|
04-25-2009, 15:38
|
#1
|
|
Member
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 81
|
Pamiętny mecz 5/5
Deszcz siekł drobnymi kroplami w namiot Gryfonów. Z trybun dobiegały pełne aplauzu wrzaski uczniów. Harry'emu zdawały się one jakby mniej radosne. Miał wrażenie, że zaraz usłyszy dodający otuchy okrzyk Dumbledore'a. Ale Dumbledore'a tu nie było. Nie żył. Musial się z tym wreszcie pogodzić. Pokręcił lekko głową, próbując odpędzić od siebie te natręctwa. Wydawało mu się, że coś zakuło go w bliźnie.
- Harry? Co ci jest? - usłyszał za sobą delikatny głos i poczuł na ramieniu łagodny dotyk czyjejś ręki. - Ocknij się! Zaraz zaczynamy!
Obejrzał się. Ujrzał Ginny. Ta, speszona wyraźnie, natychmiast cofnęła rękę.
- Wszystko w porządku? - spytała z troską.
- T... tak... - bąknął. - Dzięki.
Odwrócił się szybko. Czuł jak ból trawi mu serce. Musi się powstrzymać. Teraz jest mecz, musi pokonać Ślizgonów. I teraz nie chodziło już o to, by dokopać Malfoyowi, ale by ich pokonać. By odnieść satysfakcję. By chociaż raz nie myślec o grożącym niebezpieczeństwie. Grożącym jemu, jej, jego bliskim. Niech to się wreszcie skończy! Nie wiedział, kto jest nowym szukającym Ślizgonów, ale skoro stawiał czoło większym zagrożeniom, pokona Slytherin już po raz szósty!
Za chwilę firany prowadzące do namiotu rozsunęły się i jak burza wpadł Ron.
- Co wy jeszcze nie gotowi?! - zawołał.
- Zaraz idziemy - odparł Seamus. - Jak na swój pierwszy większy mecz wydawał się kompletnie nieprzejęty. - Co żeś się tak zdyszał?
Ron zacząl dyszeć, łapiąc powietrze, jakby dopiero co wrócił z dźwigania całych trybun.
- Żebyście widzieli skład Ślizgonów! Zaczynam wątpić w nasze szanse.
- Dotąd jakoś z nimi wygrywaliśmy - zauważył cierpko Harry.
- Poradzisz sobie z nowym szukającym? - zapytał z powątpiewaniem Ron.
- Kto jest ich nowym szukającym? - spytała ciekawie Demelza Robbins.
- Niewiele o nim wiem - odparł Ron. - To ten nowy prefekt. Wiesz, ten taki amant, Stanley Prosky...
- CO? - wychrypiał Harry.
- Zajął miejsce Malfoya - ciągnąl Ron. - Chyba jest dobry.
Harry'm wstrząsnęła groza. Stanley Prosky kilkakrotnie zaczepił go przez ostatnie dni, oferując swoją pomoc w walce z Voldemortem i kilka zaklęć, które jakoby sam stworzył. Przypomniał sobie, że uczeń ten odnosił wiele sukcesów w obronie przed czarną magią. Rekomendował go też Slughorn. Obiecał mu przemyśleć tę ofertę. Jak na Ślizgona całkiem sympatyczny. A teraz mieli walczyć w dwóch przeciwnych drużynach. Widział, w jak podejrzany sposób Prosky odnosił się do dziewczyn i snuł podejrzenia względem niego. Kątem oka dostrzegł, jak Demelza , gdy tylko padło jego nazwisko, dziwnie się uśmiecha. Zaraz wyzbył się tych myśli.
Za chwilę z dworu dobiegł ich gwizdek.
- Dobra! Idziemy! - nakazał drużynie. Spytał Rona: - A ich kapitan?
- Mają nowego, ale nie znam go! - odparł przez ramię przyjaciel.
Gdy wybiegli na boisko rozległy się pełne aplauzu krzyki z trybun Gryffindoru i Ravenclawu, a także gwizdy od strony Slytherinu. Jego drużyna już na nich czekała. Wszyscy w charakterystycznaych zielonych szatach, przyozdobionych wężami, trzymający miotły obok siebie jak żołnierze halabardy.
Na czele stał rosły, jasnowłosy Ślizgon o małych, zimnych oczach i twarzy napełnuionej gniewem, którego Harry od razu przestał lubić. Musiał to być kapitan drużyny.
- Znam go! - szepnęła do Harry'ego ze zdumieniem Demelza, próbując zagłuszyć harmider. - To jest Jack Jankovski z mojego roku. Okropny gość. Samanta Hayden mówi, że jak ćwiczyli pojedynki, zachowywał saię jak na turnieju. Po pojedynku z nim była cała poturobowana od zaklęć. Zresztą nie tylko ona...
Harry nie odpowiedział. Przełknął jedynie głośno ślinę. Chociaż głowę miał przepełnioną innymi sprawami, poczuł nagły respekt, zwłaszcza że Jankovski patrzył na niego jak na brud pośrodku czystej posadzki.
Po jego obu stronach stała reszta grupy w nowym składzie. Po prawej szczupły Stanley Prosky ze swoją nową lśniącą miotłą, odmianą Błyskawicy, jak ocenił Harry. Na widok Pottera uśmiechnąl się tajemniczo. Dalej Larry Burn i Andrew Boyd, dwóch niskich pałąkowatych ścigających o kosych spojrzeniach. Nowe nabytki. Obok nich ku zgrozie Harry'ego Crabbe i Goyle, mimo straty Malfoya, zadziwająco rześcy. Uśmiechali się jak zawsze głupkowato, ale w ich uśmieszkach była również mściwość. Więc jednak przywrócili te małpy do drużyny. Poza tym jeszcze dwóch innych Ślizgonów, rosłych i prężnych, których nie znał. Jeden miał kolczyk węża na lewym uchu.
Wytrzymując ich spojrzenia, podeszli bliżej stając naprzeciwko siebie. Deszcz siekł coraz mocniej. Wrzaski z trybun nasiliły się.
Pani Hooch, która swoim zwyczajem wychynęła niewiadomo skąd, poczęła wertować orlim wzrokiem składy i z zasady przypominając im reguły gry.
- Potter! Jankovski! Uścisnąć ręce! - warknęła na kapitanów.
Wytrzymując spojrzenie kapitana Ślizgonów Harry podał mu rękę, czując jak tamten miażdży ją jak zapałkę. Omal nie skrzywił się z bólu. W końcu wyrwał dłoń, rzucając na Ślizgona nienawistne spojrzenie.
- Strach cię obleciał, Potter? - zadrwił Jankovski. - Może wystawisz za siebie kogo innego? jeszcze cię jakiś śmierciożerca przydybie....
Harry poczuł, że wszystko się w nim gotuje. Przystąpił krok w stronę Ślizgona, dobrze, wiedząc, ze fizycznie nie ma szans.
- Chciałbyś! - warknęła nagle Ginny. Wszyscy na nią spojrzeli. - To ty powinieneś się bać!
Jankovski spojrzał na nią i wydawało się , że zaraz coś zrobi, ale w końcu tylko drwiąco się uśmiechnął.
Harry zauważył jak Ron wpatruje się wściekle we wrogiego kapitana, niebezpiecznie blisko sięgając ręką do różdżki. Przeniósł swe spojrzenie na Stanleya. I wtedy zauważył coś dziwnego. Stanley w dziwny sposób patrzy na Demelzę. Wyraz twarzy miał pogodny i uprzejmym, ale Harry przez moment miał wrażenie, że jest w nim triumf. Gdy spojrzał na Demelzę, zauważył, że na jej radosnej, drobnej twarzy też coś się zmieniło. Zbladła lekko i teraz patrzyła na Prosky'ego jakby z przestrachem...
|
|
|
04-25-2009, 15:38
|
#2
|
|
Member
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 81
|
Rozdział II
Dziwne spojrzenia Ginny i Demelzy na Ślizgonów wzbudziły podejrzenia Harry'ego względem ich zamiarów. W obronie przyjaciół ytakich jak Ron i Ginny gotów był poświęcić wiele. Ostatecznie przysiągł sobie, że i tym razem ich pokona.
Deszcz zelżał lekko na minutę przed meczem. Trybuny szalały, gwiżdżąc lub wrzeszcząc, słychać było także głosy nauczycieli, przywołujące uczniów do porządku. Zerknął wyżej. W roli komentatora znów miała wcielić się Luna Lovegood, siedząca sobie na najwyższym podeście, kontrolowana przez stojącą posępnie prostą postać profesor McGonagall. Drużyna Ślizgonów szeptała coś między sobą, najwyraźniej się naradzając. Jankovski powarkiwał na wszytkich po trochu. Gdyby tak dowiedzieć się, o czym mówili!
Za chwilę dobiegł go melodyjny głos Luny.
- Dziś Gryffindor zagra ze Slytherinem o puchar quidditcha. Ależ są przejęci! Kapitan drużyny Harry Potter jak zwykle władczy, a oto jego najlepszy przyjaciel, rudzielec Ron Weasley... Miejmy nadzieję, że poprawił swą celność przez rok...
Z trybun dobiegł ich ryk śmiechu. Harry westchnął, Ron zaczerwienił się.
- Co ona sobie...
- Przez ostatni sezon dał nam popis komizmu. Oj, tak. A po prawej drużyna Slytherinu. Jakie to rosłe chłopaki...
Harry zauważył jak Seamus szepce coś do Rona, spoglądając to na Harry'ego to na szukającego Slytherinu. Niemiłe uczucie mówiło mu, że chyba wątpią w ich siły.
-... jak zawsze zwinna Ginny Weasley, a za nią nowy nabytek drużyny Seamus Finnigan. Zobaczymy, jak się spisze... - ciągnęła Luna. Nagle zmieniła temat. - Och! Spójrzcie tylko na śliczny obłoczek. O, tam...
Jej głos zaginął za chwilę zagłuszony przez donośny gwizdek pani Hooch.
- Do mioteł! - krzyknął Harry.
Gryfoni jedno za drugim poderwali się z ziemi. Harry miał złe przeczucia. Radził sobie wcześniej, ale nie wiedział czy w tym roku przeciwstawi się nowemu składowi Ślizgonów, wyglądającemu dosyć groźnie.
Zanim do lotu poderwali się Ślizgoni, Jankovski zawołał do nich:
- Wiecie co macie robić! - szczególnie niechętnie spojrzał na Crabbe'a i Goyle'a. - Wszystko według planu! Nikt nie może niczego zauważyć.
Skinęłi głowami. Jankovski chwycił miotłę i poderwał się błyskawicznie, wystrzeliwując w niebo. Reszta wzbiła się za nim.
Harry krążył dookoła boiska w poszukiwaniu złotej piłki. Dawno nie grał już w quidditcha, czuł, że wychodzi z wprawy. Koło niego już sunął Prosky. Był doskonałym graczem. Nie dość, że szybszy od Harry'ego, wcale nie musiał trzymać równowagi. Lecąc spokojnie przyglądał się sytuacji na o podium i grze, najwyraźniej będąc pewnym znicza. Zdecydowanie przwyższał umiejętnościami Malfoy`a. Harry zaczął poważnie wątpić w swe siły.
- Mecz się zaczął... No proszę. Seamus ma kafla, och doskonale! Podaje do Ginny. O! Ginny już atakuje Burn, ale... ta go wymija. Brawo, Ginny!
Kątem oka Harry dostrzegł, że Ron zatrzymał się w powietrzu i z wyrazem nieopisanej błogości na twarzy, jakby wsłuchuje się w głos Ginny. Podleciał do niego.
- Ron! - krzyknął ostrzegawczo. - Skup się!
Ron pokręcił głową, rzucił mu przerażone spojrzenie i odleciał w dół. Harry pomknął na północny kraniec boiska w ślad za Prosky'm; zdało mu się, że zobaczył tam złotawe światełko.
Swoją drogą nie po raz pierwszy zauważył tę minę u Rona, gdy ten słuchał lub patrzył na Lunę. Dziwne. Nie czas jednak myśleć o tym.
Mijały kolejne minuty. Ślizgoni prowadzili. Niestety Ron nie spisywał się jako pałkarz.
- Trzydzieści do dziesięciu dla Ślizgonów! Oj, Ron, coś się nie starasz!
Ron znów poczerieniał jak burak. Była t o prawda. Co chwila kapitulował przed Burnem i Boydem, którzy atakowali go przy wszystrkich okazjach. Harry rozejrzał się, gubiąc ślad znicza. O włos rozminął się z ciśniętym w niego przez Crabbe'a tłuczkiem. Prosky gdzieś zniknął.
Zauważył jak Jankovski, sunąc jak błyskawica, próbuje zwalić Demelzę z miotły, uderzając potężnie ramieniem. Dziewczyna straciła równowagę i kilka razy zakręciła się w powietrzu, omal nie spadając.
Harry poczuł oburzenie tak niehonorową grą.
Jankovski, potężny jak dąb, skierował się teraz na Rona.
Ginny chwyciła kafel, umknęła przed atakiem Boyda i strzeliła gola Gryfonom. Rozległy się głośne oklaski.
- Gryfoni doganiają Ślizgonów. Dalej Harry, pokaż im! Trzydzieści do dwudziestu dla Ślizgonów.
Ginny podała kafel do Seamusa, ten umknął przed tłuczkiem i rykoszetem rzucił do Demelzy. Była bardzo szybka, więc nie miała problemu z umknięciem wrogim ścigającym. Jankovski, potrącając po drodze Seamusa, uznał, że nadeszła pora na rozpoczęcie planu.
- No, to teraz zaczniemy prawdziwą zabawę - szepnął do siebie. Krótkim skinieniem dał znak kolegom. Nastepnie wyciągnął dyskretnie różdżkę i nie zwalniając tempa pomknął wprost na Gryfonów.
- Crucio! - krzyknał, celując z boku w Ginny.
Promień zaklęcia trafił Ginny w prawe biodro. Krzyknęła z bólu i zwaliła się z miotły, nie puszczając jej jednak jedną ręką.
- GINNY! - krzyknął Ron.
Na trybunach zawrzało. Rozległy się wrzaski przestrachu. Wiele osób wstało. Semaus i Ron wystrzelili w dół za Ginny.
Ta szczęśliwe złapała równowagę tuż przy ziemi i urtrzymała na miotle.
Gdyby nie Harry, prawdopodobnie nikt nie zorientowałby się, co naprawdę się działo. On jednak z drugiego końca boiska zauważył, jak Jankovski trzyma różdżkę i rzuca zaklęcie na Ginny. Dla wielu było to niewidoczne, ale nie dla niego. Obserwował, jak Ginny spada. Jankovski zaraz się ulotnił. Teraz dostrzegł, jak wykonuje potężny manewr, znów wracając do drużyny. I wtedy Harry wszystko zrozumiał. Jak burza dotarła do niego prawda. Zapomniał o zniczu, Prosy'm, meczu, widowni. Pomknął swą Błyskawicą tak szybko, jak jeszcze nigdy. Musi ich ostrzec. Zauważył, jak różdżki wyciągają też Burn, Boyd, a Prosky sięga za pazuchę. Crabbe i Goyle gotowali już tłuczki.
- UCIEKAJCIE! - wrzasnął do nich Harry, podlatując.
Patrzyli na niego ze zdumieniem i przerażeniem zarazem.
- Harry, co się... - zaczęła Demelza.
- Jankovski zaatakował Ginny! - krzyknął Harry. - Widziałem jak ten drań w nią celuje! Użył magii!
- Co ty mówisz?! - zdumiała się Ginny. - Poczułam rwący ból w barkach. Sądziłam, że to naturalne! Myślisz, że to...
- Tak! Klątwa Cruciatus!
Ginny jęknęła z przestrachem.
- Ale... ale dlaczego...
- Nie wiem! Ale musimy się stąd wydostać jak najszybciej! Ron, UWAŻAJ!
Zaklęcie wystrzelone przez kapitana Ślizgonów minęło Rona o włos, uderzając w trybunę, zostawiając w niej wielkie wgłębienie.
-ZA MNĄ! - wrzasnął Harry. Wnet wszystko mu się przypomniało. Departament Tajemnic, walka, atak na zamek.
Ginny, Demelza, Ron i Seamus polecieli za nim. miał tylko nadzieję, że Demelza da radę. Resztę przecież sam uczył.
Jankovski szukował się do kolejnego ataku.
- Dalej chłopcy! - krzyczał do Ślizgonów. - Zróbmy z nich miazgę. Nikt nie może zostać na miotle.
Tłum krzyczał w podnieceniu. Harry nie od nich oczekiwał pomocy. wiedział, że teraz jej nie otrzymają.
Dean Thomas, który zagubił się w innej części, miał najmniej szczęścia. Oddalił się od drużyny i nie zdążył wyciągnąć różdżki. Jankovski dopadł go i wrzasnął:
- Drętwota!
Dean zwalił się ciężko z miotły wywalił oczy na wierzch i runął w dół na wiele metrów.
- Dean! - krzyknęła makabrycznie Ginny.
- Skoro chcą wojny to będą ją mieli! - krzyknął wściekle Ron, dobywając różdżki. To samo zrobiła reszta.
Jankovski zaśmiał się.
- Ha! Ha! Czarnego mamy z głowy. Potter jest mój. My bierzcie Wieprzleja i resztę! - ryknął do towarzyszy.
Miotnął czarem w Harry'ego.
- Protego! - wrzasnął Harry.
Zaklęcie zostało odbite.
- Lecimy na prawo - nakazał drużynie. Tamci już ich ścigali.
- Nieźle, Potter - zadrwił Ślizgon. - I powiedz, jak to jest, grać w quidditcha o śmierć lub życie?
Uniósł różdżkę po raz kolejny. Zrównali się. Z jednej Harry i przyjaciele, z drugiej Jankovski i jego drużyna.
Boyd wymierzył różdżkę w Rona, zakradając się z tyłu
- Expelliarmus! - krzyknął Harry, wymierzając w niego.
Boyd wrzasnął, spadając z miotły, z trudem unikając upadku.
- Oni urządzili sobie jakieś polowanie! - krzyknęła przerażona Demelza, odbijając zaklęcie Jankovskiego. - Pozabijają nas!
- Nie pozwolę im na to! - syknął Harry.
Lecz teraz także i on poczuł strach...
|
|
|
04-25-2009, 15:39
|
#3
|
|
Member
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 81
|
Rozdział III
Lecieli zwartym kluczem jedno za drugim umykając przed gradem zaklęć, które rzucało na nich czterech Ślizgonów. Bardzo dzielnie zachował się Seamus, który mimo nie najlepszej znajomości zaklęć trafił oszałamiaczem w miotłę Boyda, mieszając mu szyki.
Tłum na trybunach wrzeszczał i wrzał, nie bardzo jednak było wiadomo z jakiego powodu. Harry nie mógł uwierzyć, że po tym wszystkim co zobaczyli, nikt jeszcze nie spieszy im z pomocą. Przez chwilę zaczął się zastanawiać, czy to wszystko nie zostało z góry zaplanowane. Byli zdani tylko na siebie.
- Nikt nam nie pomoże! - krzyknął do przyjaciół, zawracając w prawo. - Musimy z tego wyjść! Nie wahajcie się zwalać ich z mioteł!
Skinęli tylko głowami, nie zdolni wymówić słowa.
Jankovski zaleciał im drogę, zjawiając się nie wiadomo skąd z prawej.
- I co, Gryfonki? - zadrwił. - Macie już dosyć?
- Nigdy w życiu! - krzyknął Ron i strzelił w niego oszałamiaczem. Ślizgon odbił go błyskawicznie, prawie lekceważąco, nawet nie ruszając się z miejsca.
- Jak sobie chcecie! - rzekł. Sadystyczny uśmiech nie znikał mu z twarzy. - Uwielbiam dobrą zabawę!
Nim zdążyli zareagować, błyskawicznie wzbił się wyżej, okrążył ich i celując ze szczególnym uwzględnieniem w Harry'ego zaczął ostrzeliwać ich serią zaklęć. Zielone promienie trzaskały na wszystkie strony. Harry był zmuszony do wykonania serii uników. Dwa razy zrobił na miotle fikołka. Tłum wrzeszczał jak szalony, rozległy się śmiechy.
Ginny i Demelza odbiły większość zaklęć napastnika dzięki błyskawicznym ruchom różdżek. Wydawały się w ogóle nie być przestraszone. Nie gorzej z unikami od Harry'ego radził sobie Ron.
Wreszcie Ślizgon zakończył kanonadę zaklęć, widząc, że prężą siły. Umknął szybko w lewo. Od tyłu już atakowali ich Boyd, Burn i Prosky, a także Crabbe i Goyle z tłuczkami.
- Uwaga! - wrzasnęła Ginny.
Goyle cisnął w nich z bliska tłuczkiem. Minął o włas głowę Rona, o mało jej nie ścinając. Zaraz zawrócił, z wściekłym dźwiękiem sunąc niczym okrągła piła.
Nagle na trybunach Gryffindoru zabłysło białe światło i promień wystrzelił w ślad za tłuczkiem. Trafił go w sekundę. Z wielkim hukiem rozpadł się na kawałki, nastepnie na drobny maczek.
Rozejrzeli się oszołomieni. Pomoc jednak nadeszła. Nie byli zupełnie sami.
Ron rzucił mu porozumiewawcze spojrzenie.
- Niezawodna Hermiona, co? - uśmiechnął się.
Mimo napięcia i sytuacji, Harry jaimś cudem odwzajemnił uśmiech. Dodało mu to też jakby odwagi.
- Zajmijcie się tamtymi, ja dorwę tego drania! - krzyknął, uśmiechając się do nich ciepło. - Wyjdziemy z tego, przysięgam!
Wcale nie był jednak pewien tego ostatniego. Wiedział, że ich przeciwnicy nie cofną się przed niczym. Znajdowali się w pułapce. Jak na rzymskiej arenie. Nie było ucieczki. Musiał walczyć do końca. Trafili już Deana Thomasa, nie było nawet wiadomo czy żyje. Jeśli nawet, pomszczą go!
Demelza szepnęła coś cicho i za chwilę z jej różdżki wystrzelił ogień. Zaklęcie trafiło kręcącego się w pobliżu Crabbe'a , zapalając pod nim miotłę. Goryl zaczął ptrzeraźliwie wrzeszczeć i wkilka ekund odruchowo zesjkoczył z miotły głową w dół, wrzeszczać jak opetany. Wyglądało to komicznie, choć nikomu nie było do śmiechu. Harry pospiesznie odrzucił od siebie pytanie skąd właściwie dziewczyna zna zaklęcia tak trącące czarną magią. Z trybun rozległy się głośne oklaski.
- Brawo, Demelzo! - krzyknął Ron. - Żałuję, że sam tego nie zrobiłem. Jednego mamy z głowy!
Harry zauważył na pólnocnym krańcu boiska przyczajonego Jankovskiego, krzyknął wściekle i pomknął za nim. Wezbrał w nim niespotykany wcześniej gniew. Nie da się zabić! Jeśli dorwie przywódcę tej makabrycznej zabawy, pomiesza szyki pozostałym. Albo on, albo oni.
Demelza strzeliła "rozbrajaczem" w Burn'a który ścigał Harry'ego. Ten zdążył jeszcze tylko dosłyszeć jego ryk wściekłości pomieszanej z bólem.
Wreszcie dopadł do Jankovskiego. Ślizgon uśmiechnął się drwiąco.
- Jak na kogoś twego pokroju żyjesz bardzo długo, Potter - stwierdził. - No to bawmy się dalej!
Strzelił w niego kolejnym zaklęciem. Harry wykonał szybki zwód i wrzasnął:
- Impedimenta!
Zaklęcie chybiło, ale musnęło szatę Jankovskiego. Zadziałało dokładnie jak nagły powiew wiatru. Ślizgona zniosło ostro w lewo, co zaraz wykorzystał Harry. Przysunął się bliżej i ryknął:
- Expelliarmus!
Jankovski błyskawicznie odbił zaklęcie i zrewanżował się kolejnym zielonym światłem z różdżki. Tym razem prawie trafiło Harry'ego w twarz, przelatując przez włosy. Stracił równowagę i kilka razy przekoziołkował, z tylko jedną nogą na miotle.
- Więcej zwinności, Potter - szydził Ślizgon. - Nie starasz się!
Harry powoli zaczynał rozumieć, jakim zaklęciem jest to zielone światło. Pot wstąpił mu na czoło. Rozejrzał się w poszukiwaniu pomocy, wiedząc jednak, że jej nie otrzyma.
Jankovski znów podleciał do niego z uniesioną różdżką.
- No, Potter, zbliżamy się do punktu kulminacyjnego. Każda zabawa musi mieć jakiś finał...
Harry nie dał mu dokończyć; wykorzystając całą swą siłę i wyładowując nienawisć w jednej chwili znalazł się przy Ślizgonie, nim ten zdążył rzucić zaklęcie. Lewą ręką chwycił miotłę Jankovskiego i i zaczął nią kołysać. Musi zwalić go z miotły, na czary nie ma szans.
- TY DRANIU!
- Puszczaj... ty...
Harry był za blisko by potraktować go różdżką. Tamten kopał go po żebrach i całym ciele. Ciosy jego pięści spadały na głowę i kark Harry'ego. Ale on nie puszczał. Z wielkim wysiłkiem zacisnął pięść i z całej siły rąbnął Ślizgona w twarz. Ten odskoczył od niego.
- IMPEDIMENTO!
Zaklęcie odrzuciło Harry'ego na wiele metrów dalej. Jankovski podleciał i rąbnął go raz jeszcze. Harry poczuł krew na twarzy, ale utrzymał się kurczowo miotły.
Jankovski trzymał się jedną ręką za oko, w które uderzył go Harry. Widać było, że pada z bólu, ale mimo to wciąż nie rezygnował z mściwego uśmieszku.
- Nie doceniam cię czasem, Harry - powiedział cicho. - Walczysz dzielnie, ale zrozum, że nie masz szans.
Podleciał tak blisko, że dźgał Harry'ego różdżką.
- Koniec z tobą, Potter!
Odskoczył gwałtownie w bok i ryknął triumfalnie:
- AVADA KEDAVRA!
|
|
|
04-25-2009, 15:40
|
#4
|
|
Member
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 81
|
Rozdział IV
Nienajlepiej sprawa wyglądała również na południowej części boiska. Boyd skutecznie zablokował drogę ucieczki od zachodu, żadne z Gryfonów zresztą nie mogło go zwalić z miotły ze względu na wzrost. Burn i Prosky, korzystając ze zdezorientowania przeciwników rzucali uroki z dystansu, podczas gdy grubas Goyle przyczaił się z tłuczkiem pod trybunem.
- Protego! - krzyknął Ron, odbijając paraliżujące zaklęcie Boyda.
Ginny skutecznie odpędzała się od Burna, atakującego z tyłu.
- Za tobą! - krzyknęła do Rona.
- Crucio! - wrzasnął Boyd.
Fioletowy promień trafił rudzielca w lewy bok.
Ron zaryczał z bólu jak ranny byk.
- Expelliarmus! - krzyknęła Demelza. Jej zaklęcie odrzuciło Burn'a na wiele metrów w tył, omal nie zwalając z miotły. Ale Ślizgoni byli twardzi. Zaklęcia rozbrajające tylko chwilowo ich powstrzymywały.
Ginny poczuła nie opisany gniew,. Oczy zapłonęły jej jak dwa ogniki. Nikt nie będzie gnębił jej brata! Wykonała szybki zwód na miotle, podleciała bokiem do gotującego się na kolejny strzał Boyda. Wycelowała różdżkę i wyszeptała cicho jakieś słowo.
Z różdżki wydobył się przeźroczysty promień. W sekundę później Boyd spojrzał w tę stronę i wrzasnął jak opętany. Zawrócił miotłę i pognał pędem w dół, nie zważając na walczących, goniony przez niewidzialną dla innych zjawę.
- Dobra robota, Ginny. Naprawdę... - zaczął Seamus.
Nie dokończył. Ron, który zatrzymał się w powietrzu, triumfalnie patrząc na wyeliminowanego z gry Boyda, nie zauważył niebezpieczeństwa.
Prosky podleciał do niego bezszelestnie i niezauważenie z prawej strony od tyłu i uniósł różdżkę.
- RON! UWAŻAJ!!!
Seamus zawrócił miotłę i stanął murem przed Ronem, nie zdążywszy się nawet odwrócić. Zaklęcie Prosky'ego trafiło go w plecy.
Seamus zrobił taką minę, jakby go zdziwiło to uderzenie, po czym powoli zsunął się z miotły i runął w dół.
Gryfoni nie byli w stanie wykrztusić słowa. Zduszone okrzyki rozbrzmiały wśród spanikowanych uczniów.
- Przestańcie robić jaja i poddajcie się! - warknął Burn parę metrów nad nimi, przerywając na chwilę ostrzał. - Załatwimy was na dole i skończmy tę gonitwę!
- Nigdy! - warknął nienawistnie Ron. - Jest już cztery na cztery. Jeżeli ktokolwiek tu zginie to wy!
- Jak sobie chcesz, Królu Wieprzleju - syknął drwiąco tamten. - Skoro ci tak spieszno do grobu!
Machnął różdżką jeszcze zanim dokończył zdanie.
Ron rewelacyjnym zwodem ciała umknął przed promieniem. Burn zmienił pozycję.
- Gdzie Harry? - krzyknęła Ginny.
- Tam! Chyba ma kłopoty. Nie pomoże nam! Musimy radzić sobie sami.
Harry umknął przed śmiertelnym zaklęciem Ślizgona niemal w ostatniej chwili. Ten zaraz ponownie strzelił w niego zielonym światłem. Harry naprężył się i wrzasnął:
- PROTEGO!
- Lubisz dobrą zabawę, Głupotter?! - zadrwił Jankovski. - W porządku, dobrej zabawy nigdy dość!
Kolejne jego zaklęcia chybiały jedno po drugim. Dwa Harry odbił, trzech uniknął o włos. Nie podda się! Nie teraz, kiedy jest tak daleko.
Jankovski lewitował naprzeciwko niego, dysząc z wściekłości, próbując otrzeć szatą poranioną twarz.
- Żywotnyś jest, sukinsynu! - warknął. - A myślałem, że spadniesz z miotły jako pierwszy! Zdechniesz, łotrze, a ja będę arcymistrzem, który cię załatwi. Kończmy to. Avada Kedavra!
Urok prawie musnął mu policzek. Harry zawrócił miotłę.
- NA POMOC!!! - krzyknął w stronę trybun.
Niemożliwe, by nie zauważyli, co robi Jankovski. Ale pomoc wciąż nie nadchodziła.
Odwrócił się i krzyknął:
- Rictussembra!
Zaklęcie nawet nie musnęło przeciwnika. Należało wziąć się w garść. Miał zadanie do wykonania. Musiał uratować świat, zniszczyć Voldemorta i Snape'a, stać się bohaterem. nie może dać się zabić jakiemuś obłąkanemu uczniowi.
Odwrócił się ku szaleńcowi. Z całą nienawiścią jaką czuł, wrzasnął zaklęcie. Jankovski uczynił to samo. Obaj wystrzelili jednocześnie.
- GIŃ!!!
Promienie ich zaklęć zderzyły się. Harry nie puszczał. Przypomniał sobie pojedynek z Voldemortem na cmentarzu w czwartej klasie, gdy zginął Cedrik. Teraz było podobnie. Nie podda się.
Promienie ich różdżek zaraz odbiły się od siebie i pomknęły w różnych kierunkach. Niebieski promień Harry'ego wykonał zygzak i jeden obrót, za chwilę trafiając lecącego niżej Goyla. Grubas wrzasnął przeraźliwe, wypuścił z rąk tłuczka, stracił równowagę i zwalił się na dół, przeraźliwie rycząc.
Promień Jankovskiego, zielony, uderzył potężnie w pusty trybun na lewo, robiąc w nim potężną dziurę. Za chwilę wydarzyło się coś przerażającego. Trybun zachwiał się, zadrżał, dał się słyszeć cichy huk. Uczniowie na trybunach wrzasnęli z przestrachem.
Pozostały bieg zdarzeń trwał najwyżej pięć sekund.
Wieża przechyliła się i z ogromnym hukiem i łoskotem runęła na boisko. Tumany piasku, kurzy i trawy zasypały trybuny. Uczniowie z wrzaskiem zerwali się z miejsc i w panice zaczęli opuszczać inne trybuny. Zaraz wykorzystał dezorientację Jankovskiego, oślepionego przez pył, zawrócił i wystrzelił szybko jak puchacz pocztowy do reszty drużyny.
Huk, krzyki przerażonych uczniów i świst zaklęć huczały mu w głowie. Dodatkowo potęgował go ból na karku i głowie, po uderzeniach Ślizgona. Rozejrzał się w dole. Po całym placu biegały setki uczniów i uczennic, jeśli nie tysiące. Widać było tylko uciekające postacie. Trawnik z zielonego stał się szarym. W oddali zauważył wciąż bezwładnego Deana. Nie ruszał się również Goyle. Crabbe czołgał się w panice w stronę namiotów.
Muszą wylądować. Na dole na pewno ktoś im pomoże.
Ale lądowanie nie było łatwe. Boisko pełne było teraz wrzeszczących uczniów i kontrolujących ich nauczycieli, wszyscy uciekali w popłochu. Zawalony trybun leżał pośrodku, tworząc wielką kupę gruzu i żelastwa, zajmując niemal całą szerokość powierzchni boiska.
Harry rozejrzał się ponownie. Kilka osób podbiegło do leżącego nieruchomo Deana, Boyd latał w kółko po boisku, przeraźliwie wrzeszcząc, odpędzając się wciąż od niewidzialnej zjawy. Upiorogacek Ginny okazał się być naprawdę udany. Pozostałych trzech Ślizgonów krążyło jeszcze wysoko nad nimi. Harry dobrze wiedział, że zaraz znów zaatakują. Jankovski nie odpuści im tak łatwo.
Nagle zauważył coś dogodnego na boisku.
- Teraz! - wrzasnął. - Na dół! W nogi!!!
I zanurkował miotłą w dół. Reszta Gryfonów po chwili namysłu zrobiła to samo.
- Na dole nie ośmielą się nas atakować! - krzyknął Harry. - Za dużo tam ludzi.
- Nie byłbym taki pewien - prychnął Ron.
Obejrzał się przez ramię. Trójca Ślizgonów już ich zauważyła i teraz sunęli obok siebie ich śladem. Wyglądali jak trzy rozwścieczone, olbrzymie szerszenie. Za chwilę zaczęli za nimi miotać zaklęcia. Jankovski wydawał im jakieś polecenia.
- SZYBKOOO! - wrzasnął Harry.
Udało im się. Po około minucie szaleńczego lotu dotknęli stopami ziemi. Harry odrzucił miotłę i opadł na kolana, nie zważając na krzyki i uciekających. Pozostali zrobili to samo. Ron dyszał ciężko, jakby się dusił. Seamus pojękiwał, trzymając się za kark, jedynie Ginny wydawała się cała i zdrowa. Pomogła wstać Demelzie, której coś pękło w kostce.
- Co się stało?
- Przez tego brutala ledwie może chodzić - prychnęła Ginny, mierząc wściekłym spojrzeniem Jankovskiego.
Ślizgoni wylądowali nieopodal, uśmiechając się triumfalnie. Nadal mieli wyciągnięte różdżki, ale tak jak przewidział Harry, nie odważyli się ich tu zaatakować. Dookoła pełno było spanikowanych uczniów, Harry'emu wydało się nawet, że dostrzegł Tonks. Miał jednak nieprzyjemne wrażenie, że tamci nie atakują ich tylko dlatego, że nie chcą zbyt dużej liczby świadków. Dlaczego nikt im nie pomagał? O mało ich nie zabili! Cały czas trzymał w pogotowiu różdżkę.
- I co? - spytał Prosky, podlatując w powietrzu bliżej, na metr przed Gryfonami. - Podobał się wam mecz? Takich emocji dawno chyba nie było?
|
|
|
04-25-2009, 15:42
|
#5
|
|
Member
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 81
|
- Chcieliście nas zabić, ty gadzie! - warknął Ron, zaciskając z wściekłości pięści.
- Udawałeś szukającego, bo jesteś rzeczywiście dobry, tymczasem cały czas kontrolowałeś teren i ubezpieczałeś tamtych! - syknął Seamus, masując sobie szyję, dodatkowo rozwścieczony przez upadek i oszałamiacz jaki Prosky na niego rzucił.
- O czym wy mówicie?! To przecież zabawa!
Harry czuł rosnącą wściekłość.
- To dlatego wykopaliście Malfoya z drużyny i upokorzyliście go! - warknął. - Jest wart więcej niż cała wasza czwórka! Po prostu ustaliliście skład drużyny tak, aby nas zaatakować. Skąd znacie czarną magię?
Prosky z politowaniem pokręcił głową.
- Źle z tobą, Potter - stwierdził. - Lepiej idź do skrzydła szpitalnego.
- Pójdziecie do Azkabanu! - krzyknęła Ginny. - Próbowaliście uśmiercić sześć osób. Z Deanem chyba wam się udało!
Jankovski roześmiał się zimno.
- Ty naiwna dziewczyno! - rzekł. - To tylko zabawa. Sport, powiedzmy. Zamiast latać za głupimi piłkami, można latać za ludźmi.
Harry zacisnął do krwi pięści, trzęsąc się z oburzenia. spojrzał w zimne oczy Ślizgona. Prawą część twarzy miał praktycznie zmasakrowaną. Ze skroni i rozbitego łuku brwiowego ciekła mu krew, pod okiem powiększał się siniec. Harry nawet nie wiedział, że włożył tyle siły w to uderzenie. Wyglądało na to, że uszkodził Ślizgonowi oko. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek bardziej znienawidził jakiegoś ucznia od niego.
Ten jednak ocierał się szalikiem, wcale nie wyglądając na rannego.
- A więc polowanie na ludzi, to dla ciebie zabawa?! - wrzasnął Harry. - Zaciągnąłeś się do drużyny i zostałeś kapitanem, by nas zabić?
- A dlaczego, nie? - warknął tamten. - Teraz, kiedy ta afera z Czarnym Panem? Nikt mnie nie podejrzewał. Bo kto się spodziewał ataku na meczu quiddicha? Wiedziałem też, że nikt nie pospieszy wam z pomocą. Sprawdziłem panujące środki ochrony i wiedziałem, że odsiecz dla was nie ma jak nadejść. Nawet aurorzy i sprzymierzeńcy potrafią czasem zbagatelizowac fundamentalne sprawy.
- Dla kogo pracujesz? - syknęła Ginny.
Tamten tylko się roześmiał.
- Mam nadzieję, że będziecie gnić w Azkabanie długie lata... - zaczął Ron.
Za chwilę poczuł mocne uderzenie w bok głowy. Napastnik chwycił go za włosy, podciągnął do tyłu i zadał mocny cios w żołądek. Ron jęknął gardłowo, ostatkiem sił wyrwał dłoń z uścisku i odepchnął od siebie Burn'a. Ślizgon uśmiechnął się tylko i trzasnął go w szczękę.
- Hej! - krzyknął Harry, podrywając się na pomoc.
Nim jednak zdążył zrobić dwa kroki. Straszliwy cios miotły uderzył go w skroń. Poczuł pulsujący ból całej głowy, spotęgowany ranami po uderzeniach i blizną. Jankovski wykonał obrót i kopnął go zamaszyście w brzuch. Końcem miotły poprawił raz jeszcze, waląc w kark. Eksplozja bólu ogarnęła całe ciało Harry'ego.
- Harry, nie daj...! - wrzasnął Seamus.
Niestety nie zdążył pospieszyć na pomoc. Prosky, idąc za przykładem kolegów, rąbnął go, podcinając nogi, nastepnie drugi raz z doskoku w tył głowy. Seamus stracił przytomność.
Jankovski roześmiał się serdecznie.
- Co za mięczaki...
Gromada uczniów nadal spanikowana przez wywrócony trybun nawet na nich nie patrzyła, biegnąc w stronę błoni i zamku. Nikt nie spieszył im z pomocą.
Teraz juz tylko Ginny i Demelza pozostały na nogach. Nie opuściły różdżek, ale żadna nie rzuciła zaklęcia. Boyd już mierzył w nie od tyłu ze swojej różdżki.
Teraz juz tylko Ginny i Demelza pozostały na nogach. Nie opuściły różdżek, ale żadna nie rzuciła zaklęcia. Boyd już mierzył w nie od tyłu ze swojej różdżki.
- Co robimy z tymi dwoma panienkami? - zapytał.
- To inna bajka - odparł Jankovski. - Z dziewczynami zawsze jest więcej zabawy. Je mieliśmy oszczędzić. Ale tych trzech trzeba wykończyć. Potter jest mój... - Wycelował różdżką w leżącego Harry'ego.
- Crucio!
Harry jęknął, zwinął się, i poturlał na bok, umykając przed ciosami.
- Dranie! - syknęła Ginny. - Mugolska przemoc sprawia wam przyjemność?!
- Ty jej nie doświadczysz, rudowłosa - prychnął Boyd.
- Taak - szepnął Jankovski zbliżając się do dziewczyn. - Ból stosuje się jedynie wobec najbardziej opornych...
Dotknął policzka Demelzy, następnie jej szaty, uśmiechając się z nagłym pożądaniem. Zupełnie niedostrzegalnie wsunął jej do kieszeni zmięty pergamin. Demelza zdawała się tego nie dostrzegać. Następnie przeniósł dłoń na Ginny, niebezpiecznie zbliżając do niej swą twarz.
- Zarówno tobie jak i Ginny odmówić nie można urody... - zaczął. - Gdybyście były rozsądne... Was nie mamy zamiaru zabijać.
Za ich plecami zjawil się nagle Prosky. Równie niedostrzegalnie wsunął pergamin z kolei do kieszeni Ginny.
- Łapy precz od mojej siostry!!! - wrzasnął Ron. Tamci go zlekceważyli.
Wierzgnął nogami na ziemi jak źrebak i, usiłując ze wszystkich sił pokonać ból, podniósł się, zakradając od tyłu do Burn'a. Ale Ślizgon był czujny. Za chwilę odwrócił się i z całej siły walnął go w bok głowy. Rudzielec zwalił się na trawnik. Burn doskoczył i zaraz spadł na niego całym ciałem, chwytając za gardło.
- Żegnaj, Weasley - warknął mściwie, wymuszając na sobie uśmiech.
- Co za pajac! - prychnął Prosky.
Ron naprężył się, czując, że się dusi. Nie, nie może umrzeć. Dla Harry'ego, dla Hermiony, dla... Luny, dla świata. Wykorzystując cały swój potencjał zatopił zęby w dłoni Boyda. Chłopak ryknął z bólu, natychmiast puszczając jego szyję. Ron podniósł się wymierzył mu zdecydowany cios pięścią nos. Ślizgon zaryczał jeszcze przeciąglej. Czuł satysfakcję jego bólem.
Trzymając się za zakrwawiony nos, Boyd wyciągnął różdżkę i wycelował w Ron'a.
- Avada...
- DRĘTWOTA!!!
Ogarnięte chaosem boisko przebił mocny, groźny krzyk. Dziewczęcy krzyk. Obok Rona pojawiła się nagle nie wiadomo skąd Hermiona. Trzymała przed sobą uniesioną różdżkę. Oczy płonęły jej prawie piekielnym ogniem. Dyszała ciężko.
Jej zaklęcie odrzuciło Burn'a na parę metrów w tył, wykonało nim fikołka i rozciągnęło bezwładnie na murawie.
Pozostali zwrócili na nią spojrzenia.
- Hermiona Granger! - zawołał Jankovski. - Nasza droga mistrzyni! Zobaczymy, co potrafisz!
Strzelił w nią błyskawicznym oszałamiaczem, który bez problemu odbiła. Uchylając się przed dalszym naporem uniosła różdżkę i krzyknęła:
- CRUCIO!
Trafiła bezbłędnie. Jankovski ryknął jak ranny jeleń, czując na sobie ocean bólu. Trzymał się za prawą część twarzy. Najwyraźniej Cruciatus Hermiony dodatkowo wzmocnił ból.
Od strony trybun biegła już pomoc. Profesor McGonagall, Lupin i aurorzy, wszyscy z różdżkami. Oszołomiony bólem Harry odetchnął z ulgą.
Prosky dyskretnie oddalił się w stronę namiotów. Boyd wymierzył różdżkę w Ginny.
- PETRIFICUS TOTALUS! - krzyknęła McGonagall, podbiegając do nich.
Boyd znieruchomiał w połowie wykonywania ruchu. Na jego skamieniałej, zesztywniałej twarzy zastygł grymas bólu. Padł do tyłu.
- Potter! Słyszysz mnie?! Potter!
McGonagall przyskoczyła do obolałego Harry'ego. Aurorzy już otaczali teren. Ciężko ranny Ron zdołał podnieść się na klęczki
Ten powoli otworzył oczy.
- Już po wszystkim Harry, już po nich.
Hermiona łagodnie położyła dłoń na jego głowie.
Uśmiechnął się do niej. Przeniósł obolałe oczy na McGonagall, pobladłą ze strachu.
- Pani... profesor... dlaczego... tak późno?
- Nie mogliśmy przybyć wcześniej Harry - rzekł Lupin, który cucił właśnie Seamusa. - Te łotry rzuciły zaklęcie osłaniające na całe boisko. Widzieliśmy co się dzieje, ale nie mogliśmy wybiec. Rzucanie zaklęć z trybun było zbyt ryzykowne. Oni nie są od Voldemorta. Musieli działać sami.
Harry zacisnął powieki, przełamując kolejny paroksyzm bólu.
- Chcieli... nas zabić.
- Wiem, ale już po wszystkim, byliście bardzo dzielni.
Niestety wcale nie było po wszystkim. Jankovski tylko udawał oszołomionego rwącym bólem twarzy. Gdy tylko podeszli do niego aurorzy, rzucił się do przodu i chwycił za włosy Demelzę, przykładając jej różdżkę do czoła.
- Dobra, nie ruszać się! - wrzasnął. - Podejdźcie tu, a rozwalę ją.
Wszystkie pobliskie osoby patrzyły na to jak zamurowane.
Lupin i McGonagall nie opuścili różdżek. Harry'emu miomo wysiłków nie udawało się podnieść. Kark i głowa rwały go niemiłosiernym bólem.
- Rzuć różdżkę i wypuść ją! - warknął Lupin. - Nie masz dokąd uciec!
- Czyżby? - zadrwił Jankovski. - Ja to wszystko wymyśliłem, ja to zakończę, nie dam się zamknąć w Azkabanie. Żadnych Czarnych Panów, żadnych śmierciożerców, żadnych wojen, tylko my! Łowcy ludzi. Takiego zagrożenia nawet sam Dumbledore by nie przywidział!
Powoli cofał się do lasu.
Kątem oka zauważyli biegnącą samotnie postać. Jasnowłosą dziewczynę. Luna.
Stanęła bezpośrednio przy Ślizgonie i Demelzie.
- Wypuść ją! - powiedziała zupełnie spokojnie. - Wypuść ją i weź mnie!
Jankovski zwrócił na nią swe spojrzenie.
- Panno Lovegood, nie! - krzyknęła McGonagall.
Luna nie zwróciła nia nią uwagi.
- Wziąć ciebie? - wycedził Ślizgon.
- Wiem więcej. O GD i o wszystkim...
Jankovski zaśmiał się.
- Skąd wiesz, czego chcę?
- Bierz i nie dyskutuj.
- Dobra, spryciaro.
Ignorując wycelowane w siebie różdżki aurorów, Jankovski przysunął się do niej.
|
|
|
04-25-2009, 15:47
|
#6
|
|
Member
Zarejestrowany: Apr 2009
Posty: 81
|
Rozdział V
Dziesiątki przerażonych par oczu bezradnie przypatrywało się, jak Ślizgon przybliża się do Luny.
Najpierw delikatnie odepchnął od siebie Demelzę, która natychmiast czmychnęła w bok, wyciągając różdżkę, i błyskawicznie chwycił w pasie Lunę. Cofnął się powoli. Kompletnie ignorował wycelowane w niego różdżki. Przyglądał im się uważnie zdrowym okiem, poprzez spryskaną krwią twarz. Luna tylko wpatrywała się w nich swymi niebieskimi, przerażonymi teraz oczami. Ron chlipał cicho, nie mogąc się z bólu podnieść. Wiele by dał, by jej pomóc.
- No, moi drodzy - warknął Jankovski. - Nie róbcie lepiej nic głupiego, bo zrobię krzywdę tej uroczej dziewuszce.
Lupin zmarszczył groźnie brwi, zaciskając spoconą dłoń na różdżce.
- Wypuść ją, a obiecuję, że nie wysysają z ciebie duszy od razu - warknął.
Ślizgon roześmiał się.
- Myślicie, że tak po prostu dam się zamknąć?
Jego ruch był błyskawiczny. Wycelował różdżkę i machnął nią energicznie w bok.
- INCARERCUS! - wrzasnął.
Promień trafił w stojącą na uboczu, nieświadomą zagrożenia Ginny.
Cienkie liny w zaledwie sekundę oplotły całe jej ciało. Ślizgon pociągnął różdżkę, szepnął niezrozumiale jakieś słowo i za chwilę Ginny lewitowała już kilka metrów nad ziemią.
- NIEEE! - ryknął histerycznie Ron, nadal trwając w pozycji pół leżącej.- NIEEE! Łapcie tego bydlaka! To są dwie najbliższe mi osoby!!!
Słysząc to, Hermiona spojrzała na Rona z mieszaniną oburzenia, wzgardy i zgorszenia.
"Kretyn - pomyślała. - A więc moje przypuszczenia były słuszne. To ułatwia sprawę..."
Jankovski spuścił tymczasem różdżkę niżej. Zaklęcie przestało działać. Ciało Ginny runęło w dół.
- UWAGA! - krzyknął Lupin.
Kilku aurorów przyskoczyło, by ją złapać. W ostatniej chwili udało się. Harry i Ron jednocześnie westchnęli z ulgą. Za chwilę Ginny została szybko uwolniona z lin.
Korzystając z zamieszania Jankovski rzucił się wtenczas do szaleńczej ucieczki wraz z Luną.
- Nie pozwólcie mu uciec! - krzyknęła McGonagall.
Lupin, Hermiona, Demelza i aurorzy jak jeden mąż rzucili się w pościg za szaleńcem.
- Nie... - szepnął Harry, próbując się podnieść, lecz rwący ból w kolanach nie pozwalał wstać.
Ron zawył przeraźliwie, podnosząc straszliwy lament na cały stadion, także nie mogąc się podnieść, choć walczył z bólem.
- NIE DAJCIE MU JEJ SKRZYWDZIĆ!!!
- Otoczcie boisko - rozkazał Lupin. Aurorzy rozbiegli się na wszystkie strony.
Ślizgon w biegu ciskał w nich uroki, które Lupin jednak zręcznie odbijał, mimo iż widać było, że jest niepewny i zdenerwowany.
Jankovsi zatrzymał się w końcu. Rękę z wyciągniętą różdżką trzymał teraz na barku Luny, tuz przy jej policzku, ocierając o niego. Stamtąd też miotał klątwy.
- Nie strzelajcie - krzyczał Lupin. - Możemy trafić ją!
Jedno z zaklęć tamtego spaliło na popiół kolorowy namiot niedaleko Harry'ego.
Wreszcie Ślizgon przerwał ostrzał, wpatrując się w nich. Luna rzucała błagalne spojrzenia.
- Spróbujmy zawrzeć układ - rzekł spokojnie Jankovski. - My dacie wolność mi, a ja tej dziewczynie. Chociaż... jak sama mówi, ma wiedzę. A ja mogę ją wykorzystać, po tym jak ją mi wyjawi...
Lupin ścisnął wściekle różdżkę.
- Remusie, nie! - upomniał jeden z aurorów.
- Zastanów się, Jack - szepnął Lupin. - Nie uciekniesz. Otoczyliśmy cały teren. Mamy twoich wspólników. Będą wiedzieli, gdzie cię znaleźć.
Jankovski uśmiechnął się tylko chytrze. Pchnął różdżką Lunę.
- Nasza mała marzycielka chyba chce coś powiedzieć - rzekł.
Luna patrzyła na nich przez zaszklone łzami oczy.
- Błagam was... nie strzelajcie... - szepnęła cicho. - On zabije siebie i nas... wszystkich... To szaleniec...
Jankovski położył jej dłoń na ustach i ścisnął za włosy.
- DOSYĆ! - warknął.
"Co ten bałwan wyprawia? - pomyślała Hermiona. - Tego nie było w planie... Zaraz coś zawali. Skoro tak, skończę z tym sama... Dla własnej chwały."
Ślizgon cofnął się kolejnych parę metrów dalej. Luna skorzystała z chwili jego nieuwagi i gdy był zwrócony do tamtych szarpnęła się, wyrywając z jego silnego uścisku. Jankovski warknął ze złością i wycelował w nią różdżkę. Luna zastygła na ułamek sekundy w bezruchu i za chwilę jękiem bólu upadła na kolana. Chłopak złapał ją za włosy, przyciągając do siebie. Luna szlochała cicho.
- Użył Cruciatusa przez leglimencję! - wychrypiał w wyrazie przerażenia i zdumienia auror z prawej.
Hermiona nie miała czasu zwracać na nich uwagi. Dano jej już umówiony sygnał. Stanęła z boku, wycelowała różdżkę i krzyknęła:
- IMPEDIMENTO!
Zaklęcie trafiło Ślizgona prosto w pierś. Zachwiał się i za chwilę poleciał do tyłu, wypuszczając z rąk różdżkę i Lunę.
Aurorzy pochwycili go błyskawicznie. Zdążył jednak jeszcze zwalić z nóg jednego z nich błyskawicznie wystrzelonym oszałamiaczem.
- Puszczajcie mnie! - warknął.
- I kto tu jest przegrany? - zadrwił Lupin. - Dobra robota, Hermiono...
Hermiona nie zwróciła na niego uwagi. Podbiegła do Luny i szepnęła, niedosłyszalnie dla Lupina i wszystkich innych:
- Świetnie się spisałaś. Doskonale grałaś przerażenie i rozpacz.
Luna poprawiła sobie potargane jasne włosy.
- Mogłaś to zorganizować lepiej - syknęła z wyrzutem. - Przez moment myślałam, że naprawdę chce mnie zabić!
- Nie rozumiem, po co on chciał zabić Harry'ego. Wystarczyło, że go doprowadzi do wypadku...
- I tak udało się wszystko, teraz musi się aportować.
Luna bez najmniejszego wysiłku podniosła się ziemi i otrzepała szatę. Na jej obliczu nie było nawet śladu strachu, rozpaczy i błagania, obecnych tam jeszcze przed chwilą.
- Ci idioci bez wahania uwierzyli we wszystko. Ten udawany Cruciatus. Znakomicie symulowałaś, że wrzeszczysz z bólu. A tamci nawet się nie spostrzegli, że z różdżki Jacka nie poleciał promień - szepnęła Hermiona, oglądając się niespokojnie na aurorów. Ci jednak nadal byli zajęci obezwładnianiem Jankowskiego, którzy szarpał się jak szalony.
- Mógłby jednak trzymać mnie nieco delikatniej - szepnęła jasnowłosa, nie kryjąc urazy.
- A Harry, he, he, naprawdę się bał.
- Jesteś bez serca - prychnęła z uśmiechem Luna.
Hermiona odgarnęła włosy.
- Chodzi tu o moją przyszłość - rzekła spokojnie.-A on... niech to będzie dla niego próba przed ostatecznym.
- Kapitalna z ciebie aktorka, Luno - powiedziała Demelza, która dyskretnie do nich podbiegła. - Ale jak ci się udało sfingować ten płacz i cierpienie?
- Mam ten dar od dziecka - odparła cicho dziewczyna. - Mogę u siebie wywoływać płacz kiedy tylko zechcę.
- Nieźle - szepnęła Hermiona. - Ale teraz macie robić to, co wam każę.
Obejrzała się kolejny raz. Aurorzy już powalili Ślizgona i teraz prowadzili go przez boisko, choć ten nie przestawał się szarpać i miotać przekleństw. Lupin szeptał do nich jakieś polecenia. Na ich widok pomachał ręką.
|
|
|
Zasady postowania
|
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts
kod HTML jest Wył.
|
|
|
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:06.
|
|