|
04-22-2009, 17:32
|
#1
|
|
Świr wymagający opieki
Zarejestrowany: Jun 2008
Posty: 308
|
Zakochany Tom
A tu wklejam Zakochanego Toma wraz z nowym rozdziałem. http://itheanil-3.blog.onet.pl żadnych ograniczeń xd
Rozdział pierwszy
- Kiedy ich zabijemy – tłumaczył cierpliwie Lord Voldemort. Zawsze musiał wszystko tłumaczyć. Ale cóż. Tak to jest, gdy największy geniusz wszechczasów nie ma sobie równych. Niewiele osób od razu pojmuje jego zawiłe, podłe i sprytne plany. – zniknie magiczna bariera i będziemy mogli schwycić chłopaka. Najważniejsze to zabić tą mugolkę, ona ma w sobie krew matki Pottera, która chroni ich dom.
Kilku młodszych śmierciożerców, których wziął ze sobą, gorliwie pokiwało głowami. Zabrał ze sobą tylko ich, bo musieli się nauczyć pokonywać lęk przed zabijaniem i patrzeniem na śmierć innych.
Cała sześcioosobowa grupka i on, czekali spokojnie, przy Privet Drive 3 (do domu pod numerem czwartym nie mogli się nawet zbliżyć). Niedługo ze sklepu miała wrócić Petunia Dursley, wraz z synem.
Czekali.
W końcu, zza rogu wyszły dwie sylwetki. Jedna, wyjątkowo chuda, druga, przeraźliwie gruba. Zrobiło się już ciemno, więc Czarny Pan nie widział ich twarzy. Wystąpił z grupy śmierciożerców, stając na drodze mugolom.
- Witaj, Petunio. – odezwał się swoim najbardziej złowieszczym tonem. Dostrzegł, że młodzi śmierciożercy dygoczą z podniecenia.
Nie widział twarzy kobiety, ale zauważył, że cofnęła się, pociągając syna, który wydawał z siebie nieokreślone odgłosy. Strach. Voldemort czuł strach i przerażenie. Uwielbiał te dwa uczucia, wiszące w powietrzu, gdy on sam nadchodził, by zabić.
- Kim… pan jest? – spytała Petunia Dursley, mrugając powiekami, na widok upiornego mężczyzny w czarnej pelerynie. Czarny Pan zaśmiał się, a był to śmiech całkowicie pozbawiony wesołości.
- Tym, który uwolnił cię od twojej głupiej siostry, Petunio! – śmierciożercy zanieśli się śmiechem. Kobieta nie miała siły, aby uciekać, tak samo jak jej tłusty synek.
- Mamo… - wyjąkał słabo Dudley. – To chyba ten Lord… Vordecoś…, o którym gadał Harry.
Słowa młodego mugola zezłościły, a jednocześnie zadowoliły przyszłego władcę świata. Chłopak (o ile tak można było nazwać różową kupę mięsa) nie do końca potrafił wymówić jego imię, ale w końcu był durnym mugolem, a to już coś, że w ogóle o nim słyszał. Więc nawet mugole drżą na jego widok!
- Lord Voldemort. To moje imię. Jestem najpotężniejszym i największym czarnoksiężnikiem na świecie. – wyciągnął różdżkę, patrząc na Dursley’ów, którzy nadal nie mogli się poruszyć ze strachu. Nagle Petunia cofnęła się, a pobliska latarnia oświetliła jej twarz.
Czarodziej zobaczył kościstą, końską twarz, którą okalały jasne włosy, sięgające ramion. Spostrzegł niebieskie oczy, w których błyszczało wielkie przerażenie.
Nawet nie zdawał sobie z tego sprawy, opuszczając różdżkę, tylko wpatrywał się w te blade, wodniste oczy. Miał wrażenie, że może się w nich utopić. Potem nagle wszystko przesłoniła mu ciemność i nie czuł już nic.
Lord Voldemort zemdlał.
*
Kiedy się obudził, zauważył że spoczywa w miękkim łóżku. Otworzył oczy. Znajdował się w Malfoy Manor, w swojej komnacie. Poczuł olbrzymi ból głowy. Co się stało?
I wtedy sobie przypomniał. Miał zabić mugolską rodzinę Pottera… i te niebieskie oczy…
Co go obchodzą jakieś oczy durnej mugolki?!
Nigdy nie czuł czegoś takiego. Chciał bardzo zobaczyć tę kobietę. W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że o czymkolwiek by nie myślał, cały czas przypominają mu się pewne przerażone, błękitne oczy…
Potem spostrzegł ciemną postać, stojącą przy oknie. Niską i pulchną.
- Glizdogon… - jęknął. Nie poznawał swojego głosu. Nie było w nim nawet słychać krzty nienawiści, czy politowania… tylko bezsilność.
„Co się ze mną dzieje?!”
- Jestem, mój panie! – niewielki człowieczek podbiegł do niego, kłaniając się.
- Przyprowadź tu… Malfoy’a… natychmiast!
- Tak jest, mój panie! – i wybiegł. Po chwili wrócił, prowadząc wysokiego mężczyznę, o białych włosach.
- W czym mogę ci służyć, panie mój?
- Glizdogon, wyjdź stąd! – Czarny Pan przegonił sługę. – Co się stało?
- Mój panie, mieliście zabić rodzinę Pottera, jednakże, z niewiadomych powodów, zemdlałeś, panie. – Lucjusz starał się nadać swemu głosowi jak najpoważniejszą barwę.
- Zemdlałem. – powtórzył za nim głucho Lord Voldemort.
- Tak, panie mój. Następnie twoi słudzy, którzy tam byli, zabrali cię tutaj.
- A ta mugolka… Ona… oni żyją?
- Tak, jeszcze tak. Śmierciożercy nie zabili ich. Przepra…
- To dobrze, że ich nie zabili! – przerwał mu natychmiast, z ulgą w głosie. – To znaczy, rozumiesz, Lucjuszu. Ja powinienem ich zabić.
- Oczywiście, panie. W czym mogę ci jeszcze pomóc?
- Powiedz mi co to jest… Kiedy człowiek czuje się tak dziwnie… jakby bardzo chciał kogoś zobaczyć… i nie chce, żeby on umarł… i ma wrażenie, że wszystko jest takie… dziwne, inne… i cały czas myśli, o tym kimś… co to jest, Lucjuszu?
Malfoy milczał, jakby się bał powiedzieć. W końcu jednak odparł:
- To jest miłość.
- Kłamiesz! – ryknął Voldemort, w jego oczach płonął gniew. Chwycił różdżkę. – Avada Kedavra!
Ale zielona błyskawica poleciała w zupełnie innym kierunku, niż stał śmierciożerca. Malfoy uciekł.
Czarny Pan z trudem łapał powietrze. Co się z nim dzieje? Czy jego potęga zanika? Łamie się? Nie potrafi dobrze wycelować najprostszego zaklęcia, a jeszcze wczoraj nie był w stanie uśmiercić głupiej mugolki? Przecież to tylko szara, bezimienna, durna, nic nieznacząca…
„Wcale nie jest nic nieznacząca! Jej nie można zabić!... Salazarze… co się ze mną dzieje?! To jest mugolka! Gorzej niż szlama!”
Miłość. Przecież to niemożliwe. Król nienawiści ma się… zakochać?! To jest śmieszne, głupie! On, najpotężniejszy, najwspanialszy i najokrutniejszy czarownik, jaki kiedykolwiek chodził po ziemi… zakochał się? Nie, ten Lucjusz chyba oszalał!
Miłość. Przecież to coś dla takich starszych dziadków, jak Dumbledore. To coś dla poetów, żeby mieli o czym pisać. Dla głupich matek, osłaniających własne dzieci i dla durnych potterów, kochających wszystkich swoich beznadziejnych przyjaciół…
„Mordowałem wiele kobiet! Kilka było nawet ładnych. Niektóre wręcz piękne. I były czarownicami. Ale to jest mugolka! Brud tego świata, którego trzeba się pozbyć! I w dodatku rodzina Pottera… To jak bratanie się z wrogiem… Muszę przestać o niej myśleć…”
*
- Po wczorajszym spotkaniu, Czarny Pan kazał mi zostać po tym, które odbędzie się dzisiaj. Podobno ma do mnie jakąś sprawę. – powiedział z powagą Snape. Dumbledore cały czas nie mógł otrząsnąć się z szoku. Severus pomachał mu ręką przed nosem.
- Wybacz… ale to jest dla mnie cały czas nieprawdopodobne… Lord Voldemort zemdlał? I nie zdołał kogoś zamordować?
Mistrz Eliksirów pokiwał głową.
- I mnie wydaje się to dziwne. Rozmawiałem z Lucjuszem. Podobno Czarny Pan wezwał go do siebie. Był bardzo rozdrażniony. Najpierw wypytywał go o tamto zdarzenie, a potem spytał go o miłość.
Dumbledore wybałuszył na niego oczy.
- Co?! Voldemort zadawał mu pytania, dotyczące miłości? Nie, to jest absurdalne! W sam raz na artykuł do „Żonglera”… A może knuje jakiś plan porwania kogoś, by sprowadzić Harry’ego i chce wiedzieć, na kim chłopcu najbardziej zależy?
- Nic z tych rzeczy! Czarny Pan wymieniał Lucjuszowi uczucia, a potem spytał czym one są, na co Lucjusz odparł, że to miłość. Wtedy pan zdenerwował się i chciał go zabić, ale nie trafił.
- On nie trafił?! Niemożliwe… przecież to mistrz pojedynków! Z nim naprawdę jest coś nie tak… Dowiedz się tego, Severusie.
- Dobrze, postaram się.
*
- Zostań, Severusie.
- Wiem, mój panie.
Gdy wyszli wszyscy śmierciożercy, Voldemort rozpoczął rozmowę.
- Severusie, mam do ciebie wielką prośbę. Jesteś moim najbardziej zaufanym i najlepszym sługą. Wiem, że to może być trudne, ale postaraj się.
- Oczywiście, mój panie. – Mistrz Eliksirów z trudem opanował drżenie. Nie wiedział, czego może chcieć jego były szef.
- Spójrz na mnie uważnie, Severusie. – Snape natychmiast spojrzał na niego. Spodziewał się, że Czarny Pan użyje legilimencji, ale nic się nie wydarzyło.
- Severusie, czy ja jestem przystojny?!
__________________
Okrągły pokój wspólny Ravenclawu przypominał klatkę dla kanarków – wpuszczone w ściany filary podtrzymujące półkoliste sklepienie całkiem zgrabnie udawały pręty. W zachodniej ścianie widniało kilka okien – szyby w ich górnych, półokrągłych ćwiartkach pokryte były rysunkami kruków. Magiczne ptaki trzepotały skrzydłami lub poprawiały pióra, wypełniając wnętrze barwnymi błyskami światła. Pokój utrzymany był w odcieniach błękitu i brązu.
Stowarzyszenie Snaperek
Ostatnio edytowane przez Ginny_Kitty : 04-22-2009 o 18:42.
Powód: Przeczytanie nowych zasad
|
|
|
04-22-2009, 17:32
|
#2
|
|
Świr wymagający opieki
Zarejestrowany: Jun 2008
Posty: 308
|
Rozdział drugi
- Severusie, czy ja jestem przystojny?!
Zawsze złośliwy i opanowany Mistrz Eliksirów otworzył szeroko usta ze zdumienia i wybałuszył oczy. Szczerze mówiąc jeszcze nigdy nie był t a k zdziwiony… nawet wtedy, gdy mu powiedziano, że istnieje coś takiego jak szampon (ale Snape i teraz udawał, że tego nie wie). Tymczasem Voldemort wpatrywał się w niego. Oczywiście z nienawiścią i politowaniem, ale pod tym czaiło się oczekiwanie i coś, czego Severus nie potrafił zidentyfikować. Chrząknął znacząco i odparł.
- Jesteś, panie… bardzo męski!
- Ale czy jestem przystojny!?
- Oczywiście, panie! – Snape gorliwie pokiwał głową, przyglądając się Voldemortowi. - Emanujesz grozą i siłą…
Czarny Pan zamyślił się.
- Czy ja ci się podobam, Severusie?
Mistrz Eliksirów zakrztusił się.
- Widzisz, panie… Eee… Ja… to znaczy… Wolę kobiety.
Błysk zrozumienia na twarzy Voldemorta.
- Może powinieneś spytać o to Lestrange?
- Ech, Bellatrix. – Voldemort machnął ręką, z lekceważeniem. – Ona mnie po prostu uwielbia. Uważa mnie za zabójczo przystojnego… Nie potrafiłaby ocenić mnie obiektywnie.
Czarny Pan przyjrzał się uważnie swojemu słudze, zawsze tak świetnie ukrywającego emocje. Severus nieskutecznie próbował zakamuflować zdziwienie i rozbawienie.
- Widzisz, Severusie. Jako przyszły władca świata powinienem zadbać o swój imidż.
- Ach, tak… - Snape pokiwał głową z powątpiewaniem.
- Wracając, jak myślisz, czy coś powinienem zmienić w swoim wyglądzie?
- Eee… to znaczy… niektórzy… zwracają uwagę… na tak… hmm… nieistotne dodatki jak włosy…
- Włosy. – powtórzył przyszły władca świata. – Włosy.
*
- Severusie, chodź tu na minutkę. – Lucjusz wskazał gestem jakieś drzwi. – Muszę z tobą poważnie porozmawiać.
Snape ukłonił się po raz ostatni i wszedł za Malfoy’em.
- O czym chcesz pogadać, Lucjuszu?
- O naszym panie. – odparł poważnym, cichym głosem jasnowłosy mężczyzna. – Z nim jest naprawdę źle!
- Czemu tak sądzisz? – Mistrz Eliksirów spojrzał uważnie na Malfoy’a.
- Ostatnio… może nie powinienem ci tego mówić… cóż… ostatnio pan kazał mi przynieść sobie pisma mojej żony, np. „Czarownicę” i „Bądź piękna”... to nie jest normalne!
Snape kiwnął głową.
- Pewnie masz rację. Ale nie możemy zwątpić w geniusz naszego pana. Nie wyciągaj pochopnych wniosków, Lucjuszu. Jednakże to co mówisz jest w istocie niepokojące. Czarny Pan kazał mi zostawać po naszych spotkaniach, zajmę się tą sprawą. A ty donoś mi o wszystkich… dziwnych rzeczach, jakie zaobserwujesz…
*
- Chcesz mi powiedzieć… - twarz wuja Vernona poczerwieniała jeszcze bardziej, przypominając kolorem dojrzałe truskawki. - …że jakiś… Hrabia Valdemar chce dorwać naszą rodzinę z twojego powodu?!
- Właściwie to tak... i nie Hrabia…
- A więc wynoś się stąd, gamoniu! – ryknął wuj, nie powstrzymując furii. Małe oczka rozszerzyły się, nadając wygląd szaleńca. – Wynoś się! Tyle lat dbaliśmy o ciebie, a ty odwdzięczasz się nam…
- On nie może stąd odejść, Vernon! – przerwała mu ciotka Petunia, blada i wystraszona.
- Niby dlaczego?
- Złożyłam przysięgę… on nie może…
- I co się stanie, jak nie dotrzymasz jakiejś głupiej obietnicy?
- Wolę nie wiedzieć… - szepnęła ciotka, wracając do cucenia Dudley’a. Wobec tego wuj zwrócił się do Harry’ego.
- I jakiś magiczny Darth Vader zaraz tu przyjdzie i nas pozabija? Napisz do swoich głupich przyjaciół, aby cię stąd zabrali! Nigdy nie zamierzałem za ciebie umierać, chłopcze!
- Voldemort nie może tu wejść! – odparł zniecierpliwiony Harry. – Nie może wejść do domu. W domu jesteśmy bezpieczni. Zresztą jemu zależy na zabiciu tylko ciotki Petunii.
- Czego chce ten Baron jakiś tam od Petunii?!
- Nie baron, lord!
- Lord, baron, co za różnica! Co ma z tym wszystkim wspólnego Petunia?!
- Jest siostrą mojej matki! Jest z nią spokrewniona! Moja matka oddała życie za mnie, dlatego…
- Petunia też musi?! – przeraził się wuj. Harry złapał się z głowę.
*
Mistrz Eliksirów znowu pozostał po spotkaniu. Voldemort gestem nakazał mu iść za sobą. Zaprowadził go do swojego pokoju.
Chłodną komnatę wypełniała ciemność i jakaś dziwna, ciężka, nieprzyjemna atmosfera. Snape wyczuwał ją, uznał za wyjątkowo duże stężenie czarnej magii.
W lewym rogu stało wielkie, hebanowe łoże, ze szmaragdową pościelą. Niedaleko ogromnego okna stały półki, uginające się pod ciężarem książek o mrocznych tytułach. W prawym rogu piętrzyły się różne czarnoksięskie instrumenty i artefakty. Natomiast na czarnym biurku leżał stosik kolorowych pisemek…
- Zacznijmy. – powiedział Czarny Pan złowieszczym tonem. Snape zastanawiał się, co mają zacząć, gdy przyszły władca świata wziął kilka magazynów, oglądając je z miną znawcy. – Jakie włosy by do mnie pasowały?
Severus przełknął ślinę. Był Mistrzem Eliksirów, doskonałym legilimentem, świetnie się pojedynkował… Ale w życiu nie interesował się wyglądem, modą itp. Od tego był przecież taki Lockhart…
Co by pasowało do Voldemorta? Do bladego pół-węża, o czerwonych oczach, wybrakowanych nosie i cherlawej sylwetce… Prawdę mówiąc jedyną fryzurą, która jako tako pasowała do Czarnego Pana byłby czerwony irokez, w którym mógłby chodzić po mieście, razem z podobnymi sobie osobnikami, wrzeszcząc gardłowym głosem: „Wojna! Anarchia!”. Tego jednak Severus na głos nie zamierzał powiedzieć.
Następną godzinę spędzili na wyczarowywaniu różnych fryzur. Voldemort uparł się, że jak już ma mieć włosy, to czarne.
Czarne loki. Proste włosy, lekko falowane, krótkie, długie… Nie znaleźli nic odpowiedniego…
*
Czarny Pan miał czarny humor. Po pierwsze – w tym tygodniu rzucił tylko dwie Avady (o tej niecelnej starał się zapomnieć). Po drugie – wydawało mu się, że się zmienia, staje się pobłażliwy dla śmierciożerców… On, Lord Voldemort, ma być uosobieniem okrucieństwa! Po trzecie (i najważniejsze) – w snach i na jawie nawiedzała go wizja przerażonych, niebieskich oczu. To przez nie zachowywał się tak dziwnie (zdawał sobie z tego sprawę). Przez nie miał problemy z wymyśleniem sensownego planu, dotyczącego Ministra Magii (on – geniusz i mistrz we wszystkich dziedzinach magii!). Przedtem obsesyjnie myślał o planie porwania Pottera, teraz pewna mugolka stała się jego obsesją…
„To chore! Salazarze… Nie, to nie może być żadna… miłość…” cały czas nie potrafił myśleć o sobie w kategoriach miłości. „To tylko… chwilowe zaćmienie…”
__________________
Okrągły pokój wspólny Ravenclawu przypominał klatkę dla kanarków – wpuszczone w ściany filary podtrzymujące półkoliste sklepienie całkiem zgrabnie udawały pręty. W zachodniej ścianie widniało kilka okien – szyby w ich górnych, półokrągłych ćwiartkach pokryte były rysunkami kruków. Magiczne ptaki trzepotały skrzydłami lub poprawiały pióra, wypełniając wnętrze barwnymi błyskami światła. Pokój utrzymany był w odcieniach błękitu i brązu.
Stowarzyszenie Snaperek
|
|
|
04-22-2009, 17:33
|
#3
|
|
Świr wymagający opieki
Zarejestrowany: Jun 2008
Posty: 308
|
Rozdział trzeci
- Masz rację. – Dumbledore z powagą pokiwał głową. – To rzeczywiście bardzo dziwne. Jesteś pewien, że nie odkrył twojej zdrady?
Snape potrząsnął przecząco głową.
- To niemożliwe. To nie jest w stylu Czarnego Pana. On nie bawi się ze zdrajcami w kotka i myszkę.
- A czy w jego stylu jest… jak to sam określił… dbanie o „imidża”?
Severus zasępił się jeszcze bardziej.
- To także nie. Ale to wszystko jest z pewnością w jakiś sposób powiązane z Potterem… Czarny Pan zachowuje się dziwnie od czasu wyprawy na Privet Drive.
- Ta sprawa robi się coraz bardziej zagmatwana. Już nie wiem, co jest bardziej zdumiewające: mdlejący Voldemort, czy dbający o swój wygląd… - urwał, widząc na twarzy swojego szpiega mieszaninę bólu i lęku.
Snape złapał się za lewe ramię, które piekło go niemiłosiernie. Podciągnął rękaw i ujrzał Mroczny Znak, bardzo wyraźny i przeraźliwie czarny.
- Wzywa mnie teraz… - powiedział cicho Severus. Szybkim krokiem wyszedł z gabinetu, pozostawiając dyrektora sam na sam z jego obawami.
Jednym, kocim ruchem otworzył drzwi od swojego mieszkania w lochach. Założył maskę i pelerynę śmierciożercy. Wyjął z szafeczki świstoklik, jakiego zwykle używał w takich momentach, by prędko przenieść się w miejsce, z którego może się aportować.
Mimo, że słońce jeszcze nie zaszło Malfoy Manor jak zwykle było pogrążone w mroku i ciemności, które idealnie oddawały charakter tego złowrogiego miejsca. Szybko odnalazł ukryte drzwi, przeszedł przez nie i ruszył w kierunku lochów, w których zwykle odbywały się spotkania.
W lochach nie było Voldemorta.
- Pan oczekuje ciebie w swojej komnacie. – Lucjusz pojawił się cicho i niepostrzeżenie.
- W jakim pan jest humorze?
- Raczej nie jest na ciebie zły. – odparł Malfoy, rozwiewając severusowe wątpliwości.
Snape wspiął się po marmurowych schodach i dotarł do komnaty czarnoksiężnika. Zapukał mocno, syczący głos pozwolił mu wejść.
Wszedł powoli o ostrożnie cicho zamykając drzwi. W pokoju nie było tak ciemno jak poprzednim razem: jedna, zapalona pochodnia wisiała nad biurkiem.
Spojrzał na Lorda Voldemorta i zachłysnął się.
Dumną, bladą twarz Czarnego Pana okalały czarne, proste kosmyki, sięgające ramion. Jego nowe włosy do złudzenia przypominały fryzurę Severusa, tyle że nie były takie tłuste.
Prawdę mówiąc, Voldemort prezentował się całkiem nieźle. Nowa fryzura sprawiła, że wyglądał on jeszcze groźniej niż do tej pory (tak, to możliwe), a także wzbudzał mniejszą odrazę, niż gdy świecił nagą, wężowatą czaszką.
- Coś nie tak? - czarodziej próbował odczytać wyraz twarzy sługi: czy był to zachwyt, czy obrzydzenie.
- Wspaniale, mój panie… - odparł Snape zdławionym głosem. – To jest… eee…. naprawdę świetne…
- Pewnie zapytasz, skąd taki pomysł? – triumfował Czarny Pan. – Po prostu uświadomiłem sobie, jak twoje włosy świetnie pozostawiają twoją twarz w cieniu i mroku. Stałem się bardziej tajemniczy…
Takich słów Severus oczekiwałby od Lockharta, ale nie od Voldemorta! Toteż wybałuszył oczy jeszcze bardziej tak, że prawie wyszły mu z orbit.
- Oczywiście pomyślałem o skutkach owej zmiany. Wszyscy by pomyśleli, że ściągnąłem ów pomysł od ciebie… Ja! Ściągnąłem! Rozumiesz wagę tej sytuacji. Dlatego nakazuję ci skrócić włosy i… może zmienić kolor…
Mistrz Eliksirów najpierw złapał się za serce, a następnie podszedł do ściany, by się o nią oprzeć. Z trudem oddychał, gdy jego mózg przyswajał usłyszaną informację.
„Mam zmienić fryzurę…” dotknął swoich brudnych, lepiących się kosmyków. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak jest do nich przywiązany. Zetnie je… I co? Owszem, będzie ich mniej do mycia, to też jest jakaś zaleta… I jeszcze ma zmienić ich kolor?! Kochał czerń. Mieszkał w lochach, w ciemnościach, uwielbiał mrok, a coś, z czym będzie na co dzień, przez dwadzieścia cztery godziny… ma mieć jakiś inny, okropny, nieczarny kolor?!
„Prędzej zginę!” pomyślał i wtedy dotarło do niego, że właśnie stoi w obliczu śmierci. Albo znikną jego tłuściutkie, ciemne kosmyczki, albo zniknie on – z tego świata.
Przełknął ślinę.
- Ale… mam to zrobić teraz? – pisnął cichutko, zupełnie niemęskim, nieseverusowym głosem.
- A kiedy chciałeś? Już, skróć je. Niech mają długość… no, choćby włosów Pottera!
To już był cios poniżej pasa. Perspektywa posiadania włosów o tej samej, wstrętnej długości, co Harry Potter, a co za tym idzie – James Potter, przerażała go jeszcze bardziej.
- A nie mógłbym ich… przedłużyć?
Voldemort zaśmiał się krótko.
- Severusie, nie bądź śmieszny. No, już!
Snape zamknął oczy. Wyjął różdżkę i przytknął ją do głowy. Ręce trzęsły się, a on sam pływał właśnie w otchłani rozpaczy. Usłyszał zniecierpliwiony oddech Czarnego Pana.
- Nie denerwuj mnie, Severusie! Incido! – z jego różdżki wypełzł granatowy strumyczek, który, po dotarciu do głowy Mistrza Eliskirów, skracał jego włosy. W końcu zakończył ów przykry zabieg. – Gotowe! – stwierdził tonem artysty, oglądającego swoje dzieło.
Snape otworzył oczy i spojrzał w bok. Zwykle wisiały tam przyjemnie lepiące się kłaki. Dotknął swojej głowy. Włosy opadały mu bezradnie, a długość miały identyczną, co Potter.
- I nie próbuj przy nich czegoś majstrować! Teraz kolor…
- Jak najciemniejsze… - wykrztusił słabym głosem Severus. – A nie mogą pozostać czarne?
- Nie! – zaprzeczył kategorycznie Czarny Pan. Machnął różdżką, Snape poczuł, że przechodzą go ciarki. – No, idealnie. To tyle, Severusie. Jutro jest spotkanie. Możesz już iść!
Mistrz Eliksirów wykonał dziwny ruch, mający zapewne być ukłonem, po czym wyszedł bez słowa, zakrywając głowę rękoma.
Aportował się natychmiast na skraj Zakazanego Lasu, a potem biegł, biegł przez błonia, byleby jak najszybciej dostać się do swoich czarnych, mrocznych, zimnych lochów…
Gdy tylko do nich dotarł runął na miękką, ciemną kanapę. Leniwym machnięciem różdżki przywołał butelkę Ognistej Whisky. Ona zawsze potrafiła postawić go na nogi.
Po pierwszym łyku ponownie sięgnął po różdżkę. Wyczarował lusterko, lecz bał się w nie spojrzeć. Zacisnął mocno powieki. Wypił jeszcze potężny łyk whisky i otworzył oczy…
Spojrzał w zwierciadło.
Odbijały się w nim czarne, przerażone oczy, wąskie usta, zaciśnięte w kreskę oraz długi, zakrzywiony nos. Na głowę niewątpliwie jego odbicia spadały kanarkowo żółte, tłuste kosmyczki…
__________________
Okrągły pokój wspólny Ravenclawu przypominał klatkę dla kanarków – wpuszczone w ściany filary podtrzymujące półkoliste sklepienie całkiem zgrabnie udawały pręty. W zachodniej ścianie widniało kilka okien – szyby w ich górnych, półokrągłych ćwiartkach pokryte były rysunkami kruków. Magiczne ptaki trzepotały skrzydłami lub poprawiały pióra, wypełniając wnętrze barwnymi błyskami światła. Pokój utrzymany był w odcieniach błękitu i brązu.
Stowarzyszenie Snaperek
|
|
|
04-22-2009, 17:34
|
#4
|
|
Świr wymagający opieki
Zarejestrowany: Jun 2008
Posty: 308
|
Rozdział czwarty
Przez chwilę siedział nieruchomo, wytrzeszczając oczy. Obrzydliwie żółte, obleśne, okropne, wstrętne… Snape trząsł się pod nadmiarem epitetów, nawiedzających jego głowę, które mogły określić te straszne kołtuny.
„I to ma być… dbanie o imidża?! Kosztem mojego własnego?!” jeszcze nigdy nie czuł tak wielkiej nienawiści. Jego słodziutkie, czarne włosy zniknęły…
Ktoś zapukał, ale on nie miał nawet siły powiedzieć „proszę”. Do komnaty wszedł Dumbledore.
- Już jesteś, Seve… - dyrektor zamilkł, obserwując ze zmarszczonym czołem nową, kaczuszkowo-żółtą fryzurę Snape’a. Po chwili wybuchł głośnym śmiechem. – Możesz mi to wyjaśnić, Severusie? To jakaś nowa moda? Wybacz, ale masz włosy koloru moich dropsów cytrynowych…
Mistrz Eliksirów jęknął i ukrył twarz w dłoniach. Po chwili wytłumaczył Albusowi, co się stało. Dyrektor najpierw próbował okazywać współczucie poszkodowanemu, ale pod koniec historii, trzymał się za bolący ze śmiechu brzuch i chichotał cichutko.
Snape spojrzał na niego ponuro.
- Zero szacunku i litości dla cudzego nieszczęścia. – powiedział grobowym głosem.
- Przepraszam… ale te twoje… włosy… - straszy czarodziej wybuchnął śmiechem, łzy pociekły mu po pomarszczonych policzkach. – Zresztą… to tak absurdalne! Severusie… a używałeś może magii? – Mistrz Eliksirów złapał się za głowę.
Złapał różdżkę i mruknął:
- Finite incantatem!
Błękitny promyczek dotknął głowy Severusa, ale nic się nie wydarzyło.
- Obawiam się – powiedział wolno Dumbledore – że Voldemort uniemożliwił nam cofnięcie tego zaklęcia.
- Czyli… do końca życia będę miał obleśne, żółte włosy?!
- Do śmierci Voldemorta. – poprawił Albus. Snape prychnął.
- O tak, a Potter załatwi go za miesiąc. Już to widzę.
- Spójrz na to z innej strony. Bardzo do twarzy ci w żółtym. A w dodatku wiele kobiet…
Umilkł, widząc kwaśną minę Mistrza Eliksirów.
*
Petunia nie należała do odważnych kobiet. To Lily zawsze była mądra, dzielna, piękna i obrzydliwie słodka. Wzdrygnęła się na samą myśl o siostrze.
Mimo braku odwagi, Petunia miała duszę niepoprawnej romantyczki. I właśnie przez ten piekielny romantyzm istniała rzecz, której Petunia zazdrościła czarodziejom.
Czarodzieje mogli walczyć ze swoimi głupimi niebezpieczeństwami. Mogli stawić czoło śmierci. Lily jak zwykle miała lepiej. Nie, Petunia nie zazdrościła jej, że umarła.
Lily zasłoniła własnym ciałem jedynego syna przed okrutnym mordercą, który uprzednio zabił jej męża… A jej mąż umarł, by ją chronić… Czy to nie jest romantyczne?
Nie żeby Petunia chciała stanąć między śmiercią, a synem. A może Dudley rzuciłby się przed nią, z rycerskim wyrazem twarzy i stanowczością, pogodzony ze śmiercią… Albo Vernon?
Petunia nikomu nie życzyła śmierci. Ale to było takie romantyczne!
Pamiętała te porywcze, zabójczo czerwone i szyderczo okrutne oczy. Oczy mężczyzny, który chciał zabić właśnie ją, więc teraz wszyscy powinni ją chronić przed bestialskimi zamiarami tego człowieka. Petunia nie była do końca pewna, czy owo monstrum to człowiek, ale to jeszcze romantyczniej! Uwięziona w wysokiej wieży przez potwora, oczekująca na ratunek…
Najwspanialsze było to, że owa człowiekopodobna istota na jej widok zemdlała. Na pewno zobaczyła promieniujące piękno i dobro z jej romantycznego oblicza i straciła przytomność… To takie cudowne!
Czerwone oczy istoty najprawdopodobniej płci męskiej bardzo ją zaintrygowały. Jednakże na razie bała się ryzykować wyjście na ulicę. Czasem trzeba pomyśleć rozsądnie, ignorując romantyczny umysł, domagający się kolejnej dawki romansideł i czerwonych oczu.
*
- Nudzę się. – Powtórzył Voldemort, pragnąc wyrwać śmierciożerców z osłupienia. – Nudzę. Się. – Malfoyowie stali jak wryci, wybałuszając oczy w ciemne włosy swego pana. Avery, Nott i Goyle śmiesznie przekręcali głowy, przyglądając się czarnym kosmykom z zagadkowymi minami. Bellatrix, zaćmiona uwielbieniem, uśmiechała się, wlepiając cielęce spojrzenie w szkarłatne oczy Czarnego Pana. – Nudzę! Się! – Snape stał z tyłu, z kapturem zasłaniającym włosy koloru świeżych cytryn. – Dlatego też dzisiaj… -Zawiesił złowieszczo głos, a młodsze szeregi śmierciożerców zadrżały. – Wybierzemy się na małą wycieczkę. Jest w Londynie pewien sierociniec… - czarni słudzy zrozumieli. Crabbe roześmiał się szyderczo, Rookwood zacierał ręce ochoczo. Zapowiadała się niezła zabawa. – Nudzę się! – Powiedział znowu z naciskiem Voldemort, bojąc się, aby nikomu nie przyszło do głowy, że ta wyprawa ma inny cel.
Miała inny.
Czarny Pan od dawna uwielbiał torturować, wymyślać złowrogie klątwy… W końcu każdy ma jakieś hobby. Czarodziej miał cichą nadzieję, że zabawa oderwie go od nękających go myśli i wspomnień…
Wodniste, błękitne oczy…
*
Od czasu niefortunnego snu z Syriuszem w roli głównej, jaki zafundował mu Voldemort, Harry uparcie ćwiczył oklumencję. Przed snem spędzał pół godziny na oczyszczaniu umysłu. Nie dawało to jednak większych efektów. Sny nie były już tak częste, ale to zapewne dlatego, że Czarny Pan nie musiał już skłaniać Harry’ego do odwiedzenia Ministerstwa Magii.
Syriusz. Przez niego Harry spędził dwie godziny na przekręcaniu się z boku na bok. Pamiętał oczy Syriusza, pełne kpiny i szyderstwa, wpatrzone w okrutną kuzynkę.
„Bellatrix!” Harry pomyślał o niej z nienawiścią, przysięgając zemstę.
W końcu jednak zmorzył go mocny sen.
Śniło mu się, że lata na miotle. Wypatrywał znicza, a wokół niego latały setki Malfoy’ów, wołających: „O, tam jest znicz!” i wskazujących w inne kierunki.
Nagle usłyszał znajome szczeknięcie. Na trybunach stał czarny pies. Serce zabiło mu mocniej. Syriusz!
Zniżył miotłę, powoli lądował…
Cały czas leciał, uśmiechając się na myśl o czekającej go rozrywce. Zapowiadała się wspaniała noc! Ścisnął mocniej miotłę. Już niedaleko.
Poznawał okolicę. Szara, ponura, bezludna. Tak idealnie oddające klimat tego obrzydliwego miejsca…
Pamiętał każdy spędzony tu dzień. Każdy posiłek, każdy wyjazd, każdego psikusa, jakiego zrobił rówieśnikom. Pamiętał tą starą jędzę Cole i wszystkie inne okropne mugolki…
Zemsta jest rozkoszą bogów…
Sięgnął po różdżkę.
- To tutaj!
Zabije każdego, nędznego mugola…
Mugol…
Zadrżał. Za każdym razem, gdy myślał o mugolach, nawiedzały go te niebieskie oczy. Poczuł, że chce, aby ona była tutaj… blisko… i jej oczy patrzyły z…
Nie, tak dalej być nie może! Teraz zajmujemy się zabijaniem mu…mugoli!
Śmierciożercy lecieli za nim i wylądowali na miękkiej trawie. Zardzewiałe huśtawki poruszał wiatr, powodując denerwujące skrzypienie, które znał tak dobrze.
Nic się tu nie zmieniło. Rozwalona piaskownica, w której było pełno połamanych łopatek, nie… niebieska zjeżdżalnia, o którą biły się wszystkie mugolskie dzieci. Z wyjątkiem jego.
- Panie? – Malfoy odważył się podejść. – Czy może…?
- Tak, już idziemy. – Warknął. Czy bezczelność Malfoy’a nie znała granic?
Podszedł do drzwi, które odleciały, gdy machnął różdżką.
Nic się tu nie zmieniło. W stara podłoga nadal trzeszczała, schody także wyglądały tak samo.
Znał drogę. Tu mieszkała Cole. Otworzył drzwi do pokoju dyrektorki sierocińca.
Jakaś młoda kobieta leżała na łóżku. Obudził ją hałas. Podniosła głowę, rozejrzała się nieprzytomnie, a gdy jej oczy napotkały jego białą twarz, zastygły w przerażeniu. Miała niebieskie…
Niebieskie… Jak… jak oczy… niebieskie oczy zastygłe w przerażeniu… niebieskie…
Harry obudził się, zlany potem. Tępy ból rozsadzał mu głowę. Trzęsącą ręką dotknął blizny.
Cieszył się, że się obudził. Nie chciałby zobaczyć tych wszystkich tortur, jakie czekały biedne dzieci tej nocy. Co sieroty Voldemortowi zawiniły?
„Chciał rozrywki, to jasne. I…” Harry zmrużył oczy, starając sobie przypomnieć szczegóły wizji. Czarne kosmyki spadające na ramiona… „Voldemort ma włosy? Co się z nim, na Merlina, dzieje? Najpierw mdleje, potem te włosy…?” skupił się jeszcze bardziej. „Niebieskie oczy?”
Harry skądś je znał. Miał wrażenie, że widział je bardzo wiele razy.
Błękitne oczy, o kształcie migdałów. Rozszerzone ze strachu. Wodniste oczy…?
Ciotka Petunia!!!
__________________
Okrągły pokój wspólny Ravenclawu przypominał klatkę dla kanarków – wpuszczone w ściany filary podtrzymujące półkoliste sklepienie całkiem zgrabnie udawały pręty. W zachodniej ścianie widniało kilka okien – szyby w ich górnych, półokrągłych ćwiartkach pokryte były rysunkami kruków. Magiczne ptaki trzepotały skrzydłami lub poprawiały pióra, wypełniając wnętrze barwnymi błyskami światła. Pokój utrzymany był w odcieniach błękitu i brązu.
Stowarzyszenie Snaperek
|
|
|
04-22-2009, 18:11
|
#5
|
|
Jeszcze zdrowy miłośnik fantasy
Zarejestrowany: Mar 2009
Posty: 170
|
Muszę stwierdzić, że czwarta część jest już mniej absurdalna i śmieszna. Bardziej przypomina fick akcji, niż absurd. Nie narzekam, ale mam nadzieję, że w następnej części znowu spadnę z krzesła na myśl o mdlejącym Voldemorcie z cz. 1, jego "imidżu" z drugiej i kanarkowożółtych włosach Snape'a z trzeciej... No, mam nadzieję, że mnie zaskoczysz. : d
Ale to też oczywiście było ciekawe. :d
|
|
|
04-22-2009, 18:41
|
#6
|
|
Świr wymagający opieki
Zarejestrowany: Jun 2008
Posty: 308
|
Ta część musiała taka być. Któraś musi tłumaczyć późniejsze zachowania bohaterów itd. Ale mam pomysł na następną. I to dość głupi =)
__________________
Okrągły pokój wspólny Ravenclawu przypominał klatkę dla kanarków – wpuszczone w ściany filary podtrzymujące półkoliste sklepienie całkiem zgrabnie udawały pręty. W zachodniej ścianie widniało kilka okien – szyby w ich górnych, półokrągłych ćwiartkach pokryte były rysunkami kruków. Magiczne ptaki trzepotały skrzydłami lub poprawiały pióra, wypełniając wnętrze barwnymi błyskami światła. Pokój utrzymany był w odcieniach błękitu i brązu.
Stowarzyszenie Snaperek
|
|
|
04-22-2009, 20:00
|
#7
|
|
Jeszcze zdrowy miłośnik fantasy
Zarejestrowany: Mar 2009
Posty: 170
|
Cytat:
|
Ale mam pomysł na następną. I to dość głupi =)
|
Ooo. Bosko. Już chcę wiedzieć, jaki. ; ]
|
|
|
04-23-2009, 16:37
|
#8
|
|
Fan "Strefy 11" i tarota
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 67
|
;))
Czasem im głupsze pomysły, tym lepsze dla historii.
Nie mogę się doczekać kolejnej części ;]
|
|
|
04-23-2009, 17:54
|
#9
|
|
Praktykant Voodoo
Zarejestrowany: Apr 2009
Lokalizacja: Okrutna Barcelona
Posty: 790
|
no to teraz ja...Nie będe ukrywać, ze poprzednie części były lepsze. jesli piszesz prawdę to mogę się spodziewać czegoś lepszego w cz.5, wiec czekam. Gdybym mogła dać ci ocenę to pewnie dałabym Z ze względu na fenomen poprzednich rozdziałów. Ten byl taki nijaki. Ni to komedia ni to romans...Po prostu nie
|
|
|
04-23-2009, 19:28
|
#10
|
|
Junior Member
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 2
|
No właśnie. Takie to jakieś ni jakie. Ta część nie jest za ciekawa. Podobno taka miała być, bo akcja się rozwija. Ale mogłaś wcisnąć chociaż coś śmiesznego. Może wyglądałoby trochę lepiej. No ale skoro następna część będzie ciekawsza to nie miałam wyboru. Musiałam przeczytać tę. No ale ja się już na przyszłość zapowiadam, że na 100% przeczytam następną część. Chociaż ta doskonałością nie grzeszyła  .
|
|
|
Zasady postowania
|
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts
kod HTML jest Wył.
|
|
|
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 13:20.
|
|