|
Super Moderator
Zarejestrowany: Apr 2007
Lokalizacja: W Zakamarkach Piekielnych.
Posty: 650
|
Pod Choinką :)
Cóż. Tekst popełniony dość dawno na potrzeby pojedynku z Arsine na Forum Mirriel. Wygrałam to starcie. Teraz chcę się nim pochwalić tutaj.
Kanon - nie stwierdzono.
Sens - jakiś jest.
Humor - porcja maksymalna. SMACZNEGO.
Całość na melodię Shakin'a Stevensa „Cry just a little bit”.
Już od ładnych kilku lat święta Bożego Narodzenia kojarzyły się Harry'emu z ciepłem rodzinnym, radością i dobrą zabawą, stopniowo wypierając nieprzyjemne wspomnienia wyniesione z domu Dursleyów. Wigilię już od trzech lat regularnie spędzał u państwa Weasleyów, w Norze, gdzie zawsze było gwarno, ciepło i radośnie.
Ten rok też nie miał być pod tym względem inny. Zaproszenie na kolację wigilijną dostał już na początku listopada od Molly Weasley, tak więc pozostało mu tylko kupić dla wszystkich prezenty i odliczać dni do świąt. Zwłaszcza że zamierzał wreszcie poprosić Ginny o rękę...
****
– Zimno – stęknął Harry, rozcierając ręce odziane w czarne skórzane rękawiczki i poprawił wielki plecak, w którym miał prezenty dla dziesięciu osób. Czuł się jak Święty Mikołaj, potrząsając paczkami zalegającymi mu na plecach. Wśród nich znajdowała się maleńka paczuszka dla najważniejszej osoby – pierścionek dla Ginny. Mały szmaragd oprawiony w białe złoto leżał na atłasowej poduszeczce w pudełeczku firmy Wizzy Jewellery. Samo pudełeczko Harry pieczołowicie owinął w białą krepę ozdobioną delikatnym kwiatowym wzorem i obwiązał dwiema zielonymi wstążeczkami po czym ostrożnie wsunął między paczki dla pozostałych. – Czemu ja się nie przeteleportowałem?!
W śnieżnej zadymce widział nie dalej niż na dwa metry, na dodatek mroźny grudniowy wiatr wciskał mu się we wszystkie zakamarki ciała, nie przejmując się dwoma grubymi swetrami produkcji pani Weasley, szalikiem w barwach Gryffindoru (nadal go nosił, mimo że szkołę skończył trzy lata temu) i puchową kurtką zapiętą na wszelkie możliwe guziki. W sumie teleportacja mogłaby się dla mnie źle skończyć, pomyślał Harry, z uporem maniaka prąc naprzód. Na szczęście po chwili poprzez spadające płatki śniegu dostrzegł wysoki, nieco nieforemny dom państwa Weasleyów. Sam widok tego przytulnego budynku podniósł go na duchu i nastroił wyjątkowo świątecznie. Przyspieszył kroku, ciesząc się na kolację w towarzystwie osób, które kochał. Już z daleka zauważył, że nieopodal furtki stoi duży bałwanek z marchewkowym nosem, węgielkowymi oczami i z dziurawym kociołkiem na głowie. Ku zdziwieniu i rozbawieniu chłopaka bałwan podskoczył radośnie na jego widok, zasiąkał marchewkowym nosem, otarł go patykowatą ręką i – niemal przy tym gubiąc swój „kapelusz” – doskakał do furtki, otwierając ją na oścież i salutując przechodzącemu Wybrańcowi jak żołnierz kapitanowi.
– I jak tu nie kochać tych ludzi? – zaśmiał się czarnowłosy, z udawaną powagą ściskając patykowatą rękę śnieżnego stwora. Bałwanek właśnie odgrywał pantomimę, w której niemal oddawał cześć gościowi, kiedy nagle otworzyły się drzwi frontowe i stanął w nich Bill Weasley.
– Widzę, że masz nowego przyjaciela – zaśmiał się Łamacz Zaklęć, patrząc wesoło na Harry'ego. – Ładuj się do środka, bałwanek nie zginie. Fred, George i Ginny dosłownie przeładowali go czarami na wszelką okoliczność, sądzę więc, że byłby w stanie przetrwać nawet słońce Sahary.
– Przyjaciel jak przyjaciel, zabawny gość – Harry wyszczerzył radośnie zęby, zostawiając bałwana, który wyraźnie posmutniał. – Kto jest?
– Wszyscy. Nawet Percy zebrał wreszcie kuper i zszedł na dół. Właściwie czekaliśmy już tylko na ciebie.
Harry poczuł się głupio.
– Bardzo się spóźniłem?!
– Skąd, po prostu wszyscy wcześniej zeszli na dół – Bill zamknął bałwankowi drzwi tuż przed marchewkowym nosem, obserwując, jak Harry zdejmuje buty i stawia je na małej słomiance. – Matka w tym roku miała fazę na skarpetki, toteż nie zdziw się, jeśli dostaniesz od niej w prezencie tradycyjny sweter i skarpety. Ja zostałem obdarowany prototypem, bo mama wie, że nie mam serca powiedzieć jej co o nich myślę – Mężczyzna uśmiechnął się nieco krzywo i pokazał chłopakowi rdzawozłotą skarpetkę ozdobioną nieco nieforemną twarzą Mikołaja z lekkim zezem. – Grunt, że w nogi ciepło! – puścił mu figlarne oczko.
– Pospieszcie się, mama już zrzędzi, że zaraz ziemniaki do reszty wystygną! – Do przedpokoju zajrzała rudowłosa dziewczęca twarzyczka dwudziestoletniej Ginny Weasley. Na widok Harry'ego oczy jej rozbłysły figlarnym blaskiem a czarnowłosy uśmiechnął się szeroko. – Cześć, Wybrańcze! – podeszła do niego i radośnie rzuciła mu się na szyję, nie zauważając, że chłopak ma mokre od śniegu włosy.
– Cześć, Ginny...
– Się zaczęło. Zakochani są wśród nas. Ślepi i głusi na wszystko – roześmiał się Bill, poprawiając z zażenowaniem rudego kucyka i za wszelką cenę starając się nie patrzeć na bezwstydnie całującą się przy nim parę. – Może się ruszycie, zanim ściągnie tu cała pielgrzymka? – Uwolnił się od niezręcznej sytuacji, wymijając ich i kierując się do salonu.
– Czy Święty Mikołaj przyniósł coś dla mnie w tym roku? – Ginny pogłaskała Harry'ego po policzku.
– A czy byłaś grzeczna? Ząbki myłaś, nie używałaś brzydkich wyrazów i różdżki w nieodpowiednich sytuacjach? – zakpił Harry, uśmiechając się przewrotnie. – Mikołaj zobaczy, czy coś ma dla ciebie. Na razie jednak chodźmy już do salonu.
– Mama się wysiliła i w tym roku porobiła też skarpetki na drutach. Udawaj zaskoczonego i ucieszonego, jak cię obdaruje takimi pod kolor swetra, z zezowatymi Mikołajami – mruknęła Gin, a Harry z trudem powstrzymał się od śmiechu.
Salon Weasleyów aż tętnił życiem. Wielka zielona choinka stała w rogu pokoju, świecąc magicznymi lampkami, które – niczym robaczki świętojańskie – latały wokół przyozdobionego bombkami, łańcuchami i anielskim włosiem drzewka. Sam iglak poruszał się delikatnie, jakby muskany wiaterkiem, a ozdoby podzwaniały cichutko niczym dzwoneczki sań. Cały pokój ozdobiony był świątecznymi dekoracjami, gdzieniegdzie wisiały pęczki jemioły, a na oknach widniał magiczny szron, który tworzył malownicze zimowe witraże, co jakiś czas zmieniające obraz.
Pośrodku salonu ustawiono dwa wielkie stoły przykryte białymi obrusami, a na nich ustawiono wszystkie wigilijne potrawy, które własnoręcznie przyrządzała Molly Weasley.
– Harry, kochaneczku! – Zanim Harry się zorientował, już był w objęciach pani Weasley, która tuliła go jak kwoka swoje pisklę. – Przemarzłeś do szpiku kości, dlaczego nie skorzystałeś z Sieci Fiuu?! Czy mi się zdaje, czy schudłeś? – Molly obejrzała chłopaka, trzymając go na odległość wyciągniętych ramion.
– Pani Weasley, spokojnie, nic mi nie jest. Z kominka nie skorzystałem, bo zapomniałem stroju Mikołaja, a tak poza tym spacer mi się przydał – Harry uwolnił się z objęć kobiety i wyjął różdżkę z kieszeni. Wystarczyło ledwie jedno machnięcie, aby prezenty z plecaka znalazły się pod choinką razem z innymi paczuszkami.
– Hej, Harry! – Zza stołu uśmiechnęła się do niego wesoło jego najlepsza przyjaciółka, Hermiona Granger, a właściwie od ponad roku już Weasley. – Ponoć polubiłeś się z bałwankiem! – zachichotała.
– To ma farta. Mnie ta bestia za diabła nie chce lubić, już któryś raz z kolei natarł mnie śniegiem, kiedy wyszedłem po drewno do kominka – mruknął niezadowolony Ron, trzymając Hermionę za rękę.
– Oj, biedaku, zemszczę się na nim okrutnie, jeśli czujesz się aż tak strasznie skrzywdzony – Hermiona pokazała mężowi język i pocałowała naburmuszonego rudzielca w policzek.
– Czołem, brachu! – powiedzieli jednocześnie Fred i George, uśmiechając się niewinnie. Zbyt niewinnie jak na nich. Z daleka było czuć, że to ich sprawka jeśli chodzi o sympatie i antypatie podwórkowego świątecznego stwora.
Percy i Charlie rozmawiali o czymś z ożywieniem, żywo przy tym gestykulując, ale obaj przywitali chłopaka skinieniem głowy, natomiast Artur Weasley poderwał się z miejsca, ściskając mu rękę.
__________________
"Fantazji odrzuć dziś nieostry kształt,
Bo czas by miała już Twój głos i twarz..."
|