|
07-02-2011, 00:29
|
#901
|
|
Omijać szerokim łukiem
Zarejestrowany: May 2007
Lokalizacja: Camelot
Posty: 1,514
|
- No nie wiem - wciąż miała wątpliwości - Filch się pewnie kręci.
- Boisz się go? - zapytał unosząc brew. Po minie dziewczyny zauważył od razu, że dała się przekonać. Komu jak komu, ale Christinie na ambicję się nie wchodzi.
- Wstawaj! - zawołała.
Wstał, lekko się zachwiał, ale żywiołowym krokiem ruszył za nią, przez dziurę w ścianie.
W lochach było jak zwykle, czyli cholernie zimno i ciemno. Zadrżała lekko, ale nie zawróciła po jakiś sweter. Da sobie radę. Przezwycięży narastające dreszcze i gęsią skórkę.
- Gdzie chcesz iść? - zapytała, usiłując nie szczękać zębami.
- A bo ja wiem, chodź może na górę.
Stali w sali wejściowej, nasłuchując czy nikt nie idzie, po czym wspięli się na główne schody.
|
|
|
07-02-2011, 00:57
|
#902
|
|
Jeszcze zdrowy miłośnik fantasy
Zarejestrowany: Aug 2010
Lokalizacja: Toruń
Posty: 144
|
Ruszyli więc na górę spotkali Pottera, Granger i tego rudzielca, Rona gdzieś udających się
- Chodź Christi, zobaczymy gdzie oni idą - wyszeptał
- Dobra, ale żeby nas nie zauważyli - odszeptała
Ruszyli za nimi, szli powoli i cicho, tak aby ich nie zauważyli, po chwili zobaczyli że do nich dołączyła Luna Lovegood z Ravenclawu i poszła za grupką gryfonów.
- Gdzie oni do cholery idą? - powiedziała szeptem Christi z lekką nutą zdenerwowania
- Nie wiem, lecz coś knują, idą chyba do Hagrida, tylko o tej godzinie po co? - odparł chłopak
Jego domysły sprawdziły się, czwórka weszła do chatki Hagrida, lecz po chwili poszli
z nim do Zakazanego Lasu
- Idziemy dalej - spytał Tonks
- Nie po to szłam taki kawał żeby z tego rezygnowac - odparła z irytacją Christi
__________________
Bo w krwi płynie benzyna, w sercu świszczy turbina...
|
|
|
07-02-2011, 01:16
|
#903
|
|
Omijać szerokim łukiem
Zarejestrowany: May 2007
Lokalizacja: Camelot
Posty: 1,514
|
Po chwili ich też ogarnął mrok Zakazanego Lasu. Dziewczyna poruszała się prawie bezszelestnie, krzywic się za każdym razem, gdy Arnold w roztargnieniu łamał jakąś gałązkę.
- Może po prostu idź i im powiedz, że tu jesteśmy. Będzie szybciej - zrugała, go szepcąc.
- Przepraszam - odparł po cichu, po czym znowu nadepnął na gałązkę, która z trzaskiem pękła na pół. Pokręciła głową zrezygnowana.
- Dobra, to gdzie oni są? - zapytała po chwili. Zgubili ich już dawno, bo musieli znacznie spowalniać pościg.
Wzruszył ramionami rozkładając ręce w pełnej niewiedzy. Westchnęła cicho. Rozejrzała się wokół i zdała sobie sprawę, że znajdują się bardzo blisko gniazda gigantycznych pająków. W głowie zaświtała jej nowa myśl. Czas nastraszyć nowego.
- Już wiem. Chodź.
- Skoro tak twierdzisz. - poczłapał za nią, chociaż wyraźnie odechciało mu sie już łażenia po tym lesie.
Po ściółce przemieszczały się już kolonie małych pajączków, ale chłopak zdawał sie tego nie zauważać. Brnął dalej przez krzaki, co jakiś czas sprawdzając, czy idzie za blond kosmykami.
- To tutaj. -szepnęła złowieszczym tonem
- Czemu tu tyle pająków? - zapytał w końcu.
- Bo to las? - zapytała ironicznie. - Idziesz pierwszy, wolą chłopców.
- Kto?
- Idź.
Christina nawet nie weszła do gniazda, ale widziała, że Arnold podążał do samego centrum pewnym krokiem. Wróciła na skraj lasu i czekała na niego, oglądając konstelacje. Wyszedł w końcu, po godzinie. Pokrwawiony, z rozciętym policzkiem i poszarpanymi szatami. Ale żywy...
- Jesteś zła - wysyczał.
- Ameryki to nie odkryłeś - stwierdziła rzeczowo i ruszyła w stronę zamku. Dogonił ją po chwili.
- Ilu zabiłeś? - zapytała unosząc brwi
- Że co? Ja próbowałem uciec.
- Ahh - westchnęła zawiedziona. - Moja średnia to piętnaście.
Spojrzał na nią zaskoczony, ale nie mógł o nic zapytać, bo zniknęła za drzwiami z wielką siedemnastką.
|
|
|
07-02-2011, 01:48
|
#904
|
|
Praktykant Voodoo
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 749
|
Nie tylko Christina wpadła na wspaniały plan opicia ich udanego numeru. Elita Slytherinu wychodziła z założenia, że jeżeli i tak wszyscy zarobią szlaban a moża nawet i dywanik u Dumbledore'a to mogą jeszcze trochę nabroić. Lista niezbędnych rzeczy, by przetrwać tą noc: kilka butelek Ognistej, chipsy ze słonymi paluszkami, przystojny, chętny chłopak i kilka czekoladowych żab na rano. Imprezę czas zacząć.
- Angelina, wyjmij z tej swojej jakże tajnej skrytki zapasy alkoholu - zarządziła Mimid, zbierając ze swojego łóżka zdjęcia nagiego Alvedera i wychodząc z dormitorium. Nadadzą się idealnie na podkładki pod jej szklankę. Panna Johnson wywróciła oczami, ofuknęła wszystkich pozostałych, że mają stąd wyjść i zamknęła za nimi drzwi. Podbiegła do szafy, która była niemal pusta. Po co kłaść ciuchy na półki skoro jest jeszcze tyle miejsca na wcale niebrudnej podłodze? Stuknęła różdżką w dno szafy i otworzyła skrytkę. Jej oczy zamieniły się złocistym odcieniem butelek. Przeliczyła wszystkie, stwierdzając, że wyciągnie dwanaście ognistych i trzy malibu. Miała dzisiaj ochotę na kieliszek z parasolką. Albo dwa.
- Jak to możliwe, że najseksowniejsza dziewczyna w tej szkole kuli się na dnie szafy? - odezwał się nieco kpiący, ciepły głos. Angelina odwróciła się momentalnie. No tak, tylko Blaise umiał zmylić jej czujnąść i zakraść się tak, że o tym nie wiedziała. Stał teraz nad nią w lekkim rozkroku, z brwiami ściągniętymi do góry. Jakże smakowicie. Dziewczyna przejechała językiem po swoim podniebieniu.
- Załatwiam nam alkohol na imprezę.
- A co byś powiedziała na dwuosobowe party w dormitorium numer siedemnaście?
Zabini spojrzał na nią z błyskiem w oku, przysuwając się bliżej. Angelina wstała, niezdecydowana. Chłopak wyciągnął bez żadnego oporu z jej rąk kolejne butelki alkoholu i rzucił niedbale na łóżko Sary. Złapał ją w pasie i przyciągnął do siebie.
- Nie przeszkadza Ci już damski zapach tego pokoju? - zapytała Angelina, starając się ostudzić nieco zapał swojego Ślizgona. Położyła mu ręce na barkach i lekko próbowała się odepchnąć. Spowodowało to jedynie mocniejsze wygięcie ją w łuk.
- Myślę, że ten zapach można bardzo łatwo zmienić... - zauważył Blaise, uśmiechając się chytrze. Nim dziewczyna zdążyła zareagować popchnął ją na łóżko ( Kaylin, przepraszam! - krzyczała w myślach Angelina ) i zaczął ją zachłannie całować. Angelina chciała zaprotestować, lecz została uciszona duszącym pocałunkiem. Ręce chłopaka błądziły po jej ciele, podwijając szkolną spódniczkę i łapiąc za uda.
Nagle oboje usłyszeli ogłosy ciężkich szpilek. Ktoś pukał do zamkniętych przez Zabiniego drzwi. Spojrzeli szybko na siebie, próbując powstrzymać zażenowanie.
- Angelina, wpuść mnie! - szeptała gorączkowo za drzwami Christina - chce mi się siusiu!
Blaise sapął szybko i zszedł ze Ślizgonki. Wziął szybko większość butelek whisky i otworzył drzwi. W tym samym czasie Angelina zwlekła się z łóżka i próbowała doprowadzić swoją fryzurę to pożądanego stanu. Pożądany, jak to w tym momencie nie na miejscu brzmi.
Jednak czujne oczy Christiny szybko dostrzegły zmiętą pościel na jednym z łóżek, potargane ubranie siostry i rozchocone oczy jej chłopaka. Uśmiechnęła się wrednie.
- W czymś przeszkodziłam?
Angelina posłała jej mordercze spojrzenie i odwróciła się w stronę lustra z wyraźnie nadąsaną miną. Zabini uśmiechnął się krzywo i wyszedł z dormitorium.
Po kilkunastu minutach w Pokoju Wspólnym pojawiły się w końcu panny Johnson, niosąc pozostałe butelki z trunkiem, obrażone na siebie. Nie ulegało wątpliwości, iż przed chwilą się pokłóciły.
- O co poszło? - spytała Angela, szczerząc zęby do Christiny. Ta przesłała jej spojrzeniem wiadomość to-gorący-temat-na-później i usiadła w swoim fotelu, przesuwając go jak najdalej swojej siostry. Angeli ten wzrok wystarczył, wiedziała, że będzie miała całą noc z głowy.
Arnold przytulił do siebie kilka butelek i usiadł na kanapie obitej zielonkawą skórą, jak najbliżej Christiny. Blaise już zdążył zająć miejsce między Flintem a Davisem. W końcu tylko oni dorównywali mu w piciu. Angelina nadal nie zadowolona przysiadła się na posadzce przy rozkładających Eksplodującego Durnia Sarze i Ginny. Niedaleko niej, całkowicie osamotiony siedział Jeniver. Dziewczyna poczuła w sercu lekki ucisk, spowodowany współczuciem. Czuła się tak jak wtedy, gdy idąc z matką po Pokątnej natknęła się na przystojnego, brudnego młodzieńca siedzącego przy ściekach i zbierającego centy na lepsze życie. Tylko tym razem owy biedny młodzieniec miał niezły tupet. I wcale nie potrzebował pieniędzy.
- Mimo, że jesteś tu od dawna, chyba rzadko imprezowałeś w tym gronie? - zagadnęła go, próbując nieco z niego wyciągnąć. Był taki nieufny.
- Czasem siedziałem z Wami do samego rana. Mimo swojej czujności i przebiegłości mało potraficie zauważyć. Świat nie kończy się na czubkach Waszych nosów... choć przyznam, to całkiem ładne nosy.
Głos Denivera był cichy i ironiczny. Jednak każdy mógł wykryć w nim nutkę żalu. Czyżby nieprzystępny, bezpretensjonalny chłopiec z odludzia w głębi serca chciał zasmakować ich burzliwego, elitarnego życia? Noc nabierała rumieńców...
W tym samym czasie Lucky nalewała spragnionym dziewczyną whisky, starając się nie uronić ani kropelki. Przysłuchiwała się przy okazji ubarwionej opowieści Christiny o jej pierwszej nocy we Francji. Angela z Kaylin słuchały tego oniemiałe. Arnie przysunął się nieco bliżej, próbując wtrącić swoje doświadczenia z wycieczki po Paryżu. Jednak dziewczyn nie obchodziły galerie samochodów, pojedynki chochołów czy nawet Czerwona Ulica. W końcu brutalnie przerwała mu Christina:
- Kaajn, na Twoim miejscu zmieniłabym pościel.
Panna Ross zrobiła przerażone oczy, zastanawiając się czy czasem nie zapaskudziła dzisiaj kołdry jedzoną na szybko między lekcjami czekoladą. Jednak słysząc chichot Angeli, zrozumiała szybko o co chodzi.
I wszystko było jasne.
W końcu ktoś musiał to zrobić. Draco, upiwszy nieco więcej niż było na to stać jego organizm zaproponował zajarnie jakiegoś dobrego, drogiego zielska. A kto miałby mieć z elity marichuanę jak nie panny Johnson, których straszy brat Hektor miał całą uprawę tej nieco podczarowanej rośliny? Christina szybko pobiegła z Angelą do ich dormitorium, pod drodze opowiadając jej o dzisiejszej wtopie Angeliny z Blaisem. Po chwili na szklanym stoliku zostały położone dwie mały skrzyneczki opatrzone srebrnymi inicjałami CH.J i A.J/. Angelina, mocno już podpita, złapała Jenivera za rękę i przybliżyła się bliżej stołu.
- Paliłeś już kiedyś?
- Tak...
Ups, czyżby nasz niewidoczny chłopiec był niegrzecznym mężczyzną? Kto wie, co się jeszcze dzisiaj może wydarzyć. Angelina podeszła do siostry, zawieszając chwilowo z nią broń. Obie stanęły przy swoich skrzyneczkach otwierając je kluczem, schowanym w puklach włosów. Oczom Ślizgonów ukazały się ułożone równiutko woreczki ze zmieloną, zieloną rośliną i mnóstwo białych pasków najlepszych bletek opatrzonych nazwą firmy De Drouge. Panny Johnson zaczęły powoli, po raz setny tłumaczyć sposób użycia marichuany, zwijąjąc przy tym szybko i zwinnie coraz to więcej skrętów. W końcu każdy był zaopatrzony w trzy grube rurki. Tracey wyciągnął zapaliczkę i zapalał po kolei każdemu szluga. Przy skręcie Kaylin ręka nieco mu zadrżała, lecz poza tym nie zdradził zupełnie jakichkolwiek emocji. Był jakby z nich wyprany.
Po godzinie każdemu kręciło się w głowie. Draco zdążył nawet nauczyć Lucky wydychać dym w postaci kółeczek. Robiło się sennie... Nudno. Trzeba było coś wymyślić.
- Może przejdźmy się po zamku? O tej porze duchy mogą robić ciekawe rzeczy...
Nikt nie pamiętał kto wpadł na ten szalony pomysł. Ale nie winikło z tego nic dobrego.
Jaa, mam taką wenę, że to mała głowa. Przepraszam Cię, Harry_Jadku, że się wcięłam i nie zajęłam kolejki, ale to raczej nie powinno Ci za bardzo namieszać. Możesz się wkręcić jak kręcimy się po zamku, albo jak z niego wracamy. A jak nie chcesz, to rano mogę napisać post łączący Twój z tym. Robiłam to już, więc proszę, nie wściekaj się na mnie ; )
W ogóle mam tak megaśnie przaśny pomysł, że aby go opisać musiałabym dodać ze cztery posty. Dla mnie obecnie nie ma problemu, ale wątpię aby chciało Wam się to czytać. No nic, jak dobrze pójdzie to może uda mi się wkręcić to w Wasze posty.
Nie niszczcie mi tego ;>
O ile rano będę miała wenę ; o ( post łączący dwa poprzednie wbrew pozorom jest tak banalny, że nie potrzeba na to weny, więc spokojnie ).
Udanych pomysłów! ;*
__________________
"Może ten baron dusz, anioł stróż przegrał w karty z diabłem. A rano już ludzie wzięli szable i bagnet"
***
Skoro nie mam nadziei, abym jeszcze zaznał,
Niepewnej chwały określonej chwili.
Skoro nie sądzę.
Skoro wiem, że nie zaznam,
Prawdziwej mocy, która przemija.
Skoro nie mogę pić,
Skąd piją kwiaty drzew i źródła rzek,
***
bo nic tam już nie ma.
|
|
|
07-02-2011, 02:27
|
#905
|
|
Praktykant Voodoo
Zarejestrowany: Sep 2007
Posty: 524
|
- Kurwa! Może najwyższy czas, żeby ktoś mnie stąd zdjął, co, do cholery? - krzyknął na całe gardło Bastian, jednakże wszyscy go olewali, chociaż wielu przechodziło, wskazując go palcami. Gdy się ruszał tak śmiesznie poruszał się jego penis.
W jednej chwili zobaczył śmiejących się z niego facetów z tego samego domu… w tym Malfoya. Malfoy, Malfoy, chodź do tatusia, zaraz sam mnie stąd zdejmiesz.
Alveder mocno zacisnął zęby, ruszał policzkami i co tam się jeszcze robi, żeby wytworzyć dużo śliny. Zacharczał //nie mam pojęcia jak to inaczej nazwać// i splunął wprost w grupę Ślizgonów. Mokry pocisk trafił w tego, kogo miał trafić - Malfoy’a. Nie zdążył zauważyć, co było pierwsze: drapieżny, niebezpieczny okrzyk lwa, który zapewne miał źle wróżyć nowemu, lub wybuch śmiechu stojących z nim ludzi.
- Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz, nowy? - krzyknął Draco i ustawił się bezpośrednio pod wiszącym… czymś, co miało być człowiekiem, choć wyglądało jak nieudana kopia Mansona. Ten jednak na chwilę się spiął, a zaraz potem rozluźnił. No i z góry poleciał żółty strumień (Malfoy ucieszył się w duchu, że nie biały) wprost na Ślizgona, który na to po prostu nie był przygotowany.
- Kto moczem wojuje, od moczu zginie! Haa! - błyskotliwie sparafrazował młody, znaczy nowy. Wiercąc się, by opróżnić się do końca na jego twarzy pojawił się szeroki i, niewątpliwie złośliwy, uśmiech.
- Zabiję cię, kurwa twoja mać! Po prostu cię zabiję! Trzeba go stamtąd zdjąć! - wywrzeszczał Malfoy. - Co tak, kurwa, tak stoicie?! Trzeba go zapierdolić! Nie śmiejcie się! - dodał, ale nie można było powstrzymać złośliwego śmiechu paroma wulgaryzmami… ani niczym innym. Chyba, że Avadą…
Bardzo dobrze, mój drogi Draconie Malfoy’u, bardzo dobrze! Ach, znakomicie! Brakuje mi już tylko orgazmu, żeby dokończyć dzieło, ale, co to za orgazm wywołany czarami! - krzyczał w myślach podniecony Bastian. No i takim wewnętrznym podnieceniem do orgazmu brakuje już niewiele.
Malfoy szepnął coś i liny szybko zniknęły z ciała Alvedera, odkrywając resztę jego „wdzięków” przed „publicznością”, która z „zapałem” przyglądała się „małej potyczce”, dwójki „chłopaków”, żeby przypadkiem nie powiedzieć „ludzi”. Zgodnie z prawami fizyki (które oczywiście łatwo obejść kilku lub kilkunastu calowym kawałkiem drewna) Bastian Alveder (dlaczego on nie ma na nazwisko Shwainshteiger! Byłoby o wieeeeele prościej) powinien spaść, jednakże Draco, syn Lucjusza Malfoya, pracownika Ministerstwa Magii, a także śmierciożercę, zadziałał wspomnianym kawałkiem drewna, przeciwko wspomnianym prawom fizyki i tak wyszło, że ten nowy delikatnie dotknął ziemi swym ciałem… by za chwilę przyjąć cios swojego oponenta (też nie mam pojęcia dlaczego używam tak wyszukanego słownictwa. Popisówa!), który jednakże prawie został zatrzymany przez profesora Snape’a, który „zupełnie przypadkowo” przechodził tym korytarzem, bo zapewne on też chciał popatrzeć na jakże przyjemne przyjęcie swojego nowego ucznia… A niby nie?!
- Draco, mam prośbę, zmień ubranie, umyj się i wysusz włosy, a potem do mnie przyjdź, dobrze? - poprosił (choć mylnie może sprawiać wrażenie rozkazu!) profesor Severus, patrząc przy tym cały czas na Bastiana.
Widząc, a właściwie słysząc pierwsze oznaki sprzeciwu ze strony syna pracownika ministerstwa magii nauczyciel eliksirów niechętnie na niego popatrzył i to wystarczyło, by go namówić na szybką odpowiedź o treści: Tak jest, profesorze Snape!. Chwilę potem na tak obleganym, tak słynnym, tak pięknym korytarzu o nienaturalnie wręcz pięknych ozdobach nie było już nikogo… za wyjątkiem gościa o złamanym nosie i gościa o krzywym nosie.
- Nie pakuj się jeszcze w problemy, Alveder. Bo marnie skończysz. Poczekaj chwilę i dopiero wtedy się pakuj w problemy, dobrze? - ponownie poprosił (poprosił!) profesor Snape i odszedł po usłyszeniu twierdzącej odpowiedzi.
Bastian włożył ręce do kieszeni… ups, nie miał kieszeni. Znaczy… No poszedł w każdym razie do PWŚ, gdzie zastał wychodzących ludzi, prawie drących się.
- Co, gołego nowego nie widzieliście? Hah, jak się zrymowało! - Wszedł i doszedł do stołu, wziął buteleczkę wybornej whisky - Daniellsa i udał się na spoczynek (prawie jak w fantasy!), przed tym wypijając trochę z giwnta, a resztę zachowując „na później”.
__________________
Podniósł wzrok na przeciwnika. Krew spływała mu po twarzy. Zacisnął rękę na klindze miecza i ostatnim tchem wbił go w serce wroga. Zanim ten zdążył spojrzeć na ranę, obaj leżeli na ziemi i wylewała się z nich krew.
"As I fall deeper into a manic state"
Eminem - Deja Vu
|
|
|
07-02-2011, 12:13
|
#906
|
|
Omijać szerokim łukiem
Zarejestrowany: May 2007
Lokalizacja: Camelot
Posty: 1,514
|
W dormitorium było ciemno, bardzo ciemno. Bastianowi chwilę zajęło stwierdzenie, że leży we właściwym łóżku, we właściwym dormitorium. Przetarł oczy, aby przywykły do ciemności. Jak zwykle był sam, jego koledzy z sypialni nie utrzymywali z nim żadnych kontaktów. Za bardzo odstraszał ich jego wygląd. Po trochu, po prostu się go bali.
Po chwili wróciło do niego wspomnienie ostatnich kilku godzin. Pamiętał, że elita upokorzyła go do granic możliwości. Musiał się zemścić...
Zazwyczaj nie pamiętał snów, ale tym razem przypomniał sobie, że śnił o obsikaniu ( jezu, do jakiego poziomu my się zniżamy? ) Malfoya. Uśmiechnął się na to wspomnienie, jednak mina mu zrzedła. Robiąc coś takiego, zasłużyłby sobie na niewiarygodną zemstę. Oj, musi przestać mieć takie sny. KONIECZNIE!!
Wstał z łóżka i z zamiarem poszukania kogoś do rozmowy wyszedł z dormitorium w Pokoju Wspólnym natknął się na elitę, Lucy, Arnolda i Javiera. Wyglądali, jakby się szykowali na nocną wycieczkę po zamku.
- Mogę się dołączyć? - zapytał
Wszystkie głowy zwróciły się ku niemu. Na twarzy wielu dziewczyn malowała się wyraźna niechęć, natomiast facjaty chłopaków, wykrzywiła nienawiść.
- Nie! - odezwało się na raz tuzin różnych głosów.
- Oczywiście.
Tym razem oczy wszystkich gapiły się na Christinę, która wypowiedziała owo słowo.
- Spokojnie, mam plan - szepnęła do nich, a oni z ulgą stwierdzili, że pannie Johnson nie do końca pomieszało się w mózgu.
Nowy podszedł do nich i głośno zapytał dokąd się wybierają. Pięści Malfoya zacisnęły się gwałtownie, ale zdołał odpowiedzieć spokojnym głosem.
- Dowiesz się w swoim czasie.
- A i zamknij się - mruknęła jadowicie Ginny.
Nowy zastosował się do zaleceń i zamknął jadaczkę.
Wyszli z lochów. Christina pomyślała, że nie potrafi uczyć się na własnych błędach. Przecież była już dzisiejszej nocy w lochach i wiedziała jak jest zimno. Jednak nie wzięła ze sobą żadnej bluzy. Jej drżenie dostrzegł Javier. Wyciągnął różdżkę gotowy wyczarować niebieskie płonienie, który trochę ogrzałby powietrze. Jednak dziewczyna zauważyła to. Obdarzyła go przychylnym uśmiechem, ale złapała jego różdżkę (^^) i skierowała ją w dół.
- Nie możemy zostać wykryci. - szepnęła.
Wyszli do Sali Wejściowej i stanęli po środku.
- Dobra, to co teraz? - zapytał rzeczowo Zabini ściskając dłoń Angeliny.
- Och, dawno nie byłam w bibliotece - zajęczała cicho Christina.
Byli przygotowani, że to ona wie gdzie mają pójść. No ale biblioteka? Wszystkiego by się spodziewali, ale nie pomieszczenia zastawionego milionami magicznych książek i pergaminów...
Wspięli się po schodach i ruszyli na czwarte piętro. Doszli w końcu na korytarz prowadzący do biblioteki. Marcelina, Sara i Kaajn, pod wodzą Christiny od jakiegoś czasu wyczarowywały żółte, puchate ptaszki. Tłumaczyły się zadaniem domowym. W pewnej chwili jednak usłyszeli głośny szept dziewczyn:
- Oppugno!
Żółte pociski skierowały swój tor lotu na biednego Bastiana. Siła uderzenia rzuciła go do tyłu, tak bardzo, że wpadł do jakiegoś pomieszczenia. Javier i Malfoy zareagowali błyskawicznie, zamykając drzwiczki.
- No i po problemie - oznajmiła Christina
- Znikająca komórka na miotły - wytłumaczyła Angelina zaskoczonej Lucy i zdziwionemu Arnoldowi. Cała reszta cieszyła się bezgłośnie z pozbycia się denerwującego 'kolegi'.
- Chyba nie mamy w takim razie zamiaru iść do biblioteki, prawda? - zapytał z nadzieją w głosie Flint.
- Oczywiście, że nie - odparła Sara.
- W takim razie, idziemy się kąpać! - zawołała zadowolona Kaajn, nieco za głośno. Zaraz została uciszona przez resztę, ale w ich oczach zapaliły się iskierki akceptacji. Pędem ruszyli do właściwego obrazu, przedstawiającego misę z owocami. Stająca najbliżej Ginny połaskotała gruszkę, która zaśmiała się cicho i odsłoniła przejście.
Znaleźli się w wyłożonej białym marmurem łazience prefektów. Angelina, Davis i Zabini rzucili się do kurków, aby wlać swoje ulubione płyny. Reszta tymczasem powoli ściągała ubrania. Chłopacy zachłannie patrzeli na półnagie ciała dziewczyn, one tymczasem dyskretnie oceniały ich umięśnione brzuchy.
- No to co, skaczemy?
Plan Malfoya przypodobał się wszystkim. Rzucili się do basenu, ale tylko Mim zdążyła wskoczyć, nim otwarły się drzwi. Stał w nich Filch, ze swoją nieodłączną kotką.
- To był dobry pomysł, żeby zaprzyjaźnić się z pewną syrenką - zaśmiał się skrzecząco i skłonił blondwłosej syrenie z obrazu. Młodzi obrzucili ją nienawistnym spojrzeniem.
- A teraz, zebrać swoje ubrania i idziemy do profesora Snape'a. Mam nadzieję, że dostaniecie okrutny szlaban. Natychmiast za mną.
Chcąc nie chcąc ruszyli za nim, chociaż przez głowy kilku przeleciał pomysł ogłuszenia woźnego. Angelina zarzuciła na ramiona dygoczącej siostry bluzę. Tylko ona i dwóch chłopaków byli ciągle ubrani. Reszta paradowała w bieliźnie. Najgorzej miała jednak Marcelina, która zostawiała za sobą mokry ślad, z kapiących włosów.
Drzwi gabinetu otworzyły się z głośnym trzaskiem. Za biurkiem, w szlafroku siedział Snape. Jego spojrzenie od razu powędrowało do zmoczonej Mimidki. Przez umysł mimowolnie przesunęły się obrazy pewnej zmysłowej nocy, spędzonej z ową ślizgonką. Potrząsnął głową, by rozwiać te wspomnienia.
- Dziękuje ci, Filch.
Woźny odszedł, kłaniając się nisko, a na jego twarzy gościł paskudny uśmiech.
- Co macie mi do powiedzenia?
Jakoś nikt nie kwapił się do wytłumaczenia ich nocnej wędrówki. Stali tam, drżąc z zimna.
- Och, ubierzcie się.
Spełnili rozkaz z największą ochotą. Czując na sobie coś ciepłego, wróciła im odwaga.
Jednak zanim Angelina otworzyła usta, otworzyły się drzwi.
- Przepraszam że znowu zakłócam pana spokój, ale pański uczeń siedzi zamknięty w jednej z damskich łazienek. ( No kurwa, tak szybko? - szept Christiny )
- No to go wypuść, Filch. Przecież masz klucze. - syknął profesor
- Obawiam się jednak, że to sprawka magicznej skrytki na miotły.
Tłuste włosy Severusa zafalowały, gdy odwrócił gwałtownie głowę w ich kierunku. Przybrali naprawdę niewinne miny, ale i tak doskonale wiedział, że to oni.
- Już idę. Macie na mnie czekać, zrozumiano?
Kiwnęli głowami. Profesor wyszedł, a elita od razu rzuciła się do szafek w poszukiwaniu czegoś ciekawego.
- Nie wiem czy to dobry pomysł - zapiszczała Lucy
Nikt nie zwracał na nią uwagi.
W pewnej chwili Sara zaklęła.
- Co jest? - zawołała reszta, a Angela upuściła na podłogę trzymany przez siebie słój, który roztrzaskał się w drobny maczek.
- No to mamy problem. - oznajmiła tajemniczo.
Reszta zbliżyła się do niej i słychać było kilka stłumionych okrzyków.
Mieli przed sobą dużą szafkę, a w niej ich akta. Krwistym atramentem wypisane były ich nazwiska. Kaylin Ross, Javier Deniver, Sara Clarissa Lorraine, Marcelina Abeley ...
- Wyjmij to. - zarządziła Angelina patrząc na Malfoya. Wyciągnął rękę, ale napotkał na niewidzialną barierę. Jego ręka odbiła się od niej, dymiąc się lekko.
- Accio akta. - zawołała Mimid, ale prócz cichego huku, nic się nie zdarzyło.
- No to mamy problem - powtórzyła Sara.
***
Mim, avek <3
Kaaj, chyba w końcu nie. Przyszłyście do nas w odwiedziny, ale jeśli chcecie, no to zaaaapraaaszamy
http://data.whicdn.com/images/111690...jpg?1308927909 - nasz PW
http://data.whicdn.com/images/917963...jpg?1303773914 ^^
Ostatnio edytowane przez Christina : 07-02-2011 o 19:25.
|
|
|
07-02-2011, 18:39
|
#907
|
|
Świr wymagający opieki
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 383
|
Ok, skończyłam. W końcu ; o
- No to mamy problem – powtórzyła Sara.
- Bez przesady, Snape nic nam nie zrobi, możemy zostawić tu akta w spokoju – Malfoy nonszalancko oparł się o biurko i zaczął obserwować dziwne substancje w słojach. Pozostała część elity uznała słowa platynowłosego za godne uwierzenia i rozsiadła się na wyczarowanych im krzesłach.
- Racja, nigdy nic nam nie robi – Marcelina ze spokojem zajęła się analizą skomplikowanych rzeźbień na poręczy jej krzesła. Było to niewątpliwie fascynujące zajęcie. Po chwili na korytarzu dało się słyszeć kroki, nie były to jednak kroki jednej osoby. Ach tak, rzeczywiście, Bastian. - O, idą. Ciekawe, co tym razem wymyśli, żeby nam em... ulżyć. - Opiekun wszedł do gabinetu prowadząc przed sobą podrapanego na twarzy Alevedera, który krzywo się do nich uśmiechnął i bynajmniej nie był to uśmiech uspokajający. Raczej... zwiastujący niebezpieczeństwo?
- Dobrze. Może mi ktoś wyjaśnić co wielce szanowna elita robi na korytarzach Hogwartu o tej porze? - Severus zmarszczył brwi i obdarowywał każdego z osobna przenikliwym i nieprzyjemnym spojrzeniem. Ślizgoni milczeli, spodziewali się gniewu, lecz nie tego, że będzie traktował ich tak, jak na ogół traktuje Pottera, czy ogólnie Gryfonów. - Widzę, moi mili, że nie jesteście świadomi tego, która jest godzina, oraz tego, że w waszym gronie nie ma prefektów. Zatem myślę, że mały szlabanik powinien pomóc wam w pilnowaniu zegarka, oraz trzymaniu się dozwolonych wam miejsc.
- Ale... - Kaajn była zaskoczona reakcją Snape'a, jednak usiłowała wytłumaczyć jakoś grupę - My przecież często...
- Otóż to, panno Ross, otóż to. Zbyt często. Powoli zaczyna wam się wydawać, że możecie w tym zamku więcej, niż przeciętny uczeń, a pragnę wam jeszcze przypomnieć, że nie tylko ja sprawuję tu władzę, bo nade mną jest jeszcze Dumbledore, który kontroluje mnie. Slytherin otrzymuje minusowe 5 punktów za każdego z was i jutro widzimy się tutaj o 17, każdy z was ma szlaban. I więcej ma się to nie powtórzyć! A przynajmniej macie bardziej uważać, bo nie mogę wiecznie darować wam takich wyskoków. A teraz natychmiast do łóżek. Abeley! Ty na moment zostaniesz! - Ślizgoni i Ślizgonki powoli zwlekli się z krzeseł, które niemal natychmiast znikały z cichym trzaskiem, natomiast Marcelina siedziała i czekała z niepewną miną. Wróć, aktualnie wszyscy mieli dosyć niepewne miny, po prostu Mimi miała bardziej niepewną. Kiedy wszyscy wyszli, Snape energicznie odwrócił się plecami do blondynki i podszedł do jednej z gablot, przecierając jej powierzchnie palcem, jakby w celu sprawdzenia, czy nie ma na niej kurzu, choć już na pierwszy rzut oka, było widać, że jest go mnóstwo. Skrzywił się lekko, gdy zobaczył na swym palcu szary osad i zdmuchnął go, po czym odwrócił się ponownie do Marceliny. Widać było, że ledwie powstrzymuje się od wybuchu.
- Dlaczego nie byłaś jeszcze u dyrektora? - wycedził przez zęby.
- Ale... ale ja miałam do niego iść? - Mimi zaskoczona zarówno wymogiem nauczyciela, jak i jego tonem głosu zaczęła lekko się jąkać - Ja... ja nie wiedziałam.
- To teraz już wiesz! Czy na prawdę jesteś tak głupia, by nie pomyśleć, że należy wytłumaczyć jakoś twoje przybycie długo po rozpoczęciu roku szkolnego? Czy to nie wydaje się logiczne? Doprawdy nie mam pojęcia co robisz w Slytherinie, nie mam pojęcia jak zakwalifikowałaś się do grona Śmierciożerców, skoro tak proste wnioski przychodzą do ciebie z takim trudem - Mimid wzdrygnęła się. Wolałaby, żeby Severus wywrzeszczał jej to do ucha, niż wysyczał tak jadowitym tonem.
- Dobra, to pójdę do niego zaraz.
- No to na co czekasz? Skończyłem z tobą.
* * *
- Co mu jest? - Malfoy z zaskoczeniem w oczach maszerował przez korytarz w kierunku pokoju wspólnego.
- To było dosyć dziwne. Nie mam pojęcia, dlaczego nasze wyskoki nagle stanowią problem - Angelina była zirytowana, tym bardziej, że w gruncie rzeczy czuła, że ich opiekun zdecydowanie ma racje karcąc ich za nocne wypady. Wkurzało ją tylko to, że wcześniej nie miał nic przeciwko ni w żaden sposób nie ich nie ograniczał. Nie mieli wytyczonej granicy, a okazało się, że przekroczyli ją w tak banalny sposób - No trudno. Następnym razem po prostu musimy uważać.
- Musimy być ciszej - Christina uniosła prawą brew i spojrzała na Ginny.
- Ojejku, jeden szlaban raz na jakiś czas nam nie zaszkodzi.
- Chodźmy szybciej, we Wspólnym jest o wiele cieplej, niż tu - Flint potarł ręką o ramię, zapewne w celu rozgrzania się, i przyspieszył kroku. Wkrótce znaleźli się w ich zaciszu i zaraz rozeszli się po dormitoriach. Było już późno. Bardzo późno. A jutrzejszy dzień wcale nie był dniem wolnym, wręcz przeciwnie, lekcje zaczynały się już od samego rana, a część z nich (klasa 7) miała na pierwszej godzinie eliksiry.
* * *
When the pimp's in the crib ma...
- ANGELINA! - głośny wrzask Mimi, a później trzask rozwalanego o podłogę budzika, postawił mieszkanki dormitorium numer 17 skuteczniej niż sam dźwięk budzika.
- Dobra, wstajemy. Co mamy pierwsze? - Christina, zwykle największy śpioch, dziś wyjątkowo przeciągnęła się i podniosła z łóżka pierwsza. - Zajmuję łazienkę! - wstała, szybko zebrała kilka rzeczy przygotowanych skrupulatnie w trybie 'biorę to, co leży najbliżej' i pobiegła do łazienki nie czekając na odpowiedź.
- Zaklęcia bodajże.
- Kuurwa - kilka głosów na raz wypowiedziało to jakże magiczne słowo. Nikomu o tej porze, po całkiem udanej imprezie, nie chciałoby się machać różdżkami i ćwiczyć kolejnego bzdurnego zaklęcia, mającego na celu na przykład zawijanie rogów tkaniny. Genialne.
- Musimy iść, narażać nie możemy teraz się, bo nam zrobi Snape coś - Kaajn ziewnęła głęboko, zarażając ziewaniem pozostałe dziewczyny w dormitorium, po czym opadła na poduszki, by rozbudzić się i uzyskać umiejętność poprawnego budowania zdań. Powinna udać się do dormitorium 23, tu nie miała żadnych ubrań, oprócz tych na sobie. Z tym że na sobie miała piżamy.
Powoli każda z dziewczyn rozbudzała się i wkrótce (taa) wszystkie były już gotowe, żeby wyjść na śniadanie.
- Chyba nie mam ochoty na nic do jedzenia - stwierdziła Angelina, kiedy były już w Wielkiej Sali i siadały przy długim stole Slytherinu. Męska część elity już prawie kończyła posiłek.
- Ja też nie.
- A ja owszem! - Ginny rzuciła się na tackę z kiełbaskami, niczym wygłodniała hiena na... w zasadzie co jedzą hieny? - Mmm, macie tam gdzieś jakiś sos? Albo keczup?
- Tu stoi - Sara wyciągnęła do Ginn rękę z dzbaneczkiem pełnym sosu i dotarł do niej zapach bekonu - W sumie to ja też jestem głodna.
- Emm, ja chyba też jednak jem - Kaajn zauważyła właśnie miskę z przysmażanym szpinakiem, grzanki i jajka gotowane z odrobiną octu - Mmm, czuję, że mam żarcia po uszy jeszcze z wczoraj, ale chyba nie mogę się powstrzymać - sięgnęła po półmisek z jajkami i wrzuciła dwa na swój talerz - Boże, spraw, żeby poszło w cycki...
* * * - O której mamy być u Snape'a?
- Hm, o 17? - Kaylin wyglądała przez okno w jednym z korytarzy na Błonia Hogwartu. Strugi deszczu łagodnie spływały po szybie. Chwyciła swoje ciemne, blond kosmyki włosów i zaczęła głaskać je różdżką, w celu uzyskania niezniszczonych końcówek. Dawno nie wykonywała żadnych zabiegów kosmetycznych, więc niektóre włosy zdążyły się już nieco rozdwoić.
- Kaajn! Jest 17, a my jesteśmy na 4 piętrze! Szybko! - w głosie Sary dało się słyszeć zdenerwowanie. Ross odrzuciła długie włosy na plecy, odepchnęła się od parapetu i pobiegła za przyjaciółką. Po 5 minutach zdyszane wpadły do gabinetu Snape'a.
- Spóźniłyście się. Nie dołączycie więc do reszty grupy, lecz... pójdziecie do Filcha, z pewnością znajdzie wam coś do roboty - Snape z drwiącym uśmieszkiem obrócił się na pięcie i podszedł do swojego biurka - No już, jazda! Szlaban sam się nie odrobi! - wyszły na korytarz niekoniecznie zadowolone i spojrzały na siebie ze zmartwieniem.
- Myślisz, że powiesi nas pod sufitem i wykręci ramiona ze stawów? - Sara uśmiechnęła się, żeby rozładować sytuacje przed spotkaniem z woźnym, który nie posiadał za dobrej opinii, jeśli chodzi o szlabany.
- Gorzej. Zgwałci nas, potnie, zwiąże i rzuci na pożarcie wielkim pająkom.
- Zgwałci...
- Fuu - to powiedziały już jednocześnie i wybuchnęły śmiechem. Kto jak kto, ale Filch nie był zbyt seksowny.
- Okej, szybko, musimy się uwinąć, bo później muszę spływać - Sara podniosła jedną brew, lecz nie zapytała gdzie też musi udać się Kaajn. Szczerze powiedziawszy było jej na rękę to, że przyjaciółki z nią nie będzie. Bardzo na rękę...
Przyspieszyły kroku i po niedługim czasie znajdowały się już przy drzwiach do pokoju woźnego. Ross zapukała delikatnie i uchyliła drzwi.
- D-dzień dobry. Myy w sprawie szlabanu.
- O, jak miło, bardzo miło, proszę za mną - Filch uśmiechnął się nieprzyjemnie pokazując swoje niekoniecznie zadbane zęby i wyszedł z pomieszczenia, wskazując Ślizgonkom, aby podążyły za nim. - Wstrętne gnojki. Już ja wam pokażę bieganie po nocach. Pożałujecie tego do końca życia - wymruczał pod nosem i dokuśtykał do drzwi, które otworzył i teoretycznie uprzejmym gestem pokazał Sarze i Kaylin, by weszły do środka. Pomieszczenie nie prezentowało się za ciekawie. Było tu mnóstwo pajęczyn, okna były koloru mlecznego, a podłogę, ławki, szafki i ustawione na nich dziwne przedmioty pokrywała gruba warstwa kurzu. - Musicie tu posprzątać. Mugolskimi sposobami. Tam są ścierki i różne takie - kiwnął głową w kierunku ciemnego kąta po prawej stronie sali. - Miłego wieczoru - wyszczerzył się i wycofał. Przez chwile było słychać jeszcze jego kroki, później zapanowała niemal idealna cisza.
- To co? Nie marnujmy czasu - Ross podeszła do sterty ścierek, wiader i różnych dziwnych płynów w różnych butelkach. - Ja zbieram pajęczyny i myję okna, ty zajmij się kurzem. Podłogą się podzielimy.
__________________
Wolałabym nie...
Ostatnio edytowane przez Kyinra : 07-02-2011 o 19:01.
|
|
|
07-02-2011, 18:40
|
#908
|
|
Świr wymagający opieki
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 383
|
* * *
- Która godzina?
- Dziewiętnasta czterdzieści siedem.
- Dobra, to ja spadam jeszcze się ogarnąć, do zobaczenia później - Kaylin rzuciła ścierkę tam, gdzie wszystkie leżały, kiedy tu przyszły i wyszła z sali. Chwilę później Sara prawdopodobnie zrobiła to samo. Kaajn nie maiła jednak czasu, żeby się obejrzeć, musiała pobiec jeszcze uczesać się i umyć, w końcu po ponad 2 godzinach harówy mugolskimi sposobami nie była w najlepszym stanie. Miała więc około 40 minut, żeby doprowadzić się to przyzwoitego stanu i dotrzeć do jednej z nieużywanych sali lekcyjnych na trzecie piętro. Dziś rano dostała bowiem list z propozycją, której w sumie nie miała ochoty odrzucać.
Witaj Kaylin!
Jak zapewne się domyślasz, dotarły do mnie plotki o Twoim rozstaniu z Davisem. Jeżeli chcesz o tym porozmawiać, to pamiętaj, że wciąż uważam się za Twojego przyjaciela, mimo że nie rozmawiamy ostatnio za często. Jeśli Twoja odpowiedź na spotkanie jest twierdząca - po prostu przyjdź dziś o 20:30 do starej sali transmutacji na trzecim piętrze. Obiecuję, że będę czekał.
Cedric D.
Prawdą było, że dawno z nim nie rozmawiała. W zasadzie ich kontakt urwał się, kiedy Kaylin musiała wyjechać na misję, co wytłumaczyła mu oczywiście chorobą. Było jej trochę żal tej znajomości, był jednym z nielicznych osób spoza Slytherinu, które bez wątpliwości darzyła sympatią. Z Cedrikiem łączył ją nawet kiedyś krótki romans, to jednak uznawała za sprawę zamkniętą.
Wpadła do łazienki w dormitorium 23 i szybko zrzuciła z siebie szkolne szaty. W zasadzie nie musiała ich nosić już od momentu zakończenia zajęć, ale jakoś nie było czasu się przebrać. Wskoczyła pod prysznic i zasyczała cicho, kiedy na jej kark spadło kilka kropel lodowatej wody. Szybko wyregulowała temperaturę i wmasowała w swoje ciało trochę żelu pod prysznic o zapachu zielonej herbaty, na włosy nałożyła szampon o tym samym zapachu. Kiedy wyszła wysuszyła szybko włosy i ciało strumieniem gorącego powietrza z różdżki, włożyła dżinsy, t-shirt z kolorowym nadrukiem, ciepłą, granatową bluzę i klasyczne trampki, jej ulubione obuwie. Pociągnęła rzęsy tuszem i wybiegła z łazienki. Chwilę później jednak wróciła, przypominając sobie o niesprzątniętych ubraniach, wrzuciła je do kosza, psiknęła perfumą wystające obojczyki i pognała na trzecie piętro.
Wpadła do sali, w której była umówiona i ujrzała Cedrica jedzącego właśnie pasztecika z dyni. Odwrócił się w jej kierunku z szerokim uśmiechem, który był w zasadzie ledwie dostrzegalny w panującym w pomieszczeniu półmroku.
- Cześć. Pomyślałem, że może coś zjemy, nie widziałem cię na kolacji.
- Taa, miałam szlaban. Trochę tu ciemno...
- A, rzeczywiście, miałem zapalić lampę. Zaraz... Widziałem tu gdzieś jakąś.
- To tamta? - Kaylin wskazała na przedmiot stojący na parapecie, który kształtem przypominał trochę lampę, lecz nie dało się dokładnie zidentyfikować, co to było z takiej odległości.
- O, tak! Accio lampa - przedmiot z parapetu zgrabnie wylądował w jego dużej, kościstej dłoni. Machnął różdżką, a wewnątrz lampy pojawił się nieduży płomyk. Odstawił ją na biurko, na którym leżało już jedzenie. - Jak się czujesz?
- Dobrze. Wiesz, ja wcale jakoś tego nie przeżywam - Kaylin spuściła wzrok tak, żeby Diggory nie mógł zobaczyć, że kłamie. Mimo wszystko chłopak wyczuł to.
- Weź sobie czekoladową żabę. Są jakieś bardziej czekoladowe niż zwykle - sam sięgnął po jedną, rozpakował i odgryzł jej głowę - O, popakh, Dambłedoł na kałcie - podał jej kartę wyciągniętą z opakowania, a Ross wzięła ją ze śmiechem, nawet na nią nie spoglądając. Wzięła kilka dyniowych pasztecików ze sterty i zaczęła je powoli zjadać. Faktycznie była głodna. Gdyby nie Cedrik, to miałaby szansę na stracenie kilku kalorii.
Kiedy byli już najedzeni, Diggory spojrzał na Kaajn w połowie zatroskanym, w połowie zaś pytającym wzrokiem. Ross skrzywiła się lekko pokazując tym samym, że wcale nie jest tak, jak mówiła na początku, wcale nie jest dobrze.
- Dlaczego? - Cedric zeskoczył z ciężkiego, mahoniowego biurka i usiadł na krześle przed Kaylin, by wygodnie było mu utrzymywać kontakt wzrokowy.
- Nie wiem. Tak po prostu. Nagle stał się taki... inny.
- Jeszcze wszystko się ułoży, zobaczysz. Faceci tak czasem mają - uśmiechnął się pokazując białe zęby - Tak się składa, że skądś to znam.
- Nie będzie dobrze - łza spłynęła po lewym policzku Kaajn - już nie będzie.
Cedrik zauważył łzę, wstał z krzesła i otarł ją kciukiem prawej ręki, chwytając tym samym twarz dziewczyny. Spojrzał jej w oczy, przygarnął do siebie i przytulił tak, by ta mogła schować twarz pomiędzy jego szyją a barkiem.
- Przestań, bo jeszcze się totalnie poryczę - Ross zaśmiała się sztucznie, usiłując rozładować atmosferę. Odsunął się lekko od niej ponownie spoglądając w jej duże, zielone oczy.
- Nie musisz płakać - zbliżył swoją twarz to jej twarzy i dotknął jej ust swoimi. Na początku całował powoli i delikatnie, później wetknął język w jej usta i popchnął ją tak, by położyła się na biurku. Naciskał jej wargi coraz mocniej, czasami lekko je przygryzając, w końcu zaczął schodzić niżej, całował już jej szyję.
- Ced... Ja... ja nie wiem, czy powinniśmy - wtedy jednak chłopak przejechał językiem po jej żuchwie, a ciało Kaylin przeszył dreszcz, nie miała siły już się opierać. Sama zaczęła zdejmować z niego koszulkę i teraz dopiero zauważyła, że nie miał żadnej bluzy, mimo tego jego ciało było gorące. On również zdejmował kolejne części jej garderoby. Dawno już odpadła ciepła bluza, czy t-shirt z krótkim rękawem. Teraz rozpinał rozporek jej dżinsów i wsunął rękę w jej bieliznę. Ross jęknęła cicho i znów zbliżyła swoją głowę do jego, by go pocałować, dotykając w tym czasie jego brzuch i schodząc niżej, żeby zdjąć też jego spodnie.
Po chwili Kaylin leżała już bez bielizny, a Diggory ssał lekko jej sutki. W końcu zdjął swoje bokserki ukazując swoją sprężystą męskość i wsunął ją w ciało Ślizgonki. Ta wydała z siebie przeciągły jęk i zarzuciła mu ręce na szyję poddając się jego rytmowi.
* * *
Nie wiedziała jak to się stało. Nie mogła wprost uwierzyć, że poddała mu się tak łatwo. Fakt, że było przyjemnie, lecz już chwilę po odezwały się okropne wyrzuty sumienia. Dręczyło ją to, że ona, Kaylin Ross, słynąca z tego, że wyjątkowo trudno było ją zdobyć, tak po prostu dała się przelecieć facetowi. Pomińmy to, że już kiedyś z nim spała, teraz między nimi miały panować zupełnie inne stosunki. Miały. Wpadła do Pokoju Wspólnego kilka minut po północy. Poprawiła włosy, zupełnie zapomniała o włosach, kiedy ubierała się w chłodnej, opuszczonej klasie. Pewnie wyglądały teraz strasznie. Na kanapie przy kominku siedziała Sara z Davisem, wydawali się nie zauważyć tego, że do Pokoju ktoś wszedł. Kaajn była wciąż na tyle wzburzona, by nie zauważyć, że ręka Traceya spoczywa na udzie panny Lorrain, bardzo blisko intymnego miejsca. Pognała do dormitorium nr 23. Teraz potrzebowała tylko snu. A przed snem musiała to wszystko przemyśleć.
__________________
Wolałabym nie...
Ostatnio edytowane przez Kyinra : 07-02-2011 o 21:14.
|
|
|
07-02-2011, 20:48
|
#909
|
|
Super Moderator
Zarejestrowany: Apr 2009
Lokalizacja: bunnyland
Posty: 1,964
|
Właściwie nie wiedziała, co ma czuć. Wyrzuty sumienia były nie na miejscu. Przecież gdy coś się kończy, to logiczne i całkiem naturalne, że coś innego się zaczyna. Jednak tam, gdzie rządzą emocje, kończy się logika. Odgarnął kosmyk z jej policzka by lepiej przyjrzeć się dużym oczom dziewczyny, w których odbijały się tańczące dziko płomienie z kominka. Tworzyło to dość niepokojący i dziwny efekt. I taki pociągający…
***
Wcześniej…
Sara stała na korytarzu oparta o zimną ścianę i zaciekle studiowała plan lekcji, który wciąż był dla niej czarną magią. Nie, zaraz, wróć. Czarna magia była łatwiejsza. Ciężka torba wrzynała się w jej przedramię pozostawiając czerwoną pręgę. Zarzuciła ją na ramię i zrezygnowana zapakowała pergamin z rozkładem zajęć. Postanowiła pobłąkać się trochę po szkole, istniała możliwość, że spotka kogoś z grupy. Zrobiła krok i poczuła czyjąś rękę na ramieniu. Odwróciła się gwałtownie by zobaczyć ciemne oczy Davisa.
- Davis, przestraszyłeś mnie… - odparła zaskoczona, a gdy chciała się trochę odsunąć, Tracey położył rękę na jej talii i delikatnie popchnął ją w sporą wnękę w ścianie. Sara ciekawa dalszego przebiegu wydarzeń z łatwością się temu poddała.
- Moglibyśmy porozmawiać? – zapytał wpatrując się w nią przenikliwym wzrokiem.
- Ee, może później, teraz mam lekcje - odpowiedziała Sara trochę zmieszana zaistniałą sytuacją. Davis stał tak blisko, że czuła ciepło jego oddechu. Z drugiej strony była ściana. Czyli żadnej drogi ucieczki. Jakież to podniecające.
- Jaką?
- Zdaje się, że zielarstwo, ale nie jestem pewna…
- No więc spóźnisz się – odrzekł głosem nieznoszącym sprzeciwu.
- Skoro tak twierdzisz – odpowiedziała Sara, siląc się na zrezygnowany ton.
- Tak twierdzę – powiedział Davis z uśmiechem. – Może się przejdziemy?
- Jasne. O czym chciałeś porozmawiać? – dziewczyna spojrzała na niego z ukosa, natomiast Tracey wpatrywał się przed siebie.
- Zapewne wiesz, że nie jestem już z Kaylin. Wszyscy wiedzą…
- Wszyscy także wiedzą, że było wam razem cholernie dobrze.
- Było – podkreślił. - Ludzie się zmieniają.
- Jak uważasz, to wasza sprawa… Może przejdziemy do meritum?
Lekko kiwnął głową.
- Widzisz, ten etap już zakończyłem. Przydałoby się zacząć następny. – Przystanął na chwilę. – Może byś mi w tym pomogła?
- Co masz na myśli…? – zapytała Sara zdumiona jego słowami. Miała już pewne teorię co do odpowiedzi. A nawet nie jedną.
- Spotkajmy się dzisiaj w nocy na fotelach przy kominku w Pokoju Wspólnym –odparł. – Raczej będzie pusty.
- Chyba nie powinniśmy… - zaczęła Lorraine jednak Davis natychmiast jej przerwał.
- Przyjdziesz?
Dziewczyna zawahała się chwilę. Przygryzła wargę.
- Tak.
***
Gdy pożegnała się z Traceyem, zdała sobie sprawę, że do lunchu zostało jeszcze trochę czasu. Pełna targających nią sprzecznych uczuć postanowiła zmarnować wolne minuty w bibliotece. Liczyła na to, że doszlifowując esej z transmutacji choć na chwile zajmie umysł.
36 minut…
27 minut….
22 minut…
15, 13, 9, 5, 1…
Pora lunchu. Pobiegła do Wielkiej Sali i przy już samych drzwiach zauważyła członkinie elity. Kaajn uśmiechnęła się do niej wesoło, a Sara na moment, dosłownie na sekundę, odruchowo spuściła wzrok. Kurwa. Nie uszło to czujnemu spojrzeniu dużych zielonych oczu przyjaciółki.
- Coś się stało…? - zapytała.
- I gdzie cie tak wywiało? – wtrąciła Mimid. – Wiedziałam, no po prostu wiedziałam, że jak ją się na chwile zostawi samą, to się zaraz zgubi.
- Oj tam, zaraz zgubi – odrzekła Sara przywołując najbardziej naturalny uśmiech na jaki było ją stać w tym momencie. – Musiałam dokończyć esej z transmutacji, to ważniejszy przedmiot niż jakieś zielarstwo.
- Tyle że przed chwilą mieliśmy historię magii… – odparła Angelina.
- Tak..? No to jeszcze lepiej, stary skretyniały duch zapewne nawet nie zauważył mojej nieobecności.
***
W tym świetle był taki pociągający. Na tyle, by nie opierać się jego coraz to śmielszym działaniom. Przesunął rękę wzdłuż jej uda. Sara odruchowo przygryzła wargę, która momentalnie nabrała krwistoczerwonego koloru. Poruszył drugą ręką w kierunku jej bluzki i w tym momencie przejście otworzyło się i pojawiła się w nim osobą najbardziej w tej sytuacji niepożądana.
- O cholera, Kaajn... – Sara syknęła cicho.
- Cii… - Davis uciszył ją dyskretnym ruchem dłoni. Znał swoją byłą dziewczynę na tyle, by wiedzieć, że gdy jest wzburzona, a na taką właśnie wyglądała, nie zwraca uwagi na otaczający ją świat. Tak było i tym razem. Nie zaszczyciwszy ich nawet spojrzeniem, przeleciała szybko przez pokój w stronę schodów i zniknęła z pola widzenia. Usłyszeli jeszcze trzaśnięcie drzwiami, na które Tracey uśmiechnął się jakby usatysfakcjonowany.
- To na czym skończyliśmy? – zapytał, choć doskonale znał odpowiedź. Sara zawahała się, kolejny raz tego dnia i odpowiedziała zdecydowanie:
- Skończymy kiedy indziej.
Odrzuciła jego rękę i obeszła fotel kierując się w stronę schodów, jednak Davis, która miał doskonały refleks, złapał ją za nadgarstek, odwrócił i mocno wpił się w jej usta swoimi. Sara próbowała go odepchnąć, lecz zdając sobie sprawę, że siłą fizyczną niewyobrażalnie ją przerasta, zrezygnowała z opierania się przyjemności i położyła ma rękę na karku, a następnie włożyła ją w jego gęste włosy. Przestań. Pozwolił jej się odsunąć. Oboje oddychali ciążko.
- Pamiętaj, Lorrain, skończymy kiedy indziej – odparł brunet i puścił jej rękę. – Ja na pewno będę pamiętał.
- Ja też się postaram – odparła na odchodnym, zarzuciła długimi włosami i wspięła się szybko po schodach do dormitorium.
__________________
♠
"Mój związek się zakończył. A dokładniej, zniknęły moje koty, które były dla mnie jak dzieci, co nie każdy będzie w stanie zrozumieć. Nie jestem osobą, która jest w stanie odnosić się emocjonalnie do żywych istot, ale byłem bardzo przywiązany do swoich kotów, być może dlatego, że były jedynymi ludźmi, którzy nie mogli mnie osądzić, bo nie potrafią mówić."
Ostatnio edytowane przez Sarahis : 07-02-2011 o 20:52.
|
|
|
07-03-2011, 00:42
|
#910
|
|
Praktykant Voodoo
Zarejestrowany: Mar 2008
Posty: 749
|
Szlaban był wyraźnie zasłużony. Elita Ślizgońska przegięła. Najpierw uwiodła nowego ucznia, Bastiana Alvedera, by go upić przeróżnymi trunkami, podać do wypicia ludzki moczy, perwersyjnie rozebrać, porozwieszać jego nagie fotki po całym zamku i powiesić gołego chłopaka w głownym holu Hogwatu. Następnie jakby nic sobie nie robiąc z tych jakże haniebnych wyczynów, urządzili ostrą impreze zakarapianą alkoholem i jakimś świństwem, które było od nich czuć z daleka. A i tak kara była wyjątkowo lekka.
Jednak elita była wyraźnie dotknięta. Nigdy Snape osobiście ich nie karał, przeważnie nawet bronił przed surowym obliczem McGonagall oraz przygnębiająco spokojnym Dumbledora. Gdy sam przyłapywał ich na łamaniu zasad, kazał w tej chwili udać się do dormitoriów i następnego dnia jakby zapominał o minionych wydarzeniach. Przecież obecne wystąpienie nie było gorsze od setek innych jakie wytrzymała już tak szkoła. Więc o co do cholery mu chodzi?
Angelina wlokła się opustoszałymi już korytarzami siódmego piętra. Miała potwornego kaca, a wspaniały specyfik Hektora uleciał w zaskakującym tempie. Tak to już jest, jak zamiast sprzedawać daje się go przyjaciółkom. Ładne przyjaciółki. Teraz każda z nich cierpi w samotności. Kto wpadł na ten głupi pomysł wyjścia z Pokoju Wspólnego minionej nocy?
- Blaise, czeeekaj!
Chłopak, będacy z nią w parze nieco zwolnił, krzywiąc się mimowolnie. Też miał kaca, ale uważał, że im szybciej wywiążą się z warunków szlabanu, tym szybciej będzie mógł iść spać. Dlatego śpieszyło mu się niesamowicie.
- Daj mi to - rzekł, biorąc od swojej dziewczyny dwie zmiotki i przyśpieszając ponownie kroku. W końcu Angelina widziała już tylko znikające co rusz za zakrętem plecy Zabiniego. No cóż, taka jest cena bycia z czarnoskórym synem uwodzącej bogatych mężczyzn wdowy. Elita była egocentryczna. Może to właśnie tę cechę wypominał im wszystkim Javier? Panna Johnson zacisnęła mocno powieki i szybko otworzyła oczy. Jęknęła. Za dużo myśli jak na swój obecny stan.
- To tutaj... - szepnął Blaise, znikając za zakrętem. Oczom Angeliny ukazała się ogromna sala wykładowa, większa od wszystkich w jakich dotąd się uczyła. Ściany pomieszczenia obryzgane były jakimś brązowym płynem, który swego czasu musiał w wielkiej ilości ściekać poziomo na zakurzoną obecnie posadzkę. Ławki ułożone w szeregach były powyginane i poprzewracane, a tablica wisiała smętnie na jednym gwoździu, bokiem opierając się o podłogę. Cała sala wyglądała jakby przeleciał po niej tajfun.
- I my to mamy sprzątać?! - jęknęła żałośnie zielonooka, patrząc wyłupiastym wzrokiem na ten obraz nędzy i rozpaczy. Miała wrażenie, że dostała najgorszy z możliwych szlabanów.
- Myślisz, że Snape zauważy, że użyliśmy tu zaklęć? - spytał Blaise, spluwając ze wstrętem na posadzkę. Angelina spojrzała na niego wilkiem. Nie dość, że jest tu taki bałagan, to on jeszcze brudzi.
- Tak? - zauważyła ironicznie, chwytając leżącą pod ścianą miotełkę. - Weźmy się lepiej do roboty.
Po godzinie obydwoje byli niebywale zmachani. Firmowy podkoszulek Os z Wimbourne Zabiniego cały przemókł od potu. Włosy Angeliny zamieniły się w wilgotne strączki. Byli umorusani i zmęczeni. A skończyli dopiero pierwszy kąt sali.
Była dwudziesta czterdzieści dwa. Ślizgonka usiała obok Blaise i położyła mu dłoń na karku. Uśmiech zagościł na jej twarzy, będącej w smugach brudu. Zabini uśmiechnął się do niej sennie. Najchętniej zasnąłby tak, w tym ohydnym, śmierdzącym szczochami kotów pomieszczeniu, przy swojej brudnej dziewczynie. I byłoby mu wszystko jedno. Westchnął głośno. Niestety jego marzenia były obecnie niemożliwe.
- Zjadłabym coś - poskarżyła się Angelina, łapiąc swój burączący brzuszek. Spojrzała tęsknie w kierunku zamkniętych drzwi. Najlepiej by było, gdyby mogła to wszystko rzucić i jakby nigdy nic zejść do Wielkiej Sali, nałożyć sobie cały talerz jajecznicy i jeść tak w spokoju przez godzinę. Jednak najpierw musiałaby się umyć.
Bez sensu.
- Ja mógłbym zjeść Ciebie.
Blaise oblizał się, chwytając w palce kosmyk włosów Angeliny. Spojrzał na nią śpiąco i pocałował w czoło. Poczuł, że zaraz zemdleje jak nie otworzy okna. Jednak w pomieszczeniu nie było żadnych okien. A smród był nie do wytrzymania.
- Zaraz się usmażę...
Panna Johnson spojrzała z rozmysłem na swojego chłopca i szybko podjęła właściwą decyzję. Szybkim krokiem doszła do drzwi i zamknęła je na zasuwkę. Puściła energiczną muzykę ze stojącego tu od samego początku starego odtwarzacza. Patrząc prosto w skośnookie oczy Blaisa, powoli ściągnęła z siebie szkolną kamizelkę, opatrzoną tarczą Slyhterinu. Nim Ślizgon zdążył przetworzyć w myślach plan dziewczyny, Angelina już nie miała na sobie koszuli. Przygotowywała się do ściągnięcia plisowanej spódniczki w szkolą kratę.
- Na co czekasz? - zapytała, unosząc brwi. Zabini uśmiechnął się wrednie i zaczął się rozbierać. Po chwili obydwoje stali w samej bieliźnie.
- Stanik też możesz ściągnąć. Jest w końcu równouprawnienie...
Chłopak aż oblizał się na samą myśl tego widoku. Angelina zgromiła go wzrokiem.
- I pewnie z chęcią byś mi w tym pomógł? - a widząc świecące się oczy chłopaka, szybko dodała - Bierz się do roboty.
Tak upłynęły im następne dwie godziny, podczas których z sześć razy kończyli na brudnych kafelkach, całując się zapamiętale i zlizując z siebie brudne smugi kurzu. W końcu sali się bardziej umorusani od posprzątanej do połowy sali. Dochodziła północ.
- Czas się już zbierać - odezwał się po długim czasie Blaise, dumny z wyczyszczynia dwóch ścian. - Chyba, że wolisz nocować tutaj...
Angelina uderzyła go lekko w ramię i strzepnęła drobinki tkanin z włosów. Skończyła właśnie czyścić długie, ciężkie zasłony, przykrywające schowek. Zamknięty niestety. I uodporniony na wszystkie znane dziewczynie zaklęcia.
- Chciałabym zobaczyć co w nim jest.
- Nie dzisiaj, chodź już.
Blaise, zgarnął szybko dziewczynę, pomagając się jej ubrać i obejmując ją wyszedł na korytarz. Zamknął za sobą niepozorne drzwi.
Wracając do Pokoju Wspólnego, Ślizgonka jeszcze marudziła. Przecież drzwi zamknięte oznaczały sekret. Sekret sumiennie ukrywany przez osoby, posiadające klucz. Angelina chciała mieć ten klucz.
- Starczy już, jestem zmęczony! - udniósł się ciemnoskóry Ślizgon, łapiąc dziewczynę mocno za nadgrastek. Aż ta syknęła z bólu. Chłopak znany był z tego, że nie znał własnej siły. Nigdy nie uderzył kobiety, ale czasem podczas negatywnych emocji bywał zbyt... silny.
Albo podczas seksu.
Choć to akurat Angelinie zupełnie nie przeszkadzało.
- Puszczaj!
Krzyk dziewczyny rozniósł się głuchym echem po lochu, w którym właśnie wywiązała się owa kłótnia. Panna Johnson spojrzała karcącym wzrokiem na Blaisa i wyrwawszy się mu, poleciała szybko przed siebie. Zabini wściekły całą tą głupią sytuacją wzruszył ramionami. Nie miał ochoty ją gonić. Znając Angelinę, będzie biegła tak długo aż przemyśli sobie wszystko albo napotka przeszkodę. Nikt nie chciałby być jej przeszkodą. Zatem chłopak udał się spokojnie do Pokoju Wspólnego. Rano każde z nich zapomni o tej przykrej części ich szlabanu. Przypomniał sobie nagle skaczące w staniku piersi Ślizgonki. Dzisiaj chyba na dłużej zajmie łazienkę.
***
Angelina biegła ile sił w nogach. Obcasy założone byle jak na jej poobdzierane od butów stopy stukały cichutko o posadzkę. Trzymała się za piekący już bardziej psychicznie niż fizycznie nadgarstek. Co rusz trafiała na ślepe korytarze i odbijała się boleśnie od kamiennych, wilgotnych ścian. Biegnąc, nie była w stanie logicznie myśleć.
Po drodze natrafiła na Krwawego Barona, lecącego prawdopodobnie zrugać Irytka, ponieważ nawet nie zaszczyścił swym martwym spojrzeniem pannę Johnson. No tak. Nawet duch miał ją gdzieś. Zastanowiło ją przez chwilę, czy jej przyjaciółki skończyły już swoje szlabany. Miała ochotę rzucić się na jakąś i opowiedzieć jej, jak złamała sobie paznokieć palca serdecznego lewej ręki, czyszcząc biurko profesorskie i jakie pręgi zostawia na łydkach puszczony nieumyślnie pasek jakiejś gumy, wiszącej uprzednio na suficie. I jak seksowne pośladki ma Blaise Zabini.
Nim się spostrzegła, już stała zmachana i zimna od przeciągów przed salą profesora Snape. Jego gabinet znajdował o krok dalej. Dziewczyna spojrzała zdezorientowana na boki. Stała pośrodku, między dwoma drzwiami. Doprowadziła ją tu intuicja. Gdzie powinna się udać? Który sekret zdradzić?
Z lekkim ociąganiem wybrała drzwi będące po jej lewej ręce. W końcu była mańkutem. Cichutko pociągnęła za mosiężną klamkę i otworzyła pokój. Tak, dobrze pamiętała. Była tutaj minionej nocy, cała pijana i zaćpana. Może dlatego nie dostrzegła wtedy maleńkich półeczek, na których mieściły się mikroskopijnych wielkości książki i och, pięknego obrazu Elizabeth Popsenberg, wynalazcy eliksiru wielosokowego, rok 1856. Jak mogła tego nie zauważyć?
Naraz usłyszała zduszony szept. Rozejrzała się czujnie, wyciągając różdżkę. Klitka była mała, może nieco większa od schowka na miotły. To było prawie niemożliwe, aby ktoś tu był.
- HIK!
A jednak ewidentnie udało się komuś tu schować. Nim Angelina zdążyła się zastanowić co się dzieje, dwie postacie przedarły zasłonę ( bardzo przypominającą pobielaną ścianę ) i potoczyły się pod nogi dziewczyny. Ślizgonka uśmiechnęła się wrednie. W tumanach paproszków, materiału i pustych butelek taniego wina leżała Ginny z Angelą.
- Co wy tu robicie? - udała brak zainteresowania Angelina, przechodząc nad śmiejącymi się przyjaciółkami. W jednej chwili dotarło do niej, po co tu przyszła. Przypomniała sobie najważniejsze zdarzenie poprzedniej nocy.
- Nie chciaaaało nam się... HIK! Sprząątasz...
- Więcz.. o mój Boosze... Schowaali.. Szkowal... Szokiwali...
- Już wiem wszystko - zakończyła tą denną rozmowę Ślizgonka, zaciskając mocno usta. Powinna być milsza, przecież sama marzyła o ucieczce ze szlabanu i zaszyciu się gdzieś z Blaisem. Tylko, że ona wybrałaby dla odmiany tequilę.
I oczywiście nieodważyła się na ten krok. Niestety.
__________________
"Może ten baron dusz, anioł stróż przegrał w karty z diabłem. A rano już ludzie wzięli szable i bagnet"
***
Skoro nie mam nadziei, abym jeszcze zaznał,
Niepewnej chwały określonej chwili.
Skoro nie sądzę.
Skoro wiem, że nie zaznam,
Prawdziwej mocy, która przemija.
Skoro nie mogę pić,
Skąd piją kwiaty drzew i źródła rzek,
***
bo nic tam już nie ma.
Ostatnio edytowane przez Mistrzyni_Afrytow : 07-03-2011 o 00:56.
|
|
|
Zasady postowania
|
You may not post new threads
You may not post replies
You may not post attachments
You may not edit your posts
kod HTML jest Wył.
|
|
|
Podobne wątki
|
| Wątek |
Autor wątku |
Forum |
Odpowiedzi |
Ostatni post / autor |
|
SLYTHERIN
|
Angela Johnson |
Kosz |
400 |
10-08-2008 17:46 |
|
SLYTHERIN
|
Angela Johnson |
Kosz |
2304 |
07-08-2008 16:37 |
|
SLYTHERIN
|
Angela Johnson |
Kosz |
2000 |
11-25-2007 11:03 |
|
SLYTHERIN
|
Angela Johnson |
Kosz |
1996 |
06-14-2007 12:58 |
|
SLYTHERIN
|
Limonka |
Kosz |
3490 |
05-05-2007 20:18 |
Czasy w strefie GMT +2. Teraz jest 18:06.
|
|