|
Mięso armatnie
Zarejestrowany: Feb 2010
Posty: 4
|
Czarodzieje, Wampiry, a teraz....Wikołaki...
Rozdział pierwszy.
Spacer z psem.
W pokoju było ciemno i chłodno. Po lewej stronie stało drewniane biurko z komputerem, a naprzeciwko stały regały z książkami. Pod oknem stało stare łóżko, na którym ktoś spał. Na podłodze były wyłożone jasne panele. Koło szafy na ubrania w kłębku chrapał mały, szarawy pies.
Aaron właśnie spał. Był to wysoki, chudy blondyn o brązowych oczach. Mieszkał w brytyjskim miasteczku Cardiff. Miał siedemnaście lat i młodszą siostrę, Alice. Była od niego o rok młodsza. Byłą szczupłą, (w przeciwieństwie do barta) brunetką o niebieskich oczach. Aaron i jego siostra byli adoptowani przez państwo McDawer. Byli to bardzo mili państwo. Pan McDower był nauczycielem historii w jednej ze szkół, a jego żona pielęgniarką w szpitalu. Byli bardzo mili ale i bardzo wymagający. Rodzeństwo musiało mieć dobre oceny z historii i musieli uważać na biologii, ponieważ pani McDawer tego oczekiwała. Nie chcieli ich zawieść, więc starali się jak mogli. Aaron jednak czuł, że to nie jest jego rodzina. Bardzo to odczuwał, ponieważ sam jeszcze pamiętał swoich rodziców, a Alice trafiła do domu dziecka, gdy miła rok. Był piątek. Przed snem Aaron zapomniał zasunąć żaluzji, więc blady blask księżyca padał przez jego okno. Jemu to nie przeszkadzało, ale jego pies nie mógł spać. Chłopiec nazwał go Baster. Pies wskoczył na łóżko i jęczeniem obudził swojego pana.
- Eh, Baster nie teraz.- ale pies nie dał za wygraną i szczekaniem dążył do celu- no dobra, no dobra już idę. Ale się zamknij bo obudzisz innych i będziesz spał na dworze w budzie.
Ziewną szeroko i ubrał się bo wiedział, że pies chce na spacer. Zaspany jeszcze Aaron przypiął psa do smyczy i po cichu, żeby nie obudzić jeszcze śpiącej rodziny wyszedł z domu. Było koło godziny jedenastej w nocy. Był chłodny, majowy wieczór. Na dworze było jasno od blasku księżyca, natomiast nie było widać ani jednej gwiazdy. Baster najwyraźniej zachwycony spacerem rwał się do lasu. Aaron na początku nie zwracał uwagi na to gdzie prowadzi go sznaucer miniaturka. Dopiero przed skrajem lasu chłopiec zatrzymał się. Baster nadal się wyrywał do ciemnego, mrocznego miejsca. Zawahał się przez chwilę, ale drobnymi krokami ruszył za psem. Las był gęsty i co powiew wiatru Aaronowi wydawało się, że kogoś lub coś słyszy. Nawet pies zachowywał się dość niespokojnie. Szli jeszcze dalej w głąb drzew i chłopiec zaczął się bać chociaż nigdy by się do tego nie przyznał. Mięli zawracać, gdy usłyszeli głośnie wycie jak do księżyca. Aaronowi zdawało się, że odgłos ten dochodzi gdzieś blisko niego. Był to odgłos tak jakby wilka, tylko Aaronowi przez krótką chwilę wydawało się to wycie tak podobne do wrzasków, jakby kogoś torturowano. Poczuł panikę i szybko zaczął uciekać nie zważając na to, że pies nie nadąża. Wybiegł prędko z lasu wcale się nie oglądając za siebie. Szybko biegł do domu. Wpadł do pokoju oddychając ciężko i szybko. Pies wskoczył na łóżko i skulił się. Aaron pośpiesznie zasunął żaluzję i położył się do łóżka nie zdejmując ciuchów na wypadek gdyby jeszcze raz coś takiego usłyszał. Nie dochodziło do niego, że już jest w swoim własnym domu. Teraz starał przypomnieć sobie, co dokładnie się stało. Właśnie teraz zrozumiał coś ważnego. Był pewny, że to wycie przypominało krzyk człowieka. Nie wiedząc co o tym myśleć położył się spać, rozmyślając o tym co wydarzyło się w lesie i dlaczego Baster tak ciągnął go właśnie dziś do lasu. Gdy rano wstał była godzina dziesiąta. Poszedł zaspany do kuchni gdzie niezbyt uprzejmie powitała go Alice.
-Dlaczego spałeś w ubraniach? I uh, śmierdzisz potem.
-Ha, ha. Podaj mi masło- odpowiedział chłodno Aaron
Do kuchni weszła ich mama i także tak jak jego siostra spytała się go o ubrania. Była to drobna, chuda kobieta o kasztanowych włosach, i piwnych oczach. Pomimo swojego dobrodusznego wyglądu była surową matką. Nie katowała ich, a wręcz przeciwnie dbała o nich, troszczyła się, dawała im wszystko co było im potrzebne, ale w codziennych obowiązkach trzymała ich na krótkiej smyczy.
-Aaron moje, drogie dziecko, powiedz mi dlaczego spałeś w brudnych ubraniach?- zapytała tonem, jakby przyłapała go na jakiejś psocie.- Pójdziesz pod prysznic i przebierzesz się w czyste ciuchy. Jakby w tej chwili nie docierało do niej, że rozmawia z siedemnastolatkiem.
Chcąc, nie chcąc ruszył pod prysznic. W środku drogi do łazienki usłyszał głos pani McDower ,,A potem zmienisz pościel w swoim łóżku”. Spojrzał wyzywająco na dół i ruszył dalej. Gdy w końcu się umył nie poszedł na śniadanie, a do swojego pokoju. Włączył komputer i gdy tylko kliknął w ikonkę z nazwą ,,Internet” wyskoczyła mu reklama z nową grą o potworach. Aaron na początku chciał to zlekceważyć lecz przyjrzał się uważnie i dostrzegł tak wymyśloną postać, a jednak zaczął kojarzyć sobie ją z wczorajszą nocą. Podekscytowany od razu wyskoczyła mu strona o tych istotach. Aaron zaczął po cichu czytać informację.
Prawie na całym świecie wierzono, że niektórzy ludzie w specjalnych warunkach mogą zmienić się w wilka. Wierzono, że wilkołaki to ludzie, którzy, nie zawsze świadomie, przemieniają się w bestie. W średniowieczu wiara w nie była szeroko rozpowszechniona. W wilkołaki wierzono wszędzie: w Skandynawii, Francji, Niemczech, na Sycylii, w Europie Środkowej i Wschodniej, na Bałkanach i w Grecji. Również w Ameryce, na długo przed wyprawą Kolumba, Indianie wierzyli w wilkołaki. W średniowieczu człowiek oskarżony o wilkołactwo na ogół zostawał zabity. A oskarżony mógł zostać każdy, kto chociaż trochę różnił się od ogółu: miał spiczaste uszy, za duży nos, wystające zęby, zrośnięte brwi, czy zbyt owłosione ręce. Ludzie tacy oskarżani byli o wilkołactwo i praktyki magiczne, a w konsekwencji spalani na stosie.
Wilkołakiem można było stać się świadomie w wyniku wspomnianych wcześniej działań magicznych, jak i nieświadomie. Nieświadome przemiany próbowano tłumaczyć na różne sposoby. I tak, wilkołakiem mógł się stać człowiek, który napił się wody z zagłębień odciśniętych przez wilcze łapy lub z wodopoju, często odwiedzanego przez wilki. W tą krwiożerczą bestię mógł się też zmienić każdy, kto spożył wilcze mięso lub też mięso innego zwierzęcia zabitego przez wilka. W wilkołaka człowiek najczęściej zmieniał się w świetle księżyca, w pełni. Najlepszym sposobem na zabicie takiego potwora był strzał w serce ze srebrnej kuli.
Wilkołactwo często nazywane było likantropią. Jednak mianem likantropii określa się także pewną chorobę psychiczną. Przypadki tej choroby odnotowywano jeszcze przed narodzeniem Chrystusa. Ta dolegliwość psychiczna objawia się tym, iż chory myśli, że jest zwierzęciem lub też w każdej chwili może się w nie zmienić. Chory często posuwał się nie tylko do jedzenia surowego mięsa, ale też morderstw, kanibalizmu, czy picia ludzkiej krwi.
W średniowieczu odbywało się bardzo wiele procesów ludzi oskarżonych o wilkołactwo. Przed sądami stawali nie tylko mężczyźni ale i kobiety.
Najnowszy, bo pochodzący z 1975 roku, przypadek likantropii miał miejsce w Wielkiej Brytanii. Siedemnastoletni czeladnik stolarski, Andrew Prinold, przekonany, że właśnie zamienia się w wilkołaka, w odruchu desperacji wbił sobie nóż w serce. Pasterz Jeana Greniera, z okolic Bordeaux we Francji, w trakcie procesu z 1603 roku "przyznał się", że pod postacią wilka zagryzł i pożarł około 50 dzieci. Utrzymywał też, że zdolność do zmieniania postaci zawdzięcza diabłu, którego przed kilku laty spotkał w głębi lasu. Diabeł miał podarować Grenierowi magiczny balsam i wilczą skórę. Kiedy o zachodzie słońca chłopak smarował swe ciało diabelską maścią i wdziewał zwierzęcą skórę - zamieniał się w wilka. Szczegółowe przesłuchanie wykazało jednak ponad wszelką wątpliwość, że Grenier nie był wcale wilkołakiem, tylko miał po prostu bardzo bujną wyobraźnię. Wymyślał niestworzone historie i święcie wierzył w ich prawdziwość. Po zasięgnięciu porady medyka sędzia uznał, że Grenier nie jest wilkołakiem, tylko cierpi na likantropię. Zalecił więc oddanie chłopca pod opiekę franciszkanów w klasztorze w Bordeaux, w którym chory miał spędzić resztę życia. Niektórzy jednak nie mieli tyle szczęścia. W czerwcu 1609 r. pochwycono w Roermond Jana van Uffelt, którego spalono jako wilkołaka. 5 grudnia 1608 r. oskarżono małżeństwo Maerten i Mayken van Daele o przemienienie dziecka w cielaka a następnie pożarcie go. Wynik tego procesu nie jest po dziś dzień znany.
-Co to za bzdury?- spytał sam siebię.
Aaron szukał jeszcze innych informacji ale nic innego nie znalazł. Przez chwilę wątpił w istnienie jakich kolwiek wyrośniętych wilków, jednak, gdy jeszcze raz wczytywał się w informację zaczynał mieć mętlik w głowie. Instynkt podpowiadał mu, żeby dziś wieczór znowu wybrać się do lasu, tym razem być przygotowanym. Ale to się wiązało z wielkim ryzykiem. A jak zostanie ugryziony albo zaatakowany? Wtedy może zostać wilkołakiem, a może nawet nie wrócić do domu. Wtem otworzyły się drzwi i do pokoju weszła Alice.
-Gdzie byłeś wczoraj wieczór?- zapytała z zaciekawieniem siadając na łóżku.
-Ja… nigdzie- wyjąkał Aaron starając się, aby jego głoś zabrzmiał przekonująco.
-Nie opowiadaj bzdur. Widziałam jak idziesz gdzieś z psem.
-No tak, zapomniałem, że to coś dziwnego iść z nim na spacer-zadrwił Aaron.
-No wiesz, dziwne to jest to, że po raz pierwszy odkąd mamy Basa w ogóle się nim zainteresowałeś. A tak w ogóle, to wiesz, że po ciemku chodziłeś jak niewidomy?
Aaronowi zaczęło robić się wstyd, że ktoś go nakrył na tym i być może Alice widziała jakiego miał stracha kiedy wrócił z lasu. Siedział zastanawiając się nad realną odpowiedzią, gdy usłyszał zbawienny głos jego mamy dochodzący z kuchni.
-Alice, zajdź na dół-zawołała ich mama .
Alice musiała zaprzestać dochodzeń i wykonać polecenie. Aaron odetchnął z ulgą i znowu zaczął się zastanawiać o co chodzi z tą pełnią, wyciem, z psem i czy w nocy znowu wyruszyć do lasu, przewidując najgorsze...
|