Dobry pomysł.
Angelina udała się powoli w stronę jeziora. Było zimno, bardzo zimno. Wiatr dął zrzucając co niektórym uczniom czapki i kaptury z głów. Całe szczęście nie prószył śnieg, ani nie padał deszcz. A panna Johnson nie nosiła z reguły czapki ani szalika. Mimo, że teraz przez to cierpiała. Zimno wstrząsnęło jej chudym ciałem rozprzestrzeniając się po całym organizmie. Przechodziła obok grupki wrzeszczących na siebie ( spokojna rozmowa przez szum wiatru była dzisiaj niemożliwością ), gdy jakiś cieniak wpadł prosto na nią. Angelina jęknęła i upadła ciężko na zimną ziemię. Zazgrzytała ze złości zębami. Wstała niemal równie szybko jak się przewróciła i skierowała jedne z najbardziej morderczych spojrzeń na jakie było ją stać w kierunku chłopaka w złoto-bordowym szaliku. Gryfon... Ślizgonika zmrużyła oczy i wyciągnęła w jego kierunku różdżkę. Miała gdzieś, że potem dostanie trzema następnymi od jego kolegów. I może jeszcze jednym od tej okularnicy. Wycelowała w jego plecy.
- Johnson, do mnie.
Ni stąd ni zowąd za Angeliną pojawiła się dostojna postać profesor McGonagall.
- Musimy porozmawiać o Twoim sobotnim szlabanie.
Wysyczała nie bez zadowolenia. Panna Johnson przekręciła oczami. Że tą staruchę takie rzeczy kręciły. A z tym Gryfonem policzy się kiedy indziej...
__________________
"Może ten baron dusz, anioł stróż przegrał w karty z diabłem. A rano już ludzie wzięli szable i bagnet"
***
Skoro nie mam nadziei, abym jeszcze zaznał,
Niepewnej chwały określonej chwili.
Skoro nie sądzę.
Skoro wiem, że nie zaznam,
Prawdziwej mocy, która przemija.
Skoro nie mogę pić,
Skąd piją kwiaty drzew i źródła rzek,
***
bo nic tam już nie ma.
Ostatnio edytowane przez Mistrzyni_Afrytow : 02-09-2009 o 19:31.
|