|
Senior Member
Zarejestrowany: May 2007
Posty: 1,053
|
[M] Nowa niespodzianka
Harry obudził się cały zalany potem. Blizna piekła go niemiłosiernie. Wstał. Rozejrzał się. Nikogo nie zauważył. Poszedł zobaczyć czy u Rona i Hermiony wszystko w porządku. Był już w połowie drogi gdy usłyszał krzyk. Ron, Hermiona! Pomyślał. Szybko skręcił i wybiegł przed dom. To co zobaczył nie dodawało mu otuchy. Ron i Hermiona walczyli z kilkoma śmiercożercami na raz. Gdy wyszedł wszyscy zwrócili się w jego stronę, ale nikt nie strzelił w niego zaklęciem. Tylko jeden śmierciożerca wystrzelił w niebo mroczny znak. Coś trzasnęło niedaleko Harry'ego. Odwrócił się i zobaczył twarz którą widział w tym roku już kilka razy. Twarz, która było jego największym strachem. Bielsza od nagiej czaszki, z wielkimi oczami koloru szkarłatnego. Nosem płaskim jak u węża ze szparkami zamiast nozdrzy... Voldemort machnął różdżką. Harry uchylił się błyskawicznie. Zielony płomień prawie musnął jego bok.
- Expeliarmus! - wykrzyczał. Zaklęcie mknęło ku Czarnemu Panu z błyskawiczną szybkością. Już było o cal od niego. Już prawie go dotykało... Nagle zmieniło kierunek i uderzyło w Harry'ego. Różdżka wypadła mu z ręki. Widział jak Czarny Pan zbliża się do niego. Już czuł śmierć.
- Accio - powiedział bezmyślnie szukając wszelkiej nadziei. Ku jego zdumieniu różdżka wpadła mu w ręce. Szybko wycelował w Voldemorta i ryknął:
- Expeliarmus!
Zaklęcie chybiło, ale przez te kilka chwil Harry zdążył się podnieść. Voldemort spojrzał na niego ze wstrętem. Uchylił się, by nie dotknęło go zaklęcie, które mknęło w jego stronę.
- Elizowex! - krzyknął Voldemort. Niewidzialny mur oddzielił ich od innych. Teraz byli tylko oni. Harry Potter, chłopiec który przeżył, wybraniec i Tom Marvolo Riddle ( Voldemort ) największy czarnoksiężnik świata tuż po Dumbledore'a, który zabił tylu ludzi. Zaczęła się prawdziwa walka.
- Avada Kedavra!
Harry nie był na to przygotowany. Jego różdżka wycelowana była w podłogę. Zaklęcie zbliżało się z nadzwyczajną szybkością. Już czuł smak śmierci. Poczuł, że ogarnia go żal, że nie może dłużej walczyć. Pomścić się za swoich rodziców, Syriusza, Cedrika. Dambledore'a... Poczuł przypływ energii. Nie może się poddawać. Przecież on to robi dla nich. Przynajmniej powinien spróbować się bronić.
- Protero! - krzyknął nie wierząc, że coś to da. Tarcza wyskoczyła przed niego w ostatnim momencie. Zaklęcie dotknęło jej. Tarcza znikła. Zamiast niej pojawił się zielony płomień zupełnie taki jaki miał Voldemort. Zdawało się, że jest podobnie jak było trzy lata temu. Ale już teraz było widać, że to jest całkiem inne. Płomień został i nie otoczyła ich kopuła. Nie polecieli gdzieś wysoko. Zostali tam gdzie byli. Koło nich coś mocno trzasnęło. Nie tak, jakby ktoś się teleportował. O wiele głośniej. Na niebie było widać dwa Feniksy. Jednego Harry poznał od razu. Był to Faweks, Feniks Dumbledora. Drugi Feniks był piękny, ale także starszy od Faweksa. Wyjątkowo czerwony. Gdzieniegdzie widać było białe i żółte pasy. Nieznany Harry'emu feniks zaczął śpiewać. Był to śpiew inny niż on znał. To nie był śpiew feniksa. Nikt tak pięknie nie mógł śpiewać. Słowa te, choć niezrozumiałe dla Harry'ego miały wielką wartość. Poczuł falę zrozumienia. Jakby feniks dodawał mu otuchy. Poczuł, że feniks zwraca mu tych, których tak bardzo kochał. Jego serce takie puste, teraz, kiedy walczy z Voldemortem - napełniło się miłością. Poczuł falę taką jakiej jeszcze nigdy nie czuł. Jakby ci których tak bardzo kochał przyszli do niego. Jakby dodawali mu mocy. Całą miłość wszystkich osób które kochał, szanował przyszła właśnie w tej chwili. W pewnym momencie zdał sobie sprawę, że feniks usiadł na nim i śpiewa mu do ucha. Harry spojrzał na Voldemorta. ten wył jak opętany. poczuł jak jego serce rwie się nienawiścią z miłością. jakby te dwa uczucia walczyły. Zrozumiał, że dzieli teraz z Voldemortem uczucia. Nie chciał by wypełniła go nienawiść. Z trudem zerwał połączenie. Czarny Pan odetchnął z ulgą. Feniks cały czas śpiewał mu do ucha.
- Zapłacisz mi za to Potter - powiedział Czarny Pan - Nie zrozumiałeś jeszcze, że miłość jest najgorszym uczuciem? Dlatego zabiłem tych wszystkich ludzi. Za dużo mają miłości w sobie. Tak jak ta twoja brudna matka.
Harry'ego ogarnęła złość na Voldemorta. Poczuł, że jeszcze nigdy nie był na niego tak zły. Że jeszcze nigdy nie chciał się na nikim tak pomścić jak na nim. Feniks śpiewał głośniej. Miłość była za silna.
- Avada Kedavra! -ryknął Harry
Zaklęcie mknęło ku Voldemortowi. Było blisko. Już kilka cali od niego. Zaklęcie dotknęło Voldemorta. Odrzuciło go do tyłu. Upadł na ziemię. Harry'emu jeszcze nie zeszedł uśmiech z twarzy, kiedy zobaczył dwie rzeczy, które zmusiły go do walki. Zaklęcie uśmiercające mknęło w jego stronę. Uchylił się, choć zaklęcie musnęło jego głowę. Feniks pofrunął w górę, jednak po chwili znowu wrócił śpiewając swą pieśń. Gdy feniks odsłonił mu widok zobaczył coś co jeszcze bardziej nim wstrząsnęło. Czarny Pan wstawał jakby nigdy nic. Spojrzał na Harry'ego z satyswakcją, chociaż coś wskazywało Harry'emu, że sam nie wie jak przeżył.
- Jestem nieśmiertelny nawet wtedy, kiedy ty zniszczyłeś mi horkusy - krzyknął Voldemort. - A może po prostu to ty jesteś za słaby?
Słowa te wstrząsnęły Harrym tak okropnie, że chciał rzucić się na Voldemorta. Coś go jednak od tego powstrzymywało. jakaś niewidzialna ręka przez śpiew feniksa w sercu mówiła mu: nie warto. Naprawdę nie warto. Harry choć bardzo chciał nie zrobił tego co mówiła mu jego intuicja. Zrobił to co powiedziało mu serce. Poczuł falę ciepła, która pomknęła przez jego ciało. Nie zwykłego ciepła. Jakiegoś innego. Harry'emu zdawało się, że skądś te ciepło zna, jednak bardzo dawno go nie czuł... Faweks wrzasnął. To przywróciło Harry'ego do rzeczywistości. Spojrzał na feniksa Dumbledora. Ten latał teraz bardzo wysoko. Mijał zielone strumienie ognia, które rzucał w niego Avery.
- Drentwota! - Avery nie zdążył się obronić. Zaklęcie Harry'ego przewróciło go. Ale nie miał czasu walczyć z Averym. Spojrzał na Voldemorta. Albo jednak tam gdzie przed chwilą był Voldemort. Usłyszał za sobą głośny śmiech. Ciarki przeszły mu po plecach. Odwrócił się ale nie zdążył sobie wyczarować tarczy. Zielone zaklęcie mknęło za szybko... Tuż przed nim z nikąd pojawił się Faweks. Przyjął on na siebie mordercze zaklęcie i zapłonął ogniem. Teraz został z niego tylko popiół z którego znowu powstanie Faweks. Feniks, który cały czas był za ramieniu Harry'ego i śpiewał mu do ucha teraz wzbił się w powietrze i robiąc koła śpiewał na cały głos. Harry zrozumiał, że musi bardzo pomyśleć by zabić Voldemorta. Czarny pan jest nieśmiertelny a on nie... Zaraz. Właśnie. Może ja...
- No spróbuj! - krzyknął Harrry nie wiedząc jak to zrobić. Musi go przecież zabić. To jest jego zadanie.
Niespodziewanie poczuł ostry ból. Nie mógł wytrzymać. Blizna piekła go niemiłosiernie a teraz jeszcze każdy cal skóry. Wszystko znikało mu z pod oczu a wiedział, że Voldemort nie przestanie. Skupił się na tym, co jeszcze nie zostało poddane takiemu wielkiemu bólowi, jak reszta umysłu. Na tym, aby odeprzeć tą klątwę. Przecież nie może tak zginąć. Musi być świadomy tego, że ma zabić Voldemorta. Poczuł, że zawiódłby wtedy swoich najbliższych. Rodziców, Syriusza, Dumbledore'a, cały naród czarodziejów... Wtedy stało się coś nadzwyczajnego. Ból ustąpywał. Powoli wstał. Spojrzał na Voldemorta. Ten patrzył na niego z podziwem.
- Teraz też myślisz, że jestem za słaby na walkę z tobą? - spytał Harry
- Oczywiście - odpowiedział Voldemort - jesteś wrednym tchórzem.
Tego Harry nie wytrzymał. Ryknął na cały głos:
- Avada Kedavra!
Zaklęcie minęło Voldemorta o cal. Ten szybko odpowiedział:
- Avada Kedavra!
Nie było możliwości obrony. Za bardzo poraniło go zaklęcie Crucio. Zielony płomień dotknął jego. Harry ryknął na cały głos. wszystko bolało go jak jeszcze nigdy, naprawdę nigdy. Upadł na ziemię. Wszystko było rozmazane. Usłyszał coś, co go przeraziło i zdumiało. Voldemort też upadł i darł się jak opętany. Harry usłyszał jeszcze jak ktoś mówi: Harry, NIE! Zobaczył rozmazaną twarz Ministra Magii. Była przerażona. Zobaczył, jak feniks się w coś przemienia. Po tym wszystkim oślepiło go światło. Tak jasne, jakiego jasnego światła jeszcze nigdy nie wiedział. W tym świetle szły jakieś postacie, lecz Harry nie umiał powiedzieć kto. Cała ta sytuacja trwała kilka sekund. Potem wszystko znikneło mu sprzed oczu. Głowa opadła na zimny beton. Umarł.
Nie bijcie! Wiem, że beznadziejne. Już mnie boli.
__________________
- Będę jak skała: twarda i niezniszczalna.
- Skały są twarde, ale z czasem kruszeją.
- To czym mam być?
- Kim. Bądź sobą.
- Nie. Nie mogę być kimś, kogo już nie ma.
|