|
02-09-2009, 03:37
|
#571
|
|
Administrator
Zarejestrowany: Mar 2008
Lokalizacja: Marvel Universe
Posty: 1,811
|
//Z gory mowie, ze bardzo chcialam cos napisac, ale nie mam pojecia o co chodzi w watku z Mischa, wiec nie wymysle, ze wiem o co chodzi (i wszystko jasne...) XD. Wiec wredna i zawsze nienawistna Claire zwala ciezar opisania naszej pogadanki na Luc'a  Aha, z gory przepraszam za brak polskich znakow, ale mam rozwalony alt, wiec sami rozumiecie... Musicie sie przemeczyc, nie ma rady.//
- Mysle, ze to chyba wszystko wyjasnia, ale wciaz nie jestem pewna swojej teorii - powiedziala Claire, zbierajac sie do wyjscia z dormitorium.
- Czekaj - powiedzial Luc i zlapal ja za lokiec. - Nie sadzisz, ze powinnismy sie tym jakos bardziej przejac?
Claire westchnela i delikatnie oswobodzila swoj lokiec. Jej powieki lekko opadly, jakby ze zmeczenia.
- Przepraszam, jestem troche rozkojarzona. Ostatnio tyle sie dzieje, ze wlasciwie ciezko mi sie skupic na tym, czym powinnam sie przejac.
- Powiedzmy, ze cie rozumiem - powiedzial Luc i usmiechnal sie.
Claire odzajemnila usmiech i jeszcze bardziej zmruzyla oczy.
- Co sie dzieje? - zapytal szybko.
- Tak jakby... razi mnie swiatlo.
Luc rozejrzal sie po pomieszczeniu. Bylo raczej male, kamienne mury tworzyly polmrok, tylko z dwoch wysokich okien w jednej scianie sypialni wydobywalo sie swiatlo sloneczne. Ten dzien byl pochmurny.
- Wcale nie jest jasno. Na dodatek juz zmierzcha, jest czwarta po poludniu.
Fioleczek lekko potrzasnela glowa i szybko zamrugala.
- Masz racje, mama zawsze mowila, ze to po prostu snieg tak mocno odbija swiatlo.
- Claire, zachodzi slonce! - prawie krzyknal Luc. - Co sie z toba dzieje? - powtorzyl.
- Blagam, od kiedy mowisz do mnie "Claire"? - skrzywila sie. Ale jednoczesnie odetchnela z ulga, slyszac, ze slonce zachodzi. Tak, zdecydowanie robilo sie coraz ciemniej. Co oznaczalo, ze koncu jej "dzien" wraca do normy. Jest pelna sil i energii.
Pocalowala szybko Luc'a w policzek i powiedziala:
- Musze skombinowac cos do jedzenia, ominelam obiad!
I wybiegla z dormitorium, slyszac tylko:
- Wyjasnisz mi to jeszcze!
Tak, Luc z pewnoscia wyjasnie ci, ze przez ten pieprzony cyrograf nabieram wampirzych cech, chociaz jeszcze zaden ogarniety zadza krwi psychopata mnie nie ugryzl. Fakt jest taki, ze po prostu jestem tchorzem. Tak, pieprzonym tchorzem. Cala stawalam sie popieprzona. Aczkolwiek nie tak popieprzona jak Mary, ktorej przemiana zachodzila gwaltowniej niz moja. Czy ja naduzywam slowa "pieprzony"?
Mary miala o wiele wiekszy problem niz Claire. Jej instynkty, cialo, umysl, to wszystko zaczynalo sie zmieniac. Ona nie miala zadnego wyboru. Claire go miala i coraz czesciej zaczynala sie zastanawiac, czy na pewno podjela wlasciwa decyzje.
Tak czy inaczej - odwrotu juz nie bylo. Przez to ogarniala ja panika. Bo chociaz cholernie podobalo jej sie to, ze nie musi spac w nocy, to juz niekoniecznie to, ze musiala ucinac sobie krotkie drzemki za dnia, bo jednak byla troche zmeczona. Po prostu nie bylo sily, zeby spala w nocy. Wzrok i sluch ulegly wyostrzeniu. Mogla spokojnie sama uniesc wielkie, ciezkie lozko z baldachimem, ale tylko na wysokosc kostek. Jej zmiany nie byly gwaltowne i wlasciwie mogly wystepowac u kazdego czlowieka, tylko ze nie wszystkie naraz. Jej probem wlasciwie nie byl problemem. Byl... efektem ubocznym.
Szla na tyle pograzona w myslach, ze nawet jej "ulepszony" sluch nie zarejestrowal faktu, ze ktos do niej podbiega, mocno chwyta ja za lokiec i odwraca w swoja strone.
- Jezu, Malfoy - wykrztusila.
- Wystarczy "Malfoy", dzieki - skrzywil sie.
- Mozesz laskawie mnie puscic, idioto?
Malfoy wywrocil oczami i zacisnal swoja reke jeszcze mocniej na lokciu Claire. Ta tylko uniosla brwi do gory.
- To mnie nie boli, nie wysilaj sie. Ale utrudnia mi poruszanie sie, wiec moglbys...?
- O to mi kurwa chodzi - wysyczal. - Nigdzie nie idziesz. Jestem tu w sprawach rodzinnych.
Claire stala zupelnie nieruchomo, skolowana po tych slowach. Malfoy wykorzystal ten moment na zepchniecie jej za rog korytarza i pchnal ja na sciane, ale na tyle lekko, ze nie uderzyla o nia glowa. Dla Claire jednak bylo to za wiele.
- Co ty sobie kurwa myslisz?! - wrzasnela.
- Przestan piszczec. Odpowiesz mi na kilka pytan i cie puszcze.
- Podziwiam twoj tupet, Draco. Naprawde podziwiam, ze masz odwage mnie wkurwic.
- Zamknij sie, Bellamy, bo zaraz sie rozmysle...
Claire naburmuszyla sie, przewrocila oczami i w koncu przestala sie wyrywac.
- Swietnie - podsumowal jej zachowanie Malfoy. - Jak juz mowilem, chodzi o nasza rodzine...
- Nie jestesmy rodzina - warknela Claire.
- Jestesmy czystej krwi.
- Te dyrdymaly o pokrewienstwie wszystkich rodzin czystej krwi wsadz sobie w... - warknela Claire, ale Malfoy nie pozwolil jej skonczyc.
- Moja ciotka jest twoja matka chrzestna! - krzyknal Malfoy. - Nie udawaj ignorantki.
- Schowaj te bujdy, dobrze radze... - jeszcze raz warknela Claire.
- Mam ci przypomniec, ze wedlug tego glupiego prawa jestesmy wlasciwie rodzenstwem nie poprzez krew, ale magie?
Claire jeknela zrezygnowana.
- Prosilam, zebys tego nie powtarzal - westchnela.
- Niewazne, Bellamy, nie cierpie cie, jestes suka jakich malo, co pewnie nawet ci pochlebia, wiec tak to zostawie. Ale jesli chodzi o rodzine, to...
- Miales mnie o cos zapytac, Malfoy. Marnujesz moj cenny czas - przerwala mu Fioletowa. Dla niej cala ta sytuacja byla paranoja. Dlaczego koles, ktoremu prawie poharatala twarz, grozila, rzucala w niego ciezkimi przedmiotami, z ktorym walczyla w Zakazanym Lesie praktycznie na smierc i zycie, nagle chce odnawiac z nia wiezy rodzinne?!
- Kiedy ostatnio widzialas swoja matke? - zapytal, patrzac jej prosto w oczy. Fuck, ma doprawdy zajebiste, szare oczy. Nie, ta mysl zdecydowanie nie byla na miejscu/
- We wrzesniu? - odpowiedziala z wahaniem, ale jednoczesnie udajac znudzona.
- Kiedy mialas od niej jakies wiesci? - Malfoy wciaz nie odrywal od niej wzroku.
Claire odwrocila glowe. Zrobilo jej sie cholernie glupio, ze wlasciwie nie interesowala sie swoja matka.
- Cholera, patrz na mnie! - warknal Malfoy. Claire spojrzala na niego. - Kiedy dostalas od niej ostatni list?!
- Pazdziernik - wydukala Claire.
- Ty idiotko - prychnal Malfoy.
Claire jeszcze raz wywrocila oczami.
- Sluchaj, wiem, ze ty jestes bardziej zwiazany ze swoja matka, ale chyba nie bedziesz mi prawil moralow? O co konkretnie chodzi?
Draco wygladal na poirytowanego do granic mozliwosci.
- Moja ciotka jest na wolnosci.
- No i?
- Ty naprawde tego nie widzisz? Twoja matka zniknela! - krzyknal Malfoy.
- Ona sie ukrywa, Draco - powiedziala spokojnie Claire. - Co ma do tego Bella?
Malfoy szybko zamrugal oczami, jakby momentalnie zarejestrowal jeden, istotny fakt.
- Ty ja lubisz - powiedzial glosem przepelnionym szokiem.
- Moja matke? No zdarza sie - Fioletowa probowala zazartowac.
Malfoy uderzyl piescia w sciane mniej wiecej 3 cm od glowy Claire. Ta wzdrygnela sie lekko.
- Bellatrix. Ty ja lubisz?! - wrzasnal.
- Kiedy bylam dzieckiem, spedzala ze mna wiecej czasu niz moja matka - odpowiedziala z wyrzutem. Nie mieszkalam w wielkim dworze z bogata rodzinka, gdzie rozpieszczanoby mnie do granic mozliwosci. To byl twoj przywilej - wycedzila przez zeby.
- Wiec praktycznie wychowala cie Bellatrix - podsumowal Draco. - Nikt ci nie wspominal, ze ona nie do konca robila to bezinteresownie?
Claire milczala.
- Przeciez ona chciala wyszkolic cie na smierciozerczynie - powiedzial takim tonem, jakby to bylo oczywiste. - Przerwalo jej w tym to, ze po drodze trafila do Azkabanu. Moglbym byc poniekad na ciebie wkurwiony, Bellamy za to, ze wlasciwie przez ciebie mam to cholerne gowno na lewej rece. Moja ciotunia z ciebie przerzucila sie na mnie.
Claire prychnela jak rozjuszona kotka
- Gdzies ci umknelo, ze Lucjusz Malfoy jest smierciozerca. Nie zaprzeczaj, prosze - ostatnie slowo wypowiedziala ironicznie.
- Moj ojciec nie mial na to bezposredniego wplywu, ale zostawmy to - powiedzial spokojnie. - Posluchaj. Podejrzewam, ze Bellatrix znalazla twoja matke, a teraz probuje dotrzec do ciebie. Obawiam sie, ze nie chodzi jej o odzyskanie sztyletow - skrzywil sie. - Twoja matka moze byc pod dzialaniem Imperiusa, a ciebie to nawet nie obchodzi!
- Jezu, Malfoy, ty sie naprawde przejales moja rodzina, ja doceniam, serio - powiedziala sarkastycznie Claire. Tak naprawde rzeczywiscie to doceniala, ale w zyciu nie przyznalaby sie do tego glosno. - Daj spokoj, jezeli moja matka bylaby pod dzialaniem Imperiusa, to juz dostalabym jakas falszywa wiadomosc, czyz nie?
__________________
- Look at us. I'm frozen and you're dead. And I love you.
- It's a problem.
- Do you remember what you told me once? That every passing minute is a another chance to turn it all around.
- I'll find you again.
- I'll see you in another life... when we are both cats.
|
|
|
02-09-2009, 03:37
|
#572
|
|
Administrator
Zarejestrowany: Mar 2008
Lokalizacja: Marvel Universe
Posty: 1,811
|
Malfoy dlugo stal nieruchomo, az w koncu pokiwal glowa.
- Mozesz puscic moj lokiec? - zapytala Claire, zaciskajac zeby. - Chyba zaczyna siniec.
Malfoy puscil jej reke i przyjrzal jej sie uwaznie.
- Claire, kiedy ty ostatnio spalas?
Co to kurwa mialo byc? Nie dosc, ze wymowil jej imie, to jeszcze pyta ja, kiedy ostatnio spala. Postanowila, ze przy najblizszej okazji zapyta, czy ten cyrograf przypadkiem nie zakladal halucynacji. Zreszta... Byl juz wieczor. Dlaczego Malfoy poznal, ze jest niewyspana? No tak, fakt, ze nie moge spac o tej godzinie, nie oznacza, ze nie brakuje mi snu.
- Pilnuj swojego nosa, Draco - udalo jej sie to powiedziec nawet lagodnie. - Splywaj! - niemal krzyknela. Wyczula cos. Wyczula dwa wampiry. Tym razem jeden z jej zmyslow nie zawodzil. Ktos jeszcze byl z nimi, ale nie wiedziala ile ani jakie osoby im towarzysza.
- Idz! - syknela i poslala mu swoje najgrozniejsze spojrzenie. Malfoy wzruszyl ramionami, rozejrzal sie po korytarzu i zniknal za rogiem.
Po chwili na korytarzu pojawili sie Paul, ktory mocno trzymal Cam i Alessa, ktora nie puszczala nadgarstkow Mary. Gdy tylko wampiry zobaczyly Claire, natychmiast puscily jej przyjaciolki.
Claire lekko opadla szczeka.
- Co tu sie dzieje? - zapytala lekko zszokowana. Wlasciwie nic juz dzis nie moglo jej do konca zszokowac.
- Powiem ci co tu sie dzieje - fuknela Mary. - Twoj byly i jego podopieczna maja jakis problem i cie szukaja. Generalnie kazalam im sie walic, ale ten idiota - wskazala na Paula, ktory lekko obnazyl zeby na ta wzmianke. - zagrozil, ze ugryzie Cam, jesli nie powiemy mu gdzie jestes. Co oczywiscie bylo chore, ale kto by sie przejmowal. Zaprowadzilysmy go do dormitorium, gdzie zastal tylko Luc'a, co skonczylo sie na niezbyt przyjemnej wymianie zdan, po ktorej mialysmy mu koniecznie powiedziec gdzie jestes. Jakos kurwa nie mogl zrozumiec, ze nie wiemy. No i tak sie milutko wloczymy po zamku. Wstapisz na herbate, Fioletowa? - zapytala sarkastycznie Mary.
- Wystarczy! - zagrzmial Paul. - Mam do ciebie sprawe, chodz.
Momentalnie znalazl sie przy Claire i zlapal ja za lokiec. Znow ja ktos lapal za lokiec tego dnia. I tym razem to naprawde boli.
- Hej, hej, stop! Mam dosyc tego popapranego dnia! - wrzasnela. - Nie ruszam sie stad, powiesz mi tutaj o co chodzi, wtajemniczajac w to Mary i Cam.
I wtedy Mary pojela, ze Claire ma calkowita wladze nad Paulem. Mimo tej calej wampirycznosci Paula, jego gromkiego glosu, grozb, udawania, ze jest kims grozniejszym od niej, ona naprawde mogla go kontrolowac. Mary nie widziala nawet, zeby Paul tak sluchal Louisa. Cos dziwnego bylo na linii Claire-Paul. Paul nawet nie poddawal sie jej kontroli swiadomie. To dzialo sie wbrew jego woli.
- Chodzi o Lousa.
Claire wywrocila oczami i wzruszyla ramionami. Ten dzien byl calkowicie nienormalny. Jak wiekszosc dni od poczatku roku szkolnego.
- Swietnie. Opowiesz nam szczegoly po drodze. A teraz pusc moj lokiec - powiedziala, posylajac mu spojrzenie, ktore moglo zabijac.
Paul puscil jej lokiec bez wahania.
//Lol, sie nie zmiescilo.//
__________________
- Look at us. I'm frozen and you're dead. And I love you.
- It's a problem.
- Do you remember what you told me once? That every passing minute is a another chance to turn it all around.
- I'll find you again.
- I'll see you in another life... when we are both cats.
|
|
|
02-09-2009, 15:05
|
#573
|
|
Moderator
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 1,687
|
//Z racji tego, że nie załapałam o co chodzi w powyższym poście, piszę od momentu posta Claire. Koniec kropka. Albo mi to, k*rwa, uświadomcie na PW lub na gadu, jak kto woli oO Ale w bardziej prosty sposób.//
Alessa rzuciła jadowite spojrzenie Mary. Ta spojrzała w jej oczy z dobrze ukrywanym strachem.
- Teraz wierzysz? - powiedziała podchodząc do niej tak, że twarze dwóch dziewczyn dzieliła odległość zaledwie paru centymetrów. Blond włosy przy rudych. Zielone oczy przy czarnych.
Mary nie odpowiedziała Alessie, tylko nadal się w nią wpatrywała.
- Wystarczy. Musimy iść. - powiedziała Claire, lekko znudzonym głosem. Nie zwracała uwagi na Paula. Tak, jak powiedziała- miała dość tego dnia.
- Nigdzie nie idziemy. - powiedział Paul.
- Coś ty taki zmienny? - prychnęła Cam. Wampir posłał jej groźne spojrzenie, ale ona też zaczęła rozumieć, że póki jest z nimi Claire, nic specjalnego stać się nie może.
- Nie będziemy nigdzie chodzić. Nie z nią. - powiedział Paul, wskazując głową na Mary. Ta uniosła brwi w wyrazie zdziwienia i posłała Claire zdezorientowanew spojrzenie. Fioletowa zerknęła na Paula, po czym powiedziała:
- Wszyscy pójdą, Paul. Wszyscy.
Alessa, która była już i tak opanowana, jak na swój wybuchowy charakter, wrzasnęła:
- Nie mam zamiaru brać tej histeryczki ze sobą!! Nie dość, że nie umie się opanować, to na pewno w tej sytuacji zaraz się rozpłacze!
- Ales... - zaczął Paul.
- Cicho! - krzyknęła Ruda. Mary patrzyła na nią bez słowa. - Nie możemy po prostu zostawić tej idiotki tuta...
- Zamknij się, do cholery jasnej! - krzyknął Paul, swoim silnym, męskim głosem. Alessa posłała mu mordercze spojrzenie. Jakiekolwiek próby wyrwania się spod władzy Paula spełzały na niczym. Zawsze - Idziemy, skoro tak ci śpieszno. - syknął do Fioletowej. Ta tylko wywróciła oczami i ruszyła do przodu. Alessa warknęła na Mary, po czym dołączyła do Paula.
- Chodź. - powiedziała Cam, łapiąc Jane za ramię. Po chwili wszyscy szli przez zamkowe korytarze. Było zupełnie cicho, chociaż pora obiadowa dopiero co się skończyła. Śnieg nadal sypał z nieba gęstymi stadami białych płatków. Lodowaty, zimowy wiatr szalał po korytarzach. Mary zerknęła ukradkiem na dziedziniec. Żadnych śladów stóp, ani jednej, żywej duszy.
Po około pięciu minutach marszu dotarli do zdecydowanie starszej części zamku, gdzie portretów było zdecydowanie więcej, korytarze były o wiele bardziej ciaśniejsze, aczkolwiek nie takie, w których nie szło by się zmieścić. Po krótkim czasie Paul nagle stanął. Mary ujrzała niewielkie, niezbyt rzucające się w oczy, dębowe drzwi. Paul otworzył je jednym pchnięciem przepuszczając Alessę. Ta w progu odwróciła się o powiedziała do Fioletowej, Mary i Cam:
- Tylko uważajcie, nie pobrudźcie dobie rączek. - jej wzrok spoczął na Mary. Niedługo jednak tam pozostał, bo jego właścicielka odwróciła się na pięcie i weszła do ciemnego pomieszcznia. Paul przepuścił trzy śmiertelniczki, po czym, dokładnie sprawdzając korytarz, zamknął za sobą te niepozorne drzwi. Okazało się, że jest to ciemny korytarz. Wampiry widziały w ciemności, jednak Claire i reszta wręcz przeciwnie - potykały się co chwile i stawiały niepewne kroki. W końcu Fioletowa powiedziała cicho:
- Kurwa, nie, to nie.
Po czym wyciągnęła zapalniczkę i po chwili zapanowała jako taka jasność. Mary ujrzała kamienny korytarz. Posadzka była błyszcząca, wylana...
- Cholera. - skrzywiła się Jane.
- Krew? - spytała Claire Paula. - jak wy się powstrzymujecie?
- To nie jest zwykła krew. - powiedziała Alessa.
- Ale.. - zaczęła Mary.
- Nie zadawaj pytań. - syknęła w odpowiedzi rudowłosa wampirzyca. Paul tylko prychnął. Mary nie wiedziała czy to z jej powodu, czy Alessy. Ostatnio wszyscy mieli do niej pretensje. Oprócz Claire i Luca. Ale oni byli w jakiś sposób odróżnieni od innych swoimi czarnomagicznymi zdolnościami. Nagle Alessa zatrzymała się i pchnęła podobne drzwi do tych, przez które przechodzili na początku. Mary zobaczyła niezbyt przestronne pomieszczenie, które było oświetlone pochodniami dającymi niezbyt przyjemny efekt. Rozejrzała się po pomieszczeniu i ujrzała siedzącego na łóżku Louisa. Jej źrenice rozszerzyły się w przypływie adrenaliny i poczuła nieprzyjemny ucisk w gardle. Widziała Louisa, który nie był sobą. Jego tęczówki idealne współgrały z czarnymi jak węgiel źrnicami. Na czole perliły się krople potu, którego u wampira przecież nie powinno być! jego ręce drżały, a przy wardze widniała cienka strużka krwi.
- Boże... - szepnęła Claire. Cam stała obok niej i waptrywała się w Louisa z szeroko otwartymi oczyma.
- Co się stało? - zapytała Mary głosem, który dziwił ją samą.
- Dzieci Księżyca. Wilkołaki. - powiedziała Alessa posyłając Mary dobitne spojrzenie. Miało ono za zadanie sprawić, by Mary poczuła się winna. Tak się stało.
- Aless... - powiedział Louis słabym głosem. - Przestań. Nie mów nic. Mam cię naprawdę dosyć.
Ruda nie odparła nic tylko spojrzała na jedną z pochodni.
- W jakim celu mnie tu przyciągnąłeś? - spytała trzeźwo Fioletowa, patrząc na Paula.
- Znasz się na czarnej magii. - powiedział. Fioletowa zaśmiała się ironicznie.
- Ty też! Nie rozśmieszaj mnie.
- Ty znasz ją lepiej, poza tym... Masz zdolności... Których ja nie posiadam. - powiedział ze wzrokiem wbitym w swojego przyjaciela. Louis patrzył prosto w zielone oczy Mary. Ta jednak nie mogła nic wyczytać z prawie nieprzytomnego spojrzenia wampira.
- Owszem. - powiedziała Claire, powoli kiwając głową. - Ale...
- Proszę. - przerwał jej Paul. - Zrób to. Wiem, że potrafisz. Ja nie mogę mu pomóc, ale... On jest ostoją naszej trójcy. To on jest najstarszy. Jest najważniejszy. - powiedział słabym głosem. Słabym z rozpaczy. Claire tylko rzuciła mu spojrzenie, które znów nie wyrażało nic.
//Wiem, zjebany XD//
__________________
GUNS N' ROSES
Ostatnio edytowane przez Lady Mary Jane : 02-09-2009 o 16:44.
|
|
|
02-09-2009, 16:55
|
#574
|
|
Administrator
Zarejestrowany: Mar 2008
Lokalizacja: Marvel Universe
Posty: 1,811
|
Dobra, teraz ja.
- Paul, to do konca nie jest takie... proste - zawahala sie Mary, przypominajac sobie wszystkie incydenty, w ktorych Claire tracila nad soba kontrole. Szczegolnie epizod, kiedy jej oczy zrobily sie czarne, rozrywala pentagram paznokciami, a pozniej nie pamietala, co sie stalo. Nie byloby bezpiecznie, gdyby to sie powtorzylo.
- Spokojnie, Mary, poradze sobie - powiedziala szybko Claire i lekko sie usmiechnela.
Paul stal do nich tylem, wiec nie widzial tego usmiechu, ale Mary znala go bardzo dobrze. To nie byl troskliwy usmiech. Czy Claire w ogole kiedys usmiechala sie trosklwie? W pewien sposob to bylo przerazajace. Ona usmiechala sie... jakby miala jakis plan. Tyle potrafila stwierdzic Mary. Claire miala plan, ale czy ten plan byl dobry czy zly, tego juz nie wiedziala. Jedno bylo pewne - byl niebezpieczny.
Cam nie byla przestraszona, sprawiala wrazenie zaciekawionej. Zrobila krok w kierunku poslania Louisa, zeby blizej mu sie przyjrzec. Alessa jednak prychnela na nia jak rozjuszona kotka.
- Ugh, ale ty jestes narwana... - powiedziala pogardliwie Cam i na powrot stanela obok Mary.
Claire wciaz delikatnie sie usmiechala, kiedy podchodzila do Paula i polozyla mu reke na ramieniu.
- Moglbys mi zrobic troche miejsca? - zapytala slodko. - Stan po prostu gdzies w dalszym kacie, ja sie nim zajme.
Paul poslusznie sie odsunal i stanal w najdalszym kacie pokoju. Claire usiadla na wolnym krzesle, stojacym przy lozku Louisa. Ktos jeszcze jej przeszkadzal...
- Alesso, moglabys...? - zapytala Claire, dajac wampirzycy do zrozumienia, ze ma pojsc w slady Paula.
- Nawet na to nie licz - syknela. - Nie jestem nim - kiwnela w strone Paula. - Zaden normalny wampir nie zachowuje sie jak on.
Paul zmarszczyl czolo, ale nie odezwal sie. Wydawal sie byc pograzony w myslach i nawet nie patrzec na Louisa.
- Nigdzie nie pojde - szepnela i polozyla swoja blada dlon na ramieniu Louisa.
Claire wziela plytki, ale szybki wdech. Tylko Cam i Mary zauwazyly, ze cos jest nie tak.
- W porzadku, zostan - powiedziala Claire, udajac obojetnosc. Spojrzala na siedzacego bez ruchu Louisa. - Poloz go.
Cam przesunela sie blizej do Mary i szepnela jej do ucha:
- Nie tylko ja mam wrazenie, ze to nie skonczy sie dobrze, prawda?
Mary pokiwala glowa i caly czas obserwowala Claire. W koncu odszepnela.
- A wiesz co jest najgorsze? Ze jak na razie nikt poza Luc'iem jej nie wyprowadzil z jednego z tych szalow. Zawsze albo on, albo ona sama. Mozemy liczyc tylko na druga opcje.
W komnacie panowala okropna atmosfera. Trzy wampiry, w tym jeden umierajacy, jedna dziewczyna, ktora jest "prawie" wilkolakiem, jedna czarnomagiczna, no i... Cam (  ). W pomieszczeniu wciaz panowal mrok, a na dodatek bylo straszliwie mrozno. Jakby znajdowali sie na bloniach, a nie w srodku zamku.
Claire odetchnela gleboko, zamknela oczy i kompletnie odplynela. Calkowicie sie zrelaksowala. Jej rece podniosly sie na wysokosc piersi Louisa i skrzyzowaly sie w nadgarstkach. Po kilku minutach zaczela cos cicho mamrotac pod nosem. Nic sie nie dzialo. Louis tylko oddychal plytko, a Claire trwala zupelnie w bezruchu szepczac inkantacje. Po kolejnych kilku minutach cos zaczelo sie dziac. Z wewnetrznej strony dloni Claire zaczelo wydobywac sie mgliste, zielone swiatlo. Zaczela wymawiac zaklecia troche glosniej. Struzka krwi z warg Louisa zaczela wplywac do jego ust.
- To chyba dziala... - szepnela sceptycznie Mary.
Cam patrzyla przerazona na Louisa.
- Mary... Ona ozywia jego krew. Jesli ona ozywia jego krew, a on wczesniej doznal obrazen...
W tym samym momencie Louis zaczal sie gwaltownie krztusic, probujac zlapac oddech, ktorego wcale nie potrzebowal. A moze potrzebowal? Alessa byla w kompletnym szoku.
- Paul, ja slysze jego serce - szepnela tak, ze nikt jej nie uslyszal.
Tak, Claire przez dobre pol minuty udalo sie ruszyc serce Louisa. Potrzymywala jego prace rozpaczliwie, ale nie po to, zeby mu pomoc. Robila to po to, zeby... udusil sie wlasna krwia, ktora zaczela plynac w zastraszajacym tempie. Claire zdazyla przyjrzec sie jego obrazeniom wczesniej, wiedziala co robic.
Tyle dni zastanawiala sie, co zrobic, zeby znow miec wybor, zeby bylo jak dawniej. A rozwiazanie samo ja odnalazlo. Przyprowadzono ja do umierajacego wampira, do wampira, z ktorym podpisala umowe. Byla pewna, ze to jedyny sposob na przerwanie tego wszystkiego.
- Paul! - wrzasnela Alessa tak przerazliwie, jakby to ona umierala. Paul dopiero teraz otrzasnal sie z zamyslenia. Nie, on dopiero teraz wrocil do tego pokoju. Cos dzialo sie z jego umyslem przez ten caly czas, kiedy Claire wypowiadala swoje zaklecia. Teraz jednak w mgnieniu oka znalazl sie przy Fioletowej i zepchnal ja z krzesla, przerywajac polaczenie. Ta prychnela wsciekle i otworzyla oczy. Byly znow czarne, zupelnie tak jak kiedys.
- Trzymaj ja, do cholery! - krzyknela Mary.
Paul posluchal i szybko zlapal za nadgarstki Claire, probujac ja uspokoic, jednak nic to nie dalo. Wyrywala sie, krzyczala i nawet umiesniony Paul ledwo ja utrzymywal. Alessa szybko znalazla sie na poprzednim miejscu Fioletowej i uklekla przy Louisie. Ten przestal sie juz dusic, ale wygladal nie lepiej niz przed przyprowadzeniem rzekomej pomocy.
Cam i Mary staly wmurowane w podloge.
- Macie zamiar tak sterczec?! - wrzasnal Paul, dalej silujac sie z Claire. - Czy ktos w tym cholernym zamku moze jej pomoc?
- Luc - odpowiedzialy jednoczesnie i zerwaly sie do wyjscia.
- Hej! - zawolal jeszcze Paul. - Czy on tez moze pomoc w jakis sposob Louisowi? - zapytal z nadzieja.
Mary zatrzymala sie i odpowiedziala, nawet sie nie odwracajac:
- Luc jest ulepiony z tej samej gliny co Claire. To wasze ryzyko, jesli mu zaufacie tak jak jej.
__________________
- Look at us. I'm frozen and you're dead. And I love you.
- It's a problem.
- Do you remember what you told me once? That every passing minute is a another chance to turn it all around.
- I'll find you again.
- I'll see you in another life... when we are both cats.
Ostatnio edytowane przez Claire : 02-09-2009 o 17:59.
|
|
|
02-09-2009, 21:04
|
#575
|
|
Jeszcze zdrowy miłośnik fantasy
Zarejestrowany: Nov 2007
Lokalizacja: Dolina Godryka
Posty: 151
|
//niech jakaś wprawna ręka dopisze pozostałą część. Nie chciałem żebyście dłużej czekali na ten post.
Po rozmowie z Claire, która należała do nielicznego grona poufnych lecz ważnych rozmów, Luc udał się do swojego dormitorium. Teraz zrozumiał głębiej niektóre rzeczy i patrzył inaczej na pewne sprawy. Niebo za oknem z minuty na minutę przybierało coraz to głębszą atramentową poświatę, na którego tle zaczęły malować się gwiazdy. Przez parę minut spoglądał w swoją bladą sylwetkę odbijającą się w szybie. Wyrwał się z zamyślenia, wyciągnął z tylnej kieszeni spodni szlugi i zapalił jednego. Dym niczym wstęga powoli unosił się ku górze i nikł dając miejsce kolejnemu; chłopak delikatnie uśmiechał się sam do siebie wpatrzony w płomyki ognia liżące kamienne ściany kominka.
Nagle poczuł przeszywający ból głowy, który trwał zaledwie kilka sekund. Twarz momentalnie wyostrzyła się uwydatniając ból. Przez mocno zaciśnięte powieki nie przebijał się żaden błysk światła. Zaczął głęboko oddychać, nie wiedząc do końca co tak właściwie się stało.
- Kurwa - powtórzył kilkakrotnie do siebie - Co to było?
Schował twarz w dłoniach, a pet, który upadł mu na dywan tlił tkaninę.
- Fuck - podniósł go, ponownie zapalając. Chociaż twarz nie wyrażała nic, w głowie zapanował mętlik. Co tak właściwie się stało - powtarzał raz po raz do samego siebie - Przecież gdyby on tu był wyczułbym to bardzo szybko...
-... ale tym razem skończy się łaska - dokończył szeptem.
Stopniowo wracał do dawnego stanu kiedy to jak piorun poraziła go kolejna myśl.
-A jeśli to... - nie zdołał dokończyć kiedy do pokoju wpadły Cam i Mary. Na ich twarzach malował się pośpiech. Oddychając ciężko postawiły chłopaka na nogi i bez zbędnych wyjasnień wyciągnęły za drzwi, schodząc po schodach. Był wyraźnie zdezorientowany.
- Czy możecie mi wyja...
- Claire - przerwała Emdżej przełykając ślinę - Wpadła w amok, w trans...
- Ale, co, jak ?
- Nie ma czasu na wyjaśnienia - rzuciła dobitnie Cam.
Kiedy zeszli na dół do Pokoju Wspólnego, ludzie zaczęli się im bacznie przyglądać wymieniając spojrzenia.
- Wygodniej i szybciej będzie jeśli mnie puścicie - warknął poddenerwowany tym zwlekaniem.
Dziewczyny puściły go i biegiem ruszyły przodem prowadząc z tyłu chłopaka. Bał się o Claire. Nie dbał o to co może spotkać teraz jej otoczenie, martwił się tylko o nią. Wędrówka zajęła im kilka minut; w końcu dotarli do niewielkich drzwi za którymi pogrążonym w ciemności korytarzem podążyli dalej. Mary i Cam, rozstąpiły się na boki stając pod ścianami puszczając Luc`a przodem. To co zobaczył utwierdziło go w przekonanich do owego przebłysku bólu. Podbiegł do Claire na co jeden z trójki wampirów odszedł na bok przyglądając mu się z przymrużonymi, pełnymi jadu oczami.
Ręce Fioletowej zaczęły coraz mocniej drżeć, oczy przybrały barwę głębokiej, mocnej czerni. Nie mogąc czekać dłużej złapał dziewczynę za nadgarstki, próbując przybliżyć ją bliżej siebie. Nie ustępowała tak łatwo lecz Luc zdołał przyciągnąć ją o stopę bliżej.
- Claire, to ja, ja -mówił spokojnym tonem. Fioletowa podniosła głowę wpatrując się wprost w jego oczy.
- Jestem tu, uspokój się - ciagnął dalej - Jestem.
Grupki ludzi stojące pod ścianami przypatrywała się uwaznie całemu zjawisku; kątem oka dostrzegł, że ktoś leży na łóżku naprzeciwko drzwi. Ten ułamek sekundy wystarczył żeby Claire oswobodziła prawą rękę. Luc nie zdążył nic powiedzieć kiedy z całym impetem oberwał dłonią w twarz na której został czerwony ślad. Ktoś głośno wciagnął powietrze.
- Nie chcę tego robić - powiedział do Claire - Słyszysz!? Nie chcę!! - powtórzył głośniej prawie unikając ciosu. Momentalnie złapał wolną dłoń dziewczyny, zacisnął mocno powieki. Włosy przybrały jaśniejszy kolor, po całym ciele przepływały jakby strużki prądu. Kiedy podniósł głowę wpatrywał się w dziewczynę szkarłatnymi oczami. Loch wypełnił się krzykiem Claire. Trwało to ułamek sekundy - Paul rzucił się spod ściany, a Luc uwolnił Claire do której w mig przybiegły przyjaciółki. Luc przeciął ręką ze świstem powietrze powalając wampira na posadzkę lecz momentalnie wstał i z wściekłością w oczach biegł w jego stronę.
- Nic Ci to nie da - rzucił w jego kierunku. Paul był jednak zbyt szybki niż myślał twardo przygważdzając go do ściany z ręką zaciśnięta na szyji.
- Co jej zrobiłeś!? - darł się raz po raz - Co!?
- Nic, co mogłoby jej zaszkodzić - wydyszał.
Nagle fantom odskoczył dalej niczym poparzony. Luc powrócił do normalnego wyglądu, dysząc siląc się na spokój. Kątem oka dostrzegł Claire odzyskującą przytomność przez Cam i Mary. Były wyraźnie spokojniejsze, oddychały wolniej przypatrując się jej z uwagą. Przemierzył loch przechodząc bez słowa obok dwójki wampirów spoglądających na niego podejrzliwym wzrokiem. Upadł na kolana kładąc na nich głowę dziewczyny.
- Już wszystko dobrze - powiedział siląc się na spokój.
Fioletowa chciała odpowiedzieć ale Mary była pierwsza.
- Musisz to wypić - po czym przyłożyła do jej ust buteleczkę z jakimś płynem - Odczekaj jeszcze chwilę.
- Mary, Cam, chodźmy do wieży. Claire musi wypocząć - rzucił powoli stawiając dziewczynę na nogi z zamiarem wzięcia na ręce.
- Jest jeszcze jedna sprawa - odezwał się Paul.
- Co mi za to oferujecie? - odparł dobitnie wpatrując się wprost w oczy wampira.
Ten jedynie, obejrzał się za siebie wprost na łoże, na którym spoczywał ich kompan.
__________________
jeżeli odnajdziesz szczęście, ciesz się.'
Ostatnio edytowane przez Lucio : 02-12-2009 o 08:19.
|
|
|
02-16-2009, 14:51
|
#576
|
|
Urodzony, by rządzić światem
Zarejestrowany: May 2007
Posty: 3,438
|
Fifty, sorry, ale to już przesada. Miałaś się udzielać, a niestety tego nie robisz. Wypisuje Cię.
I nie napisze historyjki, bo nie mam zamiaru pisać jak to sobie sama siedze w pokoju wspólnym Gryffindoru czekając na Was. Piszcie dalej tą akcje, a ja poczekam, aż będę mogła się do czegoś odnieść.
__________________
Gówno mnie obchodzi co i kto przywiózł na cargo, nagapiłem się już dość na tych co mieli mieć Gallardo, a prokurator zajął im nawet ich starą Mazdę, zresztą chyba żona przez to zostawiła cię niedawno.
|
|
|
02-16-2009, 15:49
|
#577
|
|
Moderator
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 1,687
|
//Sama nie wiem co się ze mną działo. Proszę o wybaczenie.//
Mary spojrzała przelotnie na Louisa. Wyglądał teraz trochę lepiej, aczkolwiek jego oczy nadal pusto spoglądały na dziewczynę.
- Czego chcesz? - wysyczała Alessa.
- Zostawcie ją w spokoju. - rzucił Lucio, wskazując głową na Claire. Ta spojrzała na niego tępym wzrokiem, który zaraz się zaostrzył, kiedy szeptała:
- Nie masz prawa!
- Owszem, mam. - powiedział Luc dobitnie. Nie czekając na odpowiedź podszedł do Louisa. Mary odwróciła wzrok, patrząc teraz na lśniące, fioletowe włosy przyjaciółki, którą wciąż trzymała za rękę. Rekę, która trzęsła się nadal, po tych wszystkich dzisiejszych przeżyciach.
- Spokojnie, Violet, spokojnie. On nie mówił na poważnie. - szeptała jej do ucha Jane. Cam siedziała na kamiennej posadzce, oparta o lodowatą ścianę. Cisza. Wszędzie słychać było ciszę. Luc nie szeptał zaklęć, wystarczyło tylko, by przyłożył ręce. To wszystko. Minuty mijały. Wosk ze świec skapywał mozolnie, tworząc małe grudki, to tu, to tam.
Paul stał nieruchomo, wbijając wzrok w swojego przyjaciela, którego uleczał właśnie jego wróg. O ironio. Nędzny, szmaciany człowiek, wrogiem istoty zaprojektowanej do zabijania? To śmieszne. A jednak. To Lucio miał Claire, nie Paul. To Lucio decydował teraz o tym, czy Louis przeżyje, czy też nie. Z pewnością nie robił tego dla siebie. Jeśli już, to dla Mary, która na pewno nie wytrzymałaby po raz drugi kogoś bliskiego. A może dla Claire? Ona też nie chciałaby, by Louis umarł. Wszak był przyjacielem Paula... A Paul... Luc skrzywił się, jednak nie przerwał pracy. Kolejne minuty płynęły. Wszyscy w skupieniu myśleli o swoich sprawach. Nagle Lucio wstał. Louis, o dziwo, także. Był w pełni uleczony. Wampir pozostał wampirem. Mary, uprzednio puszczając rękę przyjaciółki, podeszła do Louisa i, stając na palcach, odgarnęła mu włosy z czoła, na którym pozostało jeszcze kilka kropel potu. On uśmiechnął się tylko i zwrócił wzrok w kierunku Lucia.
- Dziękuję ci, przyjacielu. Dziękuję. - wyszeptał szczerym głosem. Luc skłonił delikatnie głowę, jednak jego twarz wyrażała pogardę.
- Ja także, Luc. - powiedziała Mary i uściskała go.
- Chodźmy stąd, proszę was. - powiedziała Cam, jednocześnie pomagając wstać Claire, która zgrabnie protestowała:
- Zostaw mnie, przecież mam nogi.
- Z tobą się jeszcze policzę. - powiedział Luc w kierunku Claire. Ta tylko prychnęła, jednak nic nie powiedziała. Obrzuciła go tylko nienawistnym spojrzeniem. W tej samej chwili spojrzenia Lucia i Paula złączyły się na krótką chwilę.
- Dziękuję. - mruknął prawie niesłyszalnym głosem Paul, po czym odwrócił wzrok. Alessa nie powiedziała nic. Zarzuciła tylko swoimi rudymi włosami, które błysnęły w blasku ognia i odwróciła się tyłem do odchodzących.
Po chwili, czwórka Gryfonów, maszerowała korytarzem Hogwartu.
- Do cholery, już ta godzina? Nie mogę uwierzyć, że czas tak szybko zleciał... - powiedziała Cam, spojrzwaszy niepewnie na Mary. Luc i Claire nie odezwali się w ogóle. Patrzyli tylko przed siebie.
- Och, już po wszystkim! Musicie się dąsać!? - wykrzyknęła Mary.
- Musisz się drzeć? - syknęła Claire.
- Ostatnio jesteś strasznie rozdrażniona, moja droga. - powiedziała Mary z kamienną twarzą.
- Podobnie jak ty. - rzuciła Claire, patrząc na tonące w mroku błonia, któr przebijały się przez mur okien wokoło dziedzińca.
- Och ja? - zaczęła Mary, jednak Luc przerwał jej cichym:
- Zamknijcie się obie. Mam dośc słuchania waszych pierdolonych kłótni. Koniec.
Jego ostry głos zadziwił Mary, jednak ona tylko spuściła głowę. Claire uniosła brew, ale także nic nie powiedziała. Cam patrzyła ze zdziwieniem na całą, jak dotychczas, zgraną trójkę. Zaraz potem dotarli do portretu Grubej Damy.
- Mydło powidło (xD). - powiedziała Cam i wskoczyła zgrabnie w dziurę.
- No NARESZCIE! - na sam początek spotkał ich krzyk Clover, która wstała jak oparzona.
- Co nareszcie? - spytała zirytowana Mary.
- Nareszcie raczyliście przyjść! Proszę, nawet Luc zaiwtał. Ostatnio, do cholery, w ogóle się nie widujemy! Zaczynam mieć powoli dość wszystkich ciemnych sprawek. Nie możemy robić imprez jak kiedyś? Bawić się razem? Czy zawsze musimy się kłócic?
- Clo, proszę, przestań. To nic nie da. - rzekła Mary, po czym ruszyła pewnym krokiem do swojego dormitorium.
__________________
GUNS N' ROSES
Ostatnio edytowane przez Lady Mary Jane : 02-16-2009 o 16:14.
|
|
|
02-16-2009, 18:54
|
#578
|
|
Jeszcze zdrowy miłośnik fantasy
Zarejestrowany: Nov 2007
Lokalizacja: Dolina Godryka
Posty: 151
|
//Sam nie wiem co pisałem xD Na dodatek kupiłem jakieś ch*jowe fajki ;<<< //
//@up dobry post Mary : )//
W głowie chłopaka huczało od natłoku myśli. Serce biło nadzwyczaj mocno jakby chcąc wydostać się z okowów ciała. Ten jeden, jedyny incydent może nieodwracalnie zmienić nadchodzącą przyszłość. Spokój, który trwał tak ulotnie wydawał się znowu cofać w cień. Luc nie wiedział dokąd ma iść, spojrzał tylko na Claire i powiedział poważnym tonem:
- Wiem już wszystko - dziewczyna jedynie nieznacznie odwróciła głowę.
Clo z zapytaniem na twarzy obserwowała całą sytuację zwracając wzrok z dziewczyny na chłopaka. Luc nie czekał dłużej; odwrócił się i przemaszerował przez Pokój opuszczając wieżę. Na moment skierował spojrzenie na korytarz ciemniejący piętro wyżej. Przez moment chciał ruszyć w tamtym keirunku ale ostatecznie zebrał się w sobie i zszedł schodami na dół kierując się ku dziedzińcowi zamku. Starał się uspokoić myśli co chwila wypływające na wierzch świadomości lecz bez większego skutku. W końcu po kilku minutach znalazł się na podwórzu zasypanym przez śnieg; oparł się o mur wpatrzony gdzieś przed siebie. Śnieg zaczął sypać drobnymi płatkami pokrywając przestrzeń z chwili na chwilę. W końcu bezwiednie zatopił się w swoim umyśle. Co rusz tak samo jak morze fale, wyrzucał coraz to starsze wiadomości z głębi świadomości. Przypomniały mu się słowa pewnej dziewczyny, którą niegdyś przelotnie poznali - Jesteście zgraną grupą, lecz kiedyś coś was podzieli.., przypomniał mu się pewien sen sprzed wielu miesięcy, rękę poszarpaną przez Lucyfera, "Dziękuję Ci, przyjacielu. Dziękuję"...
- To wszystko robi się chore! - krzyknął zwracając uwagę jakichś uczniów.
Może jestem jakimś jebanym fatum i to przeze mnie dzieją się te wszystkie rzeczy!? Powtarzał raz po raz w myślach.
- Dlaczego nie może być tak jak było kiedyś!? - szeptał nerwowym tonem. Złapał się za głowę, kręcą nią jakby owładnął nim jakiś nieokiełznany ból. Pogodzić się i raz na zawsze stracić to dzięki czemu nie stał się tym czym ma się stać? To co nie raz przyniosło mi wiele razy tyle miłości, ukojenia ile nie spotkało go OD tamtego czasu? Z rękami zakrywającymi oczy zaczął krążyć po całym dziedzińcu jak gdyby był nietrzeźwy.
- Capaldi cwelu może chcesz jeszcze wina? - rzucił tak dobrze znany mu głos.
Nie odpowiedział obijając się od ścian. Ślizgon znowu zaatakował tym razem z pewnym złowrogim błyskiem w oczach.
- Twój stary był taki sam jak Ty, jeśli wiesz co mam na myśli - pierwszy raz blondas czuł się pewnie bez swoich goryli.
- Malfoy zjeżdzaj! - ryknął - Zjeżdzaj!
- Uważaj do kogo mówisz, Capaldi - dokończył szeptem podchodząc do Luc`a.
Nagle chłopak poczuł jakby coś w nim pękło. Wyprostował się, patrząc Malfoyowi prosto w oczy.
- Magnis nominis umbra - wyszeptał. Dracon stał jak gdyby sparaliżowany, jedynie oczy poruszały się nazbyt szybko.
- Skąd? - zaczął.
- Po prostu zejdź mi z drogi - dodał i odszedł w głąb zamku. Nie wiedział jakim cudem znalazł się pod obrazem Grubej Damy, nie wiedział co tu robi.
- Mydło powidło - wypowiedział hasło i wszedł z wolna do środka stając przodem do kominka wpatrując się w ogień w palenisku. Kilka chwil później posłyszał znajome głosy.
Stanie się to co wyznaczy nam los.
__________________
jeżeli odnajdziesz szczęście, ciesz się.'
Ostatnio edytowane przez Lucio : 02-16-2009 o 21:59.
|
|
|
02-17-2009, 13:50
|
#579
|
|
Jeszcze zdrowy miłośnik fantasy
Zarejestrowany: Apr 2008
Lokalizacja: Jest takie jedno miejsce a w zasadzie to dwa ;D
Posty: 127
|
//Tadam!//
Luc stał dalej przodem do kominka czekając cierpliwie aż Claire zrobi mu awanturę Wiedział, że jest na niego wściekła chociaż w sumie to nie powinna. Zamiast tego jednak poczuł, że na jego prawym ramieniu zaciska się czyjaś wyjątkowo zimna dłoń. Po chwili podniósł swoją lewą rękę, położył ją na dłoni Fioletowej i odwzajemnił uścisk. Dopiero wtedy odwrócił wzrok i popatrzył w jej zimne oczy, w których teraz zabłyszczały łzy. Tyle że Claire nie lubiła płakać. Potrząsnęła więc głową, zamrugała szybko swoimi długimi czarnymi rzęsami i zmusiła słone kropelki do powrotu tam skąd przyszły.
- Miałyśmy zamiar wybrać się na lekcję. Idziesz z nami? – spytała Violet już zupełnie opanowanym głosem.
- A co teraz mamy? – odpowiedział pytaniem na pytanie Luc.
- Eliksiry. – gdy Mary wypowiadała te słowa na jej twarzy zagości łobuzerski uśmiech (xD), a oczy zabłyszczały z uciechy.
- Twoją reakcję mam rozumieć w ten sposób, że jak nie pójdę to ominie mnie fajna zabawa tak? – usta chłopaka również wykrzywiły się w uśmiechu.
Emdżej nie odpowiedziała tylko wzruszyła ramionami, a Cam mimowolnie zachichotała.
- Accio torba. – wypowiadając te słowa nawet nie musiał machać różdżką, a jego szkolna torba już całkowicie zapakowana pojawiła się zaraz przy nim. Zarzucił ją sobie na ramię, drugą rękę splótł z ręką Claire i ruszyli w kierunku portretu Grubej Damy. Clover, Carmen i Em cały czas chichocząc podążył za nimi.
- Ech… - Cam westchnęła z udawaną tęsknotą. – Nie mam pojęcia jak w ogóle mogłam żyć tak długo bez tych cudownych lekcji eliksirów. Bez widoku tych czarnych, tłustych włosów i tej pięknej nietoperzej sylwetki.
- E tam. Ty się nie znasz. – wypowiedź Carmen wywołała nie małe oburzenie u Clo. – Nic nie pobije tej przylizanej, platynowej czupryny i tej spłaszczonej mordy pekińczyka z tak pięknym alabastrowym czółkiem.
Idąc korytarzem Cam i Koniczynka zaczęły się kłócić wymieniając kolejne barwne epitety swoich wybraków.
- Przestańcie pasztety jedne! Tego się nie da słuchać. – fuknęła na nie Zielonooka.
- Nie no Mary żartujesz. – obie wariatki wyraziły swoje wielkie zdziwienie.
Nagle nad ich głowami świsnęła kulka śniegowa i minimalnie chybiła celu. Zaraz przeleciała następna i jeszcze jedna i kolejna. Zdezorientowana grupka przyjaciół załapała o co chodzi dopiero gdy Carmen wydała z siebie nieludzki pisk, bo jedna z kulek wpadła jej centralnie za kołnierz. Gdy się rozglądnęli okazało się, że to Irytek siedzi sobie na parapecie i zanosząc się ze śmiechu rzuca śnieżkami we wszystko co się rusza, a największym problemem było to, że one się nie rozbijały tylko śmigały sobie tam i z powrotem. Przyjaciele rozpierzchli się na wszystkie strony i pochowali się za czym się tylko dało. Fioletowa i Luc wpadli do jakiegoś schowka na miotły, Clover do najbliższej pustej klasy, a Cam została tylko metalowa zbroja.
- Lepsze to niż nic. – mruknęła do siebie i odwróciła wzrok w stronę stojącej nadal na środku korytarza Mary.
Jakby tego brakowało Emdżej zaczęła się powoli zbliżać do Poltergeista.
- Em idiotko co ty wyprawiasz?! – krzyknęła za nią Carmen i dopiero kiedy Zielonooka wyciągnęła różdżkę przypomniała sobie że przecież mogą używać magii.
Z zainteresowaniem obserwowała teraz poczynania Mary, która rzuciła na siebie zaklęcie tarczy i w najlepsze rozmawiała z Irytem, który dalej próbował ją ustrzelić. Po chwili duch zawył z radości i zniknął, a dziewczyna obróciła się na piecie i zadowolona z siebie machnęła kilka razy różdżką tak że cały bałagan znikł w mgnieniu oka. Nie słysząc już żadnych odgłosów z korytarza, wszyscy opuścili swoje kryjówki.
- Jak ty to zrobiłaś? – spytała zdezorientowana Cam zamykając dotąd otwartą buzię i przestając wytrzeszczać oczy. – Przecież z nim się nie da Normanie rozmawiać.
- Ja mu po prostu zaproponowałam lepszą zabawę. – Em uśmiechnęła się złowieszczo a niebezpieczne błyski w jej oku powróciły. – A teraz lepiej się zbierajmy, bo twój ukochany profesor raczej nie przyjmie żadnych wytłumaczeń naszego spóźnienia.
//No a teraz zostawiam Ci pole do popisu Mary xP//
__________________
Pęknięte lustro wspomnień przysypane krwią nadgarstków...
Cierniami nasmarowane, kłamstwami odbudowane.
W tym wszystkim kły uśmiechnięte w dziewicy piersi zanurzone, zimnymi palcami podkreślone, lękami ciszy wypełnione...
On tylko wargi oblizał.
Ona? Przeklęta po nocy szukała...
|
|
|
02-17-2009, 13:54
|
#580
|
|
Moderator
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 1,687
|
//Chujowo, krótko, ble//
Zima nadal trzymała w najlepsze. Płatki śniegu prószyły nieprzerwanie od ponad dwóch dni. Zaspy śniegu, otaczające Hogwart dodawały uroku tej krainie, w której pięcioro Gryfonów żyło niespokojnym i pełnym przygód życiem.
Cam, Clo, Luc, Claire i Mary szli korytarzem wiodącym do ciemniejszej części zamku - lochów, w których panował zły król - profersor Snape. Jednak ta piątka nie zwracała większej uwagi na jego wybrzmiałe ego, które czasami zwłaszcza im dawało się we znaki. Mary wywracała oczami za każdym razem, kiedy Snape coś do niej mówił, Claire psykowała, co nie raz kosztowałoo Gryffindor kilka punktów, Carmen ignorowała jego wywody, a Clo patrzyła prosto w jego czarne ślepska, nie udzielając żadnej odpowiedzi. Co najdziwniejsze - do Lucia wcale się nie odzywał, co było powodem wielu spekulacji zarówno wśród uczniów Slytherina, jak i Domu Lwa.
- Mam nadzieję, że dzisiaj zamiecie tą swoją czarną peleryną i będzie siedział przy biurku, zamiast łazić po klasie i bezczelnie przeszkadzać nam w naszych ważnych rozmowach... - powiedziała Clover, na co Cam głośno zachichotała.
- Uważaj tylko, żeby tych rozmów nikt nie podsłuchał, idiotko. - syknął ktoś za uchem Clover. Żółta odwróciła się błyskawicznie i ujrzała chudego, wysokiego blondyna z miną wyrażającą pogardę. Po jego obu stronach stali jego nadwroni goryle - Crabbe i Goyle.
- Kochanie, pytał cię ktoś o zdanie? - zapytała nadzywczaj słodko Claire. Mary uniosła dyskretnie brew i rzuciła pytające spojrzenie Fioletowej. Ta tylko je zignorowała i patrzyła na Malfoya. Blondyn nie powiedział nic, tylko prychnął.
- Zastanówcie się tylko, czy o waszych sekretach nikt nie wie. - szepnął w stronę Mary, Lucia i Claire. Ruszył szybkim krokiem przed siebie.
- Malfoy. - powiedziała Mary lodowatym tonem. Nie odwróciła się. On także został w miejscu, zatrzymując się w pół kroku. - Uważaj, żeby twoja wiedza nie obróciła się przeciwko tobie.
- O to się już nie martw. - zaśmiał się cicho. Pstryknął palcem na swoich kompanów i ruszył ponownie jeszcze szybszym krokiem. Mary spojrzała na Claire, a ta syknęła:
- On wie!
- Racja. - pokiwał głową Lucio. Wyglądał na zmartwionego.
- Wiecie... - zaczęła Cam szeptem, przybliżając się do Lucia, Mary i Claire, jednocześnie ciągnąc za sobą Clover. - Gdyby wampiry... Gdyby się dowiedziały o tym, że Malfoy wie... To on... - mówiła cicho, nie mogąc dokończyć.
- Zginie. - zrobiła to za nią Clover.
- Tak, masz rację. One dbają o siebie. - przytaknęła Claire. Jej nieobecny wzrok wskazywał na to, że o czymś myśli.
- Tak, czy inaczej - powiedział Luc. - to nie nasza sprawa.
- Jak możesz? To też człowiek! - powiedziała Cam.
- A dlaczego niby... - zaczęła Clover, jednak przerwał jej zimny głos:
- Takie ciche szepty na korytarzu mogą wydać się podejrzane... - przed nimi stał Mistrz Eliksirów. Severus Snape mierzył ich swoim rybim wzrokiem. - Mogłoby wydawać się, że spiskujecie... - wysyczał ostatnie słowo.
- Jeśli panu się tak wydaje, to jest to z pewnością mylne stwierdzenie. - powiedziała Claire, która wyprostowała się i spojrzała prosto w oczy Snape'owi.
- Kto wie, Bellamy, kto wie... - powiedział Snape, chichotając zimno.
- My już pójdziemy do klasy. - powiedziała Mary mierząc wzrokiem nauczyciela, jednocześnie łapiąc Claire za ramię.
- Ten też? Co z nimi dzisiaj? - powiedziała Clover, kręcąc głową.
- Sama nie wiem... Czasami wydaje mi się, że mamy jakąś manię prześladowczą. - westchnęła Mary i spojrzała na mlecznobiałe niebo.
Zaraz potem stali przed salą w zimnych lochach, gdzie roiło się od uczniów, którzy przeglądali ostatnie notatki z lekcji.
- Czy my się wydaje... - powiedziała Cam drżącym głosem.
- Tak, jest pierdolony test! - syknęła Claire.
- Kurwa mać. Mam tego dość. DOŚĆ. - powiedziała Mary rozglądając się w panice za swoją książką od eliksirów.
- Dziewczyny... - zaczął Luc. - Wyluzujcie!
- Tak, z tym, że ja nie chcę zawalić eliksirów. - powiedziała Clover, która drżącymi rękoma trzymała notatkę o sporządzaniu Eliksiru Młłodości.
- Od czego są wagary? - spytał retorycznie Lucio. Kącik jego ust wyraźnie zadrżał.
__________________
GUNS N' ROSES
Ostatnio edytowane przez Lady Mary Jane : 02-17-2009 o 14:33.
|
|
|
Zasady postowania
|
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts
kod HTML jest Wył.
|
|
|
Podobne wątki
|
| Wątek |
Autor wątku |
Forum |
Odpowiedzi |
Ostatni post / autor |
|
Gryffindor
|
KaMcIa |
Kosz |
979 |
11-05-2008 16:38 |
|
Gryffindor
|
CZARNY999 |
Kosz |
4 |
03-11-2008 20:46 |
|
Gryffindor
|
Moony Alex |
Kosz |
2014 |
11-02-2007 12:11 |
|
GRYFFINDOR
|
Moony Alex |
Kosz |
1989 |
07-01-2007 15:47 |
|
GRYFFINDOR
|
Limonka |
Kosz |
133 |
03-27-2007 17:41 |
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 17:23.
|
|