Sny prorocze
Autor:
Davis
Rozdział I
Jak trudno jest zabić...
A, gdy już wypełnisz nieuchronne przeznaczenie,
poczujesz, że na zawsze utraciłeś kogoś,
kto był dla ciebie, jak brat,
a po kim zostały tylko ciche wspomnienia,
tęsknota, ukryta w duszy.
Żal, wyryty głęboko w sercu.
Była noc. Znajdował się w jakimś starym, drewnianym kościele. Nie był tam sam. Wokół niego znajdowało się mnóstwo ludzi, a wszyscy wpatrzeni byli w jakiś tajemniczy obiekt na ołtarzu, jakby czekali na jakiś znak. Chciał podejść bliżej, żeby dowiedzieć się, co było obiektem zaciekawienia tylu ludzi ( swoją drogą czuł przed tym pewien strach), gdy nagle uświadomił sobie, że ktoś go woła z zewnątrz, ale nim dociekł źródła owego głosu, leżał już w łóżku, zlany potem;
- Ray, wstawaj! - tego ranka Sidney obudził się wyjątkowo wcześnie, nie wiedząc, co dokładnie wydarzyło się zaledwie parę minut temu. Podbiegł do łóżka głośno chrapiącego przyjaciela, potrząsając nim z całych sił.
- Co... Co się dzieje...? Zostaw! Puść mnie... Ratuunku!
- Ray! Skończ mamrotać przez sen, mam ci coś ważnego do powiedzenia!
Młody Thanks, kiedy doszedł do wniosku, że nic mu nie grozi przebudził się całkowicie i usiadł na swoim łóżku, przecierając zaspane oczy. Był to krępej budowy chłopak z gęstymi, jasnymi włosami.
- Dlaczego mnie budzisz o tak wczesnej porze? - Spojrzał na budzik, leżący na jego nocnym stoliku. Była piąta (!) rano. Spojrzał na Sidney'a, jak na wariata. - Coś się stało? - Spytał go z oszołomioną miną.
- W zasadzie... TAK! Inaczej bym cię nie budził! - Krzyknął poirytowany. - Znowu to miałem!
- ????? - Mina Ray'a wyrażała, że wie z tego tyle, co nic.
- No ten SEN! - Wyrzucił wreszcie z siebie Sidney, nie mogąc pojąć, jak można być aż tak niedomyślnym. - Z tym, że tym razem miałem wątpliwy zaszczyt gościć w kościele. Ale znowu powtórzył się ten motyw z głosem, nieznajomym głosem... tak bardzo chciałbym wreszcie dojść do tego, co to było. No i ten ktoś mnie wołał, nie słyszałem dokładnie, co mówił, no a potem... zobaczyłem na ścianie kościoła taki tekst... jak to leciało... "znajdziesz mnie tam, gdzie wiecznie trwam. HP". - Wyrecytował.
- Przecież miałeś skończyć z tymi nocnymi "wędrówkami". - Rzekł poirytowany Gryfon. - Sam mówiłeś, że staje się to coraz bardziej męczące.
- Niby tak, ale z drugiej strony czuję, że jestem coraz bliżej rozwiązania tej tajemniczej zagadki. - Odpowiedział mu Sidney, marszcząc czoło. - Dzisiaj jest sobota, hmm, pomyślmy... mamy dużo czasu.
- Co chcesz zrobić?
- Dojść do tego, gdzie mogę się dowiedzieć więcej o tym kimś. HP, to... hej! To mogą być jego inicjały!
- Gratuluję intelektu... - Powiedział nieco znudzony Ray. Sidney puścił to mimo uszu.
- Musimy jeszcze tylko pomyśleć, co to za miejsce. " Znajdziesz mnie tam, gdzie wiecznie trwam". - Powtórzył podniecony. W tym czasie Ray chcąc, nie chcąc, postanowił się ubrać, bo czuł, że nie będzie mu już dane spać.
- " Znajdziesz mnie...". - Mówił do znudzenia jego przyjaciel.
- Może cię nagrać? - Spytał się blondyn, starając się, by nie zabrzmiało to, jak sarkazm. - Sala Pamięci.
- Co?
- Mówię o Sali Pamięci. To tam są uwieczniane niektóre nazwiska.
- Stary, to jest to! Jak mogłem wcześniej na to nie wpaść! - Radość Sidney'a nie miała granic. - Idziemy do Sali Pamięci!
I ubrał się szybko, starając się nie obudzić innych kolegów z siódmej klasy, którzy spali z nimi w jednym dormitorium. Gdy był już gotowy, wziął w pośpiechu różdżkę ze stolika i wymknął się z pokoju, a Ray poszedł za nim;
Przebiegli przez zwykle pusty o tej porze pokój wspólny Gryffindoru, następnie przeskoczyli przez dziurę za portretem, nie oglądając się na zdziwionego Ruksa, strzegącego wejścia do Wierzy Północnej. Mijali skąpane w ciszy korytarze. Za oknem księżyc powoli ustępował miejsca słońcu;
Wreszcie dotarli na odpowiednie piętro. Mieli przy tym trochę kłopotów, bo w ostatnim czasie woźny Goyle zabarykadował wejście do Sali Pamięci z jednej strony korytarza, więc musieli iść na około.
Weszli do środka. Był to pokój niezwykły, pełen szklanych gablot z różnymi pucharami, medalionami, medalami i orderami. Zaczęli się przechadzać, szukając właściwego z inicjałami HP. Po jakichś piętnastu minutach Ray usłyszał połączony ze śmiechem zachwyt przyjaciela.
- Tutaj, Ray... jak mogłem się nie domyślić? - Sydney stuknął się w czoło. - Teraz to takie oczywiste!
- Co jest takie oczywiste? - Chłopak podszedł do niego. Spojrzał na order:
HARRY POTTER
Harry Potter, ur. 31 lipca 1980r.
Syn Jamesa i Lily Potterów. Znany
jako Chłopiec, Który Przeżył. Uczeń
Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hog-
warcie w latach 1991 - 1998. Otrzymał
specjalne odznaczenie, Order Merlina
Pierwszej Klasy za ostateczne poko-
nanie Lorda Voldemorta.
Nagle Sidney przewrócił się na kamienną posadzkę. W głowie szumiały mu na przemian słowa - ''strata, przeznaczenie''. Ray pochylił się nad nim.
- Co ci jest?
- Nic, nic...
Spróbował więc z innej strony.
- Ale dlaczego ci się przyśnił? Przecież Potter nie żyje już od pięciu lat... - Spytał powoli przyjaciela. - Myślisz, że chciał ci coś powiedzieć?
- Nie wiem... - Sidney wstał z podłogi. Byo mu trochę głupio. Widać było, że sam głęboko się nad tym zastanawia. - Zostawmy to na jakiś czas.
- Przecież tak byłeś tym zainteresowany?
- Tak, ale muszę trochę odpocząć, głowa mnie rozbolała. - Chłopak był jakiś dziwny, jakby nie był sobą. Jeszcze raz rzucił okiem na order i skierował się z stronę wyjścia. Resztę dnia włóczył się po szkolnych błoniach, a gdy wieczorem zrobiło się chłodno wrócił do Pokoju Wspólnego. Zahaczył o bibliotekę, wypożyczając książkę "Co robić, gdy masz do czynienia ze snami proroczymi?". Nie poszedł nawet na kolację. Usiadł wygodnie w okrągłym fotelu i otworzył książkę na wstępie, lecz nim zdążył cokolwiek przeczytać, zmorzył go sen;
Znowu był w kościele. Tym razem jednak było zupełnie cicho, była noc. Postanowił się więc rozejrzeć. Zapalił różdżką światło. Podszedł do ołtarza. Nie zauważył tam nic dziwnego, ale po dłuższych oględzinach dostrzegł w rogu kilka klepsydr. Zbliżył sie do nich...
Nic mu nie mówiły nazwiska osób, wypisane na białych kartkach papieru. Ot, zwykłe klepsydry. Odwrócił się i już miał wracać, gdy za oknem zerwał się wiatr i znowu usłyszał ten znajomy głos, tym razem wyraźnie. Bardzo wyraźnie...
- Podążaj za przeznaczeniem. - Usłyszał. Instynktownie odwrócił głowę. Na ścianie za ołtarzem pojawiła się nowa klepsydra. Podszedł do niej powoli. Gdy przeczytał pierwsze słowa, o mały włos nie krzyknął.
RAYMAN THANKS
Urodzony 23 czerwca 2015r.
Zmarł 12 maja 2032r.
Zginął śmiercią tragiczną.
Sidney obudził się w fotelu...