłam wszystkich twoich synów, ale to twoja córka okazała postawę najbardziej godną Gryfona.
- Dziękuję ci Minerwo - odpowiedziała wzruszona matka.
- Przepraszam że spytam, ale co się dzieje z Harrym?
- Ostatnio jakoś urwał się nam kontakt. Nie wiem co się stało, ale pewnie Ron wie coś więcej. Ron podejdź tu! - zawołała z korytarza Molly.
- W szkole się z tym nie afiszowali, ale ja dostrzegam takie rzeczy. Dlatego dziwię się, że nie ma go na jej urodzinach.
- Co masz na myśli? - pytała pani Weasley. Ron stał już za matką. Zorientowawszy się w sytuacji dawał sygnały swojej profesor by się powstrzymała.
- No jak to? - kontynuowała Minerwa. - Przecież oni ...
- Są dobrymi przyjaciółmi. Harry jest bliskim znajomym całej naszej rodziny - Ron po raz pierwszy wszedł w słowo profesor transmutacji. Spodziewał się za raz usłyszeć "Ronaldzie Weasley -10 punktów dla Gryffindoru".
- Aha, no nic. To my już pójdziemy - Minerwa zorientowała się, że to nie ona powinna poinformować o tym Molly. Zanim wyszła spojrzała jeszcze na Rona, który jej przeszywający wzrok i kształt zwężonych ust ocenił na -40. Trochę zdezorientowana Molly zamknęła drzwi za ostatnimi opuszczającymi ich dom gośćmi.
- Zaczekaj - Hermiona rzuciła do udającego się na poddasze Rona.
- Czego? - odparł wyraźnie nie w humorze.
- Ty im jeszcze nie powiedziałeś? - spojrzała znacząco na jego matkę.
- Nie powiedziałem i nie zamierzam.
- Naprawdę uważam, że powinni wiedzieć. Teraz gdy Voldemort nie żyje, nie ma powodu tego ukrywać. Harry ...
- Nie przypominaj mi o nim!! - przerwał brutalnie Ron.
- Co z tobą? Przecież to twój najlepszy przyjaciel. Dobrze wiesz, że nie miał pojęcia co spotka Ginny. Dobrze by było, żeby twoi rodzice dowiedzieli się wcześniej, że on i Ginny ...
- Słyszałaś? Nawet McGonagall była przekonana, że się tu pojawi. Ale najwyraźniej wielki Harry Potter jest tak rozchwytywany, że nie ma teraz czasu odwiedzać osób, które wpędza do grobu. - Ron odwrócił się i pobiegł na górę.
Wszyscy udali się już do łóżek, gdy pani Weasley spojrzała na zegar, któremu co jakiś czas zdarzało się pokazywać właściwą godzinę. Była dwunasta dwadzieścia pięć. Największa wskazówka z napisem Artur zasłaniająca prawie wszystkie inne wskazywała na Dom. Najmniejsza z napisem Ginny była nieruchoma od prawie dwóch lat.
- Najpierw Fred - zerknęła na szufladę w kredensie, gdzie kilka dni temu schowała jedną ze wskazówek zegara. - Ale dlaczego ona? To moja jedyna córka - powiedziała do siebie, spoglądając z wyrzutem na pęk wskazówek na godzinie piątej i poszła do pokoju córki, gdzie od powrotu ze szpitala sypiała w fotelu.
Ron długo walczył z myślami nie mogąc zasnąć. Przyznał w duchu, że Hermiona ma jak zawsze rację.
- My możemy obwiniać go za to, co i tak było nieuniknione. A Harry musi radzić sobie z tym wszystkim sam. Nie było go dzisiaj tylko z winy moich braci. I z mojej też. Nie powinienem im na to pozwolić.
****
|
|
|
05-04-2009, 14:07
|
#7
|
|
Czytelnik horoskopów
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 16
|
Żyj i pozwól umrzeć cz.6
Następnego dnia Harry obudził się w swoim pokoju w domu przy Privet Drive numer cztery. Czuł się paskudnie. Chciał udać się wczoraj do Nory, ale nie potrafił się na to zebrać. On najsławniejszy żyjący czarodziej, żywa legenda, jest bezsilny. Cóż z tego, że cały magiczny świat uważa go za bohatera, skoro rodzina Weasley ma prawo go teraz znienawidzić. Przez ostatnie dni wiele rozmyślał. Miał na to czas. Zbyt dużo czasu. Już od dawna wydawało mu się dziwne, że dziennik został zniszczony tak wcześniej. Nawet nie wiedzieli wtedy jeszcze, z czym tak na prawdę mają do czynienia. Jakby Voldemortowi zależało na tym, by ten horkruks sam wpadł im w ręce. Ale żeby poświęcać część swojej duszy? Tak. Voldemort byłby do tego zdolny, by wprowadzić w życie tak okrutną zemstę na swoim przyszłym pogromcy. Harry był już przekonany, że Ginny znalazła Dziennik Riddle'a tylko dlatego, że on się w niej kiedyś zakocha. Nie miał pojęcia jak można coś takiego przewidzieć, ale pamiętał jak niesamowicie działał eliksir Felix Felicis. Riddle był przecież mistrzem i taka magia była w jego zasięgu. Zastanawiał się jeszcze nad jednym. Czy Dumbledore rzeczywiście o niczym nie wiedział? Może zorientował się, gdy też już było za późno i zataił to przed Harrym, by nie naszły go wątpliwości w krytycznym momencie. Teraz gdy już dawno ochłonął, uświadomił sobie jak okrutnie obszedł się z Dudleyem. Jak podły śmierciożerca. Naprawdę mało brakowało, a doszło by do tragedii. Choć to co kuzyn od niego usłyszał na pewno zapadnie mu w pamięć. Harry w jakiś sposób wyczuwał wtedy co powiedzieć kuzynowi by najbardziej zabolało. Teraz przyznał, że tak potężny czar uzdrawiający to nie przypadek. Voldemort naprawdę znał się na rzeczy. Zabicie najbliższej jego sercu osoby w jednej chwili, nie poczyni takiego spustoszenia w psychice. Znacznie dotkliwsze jest kazać mu i bliskim patrzeć na jej powolną i nieuchronną śmierć.
Z niekończących się rozmyślań wyrwał go stukot w okno. To kolejna sowa domagała się możliwości dostarczenia przesyłki. Dość już miał tych entuzjastycznych listów z ministerstwa, proszących o szybki kontakt i z Proroka domagających się wywiadu. Harry tylko ze względu na pamięć o Hedwidze odwiązał list, ale nie miał najmniejszego zamiaru zapoznawać się z jego treścią. Odrzucił go na stosik w rogu pokoju. Niezadowolona z tego sówka wyleciała, podążając w sobie tylko znanym kierunku. Widok oddalającej się sowy o nietypowych rozmiarach powoli wyrywał Harry'ego ze stanu otępienia. Szybko rzucił się do stosu nie otwartej korespondencji. Przebierając nerwowo w kopertach rozpoznał pismo Rona. Już samo to, że nie przysłał mu wyjca podniosło go na duchu. List był krótki, litery niewyraźne, a jeden wyraz zupełnie zabazgrany wieloma pociągnięciami pióra:
"Harry spodziewaliśmy się ciebie wczoraj.
Naprawdę uważam, że powinieneś ją odwiedzić zanim XXXX
będzie za późno.
Twój przyjaciel Ron
PS
Jest teraz w Norze."
Jak dotąd Harry'emu skutecznie udawało się unikać spotkania z pozostałymi domownikami. Wiedział, że tym razem może posunąć się za daleko. Pomimo pory śniadaniowej zdecydował się opuścić pokój. Wziął ze sobą kopertę z napisanym jakiś czas temu listem. Skierował się do pustego pokoju Dudleya, który jakąś godzinę temu wyszedł do szkoły. Minęło sporo czasu odkąd się tu ostatnio zakradał. Pierwsze co rzucało się w oczy, to względny porządek. Po raz pierwszy podchodząc do biurka kuzyna, nie musiał uważać na walające się po podłodze przedmioty. Położył kopertę na klawiaturze nowoczesnego komputera. Zerknął na ściany jak zwykle pooblepiane plakatami. Zauważył kilka nowych. Na jednym z nich widniała postać atrakcyjnej dziewczyny, prawdopodobnie bohaterki jakiejś nowej gry. Czytając napis w tle pomyślał:
- Bill Weasley wykonuje chyba taki zawód, ale na pewno nie nosi w pracy dwóch pistoletów.
Inny z wielkim napisem "Red Devils '97" przedstawiał ulubioną drużynę mugolskiego futbolu Dudleya. Odkąd Harry poznał quidditcha zupełnie przestał się interesować tą dyscypliną sportu. Na plakacie obok widniała chyba młoda gwiazda tego zespołu. Przystojny blondyn o równie niefortunnym nazwisku jak jego dobry przyjaciel.
- Neville jest teraz bohaterem szkoły, ten piłkarz też może dużo osiągnąć - rozejrzał się jeszcze raz. - Ten pokój wygląda tak zwyczajnie, żadnych ruchomych obrazów, kociołków, drapieżnych książek, właściwie jakichkolwiek książek. Ja też mógłbym mieć takie zwyczajne mugolskie życie. Kopałbym piłkę zamiast latać na miotle. Grałbym na komputerze zamiast pojedynkować się ze śmierciożercami. Pisałbym wypracowanie z Angola zamiast szukać sposobów na zniszczenie horkruksa. Tak, moje życie mogło wyglądać zupełnie inaczej, gdybym nie dostał 7 lat temu tego przeklętego listu - stwierdził zrezygnowany. Harry zamknął za sobą drzwi i skierował się na parter. Schodził po schodach, gdy zauważył go wuj Vernon stojący w drzwiach kuchni.
- Popatrzcie kogo tu mamy.
Harry zacisnął zęby, był już prawie na dole.
- No patrz na mnie jak do ciebie mówię! - wuj Vernon podniósł głos i zaraz tego żałował. Harry odwrócił się do niego. Vernon przeraził się widokiem jego bladej udręczonej twarz, wystających kości policzkowych i zapadniętych oczu. Harry był okropnie wynędzniały i ... miał szczerą ochotę transmutować wuja w metalowy świder. Chwycił różdżkę wypowiedział inkantację i jasny promień wpadł do kuchni mijając zasłaniającego się rękami przerażonego mężczyznę. Harry po raz pierwszy od długiego czasu uśmiechnął się, ale był to uśmiech pogardy, taki sam jaki wielokrotnie pojawiał się na twarzy perfekcyjnie grającego swoją rolę Snape'a. Znał rodzinę Dursley zbyt dobrze by być pewnym, że może spokojnie opuścić dom. Ciotka Petunia do tej pory zajęta przygotowywaniem śniadanie jęknęła.
- Vernon, Vernon czy to naprawdę jest ... - i zaniemówiła.
Wuj obrócił się w drzwiach kuchni i zobaczył jak żona trzyma w ręce jednego ze złotych galeonów, który jeszcze przed chwilą był ich widelcem. Harry wyszedł z domu numer cztery na ulicę Privet Drive i oddalił się w sobie tylko znanym kierunku. Kilka godzin później był zdecydowanie za daleko by słyszeć przeraźliwy lament ciotki Petunii, gdy jej wykonane ze stali szlachetnej, grawerowane sztućce był znowu tylko sztućcami.
****
Dudley wracając ze szkoły zobaczył szlochającą w salonie matkę z widelcem i łyżeczką w rękach. Wiedział że to idiotyczne, ale trzymała je jakby były co najmniej ze złota. Odniósł plecak do swojego pokoju. Dostrzegł na biurku kopertę z napisem "Dudley Dursley". Sprawnie poradził sobie z zupełnie nową dla niego czynnością - otwieraniem listu. Zaczął czytać:
"Jestem Ci winny przeprosiny i jeszcze coś - całą prawdę. Tamtego dnia powiedziałem Ci tylko to, co chciałem żebyś usłyszał.
Nimfadora Tonks poślubiła Remusa Lupina w zeszłym roku. Remus był dobrym człowiekiem. 20 lat temu należał od szkolnej paczki mojego ojca. 5 lat temu był moim nauczycielem i od tego czasu też moim przyjacielem. I jeszcze coś, Remus do dzieciństwa był wilkołakiem.
Wilkołak jest rzeczywiście bezwzględny i niebezpieczny, ale Remus przemieniał się w niego tylko w czasie pełni. Był człowiekiem zbyt ostrożnym, dlatego pomimo ich wzajemnego uczucia nie chciał narażać Nimfadory na związek z kimś takim jak on. To ona na niego naciskała, aż w końcu zmienił zdanie. Mogę Cię zapewnić, że dołożył wszelkich starań by Nimfadora była z nim bezpieczna. Używał specjalnego eliksiru, który powstrzymywał jego transformację.
Rzeczywiście spanikował, gdy dowiedział się że będzie ojcem. Ale na jego szczęście udał się wtedy prosto do przyjaciół, którzy wskazali mu właściwą drogę.
Ich syn urodził się w marcu tego roku, nie odziedziczył przypadłości ojca, ale niestety jest już sierotą. Nimfadora Tonks i Remus Lupin polegli w czasie bitwy o Hogwart. Walczyli ramię w ramię i zginęli jak bohaterowie. Teddy stracił rodziców i dziadka. Opiekuje się nim teraz babcia, matka Nimfadory. Ma jeszcze ojca chrzestnego, ale on też już długo nie pociągnie.
Mam nadzieję, że mi wybaczysz, ale ona naprawdę wolałaby tego wilkołaka. Chyba się już więcej nie zobaczymy.
Harry Potter"
Już chciał wyjść z pokoju i w końcu zajrzeć za te feralne drzwi, gdy zauważył jakby ruch na ścianie. Przyjrzał się uważnie temu miejscu, przetarł oczy. Cała drużyna United nie stała sztywno na plakacie. Co jakiś czas mrugali oczami, odwracali głowy, a Peter podrzucał trzymaną w rękach piłkę. W tle kibice na trybunie Old Trafford zaciekle wymachiwali czerwonymi szalikami i flagami.
- Harry miałeś rację, tusza naprawdę amortyzuje upadki - powiedział urzeczony tym widokiem Dudley.
****
|
|
|
05-04-2009, 14:09
|
#8
|
|
Czytelnik horoskopów
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 16
|
Żyj i pozwól umrzeć cz.7
Harry deportował się z dala od Nory. Pomyślał że dłuższy spacer trochę go otrzeźwi. Będzie mógł też zastanowić się co powiedzieć państwu Weasley, gdy dotrze na miejsce. Widział już w oddali budynek o nieprzeciętnie pokrzywionych ścianach. Odkąd się tu po raz pierwszy pojawił, zazdrościł Ronowi jego życia. Bez wahania zamieniłby się z nim w zamian za swoją skrytkę u Gringotta. Ron wciąż narzekał jacy to oni są ubodzy, jakby nie zauważał, że ma to co najważniejsze - kochającą rodzinę. Widocznie rodzinę docenia się dopiero wtedy, gdy zaczyna jej brakować. Ja wiedziałem o tym od zawsze. Ron uświadomi to sobie dopiero teraz.
Był już blisko, gdy zobaczył na oddalonej od domu łące naprawdę przygnębiający widok. Ron, George i Percy próbowali grać w quidditcha, ale wyglądało to jakby koncentrowali się przede wszystkim na tym, by utrzymać się na miotłach. Zauważył też Hernionę obserwującą graczy z ziemi, sprawiała wrażenie jakby w pełni podzielała zdanie Harry'ego. Żołądek podchodził mu do gardła, gdy pukał w drzwi Nory.
- Harry. Kiepsko wyglądasz. Wchodź - zaprosił go do środka pan Weasley. Zanim gość zdążył przejść przez próg zdawało mu się, że Ron go zauważył. Przez zamykane drzwi doszedł do niego zatroskany głos Hermiony:
- Ron, nic ci nie jest? Mówiłam, że latanie na miotle dzisiaj, nie jest dobrym pomysłem.
Pani Weasley przerwała porządkowanie kuchennego stołu po śniadaniu i podeszła do męża.
- Ja ... ja nie chciałem ... może gdybym wiedział, znalazłbym inny sposób ... - Harry nie potrafił złożyć zdania.
- Naprawdę nie musisz nic mówić mój kochany - powiedziała przez łzy Molly.
- Pewnie chcesz ją zobaczyć. Idź, jest w swoim pokoju - wyręczył szlochającą już żonę Artur. Harry oddalił się bez słowa ku schodom. Pani Weasley wróciła do stołu, ale nie mogła już oderwać załzawionych oczu od monitora.
Harry wszedł do pokoju wypełnionego słonecznym światłem. Zdawało się, że są tam tylko okno, fotel i kwiaty, których woń poczuł zanim otworzył drzwi. I łóżko, na którym blada jak pościel, nieprzytomna Ginny oddychała płytko. Podszedł do niego i ostrożnie usiadł na krawędzi. Żałował że wtedy, tuż po walce, nie było go przy niej. Wydawało mu się że będzie miał na to całe godziny, może nawet lata. Teraz już wiedział jak bardzo się wtedy pomylił. Odwrócił głowę do okna. Patrząc prosto w ostre światło powiedział:
- Jeszcze tylko ty i ja i nad światem czarodziejów znowu wzejdzie słońce, bo dobro ... - załamał mu się głos - dobro zawsze zwycięża - dodał patrząc już na nią oczami pełnymi łez. Jego cień zasłaniał jej twarz, wyglądała teraz jak we śnie. Odgarnął włosy z jej chłodnego czoła. Pochylił się i pocałował ją. Wydawało mu się, że miała ciepłe usta. Jego łzy spływały teraz po jej policzkach. Nie wołał w rozpaczy - Dlaczego ona? Dobrze znał odpowiedź na to pytanie.
- Mścisz się zza grobu, zabijając ją dopadniesz i mnie! - zawołał gorzko. Uniósł ostrożnie jej bezwładne ciało i objął mocno. Siedzieli teraz niemal na przeciw siebie, przytuleni. Jej ręce opadały bezwiednie. Pocałował ją ponownie, tym razem czuł gorąco. Zamknął oczy, nie chciał by ta chwila minęła. Wiedział, że następnym razem poczułby tylko lodowe zimno. Był pewien, że jest to jedyna osoba, która nie miała by nic przeciwko temu pocałunkowi we śnie, ... gdyby to był rzeczywiści tylko sen. Jednocześnie wierzył, że ma do tego prawo. Odkąd Ginny przeczytała Dziennik Riddle'a została przeznaczona tylko jednej osobie, zwycięzcy Lorda Voldemorta, jemu, Harry'emu Potterowi, aż do śmierci.
****
Ron lekko utykając dowlókł się do domu. Już w korytarzu doszedł do niego przenikliwy jęk matki:
- Niech on jej nie dotyka Arturze, jak on śmie!
Ron stanął przed rodzicami, miał czarno-zieloną plamę na lewym kolanie.
- To był Harry, prawda? - nie doczekał się potwierdzenia. - Wiem, że już dawno powinienem wam o tym powiedzieć - ciągnął dalej, ale rodzice jakby go nie zauważali. Zorientował się, że cała ich uwaga skupiona jest na monitorze, za którym stał. Nie widział, że wyświetla teraz tylko pustą poduszkę. Nagle wszyscy troje spojrzeli w innym kierunku. W ich zegarze rodzinnym coś szczęknęło. Molly zamarła. Spodziewała się, że za sekundę może dwie usłyszy pierwsze uderzenie. Tylko ona wiedziała, że zegar ten posiada gong. Gong który wybija tylko jedną godzinę. Godzinę śmierci.
****
|
|
|
05-04-2009, 14:12
|
#9
|
|
Czytelnik horoskopów
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 16
|
Żyj i pozwól umrzeć cz.8
Ten fragment ewentualnie też [13+]
Jej nienaturalnie chłodna skóra pozbawiała go resztek energii. Lecz kojące ciepło jej ust rozchodziło się szybko po całym jego ciele. Był przekonany, że to jego ostatnie chwile szczęścia. Pomimo zamkniętych powiek Harry widział jasność tak intensywną, jak przed chwilą, gdy patrzył w słońce.
- Czy to już nasz koniec? - zastanawiał się co ujrzy, gdy odważy się otworzyć oczy.
- Kocham cię. Nie mogę bez ciebie żyć - pomyślał.
- Ja też nie mogę - usłyszał jakiś głos.
- Nie przerywaj, naprawdę nie mam nic przeciwko - ten sam głos gdzieś w jego głowie. W tym momencie poczuł, jak usta Ginny odwzajemniają pocałunek, a jej ręce oplatają mu szyję. Harry nie mógł w to uwierzyć. Uchylił powieki. Nigdzie nie było mlecznej mgły. Dalej siedzi na jej łóżku. W jednej chwili wypełniło go uczucie, którego nie zdołałoby wyssać całe stado dementorów. Czuł jak z każdym kolejnym pocałunkiem Ginny wraca do życia, jak jej skóra robi się coraz cieplejsza. W jego umyśle obijały się pytania domagające się odpowiedzi. Jak to możliwe? Co takiego wypełniło pustkę po magii Voldemorta? Jedyne co w takiej chwili przyszło mu do głowy to ... Właściwie nic mu nie przyszło do głowy. Z kolejnymi pocałunkami jego myśli uciekały w zupełnie innym kierunku. Nie, nie potrafił się już dłużej skupić. Dał się porwać uczuciu.
- Harry? - Ginny zapytała przez tą chwilę, gdy ich usta nie były połączone.
- Tak?
- Nie czuję się najlepiej. Powinnam się chyba położyć.
Chłopak przez chwilę myślał, że to jakaś aluzja, ale szybko się opanował.
- Tak, musisz odpocząć - wstawał już z łóżka spodziewając się, że Ginny zdejmie ręce z jego ramion.
- Wybierasz się gdzieś? - spytała, choć zachował się dokładnie tak, jak się spodziewała. - Mówiłam, że nie czuję się jeszcze najlepiej. Musisz się bardziej postarać - położyła się wciąż obejmując mu szyję ...
****
Zegar szczęknął jeszcze raz i mała wskazówka powoli przesunęła się w dół, by zatrzymać się przy napisie Dom. Państwo Weasley wpadli sobie w objęcia. Uradowany Ron już miał pobiec na górę, gdy przypomniał sobie po co tu przyszedł.
- No więc, po śmierci Dumbledore'a, gdy zrobiło się naprawdę niebezpiecznie, postanowiliśmy tego nie rozpowiadać - Ron tracił wątek. - To się zaczęło półtorej, tak jakieś półtorej roku temu ... , właśnie wygraliśmy puchar i ... - sam już nie wiedział co chce powiedzieć.
- O czym ty mówisz? - niecierpliwiła się matka, krytycznie zerkając na dopiero co uprane i już upaprane spodnie syna. Tylko Artur zauważył na monitorze ... No właśnie, coś na co nie był gotowy. Kilka minut wcześniej, zanim głowa jego córki zniknęła z kadru, był przekonany, że Harry pocałował ją tylko w policzek, a mu coś się przewidziało. Ale teraz nie mogło być już mowy o pomyłce.
- Chcesz nam powiedzieć, że Ginny i Harry są parą - jedyne co zdołał wyartykułować w tej sytuacji.
- A więc wiedzieliście - Ron odetchnął z ulgą. Ojciec nie skomentował tej złotej myśli, brakło mu słów. Zaskoczona Molly popatrzyła na ekran. Stara mądrość ludowa "co dwie głowy to nie jedna" zyskuje właśnie kolejne znaczenie.
- O nie Arturze! Ten chłopak w końcu się doigrał - po uśmiechu na jej twarzy nie było już śladu. - Na co on sobie pozwala!
- Molly popatrz na nią, popatrz jaka jest szczęśliwa. - Artur dla pewności objął mocniej swoją żonę. Lekko zdezorientowany Ron ciągnął dalej:
- Ja oczywiście próbowałem im to wyperswadować - zapewniał.
- Synu, politykiem to ty chyba nie zostaniesz - ojciec powiedział to nie odrywając oczu od odbiornika. Nie mógł się nacieszyć widokiem córki znowu pełnej życia. Jej płytki oddech nie wzbudzał w nim już niepokoju.
- Ale nie martwcie się, jako prefekt pilnowałem by do niczego nie doszło.
Matka spojrzała na syna z politowaniem. Rozpalona skóra jego siostry sugerowała coś zupełnie innego.
- Będziecie tak stali? Nie chcecie zapytać jak się teraz czuje?
- Niestety dla nas, domyślamy się tego - pomyślała Molly.
Ron kolejny raz zbyty milczeniem odwrócił się i wybiegł na korytarz zapominając o bolącym kolanie.
- Petryficus Totalus. - Ron nie zwalił się na podłogę tylko dlatego, że spotkał wcześniej poręcz schodów. - To nie jest najlepszy moment - Artur wyjaśnił synowi.
- Mogłeś to zrobić delikatniej - skomentowała żona. - Chyba powinniśmy to wyłączyć - skinęła na monitor rumieniąc się coraz bardziej.
- Tak, oczywiście Molly. Chyba wiem jak to się robi. - Artur skierował różdżkę na małe czerwone światełko u dołu obudowy i zaczął mamrotać coś jakby do siebie. Bez efektu.
- Arturze może ja mam się tym zająć? - w głosie Molly słychać było zniecierpliwienie.
- Nie!! Naprawdę szkoda by było. To takie intrygujące urządzenie. - Pan Weasley podwoił starania, gdy niespodziewanie kuchenne drzwi otwarły się.
- Czy z Ronem wszystko w porządku? - powiedziała przygnębiona Hermiona wchodząc do pomieszczenia. Spojrzała na nagle zastygłych w bezruchu państwa Wealsey, mieli jakby zakłopotane miny. Zauważyła Rona podtrzymywanego przez poręcz. Sprawiał wrażenie bardzo dalekie od "wszystko w porządku". Wyglądał jakby rzucił się jakiś czas temu do ucieczki. Tylko dlaczego? Spojrzała na monitor.
- Czy to Harry? - powiedziała zaskoczona. - Zaraz, zaraz, co oni ... - i osłupiała. Skoczyła do telewizora i wcisnęła duży czarny przycisk zlewający się z obudową. Małe czerwone światełko zgasło.
- Ach, to takie proste - wyrwało się panu Weasley, choć sekundę wcześniej miał ochotę zapaść się pod ziemię.
Hermiona zdała sobie sprawę w jak niezręcznej sytuacji się znalazła. Przecież jest ostatnią osobą, która powinna tłumaczyć się teraz przed państwem Weasley. Ron dał plamę, a Harry ... Cóż. W tej chwili też jej nie pomoże. Westchnęła ciężko. Widząc wyciągniętą różdżkę pana Weasleya obawiała się, że podzieli los nieszczęsnego podpieracza balustrady.
- No, przynajmniej to Harry. Znają go państwo już kilka lat - podjęła niepewnie. Coś właśnie do niej dotarło. - No i Ginny czuje się o wiele lepiej. - Nastała chwila milczenia. Hermiona doszła do wniosku, że w tej sytuacji należało pominąć "o wiele".
- To ja i Ron pójdziemy powiedzieć braciom, bo chyba jeszcze nie wiedzą - wypatrywała jakiegoś gestu potwierdzenia. - Nie wiedzą, że ich siostra wyzdrowiała - dodała pospiesznie.
- A tak, braciom - odezwał się speszony Artur. Hermiona opuściła kuchnię. Podeszła do Rona z różdżką w dłoni.
- To ja mam się za was tłumaczyć - syknęła do niego i zdjęła zaklęcie. - Oni wciąż są na dworze - rzuciła za podążającym na górę niewdzięcznikiem.
- Oni nie wyjaśnią mi, co tu się właściwie dzieje - usłyszała odpowiedź już z piętra. Pospieszyła za nim. Ron dobiegał już do uchylonych drzwi pokoju siostry, gdy nagle się zatrzasnęły. Chciał je otworzyć, ale były zamknięte.
- Nie tym razem Ron. Skoro jej rodzice tego nie zrobili, ty też im nie przeszkodzisz - Hermiona powiedziała do siebie chowając swoją różdżkę do torebki. - Myślałam, że Harry jest bardziej przewidujący. Już drugi raz zapomniał się zabezpieczyć.
- Harry otwórz! - Ron krzyknął przez drzwi.
- Ron jestem teraz trochę ... zajęty - usłyszał stłumiony przez drewno głos Harry'ego.
Ron przeszukał wszystkie swoje kieszenie. W żadnej nie było jego różdżki. Zerknął na Hermionę.
- No nie stój tak. Zrób coś?
- Już zrobiłam. Ron, dajmy im trochę czasu.
- My też chcemy ją zobaczyć! - krzyknął w drzwi zawiedziony postawą swojej dziewczyny.
- Wierz mi Ron, nie chciałbyś ich teraz widzieć - zapewniła go Hermiona.
- No to powiedz chociaż jak Ginny! - Ron starał się panować nad sobą.
- Ginny jest cu... Na pewno chcesz to wiedzieć? - Harry w ostatniej chwili się zreflektował.
- Nie pieprz Harry tylko otwieraj! - Ron gubił się coraz bardziej w sytuacji.
- Ron nauczył się nowego słówka - zauważyła Ginny.
- Ginny czy to ty? - zawołał z nadzieją w głosie Ron. - Powiedz coś Harry'emu żeby nas wpuścił!
- Nie słyszałeś? Harry jest teraz trochę zajęty. Spadaj Ron!
- Ginny jestem twoim starszym bratem więc masz się słuchać! - twarz Rona wyrażająca jednocześnie radość i złość wyglądała jak twarz idioty.
- A ja zawsze uważałam cię za mojego najmłodszego brata! - uśmiechnęła się do Harry'ego.
- Nie wymądrzaj się!
- Zejdź ze mnie, dobrze! - odpowiedziała Ginny i dodała szeptem - To nie było do ciebie Harry.
- Już go zabieram, nie przeszkadzajcie sobie - powiedziała w drzwi Hermiona.
- Chodź, poszukamy twoich braci, zanim skręcą sobie kark na tych miotłach - zwróciła się do Rona.
- Aha. Wszystkiego najlepszego Ginny! - dodała na koniec i zeszła na dół ciągnąc rudzielca za rękaw.
****
Ostatnio edytowane przez killjan : 05-04-2009 o 14:19.
|
|
|
05-04-2009, 14:15
|
#10
|
|
Czytelnik horoskopów
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 16
|
Żyj i pozwól umrzeć cz.9
Ron i Hermiona byli już przed domem. Niespiesznym krokiem podążali w stronę polanki zaabsorbowani rozmową.
- Nie martwisz się zbytnio. Myślałam, że trudno będzie ci to zaakceptować.
- Właściwie to ja już dawno się z tym pogodziłem. Pamiętasz nasz biwak? Pamiętasz jak Harry wpatrywał się godzinami w Mapę Huncwotów? Musiał za nią strasznie tęsknić.
- A ja myślałam, że zastanawiał się nad miejscem ukrycia horkruksa. Idiotka ze mnie - wtrąciła Hermiona.
- Wtedy dałem za wygraną. Uświadomiłem sobie, że wrócą do siebie, jeśli tylko udałoby nam się wypełnić misję. Tylko że ta perspektywa była wówczas bardzo odległa.
- Tak. Oni do siebie pasują. Ponad rok temu, gdy byli razem, sprawiali wrażenie jakby rozumieli się bez słów - powiedziała rozmarzonym głosem Hermiona.
- Według mnie to te lekcje oklumencji, nic więcej - stwierdził sucho chłopak.
- Ron, ależ ty jesteś romantyczny - Hermiona wróciła na ziemię.
- Poza tym, o co się tu martwić? Przecież Ginny to siostra Freda i George'a. Przez całe dzieciństwo musiała użerać się z naszą szóstką. Ona potrafi o siebie zadbać - zapewnił ją.
- Ale z ciebie troskliwy braciszek. A co z Harrym? Teraz się wiele zmieni. Nie będzie miał dla ciebie tyle czasu co dawniej. To też ci nie przeszkadza?
- Przecież jestem jego najlepszym przyjacielem, a Ginny to tylko moja siostra - stwierdził beztrosko.
- Nie Ron, teraz to ty będziesz tylko jej bratem.
- No teraz, to już się martwię - odrzekł z niepokojem Ron.
Byli już na łące. Niedaleko George i Percy smętnie unosili się w powietrzu. Przez chwilę Ron przeszukiwał wzrokiem trawę w pobliżu leżącej na polance miotły.
- Tu jest - powiedział do siebie podnosząc swoją różdżkę.
- Pewnie ty chcesz im powiedzieć - Hermiona skinęła na braci.
- No jasne - uśmiechnął się w sposób, nie wróżący nic dobrego.
- Panowie, Potter przybył w odwiedziny do naszej siostry! - podniósł głos, by go dobrze usłyszeli.
Na te słowa Percy i George nagle odzyskali wigor, a oczy zapłonęły im blaskiem nienawiści. Skierowali miotły w stronę domu.
- To łajza - rzucił jeden z nich, przelatując koło stojącej na polanie pary.
- Tak, we trójkę powinniśmy dać jej radę - zachęcał Ron. - Ginny ledwo się obudziła, a już chce mnie wykolegować! - rzucił za oddalającymi się braćmi i obserwował.
Przez sekundę lecieli dalej niewzruszenie, ramię przy ramieniu. Gdy sens tych słów wreszcie do nich dotarł, jednocześnie, niemal zderzając się głowami, obejrzeli się za siebie. Ale zrobili to na tyle energicznie, by zmienić kierunek lotu. Jedyne co dostrzegli zanim na siebie wpadli, to wyszczerzone w uśmiechu zęby Rona. Zwalili się na ziemię i zatoczyli wydawając przy tym całą gamę jęków. Ron zrobił właściwie to samo z wyjątkiem dźwięków, które wydawał. Gdy chwilę później opanował śmiech i podniósł się z trawy, stwierdził:
- To oni są przykładem idealnej harmonii. Od zawsze rozumieli się bez słów, a zapewniam cię, Fred i George nawet we dwóch są za głupi by opanować oklumencję. - Nagle Ron sobie coś uświadomił i wesołość na jego twarzy zastąpił smutek.
- Och Ron. - Hermiona podchodząc chwyciła go za rękę.
- Nie przejmuj się. Fred na pewno nie chciałby, byśmy w takim dniu się zamartwiali - powoli wracał mu humor. - Pewnie się nieźle wkurzył, że jego kochana siostrzyczka wystawiła go do wiatru i będzie musiał na nią jeszcze trochę poczekać.
- Od jego śmierci Percy i George są prawie nierozłączni - zauważyła Hermiona.
- No właśnie, nie wiem co z tego wyjdzie. George zamieni się w sztywniaka, czy Percy wyluzuje.
- Może George wciągnie go do swojego interesu. Sam nie da sobie rady.
- Tylko nie to. Wyobrażasz sobie jakiś produkt Percy'ego? Przecież to byłaby totalna porażka.
- Dobra. To George ma do tego talent, ale bez przesady. W końcu to nie van Gogh. Choć niewiele mu do niego brakuje - Hermiona uśmiechnęła się do siebie. Wiedziała, że Ron nie zrozumiał aluzji. Na jego twarzy znów dostrzegła tę minę. Minę mówiącą "tak, tak, oczywiści kochanie", ale jednocześnie szepczącą "znowu mówi o czymś, o czym nie mam pojęcia". Obydwoje odwrócili się do zbliżających się poobijanych braci.
- Co to miało znaczyć Ron? I co się tak szczerzysz? Chcesz dostać w zęby? - spytał zdezorientowany George.
- Wygląda na to, że szykuje się poprawka z wczorajszego przyjęcia. Tym razem już z solenizantką - odpowiedział Ron.
- Idźcie lepiej do domu. Rodzice wam to szybciej wytłumaczą. - Hermiona zepsuła dalszą zabawę chłopakowi.
- Oj. Ktoś się tu będzie musiał z Harrym przeprosić - rzucił Ron znacząco spoglądając na wchodzących już do domu braci.
- To było sprytne Ron. Specjalnie wyciągnąłeś ich na tego quidditcha. Odciągnąłeś ich od domu, by nie wpadli przypadkiem na Harry'ego.
- A więc domyśliłaś się. Przed tobą nic się nie ukryje. - Ron zauważył wracającą z daleka Świstoświnkę. - Tak, to ja wysłałem mu dziś rano zaproszenie.
- Powiedz mi jak ty to robisz? Na co dzień zachowujesz się jak idiota. A może tylko go udajesz?
- O nie. Nie zdradzam swoich tajemnic. Dzięki temu nigdy nie wiesz, kiedy pozytywnie cię zaskoczę - uśmiechnął się tajemniczo.
- Tak, dzięki temu na co dzień muszę znosić twoje błazeństwa - pomyślała.
- Ciekawe co teraz z nami będzie? Wrócimy do Hogwartu? - Ron zmienił temat.
- Można wiedzieć po co?
- No czy każą nam odrobić ten rok wagarów?
- Ty to nazywasz "rokiem wagarów"! - oburzyła się Hermiona.
- Kto ich tam wie, McGonagall jest do tego zdolna.
- Właściwie to byłoby na rękę Harry'emu. Nie musiałby się rozstawać na ten rok z Ginny i byliby w jednej grupie.
- Chciałaś powiedzieć "bylibyśmy". Ty też byś wróciła, więc pewnie oczekujesz, że ja zrobię to samo i też cię nie opuszczę.
Hermiona zamyśliła się chwilę:
- Tak Ron, "i że mnie nie opuścisz, aż do śmierci".
- Przecież nie mówiłam, że chcę tam wrócić - odpowiedziała w końcu.
- No, nie rozśmieszaj mnie. Dobrze wiem, że nie byłabyś w stanie pozbawić się tej przyjemności zdawania OWTM-ów.
- Ach Ron, kiedy ty dorośniesz? - westchnęła rozczarowana.
- Mówię całkiem poważnie. Nie ma w tym nic złego. Gdybym to ja był takim kujonem ... No nie patrz tak na mnie. Niech będzie, osobą o nieprzeciętnej inteligencji, też za nic nie odpuściłbym sobie tej satysfakcji, podziwiania długiego słupka (W) z góry na dół. Ciężko na to pracowałaś, zasłużyłaś sobie.
- Ty na szczęście nie jesteś "takim kujonem", więc nie masz tam po co wracać. To chciałeś powiedzieć? - odpowiedziała lekko urażona Hermiona.
- No coś ty. Za nic nie przegapiłbym tego, jak Ginny zostaje etatowym szukającym, a Harry pantoflarzem. - uśmiechnął się złośliwie. - Żal mi człowieka. Już nawet nie będzie mógł uratować świata przed Wielkim Złem. Biedak zanudziłby się w tej szkole na śmierć.
- Wypluj to słowo.
- Daj spokój. Poza tym moja dziewczyna wciąż mi powtarza, że to niekultula... niekulturar... Że brak mi dobrych manier.
- Twoja dziewczyna ma u mnie dużego plus. Ucałuj ją ode mnie.
- To da się zrobić ...
****
|
|
|
Zasady postowania
|
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts
kod HTML jest Wył.
|
|
|
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 21:05.
|
|