Wróć   HPN.pl > Pozostałe > Kosz

Odpowiedz
 
Narzędzia tematu Wygląd
Stary 10-12-2009, 21:33   #1
Ashamyn
Czytelnik horoskopów
 
Ashamyn na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: May 2007
Lokalizacja: Miasto nad Brdą
Posty: 25
Wyślij wiadomość przez ICQ do Ashamyn
Domyślnie Lowell: Po drugiej stronie wody

Tekst jest niekanoniczny. Staram się go wkomponować w treść książek, ale wszystko to znacząco odbiega od głównej treści HP, tak więc osoby, które takich rzeczy nie lubią, mogą od razu wyjść z tego tematu. Tak samo jest, jeśli idzie o Ginny. Tekst jest poświęcony jej, niezależnie od tego, czy ktoś ją lubi czy nie.
Neologizmy? Zdarzają się. Nie uważam ich za błąd, vide słowo „osoplały”. Także proszę się ich nie czepiać, o ile nie wyglądają na ewidentne błędy – w takim przypadku zezwalam na gryzienie autorki. Ba, nawet o to gryzienie proszę, bo wiem, że strzeliłam mnóstwo byków. Także proszę mnie poprawiać, zwracać mi uwagi itede itepe... Dobra, koniec. Jak to ja mówię: hope you like it!

edit: tak btw to jak wszem i wobec wiadomo, komentarze karmią wena


Tetralogia Lowellowa:
1. Po drugiej stronie wody
2. ...
3. ...
4. ...



L O W E L L
Po drugiej stronie wody


Czas taki jest gdy wracam do dna
Myślę o tym wtedy
Czy mogłam zmienić coś

Nie mogę zmienić nic

Chciałabym by tak
Wrócić było można
Wygrać co przegrane
Naprawić co zburzone

Nie mogę zmienić nic

Moonlight - "Nie mogę zmienić nic"



P R O L O G


Obficie posypane żwirem ścieżki, których liczne odgałęzienia tonęły między ośnieżonymi krzakami i osoplałymi krzewami badylastych róż, zdawały się być jeszcze bardziej tajemnicze niż zwykle. Śnieg na poboczach ścieżek, niezadeptany przez żadnego z uczniów, skrzył się w świetle gazowych latarni, poustawianych na całych błoniach na specjalne życzenie profesor Burbage. Hogwart wyglądał dziś inaczej niż zazwyczaj, inaczej niż kiedykolwiek, inaczej niż jakiejkolwiek zimy. Był taki, jakiego nie znali go do tej pory obecni uczniowie, ani nawet ich rodzice czy dziadkowie. A i nawet ponad to sto lat temu, kiedy to ostatni raz zamek Hogwart miał okazję zachłysnąć się taką chwałą, śnieg zdawał się być bardziej szary i mniej lśniący niż dzisiaj, wieże i wieżyczki mniej dostojne i strzeliste, a kamienne schody mniej majestatyczne. Hogwart był tego wieczoru nie zamkiem, a pałacem, pełnym chłopców w strojnych szatach i dziewcząt w bajecznych sukniach.
Śnieg prószył leniwie z nieba, okrywając świeżutką warstwą wszystko poza żwirowymi ścieżkami, po których przechadzały się liczne pary w elegancko skrojonych płaszczach z barwionej na czarno smoczej skóry. Dziewczęta zalotnie skubały rozmaite bolerka, prostowały nóżki w błyszczących pantofelkach i chichotały bez przerwy, a chłopcy... no właśnie... To po nich wzrok Ginny prześlizgiwał się najczęściej, zatrzymując na dłuższą chwilkę na tych, którzy mieli czarne włosy bądź okulary. Jeżeli któryś z nich spełniał oba te warunki, spojrzenie Gin stawało się jeszcze bardziej natrętne, do czasu, aż odkrywała, że patrzy jednak nie na Harry'ego Pottera, a chuderlawego Edmunda Greysta czy niskiego jak na swój wiek Artura Rabenschreya.
- Chcesz wejść do środka? - zapytał Neville, biorąc Gin pod rękę. Złapała go z uśmiechem.
- Wejdźmy – odpowiedziała bez zastanowienia.
Śnieg sypał dalej, przykrywając Hogwart białym puchem, a liczne pary sunęły po ścieżkach, które tonęły między osoplałymi krzakami i ośnieżonymi badylami róż.


***


Miała już całe trzynaście lat i duszę, na której od kilku miesięcy powoli zaczynały goić się rany, rozdrapaną jakby pazurami drapieżcy na wiele różnych kawałków. Coraz częściej bywała ostatnio pogrążona we własnych myślach, we własnym małym świecie, który próbowała bezskutecznie odbudować na fundamentach, nie do końca zburzonych. Nie mówiła nikomu o tym, że są rzeczy, z którymi nie może sobie poradzić i które ją przerastają. Czuła czasami, jakby były w niej dwie osoby: jedna roześmiana i pogodna, i bestia, która grasowała po jej umyśle i czatowała na dogodny moment. W głębi świadomości czuła, że to bestia jest jej prawdziwym obliczem, które do tej pory trwało gdzieś tam, uśpione. Bestia, która dążyła do rozszarpania swojej ofiary. Tą ofiarą był umysł Gin, gdzieś tam spętany we własnych sieciach, schowany za maską idealnej aktorki: szczęśliwej i przykładnej córki, jaką była od zawsze. Do niegdyś.
Nie chciała zwierzać się nikomu ze swoich problemów, aby nimi nikogo nie obarczać. Problemów? Jakich problemów? Gin nie traktowała ich właściwie jako problemy; przejście między tym, co było dawniej, do tego, co było teraz, było zbyt płynne, aby mogła je w ogóle dostrzec. Problemy stały się codziennością, codziennym zmaganiem z otaczającym ją światem i samą sobą. Czuła się jak w pędzącym pociągu, który coraz bardziej przyspieszał, dążąc w stronę przepaści. Chciała wyskoczyć, ale nie umiała, bo zabiłby ją sam pęd. Mogła zostać: zabiłaby ją katastrofa.
Nie nazywała nigdy Toma jego przybranym imieniem. Poznała go innego, może nie do końca innego, ale jednak młodego, przystojnego i bardzo sympatycznego. Pociągała ją w nim ta jego władczość, dominacja, jaką potrafiłby przejąć, gdyby trzeba było. Nie kochała go, o nie – jego nie można było kochać, nikt by nie potrafił go kochać i tym bardziej utrzymać jego miłości, o ile w ogóle by taka się pojawiła. Ale kiedy skrobała piórem w tym, co kiedyś było jej pamiętnikiem, czuła, jakby Tom był jej najlepszym przyjacielem. Oddała mu cząstkę siebie, swoje obawy i marzenia, plany na przyszłość, głaszcząc poszarpane stronice delikatnymi pociągnięciami pióra. Kolejne litery pojawiały się bardziej bezwiednie, nawet nie myślała o tym, co pisze; chciała, aby on wiedział o wszystkim. I wiedział.
Znaczył dla niej równie dużo, co Harry, tylko że w inny sposób. Była z nim związana więzią, która mimo tych wszystkich wydarzeń jeszcze nie pękła ostatecznie. Ale o tym się nie mówiło. Mówiło się o tym, że tylko Harry zna tę więź. Nie negowała. Nie chciała. Walczyła z nią sama.
Dzisiejszy wieczór należał do tych wieczorów, o których by opowiedziała Tomowi, gdyby jeszcze mogła. Oszronione wstążki niczym pajęcza sieć zawisły tuż pod sufitem hogwarckiego holu, razem z lampionami, z których zwisały pojedyncze sople lodu. W powietrzu unosił się zapach świerków i jodeł. Poręcze były poprzelatane naręczami ostrokrzewu, z którego wylatywały całe chmary rolifetków, kiedy tylko się je musnęło. Tuż przy schodach stały dwie olbrzymie choinki, z których zwieszały się liczne niebieskie bombki i srebrne łańcuchy. Zamek rozbrzmiewał śmiechem, któremu towarzyszyło od czasu do czasu stukanie kieliszków ze słodkim miodem pitnym. Ktoś czasem stłukł jakąś bombkę, którą potem zawiesił z powrotem po użyciu reparo.
- Odwieszę – zaproponował Neville, zdejmując Ginny z ramion płaszcz. Zgodziła się bez szemrania, patrząc w milczeniu, jak odchodzi w stronę jednego z pomieszczeń.
W zamku było ciepło, ale skrzyżowała dłonie na piersiach, czując nagłe dreszcze. Śmiechy rozbrzmiewały dalej. Ciekawiło ją, gdzie jest teraz Hermiona, i co na jej widok powiedział Wiktor. Pół dnia pomagała Hermionie w ułożeniu fryzury i miała nadzieję, że Wiktor to doceni. Powoli zaczęła wchodzić po schodach, poprawiając sobie zadziorne ramiączko, które jej spadało.
- W szatni są prawdziwe gargulce! - powiedział Neville, który do niej szybko dołączył. - I śpiewają kolędy!
Wielka Sala zdawała się być jeszcze większa niż zwykle. Trzy z czterech stołów gdzieś znikły, został tylko jeden, stojący samotnie w kącie. Na jego środku stała miniaturowa fonntanna, z której tryskał miód. Reszta stołu była całkowicie przykryta półmiskami pełnymi ciast, ciastek, tortów, lodów z gorącymi malinami i kieliszkami pełnymi czekoladowych kulek wypełnionych karmelem.
Na samym końcu została zmontowana scena, prawie całkowicie zasłonięta choinkami. U sufitu latały rolifetki, wplątując się czasem przypadkowo komuś we włosy, a pary, błyszcząc strojami, wirowały po parkiecie...
I nagle coś się zmieniło.
Gin odwróciła się gwałtownie.
Wszystko zamarło.
Pary zastygły w takich pozach, w jakich przed chwilą trwały, i nawet rąbki sukni, uniesione w pędzie, nie opadły. Rolifetki zatrzymały się w powietrzu, miód ściekający z fontanny zmienił się w stałą bryłę.
Ginny obróciła się powoli. Znała to skądś, znała ten stan, ten chłód, który nagle wtargnął do hogwarckich komnat.
- Sam-Wiesz-Kto... - wyszeptała, instynktownie cofając się w stronę stołu i szukając rozpaczliwie czegoś, czym mogłaby się bronić.
- Lord Voldemort...? - wyszeptał Sam-Wiesz-Kto głosem, w którym mimo poważnego tonu dało się wyczuć delikatne rozbawienie. - Tak... jak łatwo w chwili strachu przychodzą nam czasem do głowy myśli o osobach, które wyrządziły nam już raz krzywdę...
Złapała leżący przy jednym z talerzy nóż i wyciągnęła go przed siebie, celując w nieruchome posągi.
- Niezwyciężony Pan – kontynuował Voldemort – czyż nie? A zarazem taki sympatyczny, młody chłopiec... Takiego go pamiętasz, prawda?
Jeden z posągów poruszył się i Ginny błyskawicznie zwróciła się w jego stronę z nożem w wyciągniętej ręce.
Młody chłopak o szarych oczach i ciemnobrązowych włosach sięgających mu ramion spojrzał jej prosto w oczy, uśmiechając się kącikiem ust. Czarny płaszcz spływał mu z ramion i opadał na podłogę, zdecydowanie za długi jak na jego nie aż tak wysoką sylwetkę. To nie był Tom Riddle; to nie na swojego niedawnego oprawcę tak patrzyła.
- Ginevro... - wyszeptał, wyprostowując się. - Dobry wieczór.
Ashamyn jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 10-12-2009, 21:34   #2
Ashamyn
Czytelnik horoskopów
 
Ashamyn na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: May 2007
Lokalizacja: Miasto nad Brdą
Posty: 25
Wyślij wiadomość przez ICQ do Ashamyn
Domyślnie

R o z d z i a ł
1
Hallervorden

część pierwsza



Obudziła się z sercem, które biło jak oszalałe. Przez szczelinę w przepierzeniu wpadała blada smuga księżycowego światła, niemalże taka sama jak bodajże tej nocy, kiedy do Hogwartu włamał się Syriusz. Sen krążył jeszcze po pokojach i głaskał Ginny po ramionach, ale jego coraz bardziej mgliste obrazy zaczynały się już rozmywać.
Przewróciła się na bok i przytuliła mocno do poduszki. Czuła się samotna, tak bardzo samotna pośród wielu dziewcząt, z którymi spała w jednym pokoju, i tak przeraźliwie samotna wśród setek uczniów Hogwartu. Ostatnio takie noce zdarzały się jej coraz częściej. Bała się ich, a zarazem je kochała; trudno było samej wytłumaczyć sobie taką zależność, ale tak właśnie było. Tylko wtedy mogła całkowicie oddać się myślom, ale zarazem też tylko wtedy mogła pozwolić wewnętrznej bestii na polowania. I wtedy też najbardziej odczuwała swoją samotność.
Od pewnego czasu coraz częściej miała sny takie jak ten, gdzie była sama przeciwko temu jednemu, dziwnemu chłopcu. Zawsze w pięknej, zimowej scenerii, gdzie nic nie zapowiadało jego nadejścia. Zawsze na balu, gdy sukienka i eleganckie buty przeszkadzałyby jej w ucieczce. Zawsze na dworze padał śnieg, bielutki śnieg, i panowała cisza...
Z powrotem przewróciła się na plecy i ukryła twarz w dłoniach. Była pewna, że więcej tej nocy już nie zaśnie.
Usiadła na łóżku i delikatnie rozchyliła zasłony. Wiatr giął nieśmiało gałęzie drzew, upiornie poczerniałych w świetle księżyca. Wstała. Jeden z podgniłych liści przykleił się na chwilę do okna, a potem znikł wraz z podmuchem wiatru. Założyła szlafrok. Demelza chrapnęła głośno i na powrót zapadła cisza. Podłoga była zimna, chociaż schody zdawały się być jeszcze zimniejsze, kiedy Gin schodziła po nich boso do Pokoju Wspólnego.
W kominku jak zwykle trzaskały płomienie. Zegar wskazywał kilka minut po trzeciej. Rozsiadła się wygodnie w jednym z foteli i zapatrzyła w ogień, od którego biło przyjemne ciepło.
- Co ty tu robisz?
Spojrzała w bok i zabiło jej serce. Na fotelu w rogu pokoju siedział Harry, trzymając na kolanach wielkie, złote jajo.
- Nie mogę zasnąć – odparła. - A ty... - zapytała po chwili milczenia - ...ty próbujesz z tym jajem, tak?
- Też nie mogę zasnąć – mruknął, spoglądając na swoją turniejową zagadkę i głaszcząc ją delikatnie.
Na chwilę zapadła cisza.
- Świetnie poradziłeś sobie wtedy z tym smokiem, Harry...
- Dzięki.
- To było naprawdę coś... Świetnie latasz na miotle, wiele bym dała, aby tak umieć...
- Dzięki.
Siedzieli przez dłuższy czas w milczeniu wpatrując się w płomienie liżące drewniane ochłapy. Powieki ciążyły Gin coraz bardziej i bardziej. Światło odbijało się w złotej skorupie jaja, migotało, błyszczało... zupełnie jak te bombki, zawieszone na licznych choinkach, jak te łańcuchy, którymi były oplecione...
- Idź spać, Ginny - ciepły głos Harry'ego. Jakie znowu bombki? - Za parę godzin czeka nas ciężki dzień.
- Mmh – mruknęła. - Dzień jak co dzień... Najwyżej raz będę niewyspana.
Nie odpowiedział. Ogień trzaskał leniwie w kominku i rzucał na ściany długie cienie. A te cienie tańczyły na ścianie... Z lekkością i gracją zamiatały swoimi długimi sukniami i przecinały powietrze warkoczami. Ginny wstała nagle z fotela.
- Już czas! - rzuciła szybko w stronę Harry'ego, który siedział na fotelu w garniturze i dalej głaskał swoje jajo.
- Idź już, Ginny – powiedział Harry. - On na ciebie czeka...
- Neville? - zapytała Gin, chociaż wiedziała, że nie o niego chodzi. Harry potrząsnął głową. Położyła mu dłoń na ramieniu, po czym wyszła przez dziurę w portrecie. Srebrna suknia ciągnęła się za nią po schodach, kiedy po nich schodziła.


***


- Gin?
Otworzyła oczy, kiedy Dora potrząsnęła nieśmiało jej ramieniem. Szybko zdała sobie sprawę z tego, że zasnęła w Pokoju Wspólnym. Słońce raziło ją w oczy, kiedy starała się patrzeć na twarz Dory.
- Jesteś chora? - zapytała Dora z niepokojem.
- Nie – odpowiedziała Ginny, patrząc w stronę fotela, na którym jeszcze przed chwilą (czyżby?) siedział Harry. Fotel był pusty. - Ja... po prostu nie mogłam zasnąć, a potem to zrobiłam siedząc tu przed kominkiem...
- Aha. - W głosie Dory wyraźnie dało się wyczuć zatroskanie. - Powinnaś się pospieszyć, jeśli chcesz coś zjeść, bo za dwadzieścia minut mamy zaklęcia...
- Już? - Ginny jęknęła. - O Boże, która jest w ogóle godzina?
- Prawie dziewiąta, Gin... Naprawdę nie obudziłaś się, jak przechodzili tu inni?
- Nie.
- I na pewno nie jesteś chora? - Ginny potrząsnęła głową, ale Dora dalej przypatrywała się jej niepewnie.
- Idź coś zjedz, Gin – poradziła. - Spakuję ci podręczniki do torby.
- Dzięks...
Kiedy wstała, na podłogę zsunął się ciemnoczerwony koc z wyhaftowanym na złoto łbem lwa. Przez chwilę pomyślała, że to Harry ją okrył, ale potem uświadomiła sobie, że to na pewno był jeden z domowych skrzatów.
Tego dnia nawet tosty z dżemem nie smakowały dobrze.


***


Kiedy z na wpół zamkniętymi oczami zajęła miejsce w ławce, profesor Flitwick objaśniał już ruchy nadgarstkiem przy stosowaniu Duro. Stał przed katedrą i zdawał się być jeszcze niższy niż zwykle. Obok niego na podłodze stał półmisek z całkiem pokaźnym stosikiem czekoladowych kulek. Ginny wyjęła swój kajecik i pióro.
- ...przy czym należy pamiętać, że Duro nie wywiera żadnego wpływu na żywe stworzenia i w ramach samoobrony lepiej zastosować Expelliarmus lub po prostu kogoś spetryfikować...
- Co za marnowanie jedzenia... - szepnęła Dora prosto do ucha Ginny, kiedy Flitwick uniósł jedną z kulek Leviosą i zamienił w kamienną bryłkę.
- Mhm – mruknęła Ginny, notując naprędce w kajeciku za pomocą strzałek ruch, jaki powinna wykonywać nadgarstkiem. Tosty kotłowały się jej w żołądku.
- ...Duro zaczęto stosować mniej więcej pod koniec piętnastego stulecia jako odpowiedź na działania podjęte przez hiszpańską inkwizycję w celu wyeliminowania czarodziejów. Na początku służyło głównie do ukrywania przedmiotów magicznych poprzez przedstawianie ich jako kamiennych posążków...
- Kto to jest? - zapytała nagle cicho Dora.
- Kto? - Gin z trudem powstrzymała ziewnięcie i notowała dalej.
- Ten chłopak.
Ginny uniosła głowę znad kajecika. Niedaleko Flitwicka, w kącie, na jednym z biurek siedział jakiś młody chłopak w długiej ciemnej szacie. Miał dość ciemne włosy, które sięgały mu karku, związane z tyłu rzemieniem. Opierał się przedramionami na kolanach, trzymając dłonie splecione.
- Nie wiem – mruknęła i wróciła do swojego kajecika. Flitwick dalej objaśniał stosowanie Duro i bardzo energicznie przy tym gestykulował.
- Może to jeden z tych z Durmstrangu? - kontynuowała Dora.
- Oni noszą inne szaty i nie zapuszczają się na lekcje.
Ginny spojrzała na chłopaka ponownie, ale tym razem nie miała okazji przypatrzeć mu się dłużej, bo czekoladowe kulki z półmiska wystrzeliły w stronę uczniów i zawisły w parach przed ich twarzami.
- Tylko uważajcie na kolegów i koleżanki! - krzyknął Flitwick. Gin wyjęła różdżkę i skierowała ją w stronę lewitującej czekoladowej kulki. - I proszę powstrzymać się przed konsumpcją... - dodał, patrząc wymownie na Dorę, która właśnie sięgała po jedną z nich.
- Duro – westchnęła Ginny, zataczając nadgarstkiem przecięty półksiężyc. Kulka ani drgnęła.
Spróbowała raz jeszcze, tym razem wolniej, ale kulka dalej ewidentnie wyglądała na czekoladową, a nie kamienną. Stan ten nie uległ zmianie ani przy trzeciej, ani przy czwartej, ani nawet piątej próbie. Poczuła się lepiej, kiedy kątem oka zobaczyła, że przemiana nie udała się chyba nikomu.
- Energiczniej przecinajcie ten półksiężyc! - zawołał Flitwick, wchodząc do jednego z rzędów ławek i pokazując Edmundowi, jak powinno wyglądać prawidłowo wykonane Duro.
Dora dalej mocowała się ze swoimi kulkami, wytykając koniuszek języka, co miała zwyczaj czynić przy koncentrowaniu się. Z różdżki wyleciał tylko mizerny, smętny obłoczek, który znikł tak szybko, jak się pojawił.
- Nie mogę – jęknęła, rzucając różdżkę na ławkę i kładąc się na niej głową.
- Hop, do góry – zawołał ktoś ciepłym głosem i położył dłonie na ramionach Dory, przywracając ją do prostego siedzenia. - Łap różdżkę i wyceluj ją zdecydowanie w obiekt. Nie trzęś tak tą ręką.
- Ale mi to nie idzie... Duro – bardziej wyjęczała niż powiedziała Dora i machnęła różdżką. Kulka dalej była w stu procentach czekoladowa. - A nie mogę jej po prostu zjeść? - zapytała z żalem.
Ashamyn jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 10-12-2009, 21:35   #3
Ashamyn
Czytelnik horoskopów
 
Ashamyn na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: May 2007
Lokalizacja: Miasto nad Brdą
Posty: 25
Wyślij wiadomość przez ICQ do Ashamyn
Domyślnie

- Robisz za mały półksiężyc, spójrz. - Męska dłoń złapała dłoń Dory i pokierowała jej ręką. Ginny poczuła woń jabłek. - Duro!
W stronę kulki pognał fioletowy promień, który rozświetlił ją całą na jeden krótki moment. Kulka lewitowała dalej, tym razem bardziej szara niż brązowa. Dłoń puściła rękę Dory, która wycelowała różdżkę w kolejną kulkę.
- Duro!
Kolejny fioletowy promień pognał z zatrważającą prędkością i przemienił słodkość w kamień.
- Bardzo dobrze – pochwalił ją mężczyzna. - Trenuj dalej, panno...?
- Heliodora Coote – odparła z uśmiechem, przyzywając w swoją stronę garść czekoladowych kulek.
- A więc trenuj dalej, panno Coote – zakończył, po czym odszedł pomóc innym.
- To NA PEWNO nie jest nikt z Durmstrangu – parsknęła cicho Gin, patrząc z zazdrością na Dorę, z której różdżki śmigało teraz na okrągło fioletowe światło.
- No nie, nie jest – przyznała, rozglądając się naokoło, i upewniwszy się, że nikt na nią nie patrzy, nachyliła się i połknęła jedną z kulek. - Fyyycho – mruknęła, gdy Gin zaczęła chichotać – jefeniem się nie fawi.
Ginny spróbowała raz jeszcze przemienić swoją kulkę, ale i tym razem skończyło się to fiaskiem. Ciche rady Dory też niewiele dały i Gin dała sobie ostatecznie spokój z tym zaklęciem. Wokół niej coraz więcej słodyczy przemieniało się w kamienie.
Spojrzała na nieznajomego, który obserwował właśnie z uśmiechem kolejne przemiany dokonywane przez Patricka Mavelhaya. Nagle nieznajomy uniósł głowę i ich spojrzenia na chwilę się spotkały.


***


Białe płatki spadały dookoła całego zamku... Wszystko było białe, nawet tafla jeziora...

***


Lekcje eliksirów były tym, co Dora zarazem nienawidziła i uwielbiała. W przeciwieństwie do większości Gryfonów do osoby Severusa Snape'a czuła wyłącznie niechęć, niepowiązaną zupełnie z jakąkolwiek nienawiścią. Jej eliksiry były z reguły na tyle dobre, aby dostała za nie dobry stopień, czy to się Snape'owi podobało czy nie, a jej wiedza na ich temat przekraczała wiedzę przeciętnego ucznia klasy trzeciej. Sama niejednokrotnie próbowała uwarzyć coś całkowicie własnego, niekiedy nawet z jakimś skutkiem, próbowała również znajdować nowe substytuty i skuteczniejsze metody warzenia, i od ponad półtora roku bezskutecznie starała się o utworzenie Kółka Eliksirowarzycieli. Przez dwa lata z okładem w przeciwieństwie do wielu osób zdążyła się przyzwyczaić do charakteru Snape'a i jego sposobu bycia, chociaż nie potrafiła się zmusić do jego polubienia.
W tym roku zamierzała jednak dostać z eliksirów co najmniej Powyżej Oczekiwań. Nastawiła się na więcej pracy i nauki i zaostrzoną konkurencję o uwagę profesora między nią a pupilkami z Domu Węża. Najbardziej obawiała się Tiberiusa Moore'a, przygotowana na jego nieczyste zagrywki i sabotaże. Tego roku pilnowała więc swojego kociołka znacznie bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, a ampułki oczyszczała i dezynfekowała osobiście. Tak, Dora zdecydowanie była przygotowana na rywalizację ze Ślizgonami.
Nie pozostawiało więc niczyich wątpliwości, czyją sprawką była podmiana sproszkowanych brykowiarków na pokruszone żuki. Tylko dzięki swojej znajomości składników nie wrzuciła ich do gotującego się wywaru razem ze skrzydełkami lepomuch. Tego dnia szafkę z ingrediencjami zamknęła osobiście, używając do tego zaklęcia.
- Jeżeli będzie działo się tak dalej – zwierzała się potem, kiedy siedziały z Ginny i piły kakao w Pokoju Wspólnym – pójdę do Snape'a i poproszę o założenie mi dodatkowego zamka w szafce. A jeżeli się nie zgodzi, pójdę z tym osobiście do dyrektora.
- Daj sobie z tym spokój. - Ginny upiła łyk kakao. - Oni wszyscy i tak znajdą na ciebie haka.
- Nie, Gin. - Dora rozparła się wygodnie w fotelu. - Jeżeli będą chcieli wojny, to ją dostaną. Nie pozwolę na to, aby jacyś śmierdzący Ślizgoni zgarnęli mi dobrą ocenę sprzed nosa.
O tak. Heliodora Coote była przygotowana na wszystko. Absolutnie wszystko.
Prawie wszystko.
Ashamyn jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 10-13-2009, 16:46   #4
Moniq H.
Czytelnik horoskopów
 
Moniq H. na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Apr 2009
Lokalizacja: bodajże ciało gdzieś na Ziemi, ale dusza częściej poza ;)
Posty: 7
Domyślnie

Bardzo fajny klimat opowiadania. Nie zauważyłam błędów (chyba, że po prostu niedowidzę :>), a całość podoba mi się tym bardziej, że jest taka tajemnicza. Już teraz jestem ciekawa, co będzie dalej. Troszkę nie pasowało mi zdrobnienie "Gin", ale może się przyzwyczaję. Z niecierpliwością czekam na kolejne części i mam nadzieję, że będą się ukazywały regularnie, bo kilka opowiadań z tej strony (i nie tylko), które mi się podobały, zamierają w miejscu.
Moniq H. jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 10-14-2009, 17:53   #5
aga_13
Świr wymagający opieki
 
aga_13 na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Jun 2009
Lokalizacja: małe miasteczko
Posty: 365
Domyślnie

Muszę powiedzieć, że bardzo mi się podoba
Włączyłam kompa, żeby się uczyć, a Twój FF tak mnie wciągnął, że od razu przeczytałam xD
Naprawdę super. Jest ciekawy, fajnie napisany, błędów nie znalazłam, bo chyba ich nie ma, i co mogę jeszcze powiedzieć... Czekam z niecierpliwością na dalsze części
__________________
"Obojętność i lekceważenie często wyrządzają więcej krzywd niż jawna niechęć "

Albus Dumbledore
aga_13 jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 10-18-2009, 14:46   #6
Ashamyn
Czytelnik horoskopów
 
Ashamyn na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: May 2007
Lokalizacja: Miasto nad Brdą
Posty: 25
Wyślij wiadomość przez ICQ do Ashamyn
Domyślnie

Bardzo dziękuję za te komentarze! To naprawdę bardzo miłe, kiedy się takie rzeczy czyta. Także zapraszam na część drugą i zarazem ostatnią, jeśli chodzi o rozdział pierwszy.




--------------------

Kiedy wszyscy trzecioklasiści zajęli miejsca w swoich ławkach, Flitwick uciszył wszystkich gestem uniesionych dłoni.
- Trzecioklasiści! - zawołał, opuszczając ręce i splatając palce. - Jak zauważyliście, albo i nie, po raz kolejny towarzyszy nam w trakcie lekcji specjalny gość. - Pozwolił sobie na spojrzenie w stronę nieznajomego chłopaka, który ostatnio pomógł Dorze przy opanowaniu Duro; chłopak pochylił głowę. - Pan Hallervorden przyjechał do nas z Niemiec w ramach praktyk nauczycielskich, jakie w Kerzenburgu są obowiązkowe na siódmym roku nauki, jeżeli wybierze się specjalizację nauczycielską.
Zaszumiało od pomruków i syków; większość uczniów zaczęła z niepokojem szeptać między sobą.
- W Niemczech – kontynuował Flitwick – istnieje system edukacyjny inny niż ten hogwarcki. Nauka trwa od dziesiątego do osiemnastego roku życia, a ostatnie dwa lata poświęcone są na tak zwane magiczne kształcenie zawodowe. Ponieważ między niektórymi szkołami i licznymi instytucjami kształceniowymi w Europie istnieje współpraca, którą zasadniczo określa wspólnie przyjęty program Drusgoteck, najzdolniejsi uczniowie oraz najwybitniejsi praktykanci mają możliwość wyjazdu edukacyjnego za granicę. Pan Hallervorden jest jednym z nich i jako miejsce swojego kształcenia wybrał właśnie Hogwart.
Flitwick pozwolił sobie na szeroki uśmiech, a salę wypełnił na powrót szum szeptów.
- Przez pewien czas pan Hallervorden będzie prowadził lekcje Zaklęć. Ponieważ oficjalnie jest uczniem klasy siódmej, wolno mu nauczać wyłącznie w klasach pierwszych, drugich i trzecich. Klasy drugie mają w tym roku jednak rozszerzony poziom Zaklęć spowodowany wydaniem dekretu Ministerstwa i regulacji planów lekcji w klasach drugich, natomiast klasom pierwszym postanowiliśmy odpuścić takich... przyjemności.
Dały się słyszeć pojedyncze śmiechy i chichoty.
- Klasy trzecie są z tego powodu jedynymi, które będą miały zajęcia z praktykantem. Pan Hallervorden ma pełne prawo do zadawania wam prac domowych i robienia krótkich sprawdzianów, zarówno czysto teoretycznych, jak i praktycznych.
Tym razem parę osób jęknęło.
- Aby was jednak nie stresować – Flitwick uśmiechnął się – pan Hallervorden będzie prowadził zajęcia dopiero od drugiego semestru.
- Czyli za dwa tygodnie – mruknęła cicho Dora, potajemnie podgryzając cukrowe pióro. - Wliczając w to przerwę Bożonarodzeniową i końcówkę roku, która i tak przypada na weekend. Podliczając... - Dora zaczęła coś skrobać w swoim kajeciku. - ..zostały nam jeszcze trzy lekcje Zaklęć, czyli jakieś cztery i pół godziny zegarowej z Flitwickiem. A potem ten Halaworden czy jak mu tam. Swoją drogą – spojrzała na Ginny spod okularów – całkiem miły facet.
Ginny milczała. Patrzyła na praktykanta, który uśmiechał się do Flitwicka i delikatnie machał nogą, siedząc na jednej z ławek. Jego sylwetka coś jej przypominała, a zarazem kojarzyła się z czymś przyjemnym, ale niepewnym. I z zapachem jabłek.
- ...A teraz wracamy do tematu zajęć. Prosiłem państwa ostatnim razem o przygotowanie referatu na temat zastosowania Duro i Impervius w życiu codziennym, proszę o położenie wypracowań na brzegach ławek, zaraz je zbiorę...
- Ginny – syknął ktoś z tyłu, klepiąc Gin po ramieniu. Odwróciła się; Natalia podała jej kawałek pergaminu. Ginny otworzyła go z ciekawością.


Gin, błagam, spotkaj się ze mną po tej lekcji w sowiarni. To bardzo pilne. Dora i Natalia też niech przyjdą! To ważne!
Ezis

Ginny wyjęła Dorze, która właśnie się do niej nachyliła, cukrowe pióro z ust.

OK.
Gin

Zgięła liścik i podała go z powrotem Natalii, aby przekazała go dalej.
- Co do... - szepnęła Dora, kiedy nagle z tyłu zrobił się szum. Został jednak szybko zagłuszony przez szelest pergaminów z zadaniem domowym, lecących w stronę Flitwicka.
- ...Dzisiaj część lekcji przeznaczymy na opanowanie czterech zaklęć małoognistych, które... o, dziękuję bardzo... Hallervorden, mógłbyś to wszystko pouporządkowywać...? Dziękuję... zaklęć małoognistych, które co prawda szkoły nie podpalą, ale są wykorzystywane często do pomniejszych... Wright, źle się czujesz?
- Ja... trochę tak... panie profesorze. - W oczach rudowłosej dziewczyny Ginny dostrzegła ślady strachu. Stała zupełnie spakowana przy ławce, trzymając w ręce jakiś pergamin, i wyraźnie szykowała się do wyjścia z klasy, mimo że lekcja zaczęła się przed chwilą.
- Nie wytrzymasz do końca lekcji?
- Nie, panie profesorze – odpowiedziała hardo.
- W takim razie idź do pani Pomfrey... Ma ktoś z tobą pójść? Abyś mi po drodze nie zemdlała, bo wyglądasz naprawdę blado...
- Nie, nie trzeba, naprawdę nie trzeba...
- Hallervorden, pójdź z nią do skrzydła szpitalnego.
- Nie trzeba, panie profesorze, ja naprawdę dojdę tam sama...
- Tak jest, profesorze Flitwick.
- Ale ja dojdę...
- Nie wątpię, Wright, ale wolałbym, abyś doszła z kimś. Hallervorden, idź z nią...
- Tak jest.
Praktykant wstał i wyszedł razem z Ezis, wyraźnie niezadowoloną z takiego obrotu sprawy.
- Co się stało? - wyszeptała niezapokojona Dora. - Myślisz, że naprawdę się źle czuje?
- Nie mam pojęcia – odpowiedziała Ginny, zerkając w stronę pustego miejsca, na którym przed chwilą jeszcze siedziała Ezis. - Wyglądała blado...
- Czy ktoś z was jest w stanie mi przytoczyć choć jedno znane wam zaklęcie małoogniste? Na pewno jakieś znacie...
- Może jej ktoś umarł... - podsunęła Dora, odbierając Gin cukrowe pióro z ręki i z powrotem wkładając je sobie do ust.
- Przestań – wymamrotała Ginny, chociaż sama zaczęła się nad tym zastanawiać. - Lepiej notuj o tych małoogniowych, bo potem znowu nie będziemy nic wiedzieć. Potem się z nią i tak spotkamy.
Obie zanurzyły się w swoich kajecikach, pilnie notując wszystko o zaklęciach małoognistych i chichocząc, co by było, gdyby jednym z nich podpaliło się Snape'owi szatę.

***

- Flitwick kazał ci przekazać, że... masz u niego szlaban... za to wyjście – wysapała Dora – i kazał ci życzyć... powrotu do zdrowia...
- Mhm – mruknęła Ezis, jakby zupełnie nie słyszała tego, co Dora przed chwilą powiedziała.
Siedziała na ławce w sowiarni, trzymając na kolanach zapisany do połowy wąskim, nierównym pismem pergamin. Ginny i Dora stały tuż nad nią oparte o ścianę (Ginny) i ławkę (Dora) i sapały po szybkim sprincie na szczyt wieży. Sowy wokół nich hukały z rozżaleniem i czyściły sobie dzióbkami piórka.
- Choleraaa... - jęknęła Ezis, chowając twarz w dłoniach dokładnie w momencie, kiedy sowa siedząca na żerdzi obok niej upuściła mokrą niespodziankę. - Wy nie rozumiecie, co się stało... Od godziny siedzę tu przepisując to gówno, którego miejscami nawet nie mogę się doczytać, po tym jak spławiłam tego idiotę przed skrzydłem szpitalnym... - Ginny i Dora wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. - Nie dość, że mam okres, że boli mnie brzuch, że wylałam ten cholerny atrament i próbuję to przepisać, że dostanę trolla z eliksirów, że dostałam szlaban od Flitwicka i dostanę pewnie jeszcze od Snape'a, to Filch przyłapał mnie na „wałęsaniu się po szkole”, jak to określił, i próbował zaciągnąć z tym do McGonagall, ale mu zwiałam. Aby jednak nie było za kolorowo, spodziewam się również szlabanu od Burbage, bo wcale nie zamierzam iść teraz na mugoloznawstwo...
Ciałem Ezis wstrząsnął szloch. Dora usiadła na ławce obok Ezis i ją przytuliła.
- Ale co się właściwie stało? - odważyła się zapytać po chwili, kiedy pierwsza fala łez została wtopiona w rękaw jej szaty.
- Atraaaameeeent – wyszlochała Ezis – rozlałam atraaament... Na wypracowaaanie na ellliksiiiryyy... Akurat je wyjęłaaaam z torbyyyy, razem z tym na Zaklęęęciaaa... - Rozpłakała się tak, że nie mogła nic więcej powiedzieć.
- Ale przecież można ten atrament bez problemu usunąć – zauważyła Ginny, wyjmując różdżkę.
- Nieee – wyjęczała z trudem Ezis, odrywając się od rękawa Dory; oczy miała czerwone i pełne łez. - Próbowaałaaam... Ktoś mi musiał.... dolać czegoooś... do atrameeentuuu... - Znowu się rozpłakała. Ginny wyjęła z jej rąk dwa pergaminy, jeden niestarannie zapisany do połowy, drugi z wielką plamą po boku i licznymi odpryskami; ciężko było niektóre fragmenty w ogóle rozszyfrować.
- Tergeo! – rzuciła celując różdżką w zaplamiony pergamin; nic się nie stało. - Hmmm... A gdyby tak...? Reducto! Ojej...
Cofnęła się, kiedy pergamin w jej rękach zamienił się w pył i upadł na podłogę, skąd większość prawie natychmiast porwał wiatr. Ezis zawyła jeszcze głośniej.
- Z tym trzeba coś zrobić – stwierdziła Dora i wyrwała Gin z ręki drugi pergamin.
Tuż nad ich głowami przeleciała właśnie płomykówka.
- Ty jesteś tu od eliksirów – zauważyła Ginny, ożywiając się wyraźnie. Ezis podciągnęła kolana i płakała dalej.
- Ale ja podałam w moim eseju bardzo dużo szczegółów i pozwoliłam sobie na liczne dygresje...
- No to co za problem, abyś jej teraz w tym pomogła?
- Ale Snape rozpozna, że ja jej w tym pomagałam...
- Nie rozpozna, ona ma po prostu to mieć napisane, myślę, że Zadowalający wystarczy.
- Ale nie mamy na to czasu, mamy zaraz mugoloznawstwo, a ty masz wróżbiarstwo...
- No to wszystkie trzy dostaniemy szlaban! - ucięła Ginny. - Jak spadać, to z lecącego hipogryfa, a nie centaura.
Dora usiadła obok szlochającej Ezis i wyjęła z torby pióro i kałamarz. Przeleciała wzrokiem po tym, co było już napisane, przygryzła końcówkę pióra, jak to miała w zwyczaju, i zabrała się za pisanie, robiąc przy tym szybkie notatki na nadgarstku, aby nie zapomniała o jakichś szczególnie istotnych kwestiach. Ginny przytuliła do siebie Ezis, która szlochając dziękowała im gorąco.
Sowy hukały dalej i przelatywały im nad głowami.
Ashamyn jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 10-18-2009, 14:46   #7
Ashamyn
Czytelnik horoskopów
 
Ashamyn na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: May 2007
Lokalizacja: Miasto nad Brdą
Posty: 25
Wyślij wiadomość przez ICQ do Ashamyn
Domyślnie

***

Mijała połowa grudnia, a zamkowe błonia wciąż były szarobrązowe. Pomimo nieustannych chłodów i porannego szronu wcale nie zanosiło się na śnieg. Czasem lunął tylko deszcz i tworzył niezliczone kałuże, nad którymi przysiadały stadka wróbli. Ginny ze współczuciem obserwowała pierwszoroczniaków, których profesor Hooch mimo zimna zmuszała do manewrów na miotłach. Często wracali zziębnięci i przemoczeni, klnąc i pojękując.
W holu wejściowym zostały wywieszone oficjalne listy uczniów Hogwartu, którzy zostają na Boże Narodzenie w szkole, aby uczestniczyć w balu. Imię Ginny widniało na niej tuż pod imieniem George'a, podkreślone zielonym kolorem jako oznaczenie osoby, która nie ukończyła czternastego roku życia. Poza nielicznymi nazwiskami młodszych osób podkreślone (tyle że na czerwono) były jeszcze dwa nazwiska: Diggory i Potter.
- Ręce bolą mnie tak, że nie mam nawet sił, aby wyjąć pióro... - jęknął ktoś obok ucha Ginny. - W życiu bym nie pomyślała, że szorowanie jakichś starych, śmierdzących zbroi i kandelabrów może być tak męczące. I do teraz nie mogę wywabić tego smrodu starej szmaty. - Ezis obwąchała swoje dłonie. - Fuj. Śmierdzą kocim moczem.
- Może Pani Norris pozwoliła sobie na nasikanie nam do wiader – skomentowała Dora, dołączając do Ginny i Ezis.
- Wcale bym się nie zdziwiła – parsknęła Ezis.
- Co tu tak stoicie i gapicie się na tę listę? - Dora ziewnęła ostentacyjnie. - Ginny to jeszcze zrozumiem, bo idzie z Longbottomem czy jak mu tam, ale ty? Nie przypominam sobie, aby ktokolwiek cię zaprosił...
- Liczyłam, że może podszepnęłaś słówko bratu, aby mnie wziął ze sobą – zaśmiała się Ezis.
- Ritchiemu? - Dora zmarszczyła czoło. - Nie sądzę, aby on w ogóle poszedł na ten bal. Ba, jestem tego pewna. Nawet jakby chciał, nie mógłby na nim być. Na ferie Bożonarodzeniowe jesteśmy z całą rodziną zaproszeni do jakiejś ciotki z Węgier... Nie ma szans, aby się z tego wykręcił.
- Szkoda – westchnęła Ezis.
Ginny pochyliła głowę w zamyśleniu.
Pierwszy raz nie spotkam się z rodziną w Boże Narodzenie. Może to i lepiej. Ominą mnie te wszystkie wrzaski, krzyki, marudzenia, co jest jeszcze niezrobione, co trzeba poprawić, co jest brudne, a co nie... Z niewiadomych przyczyn nagle zapragnęła być sama.
- Muszę iść – odezwała się niespodziewanie, przerywając chichoty przyjaciółek. - Muszę... napisać list.
- Och, to zmykaj. Albo ej, czekaj. - Ginny przystanęła. - Nie wiesz może, gdzie są teraz Fred i George?
Ginny wzruszyła ramionami.
- Nie mam pojęcia – odpowiedziała zgodnie z prawdą.
- Oni zawsze mają pełno kremówek...
- Na twoim miejscu bym ich nie jadła. - Ezis położyła Dorze dłoń na ramieniu. Gin uśmiechnęła się i ruszyła w stronę sowiarni.
Kiedy się w niej znalazła, była sama, nie licząc jakiegoś Puchona, który właśnie przywiązywał list do jednej z płomykówek. Usiadła na ławce, na której przed trzema dniami siedziała razem z przyjaciółkami, i przyciągnęła nogi do podbródka. Nie wiedziała zupełnie, co się z nią dzieje. Miała ochotę się rozpłakać, uciec z Hogwartu i nigdy tu nie wrócić. Obserwowała sowy szybujące nad licznymi wieżyczkami i jezioro, na którym cumował statek uczniów Durmstrangu. Jego pokład, podobnie jak tafla jeziora i okoliczne lasy, tonął we mgle. Zadrżała z zimna. Puchon wypuścił sowę z rąk, obserwował przez chwilę jej równy lot, po czym odszedł.
- Sowiarnia nie jest chyba dobrym miejscem do rozmyślań.
Odwróciła gwałtownie głowę w prawo.
- Ja... dzień dobry... - wybąkała.
- Dzień dobry – odpowiedział Hallervorden, pozwalając sobie na nieśmiały uśmiech. - Mogę się przysiąść?
- Pewnie, nie ma problemu – rzuciła, chociaż w rzeczywistości wolała zostać sama.
Zapadła cisza.
- A więc? - zapytał Hallervorden. - Co skłoniło cię do przyjścia tutaj? Nie sądzę, aby rozmyślaniom oddawało się najlepiej siedząc na szczycie wieży pośród zapachu sowich odchodów w przeraźliwym zimnie. Sugerowałbym na przyszłość branie jakiegoś płaszcza, jeżeli zamierzasz przesiadywać tu dłużej i częściej.
Ginny nie odpowiedziała: nie miała ochoty, a obecność praktykanta ją drażniła.
- Co więc robisz? - nie dawał jej spokoju.
- Obserwuję sowy – odpowiedziała wreszcie, mając nadzieję, że zostawi ją w pokoju.
- Sowy – powtórzył praktykant. - Tak... to piękne stworzenia... wielu z nas marzy o tym, aby móc szybować tak jak one. - Zamilkł. - Ten wiatr w piórach, ta wolność. Wyzwolenie od wszelakich zmartwień. Tak, o tym można marzyć.
Ginny zadrżała z zimna.
- Ty jesteś Weasley... prawda?
Spojrzała na niego.
- Skąd pan wie? - zapytała podejrzliwie.
- Z lekcji - odparł.
- Nie odzywałam się.
- Nie musiałaś – odrzekł tajemniczo.
Znowu zapadła cisza.
- Spójrz... pada śnieg...
Ginny uniosła głowę. Z nieba spadały wielkie, białe płatki.
Ashamyn jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 11-19-2009, 09:53   #8
Ashamyn
Czytelnik horoskopów
 
Ashamyn na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: May 2007
Lokalizacja: Miasto nad Brdą
Posty: 25
Wyślij wiadomość przez ICQ do Ashamyn
Domyślnie

Ponieważ na tym forum istnieje kiepska możliwość edycji postów (ograniczona liczba znaków), stwierdziłam, że dalsza publikacja tutaj jest bez sensu, skoro mam potem ograniczone pole manewru. Także wszystkich czytelników, o ile tacy są, zapraszam na http://forum.mirriel.net/viewtopic.p...=11608&start=0
Znajdują się tu dalsze części Lowella.
Ashamyn jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Stary 03-13-2010, 11:42   #9
Sarahis
Super Moderator
 
Sarahis na Harry Potter Forum
 
Zarejestrowany: Apr 2009
Lokalizacja: bunnyland
Posty: 1,964
Domyślnie

Skoro fanfick nie będzie kontynuowany, a jest niedokończony, przenoszę do kosza.
__________________

"Mój związek się zakończył. A dokładniej, zniknęły moje koty, które były dla mnie jak dzieci, co nie każdy będzie w stanie zrozumieć. Nie jestem osobą, która jest w stanie odnosić się emocjonalnie do żywych istot, ale byłem bardzo przywiązany do swoich kotów, być może dlatego, że były jedynymi ludźmi, którzy nie mogli mnie osądzić, bo nie potrafią mówić."
Sarahis jest off-line   Odpowiedź z cytowaniem
Odpowiedz


Zasady postowania
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts

BB code is Wł.
UśmieszkiWł.
kod [IMG] jest Wł.
kod HTML jest Wył.
Skocz do forum

Podobne wątki
Wątek Autor wątku Forum Odpowiedzi Ostatni post / autor
RE: Co sądzicie ogólnie o tej stronie? LadyGray O stronie i forum 68 05-25-2012 15:40
[Z] Dziewczyna, Która Nie Wie, Po Której Właściwie Jest Stronie. Anika Kosz 5 04-22-2009 15:25
Co sądzicie o punktach na tej stronie? tina ledung Kosz 27 04-21-2009 21:48
Co sądzicie o tym, że na stronie niema FAQ? chochang12 Kosz 12 04-17-2007 18:14


Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 20:36.

Powered by vBulletin® Version 3.7.3
Copyright ©2000 - 2026, Jelsoft Enterprises Ltd.