Rozdział IX
Za oknem przeraźliwie walnął potężny grzmot. Ginny wzdrygnęła się. Mijały kolejne minuty. Fałszywy McLaggen wypalił już dwa papierosy i wyczarował sobie właśnie trzeci kieliszek wina. Był tak znudzony, że zdążył się już oprzeć o kulawe łóżko. Z jego twarzy znikły ostatnie ślady eliksiru wieloskokowego. Nie miał już mimiki Cormaca McLaggena, lecz chudą, majestatyczną twarz siedemnastoletniego chłopaka, którą Hermiona natychmiast rozpoznała, choć widziała tylko raz, na zdjęciu, ponad dwa lata temu. Omal nie zemdlała z szoku.
Potem spojrzał na trzy furiatki z wyraźnym niesmakiem.
Hermiona i Ginny siedziały związane magiczną taśmą pod parawanem łóżka dla profesorów, wpatrując się w niego ze złością. Obie miały kneble na ustach. Hermiona była podrapana w paru miejscach i zła jak nigdy dotąd, Ginny miażdżyła go spojrzeniem.
McLaggen wypuścił z ust kłąb dymu.
- Nie mogę uwierzyć, że to przez was mam tyle kłopotów - wymamrotał. - Cóż za ironia losu! I co ja mam z wami teraz zrobić?
Ginny mruknęła wściekle przez knebel coś, co mogło być tylko obelgą. Szarpnęła się wściekle. Szaleniec usiadł nad nimi.
W przypadku Luny był bardziej oryginalny; prawie całkowicie wolna, jasnowłosa dziewczyna siedziała teraz w fotelu, pomiędzy dwoma stolikami, gdzie McLaggen rozstawił świece. Na szyję założył jej bez słowa złoty łańcuch, mamrocąc coś niezrozumiale. Tylko jedną rękę miała przykutą do fotela dziwnymi kajdankami. Cały czas uśmiechała się zagadkowo.
Młodzian pociągnął łyk wina, krzywiąc się przy tym niemiłosiernie. Pochylił się, bezwstydnie.
Zwrócił się Do Luny:
- Jak sądzisz, kochanie, co powinienem zrobić z twymi dwoma wrednymi koleżankami? Były dla mnie bardzo niegrzeczne.
Luna tylko szerzej się uśmiechnęła.
- I tak zrobisz to, co będziesz uważał za słuszne, Łapo.
Ginny wściekle szarpnęła się w więzach, ale taśma była dziełem czarnej magii.
- Mmmm - bąknęła niewyraźnie.
Szaleniec spojrzał na sufit.
- Łapa... - szepnął w zamyśleniu.
-Tak, moje stare przezwisko. Jakże ja go nienawidzę. A jednak dalej go używaliście, nawet po mojej sfingowanej śmierci.
- Od początku ja jedna domyślałam się, że ta walka w Departamencie Tajemnic, to była jedna wielka ściema -powiedziała Luna z przekąsem.
- Ale Bellatriks, myśleliśmy...
- No cóż, nikt z was nie mógł wiedzieć, że nie ugodziła mnie wówczas nie klątwą śmierci, a zwykłym oszałamiaczem. Wystarczyło aportować się w bezpieczne miejsce i wypić eliksir, który przygotowałem wcześniej. To było proste. Nie przeczuwałem, że ten dureń Potter tak przeżyje moją śmierć.
Hermiona warknęła wściekle.
- Wiem, Granger, że jesteś wściekła na mnie - rzekł drwiąco, obserwując Hermionę.
- Ryzykowaliście życie, żeby mnie wtedy ocalić, a tymczasem ja upozorowałem całą zadymę w Departamencie, bo nie mogłem już dłużej wytrzymać bez dziewczyn. Moje młodzieńcze ego wróciło.
Westchnął cicho.
- To nie było łatwe przez dwa lata eliminować rożnych lalusiowatych durniów i przybierać ich twarze, dla podbojów. Nie byłem sobą. Ale musiałem umrzeć, inaczej żyłbym w ciągłym strachu, że Zakon się dowie. -rozłożył ręce.
-Albo że Ginny powie komukolwiek o swoim związku ze mną w młodszej wersji.
Opróżnił cały kieliszek i roześmiał się zimno.
- Ach! Gdyby tak Harry wiedział, że ten głupi Cormac McLaggen i jego ukochany ojczulek chrzestny to ta sama osoba! Gdybyś ty o tym wiedziała, Hermiona, kiedy mnie całowałaś pod jemioła! Ha, ha, ha!
Hermiona daremnie piłowała więzy na rękach. Co za idiotka ze mnie! -myślała.
-Ty łajdaku! Ty glisto! Od samego początku wiedziałam, że znam skądś jego oczy! Niech tylko dowie się Zakon! Muszę się stąd wydostać! Nie dostanie mnie!
Szturchnęła ramieniem zrozpaczoną Ginny, dała jej porozumiewawczy znak oczami. Ostrożnie skinęła głową. Młody Syriusz Black niczego nie zauważył.
- Na pewno tak pochopnie nie odrzuciłby cię od quidditcha - zauważyła Luna.
- Otóż to, jasnowłosa. - zgodził się.
- Ale on wolał rozpaczać, niż dostrzegać oczywiste cechy bytu Syriusza, takie jak jego rewelacyjna gra. Nikt nigdy nie dowie się, że żyję i mam się dobrze.
Wstał z miejsca przeszedł przez rząd łóżek przysiadł naprzeciwko Luny, przyglądając się jej.
- Jesteś taka piękna Luno - szepnął.
- To opanowanie, ta gracja, te tajemnicze oczy... Jeszcze żadna mi się tak nie podobała, nawet Ginny, choć ją tak dobrze poznałem. Zrobię dla ciebie wszystko. Jeśli chcesz, pozbędę się tych dwóch idiotek i uciekniemy. Razem. Do odległego kraju, gdzie nie będzie mowy ani o Czarnym Panu, ani o Hogwarcie, ani o Zakonie.
- Mam ojca, muszę się nim opiekować. Od śmierci matki ma tylko mnie...
Syriusz uniósł dłoń, pokiwał z aprobatą głową.
- Rozumiem, rozumiem, ale on w niczym nie przeszkadza. Może jechać z nami, na pewno mnie polubi. Ja fajny chłopak jestem.
- W to nie wątpię - uśmiechnęła się.
Ginny i Hermiona wytrzeszczały na jasnowłosą oczy. Nie doceniały swej koleżanki. Luna była znakomitą aktorką. Dokładnie oceniła sytuacji. Upewniła się, w której kieszeni Syriusz ma różdżkę. I gdzie w razie czego uderzyć. Ale czy uda jej się stara sztuczka? Chłopak był obłąkany, więc powinna!
Musi tylko udawać szczerą.
Syriusz spojrzał na dwie dziewczyny. Wyciągnął różdżkę i zamyślił się.
- No to jak sądzisz, Luno? - spytał, przesuwając różdżką po ciele Ginny.
- Którą najpierw?
- Zaczekaj chwilę! - zawołała Luna.
- Tak?
- Mógłbyś mnie rozkuć? - zapytała, przybierając najładniejszy wyraz twarzy, na jaki było ją stać.
- Proszę cię bardzo, zaraz mi ręka zdrętwieje. Zobaczysz, będzie przyjemnie.
Syriusz pogładził się ze znudzeniem po brodzie, myślał przez chwilę. W końcu jednak kiwnął głową.
- Nie zrobisz nic głupiego? - zapytał podejrzliwie.
- Skąd! Łapko! Przecież wiesz, że cię lubię.
- Jasne.
Cofnął różdżkę od Ginny i zbliżył się do niej.
Luna z trudem stłumiła chichot.
Co za bałwan, pomyślała, mój Boże, co za bałwan!
- Niech ci będzie - rzekł.
- Bardziej przydasz mi się wolna...
Machnął różdżką i kajdanki krępujące dziewczynę natychmiast znikły. Luna wstała z fotela. Tylko na to czekała.
Syriusz znów zwrócił obłąkane spojrzenie na dwie pozostałe nastolatki. Wymierzył różdżkę w Ginny. Ta zamknęła w rozpaczy oczy. Było jej szkoda że tak młodo opuści świat. Hermiona była wściekła, że zginie i nikt nie dowie się, że Syriusz żyje i udaje ucznia Hogwartu. Do ostatniej chwili mocowała się z taśmą.
Syriusz spokojnie wziął zamach.
- Wybacz, Ginny - rzekł.
- Bardzo mi przykro, nigdy nie zapomnę ciebie i naszego wspaniałego związku, ale za dużo wiesz. Czas się pożegnać.
Ścisnął różdżkę.
- Zaczekaj! - krzyknęła Luna.
Spojrzał na nią ze zdumieniem.
- Co znowu? - prychnął.
Nadeszła wielka dla Luny chwila. Czy będzie tak głupi, jak sądziła?
- Znam lepsze zaklęcie. Unieszkodliwi je na dobre. Nie zabije, a sprawi, że naprawdę znikną. Nie będziesz musiał pozbywać się ciał.
Syriusz błysnął oczami, zaintrygowany wyraźnie.
- Interesujące - rzekł.
- Co to za zaklęcie?
Ty idioto, pomyślała Luna, dzięki ci mamo, wiedziałam, że jesteś przy mnie.
- Chodź no tutaj.
Łapa podszedł bliżej, pochylił się do niej. Szepnęła mu coś na ucho. Hermiona przeklinała ostatkiem sił wszystkich zdrajców tego świata.
Syriusz wyprostował się, uśmiechając triumfalnie.
- Mądra z ciebie dziewczyna - rzekł.
- Rzeczywiście intrygujące. I trzeba wypowiedzieć zaklęcie szeptem?
Kiwnęła głową.
- Doskonale.
Wymierzył prosto w serce Ginny.
- Papa, rudowłosa - uśmiechnął się.
Potem wypadki trwały już najwyżej dwie sekundy. Syriusz szepnął zaklęcie, rozległ się gigantyczny, ogłuszający huk, jego różdżka zapaliła się po czym ogromny snop purpurowego światła odrzucił go daleko do tyłu, aż na drugi koniec sali. Łapa z wrzaskiem rąbnął głową o blat łóżka i osunął się.
Luna błyskawicznie podbiegła do dziewczyn machnęła różdżką i uwolniła usta, nadgarstki, oraz nogi Hermiony z taśmy. Ta skoczyła na równe nogi.
- Rozwiąż Ginny - rzuciła Luna.
- Ja się zajmę tym łotrem.
Pobiegła na drugi koniec sali. Hermiona nerwowo zaczęła rozwiązywać Ginny, ponaglona wściekłym mruczeniem, zerwała jej knebel.
- Pospiesz się! - warknęła Ginny.
- Ja też chcę go dorwać!
Pojękując z bólu, Syriusz podniósł się już na klęczki ale Luna szybkim kopniakiem w zęby posłała go na plecy. Ryknął przeraźliwie.
- Co ty robisz, kotku?! - wydyszał z dziecięcym niedowierzaniem. Jego mina też przypominała teraz minę przerażonego dziecka.
- Przecież mnie kochasz, pomóż mi! Musimy być razem...
- Naprawdę sądziłeś, że kogoś takiego jak ty można kochać?! Głupcze! Nabrałeś się nawet na numer z zaklęciem, które sama wymyśliłam! Giń!!!
Wycelowała różdżkę, ale Syriusz wystrzelił do przodu, odepchnął ją i pomknął ku
Ginny.
- SKORO NASTAŁ MÓJ CZAS, CIEBIE ZABIORĘ ZE SOBĄ, RUDOWŁOSA!!! - ryknął.
- Uważaj, Ginny! - krzyknęła Hermiona, desperacko usiłując znaleźć swą różdżkę.
Szaleniec biegł prosto na Ginny. Ona wiedziała, że musi poradzić sobie z tym koszmarem sama.
Nagle zapomniała zaklęć obronnych.
- Za moją krzywdę i za wolność!!! - wrzasnęła.
I nim Syriusz do niej doskoczył cofnęła się, z rozmachem wbijając mu różdżkę prosto w klatkę piersiową. Syriusz zbladł, zmartwiał, zatrzymał się. Jego oczy patrzyły nieobecnie za okno. Chwiejnie cofnął się o kilka kroków i zwalił jak długi na podłogę.
Syriusz Black umarł po raz drugi.
Szaleniec z Hogwartu nie żył...
Koniec.